To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
niedziela, 29 listopada 2015
Johnnie Walker

Nasz ojciec rodziny rozszalał się ostatnio podróżniczo ponad miarę. Dopiero co wrócił z kilkudniowej wizyty w Polsce, przesiedział w domu dosłownie dwa dni, a potem chwycił sprzęt do kendo i wyruszył do... Anglii, walczyć o Pierwsze Kyu na zawodach Northern Open w Newcastle. Z pewnością w tym zabieganiu nie może narzekać na marazm i brak zajęcia. Narzeka natomiast na notoryczny niedobór wolnego czasu i zarzeka się, że w NASTĘPNY weekend żadna moc nie ruszy go z kanapy. My też mamy taką nadzieję, bo chcielibyśmy mieć go więcej dla siebie.
Ano, pożyjemy, zobaczymy! :)

*  *  *

Mnie także zdarzyło się ostatnio podróżować conieco, choć na zdecydowanie bliższe dystanse. Jako doświadczona Matka-Polka (z naciskiem na narodowość) zostałam zaproszona w charakterze Gościa Specjalnego na nauczycielskie seminarium do Belfastu. Oprócz opowiadania scenek z życia emigranckiej rodzicielki, organizatorzy imprezy poprosili mnie o zabawienie się nieco kosztem zgromadzonych na sali pedagogów i przeprowadzenie na nich eksperymentu edukacyjnego. Podjęłam wyzwanie. Z pewną taką nieśmiałością stanęłam więc przed niespodziewającym się niczego zacnym gronem nauczycielskim i zaczęłam wykład o kolorach... w naszym pięknym ojczystym języku. Towarzystwo zdębiało, ponieważ oprócz obecnych na sali dwóch czy trzech Polaków, ni w ząb nie mogło zrozumieć o co mi chodzi! A ja - czułam się jak Wojciech Młynarski występujący w Piwnicy Pod Baranami przed WĘGIERSKĄ publicznością :)
Kiedy wreszcie dobrnęłam do końca wykładu i (już po angielsku) podziękowałam ‘królikom doświadczalnym’ za kooperację i cierpliwość, westchnienie ulgi wydobyło się z kilkudziesięciu gardeł. Kilku z pedagogów zeznało później, że słysząc niezrozumiały dla siebie język, po prostu się wyłączyło, kilku innych przyznało się, że drżeli na myśl, że zadam im jakieś pytanie, a oni przecież NIC NIE ROZUMIEJĄ!. Efekt totalnej konfuzji, z jakim z pewnością boryka się nie-anglojęzyczne dziecko w przeciętnej szkole, został osiągnięty!

A potem to już była normalna dyskusja... :)

*  *  *

Wędrując zalanymi deszczem ulicami Belfastu, zajrzałam do jednego ze sklepów charity. Oglądałam sobie jakieś szmatki na wieszakach, kiedy zauważyłam, że jeden z pracowników sklepu uważnie mnie obserwuje. ‘Czyżby wziął mnie za złodziejkę?’, pomyślałam i przeszłam w głąb sklepu. Jednak pracownik nie spuszczał ze mnie wzroku, co więcej zaczął iść w moją stronę! Nie miałam powodu uciekać – w końcu byłam niewinna! Bohatersko zaczekałam na pana przy stoisku ze świątecznymi ozdobami, a kiedy wreszcie dorarł do mnie usłyszałam:
- ALE PANI MA FAJNY PARASOL!!! Wygląda zupełnie jak samurajski miecz!

Haha! Pewnie, że fajny, choć nie mój – syn mi pożyczył! ;)

*  *  *

W telewizji leciała reklama Assassin Creed, a w jej tle brzmiała znajoma piosenka, jedna z moich ulubionych.
- O! Wiem co to jest! Wiem co to jest! – krzyknęła Zuzka, której zdarza się grywać w Assassina.
- Tak? – zainteresowałam się nieco zjadliwie – I jaka to melodia?
- To jest ‘Personal Jesus’!
- Oooooo! – doceniłam wiedzę córki. – A kto śpiewa?
- Nie mam pojęcia!
 - przyznała się bez bicia Zuzanna. - Ale piosenkę znam!
- Znasz, znasz! - przyznałam - I zapamiętaj sobie raz na zawsze – DEPECHE MODE!

I niech mi ktoś nie powie, że muzyka nie łączy pokoleń!

*  *  *

- Jak to dobrze, że jest jesień! – podzieliła się ze mną myślą filozoficzną Zuzanna.
- Tak? Dlaczegóż? – byłam ciekawa argumentacji tak ciekawej tezy.
- Nie trzeba chodzić w bluzkach bez rękawów!
- I co TO znaczy?
- To znaczy... że NIE TRZEBA GOLIĆ PACH!! Hurra!!

‘Niech żyje wolność, wolność i swoboda!...’ po prostu.

*  *  *

Oliwka dostała nagrodę – ta to ma szczęście! Za wybitne zdolności matematyczne, wykazane podczas jednego ze szkolnych quizów, Ola otrzymała od swojej pani specjalny voucher, uprawniajacy do... kupienia obiadu w szkolnej stołówce BEZ KOLEJKI! A kolejki podobno są tam niemałe! Szkopuł w tym, że Oliwka nie jada szkolnych obiadów, preferując drugie śniadanka, szykowane przeze mnie co rano.
Aby jednak pomóc Oliwce wykorzystać drogocenny voucher, pewnego dnia nie przygotowałam dla jej lunchu. Umówiłyśmy się, że tego dnia zje obiad w szkole – bez kolejki, oczywiście.
Pełna napięcia oczekiwałam powrotu Oliwy ze szkoły, aby móc spytać o wrażenia z dziewiczej wyprawy.
- I jak tam? Jak smakowało? Co sobie kupiłaś? – od progu zasypałam ją pytaniami.
- Ciastko i babeczkę! – odpowiedziała rozpromieniona Ola.
- Jak to?! – zadrżało moje rodzicielskie serce. – Z całego stołówkowego menu wybrałaś TYLKO ciastko i babeczkę?! I był to twój jedyny posiłek przez cały dzień?!
- Tak! – przyznała Ola, najwidoczniej zadowolona z siebie.

I już sama nie wiem czy cieszyć się ze zdolności mojej córki, czy nie...

*  *  *

Ukochany miś Julki, imieniem Molly, zaginął był w podejrzanych okolicznościach. Widocznie gdzieś sie zawieruszył, diabeł nakrył go ogonem, dość że przepadł bez wieści.
- I gdzie jest teraz moja Molly? – zastanawiała się głośno Julka.
- Nie wiadomo – odparłam, nie siląc się zbytnio na pocieszenia.
- Na pewno pojechała do Cork – odparła z całą stanowczością w głosie Julka.
- Dlaczego akurat do Cork?! – zdziwiłam się.
- Bo to najdalsze miejsce, gdzie mogła pojechać bez paszportu, a jej misiowy paszport jest ciągle w moim pokoju!

Hmmm, sama bym na to nie wpadła!

*  *  *

Podczas ostatniej wizyty u fryzjera, postanowiłam zaszaleć i poddać transformacji również moje brwi. Zafundowałam sobie i depilowanie i kolor – niezbyt intensywny, ale jednak zauważalny.
Jako ‘Nowa Ja’ wkroczyłam do domu.
- Mamo! Pomalowałaś sobie brwi! Pięknie wyglądasz! – zauważyła od razu Julka, wielka entuzjastka makijaży i zabiegów kosmetycznych.
- Oooo... – zachęcona okrzykami siostry Zuzanna wystawiła głowę z kuchni. - Pomalowałaś brwi! Nie obraź się, mamo, ale mnie się nie podoba.
- Pomalowałaś brwi?! – otworzył szerzej oczy ze zdumienia małżonek - Nie zauważyłem...

I komu tu wierzyć?!

*  *  *

Moje dziewczynki ogladają namiętnie w CBBC kanadyjski serial ‘The Next Step’. W aktualnym sezonie serialowi tancerze pojechali na międzynarodowe zawody, gdzie stanęli w szranki z drużynami z całego świata, z tym Polski.
- Mamo, mamo! Ten tancerz ma imię Bartek i mówi po polsku! – ekscytowały się dziewczynki na dźwięk polskiego języka i tego, że  rozumieją!
Sprawdziwszy serialową listę płac, wyguglowałam rzeczonego Bartka i odkryłam, że dodatkowo nazywa się Woszczyński i pochodzi z Siedlec. Natychmiast sprzedałam tę informację dziewczynom.
- ŁAŁ!!! – ekscytacja babeczek sięgnęła zenitu. – Jest Polakiem! I pochodzi z naszego miasta! Nie-sa-mo-wi-te!

Zupełnie jakbyśmy go znały osobiście!

*  *  *

Tutek miał niedawno w szkole spotkanie w sprawie swojej aplikacji na studia. Musiał wbić się w garnitur, stawić przed Bardzo Ważną Personą i pokazać z jak najlepszej strony.
Kiedy spotkaliśmy sie po południu, natychmiast spytałam go o wrażenia, bo denerwowałam się tym intreview bardziej niż sam Tutek.
- I jak ci poszło?!
- Hmmm, mam mieszane uczucia. – odparł dość niefrasobliwie Mati.
‘ Matko kochana, co mogło pójść nie tak?!’, zastanawiałam się w myślach.
- Dlaczego?
- Well, po pierwsze, od dwóch tygodni wiedziałem, że spotkanie jest po południu, tymczasem kilka dni temu zmienili godzinę na wcześniejszą. Dobrze, że chociaż mnie powiadomili. Po drugie, jeden chłopak prosił żebym go przepuścił w kolejce, bo mu się śpieszyło. Po trzecie, akurat miałem wchodzić kiedy pan zrobił sobie przerwę na lunch. 40 minut! A potem okazało się, że nie mam błędów w mojej aplikacji i mogę spokojnie ją opłacić!
- Aha, rozumiem – udawałam. – Ale SAMO interview jak ci poszło?
- Bardzo dobrze! Tylko organizacja była fatalna!

Żeby tak mnie nastraszyć!

*  *  *

- O co powinnam poprosić na święta? – spytała Zuzkę koleżanka. – O tablet czy telefon?
- O książkę! – zaproponowała Zuzka.
- No coś ty?! – zdziwiła się koleżanka – Już mam w domu CZTERY książki! Trzy do nauki i jedną o jednorożcach!

Hmmm, w sumie to i tak więcej niż w Bibliotece Aleksandryjskiej!

00:08, oszin13
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 listopada 2015
Buuuusy week!

Udało nam się! Udało! Dotarliśmy do końca tego piekielnego tygodnia, zaliczając każdą z pieczołowicie zaplanowanych atrakcji, a nawet dorzucając nowe! Planowanie, timing, kooperacja to tylko kilka z naszych drugich imion.
Po
prostu - Ave MY! :)

To by było na tyle w kwestii samouwielbienia, a teraz szczegóły:

*** Nocne halloweenowe manewry w miejskim parku, na które cudem zdobyliśmy bilety, okazały się prawdziwie SPOOKTAKULARNE. Nawiedzony przewodnik, mówiący z pięknym prrrrawdziwie rrrrumuńskim akcentem (jak na Hrabiego Drakulę przystało), poprowadził naszą grupę w najciemniejsze zakątki parku, gdzie czaiły się monstra wszelakie i czarne charaktery. Byli tam i Szalony Kapelusznik, i Czerwona Królowa, i Topielec... Było dużo dobrej zabawy i troszkę strachu, a na koniec pokaz magicznych, mrożących krew w żyłach sztuczek w wykonaniu profesjonalnej trupy cyrkowej. Zostaliśmy zaczarowani - i oczarowani :)

*** Przy okazji wyjazdu na występy Dana i Phila, czyli Zuzkowych ukochanych vlogerów, mogłam się poczuć jak tata z reklamy Mastercard – być przez chwilę częścią świata mojej córki, za resztę płacąc kartą :) A że rodzicielskie poświęcenie nie zna granic, dzielnie znosiłam piski dwóch tysięcy rozhisteryzowanych dziewcząt, spijających słowa z ust rzeczonych ‘artystów’, a nawet pozwoliłam narysować sobie na twarzy kocie wąsy – ich znak rozpoznawczy. ‘Bo ja mam fajną mamę!’, doceniła moje poświęcenie Zuzanna i już nie mogłam odmówić... :)
Reasumując, panowie okazali się nawet interesujący. Przez półtorej godziny konwersowali ze sobą, kokietując publiczność i żartując na zupełnie przyzwoitym
poziomie, a na koniec zaśpiewali i zatańczyli w musicalowym stylu, wzbudzając zachwyt wpatrzonych w nich dziewczęcych oczu. Dwie rzeczy, które mnie szczególnie miło zaskoczyły podczas ich występu - ze sceny nie padło ani jedno wulgarne słowo (rodzicielskie serce rośnie!), a z widowni nie zrobiono ani jednego zdjęcia (nie-praw-do-po-do-bne!).



W czasie, kiedy razem z Zuzką oddawałyśmy się zbiorowej Danowo-Philowej histerii, Ojciec Rodziny udał się był z resztą małolatów do kina. Wprawdzie chciał z całej duszy wyrwać się na samotny seansik z najnowszym Bondem w roli głównej, ale ostatecznie schował prywatę do kieszeni i grzecznie podreptał na ‘Hotel Transylwania 2’. Zeznał potem, że nawet mu się podobało, ale w sumie co miał powiedzieć?... ;)

*** Halloween przeżyliśmy, jak co roku, intensywnie. Już to rozdając słodkości garściami pukającym do drzwi przebierańcom, już to wysyłając na zbiórkę drużynę własnych monstrów. I nieustająco udaje nam się więcej zgromadzić niż rozdać, tym bardziej lubimy bawić się w Halloween! A dentyści się cieszą...

*** Szalony tydzień zakończyliśmy w niedzielne przedpołudnie rodzinną
wycieczką do Belfastu. To znaczy rodzinnie tylko wyruszyliśmy z domu, bo już na miejscu rozdzieliliśmy siły. Starsze rodzeństwo popędziło na Comic Con, łapać telewizyjne gwiazdy i podziwiać przebrania fanów, a my – młodzi rodzice z małym dzieckiem – skorzystaliśmy z pięknej jesiennej aury i udaliśmy się do zoo. Dla każdego coś dobrego – i wszyscy świetnie się bawili.
Po pierwsze i najważniejsze, Zuzka spotkała się ze swoim wyczekanym idolem,
Colinem Bakerem, czyli Doktorem Who Number Six. Za dodatkową opłatą uzyskała od
niego bezcenne relikwie w postaci wspólnego zdjęcia oraz autografu. Korzystając z komiksowej okazji, Oliwka obłowiła się w pokemonowe gadżety, a i Matt wydał conieco z uciułanego na okoliczność imprezy kieszonowego. Dość powiedzieć, że towarzystwo wróciło do domu bez grosza, tuląc do piersi bezcenne pamiątki.
A my w zoo, spokojnie i beztrosko, podziwialiśmy surykatki i inne stworzenia. I
ryczał lew...

*** Nasz intensywny tydzień zakończył się spektakularnym pędem do sklepu w
poniedziałkowy wieczór, celem wypełnienia dwóch pudelek po butach rzeczami dla potrzebujących, w odpowiedzi na szkolny ‘Shoe Box Appeal’. Oczywiście w ramach akcji ‘last minute’, jakże ulubionej przez moje dzieci. A kiedy już uporałyśmy się z piekielnymi pudełkami, odwiedziłyśmy lokalny cmentarz (po zmroku, huhuhu), by zgodnie z naszą tradycją, zapalić świeczki na znajomych i nieznajomych grobach.
W końcu był to Dzień Zaduszny…

*  *  *

Pochwalę się ogółowi, że kupiłam sobie ostatnio zimowe botki – burgundowe, piękne!
I NIECO drogie. A że nie jestem typem kobiety luksusowej, długo tłumaczyłam się
sama przed sobą, usprawiedliwiając ‘szastanie pieniędzmi’ – a to, że botki są
solidne, że starczą na kilka sezonów, że kosztują wprawdzie sporo, ale nie ‘Bóg
wie ile’ itp. Kac moralny rozmywał się powoli, ale nie było łatwo…

Natomiast w piątkowy poranek otrzymałam nieoczekiwany telefon ze sklepu obuwniczego. Doniesiono mi uprzejmie, że w ramach bonusa wygrałam do botków jeszcze TOREBKĘ! I wtedy przypomniałam sobie, że faktycznie kupując buty, wrzuciłam jakiś kupon do skrzyneczki na ladzie! I wygrałam!!! Yuppi, yuppi i jeszcze raz yuppi, bo o ile cena samych butów była niemała, to cena zestawu z torebką GRATIS da się gładko przełknąć! ;)

*  *  *

Myślę, że mogę zaryzykować stwierdzenie, że „Nędznicy” nie są mi obcy. Oczywiście czytałam dzieło Wiktora Hugo – nie w oryginale wprawdzie, a po polsku (może to i lepiej, bo z wydania francuskiego raczej niewiele bym zrozumiała), ale czytałam. Widziałam też, nawet kilka razy, ostatnią ekranizację książki z Hugh Jackmanem i Ann Hathaway, a ‘One day more to revolution’ słyszę prawie codziennie z ust moich córek.

Ostatnio natomiast wpadli w moje ręce ‘Nędznicy’ z formie... mangi (na szczęście TYLKO po angielsku, a nie na ten przykład japońsku!) Początkowo byłam nieco nieufna wobec tej formy wydawniczej, namówiona jednak przez Pierworodnego Syna, postanowiłam stawić jej czoła. Na początek musiałam się przyzwyczaić do czytania książki ‘od końca’ i w odpowiedniej kolejności obrazków, później zaakceptować emocje w postaci ‘dymków’. No i oswoić się z charakterystycznie japońską fizjonomią francuskich bohaterów (ach, te grzywki...) Po kilku falstartach, przyswoiłam wreszcie Ogólne Zasady Obsługi Mangi i dalsze czytanie (sic!) poszło mi gładko.

W sumie, muszę powiedzieć, że mi się nawet podobało – szkoda tylko, że tak
szybko się skończyło. Ale ostatecznie takie są cechy mangi - tekstu do CZYTANIA
jest tam raczej niewiele....

 * *  *

Zuzka wyrosła nam na długonogą gazelę, dla której trudno znaleźć szkolne rajstopy – w kolorze butelkowym. Dlatego każda zdobyta w odpowiednim rozmiarze para jest na wagę złota! Niestety, jak powszechnie wiadomo, nie ma nich wiecznego – szczególnie w delikatnym rajstopowym świecie…

- Mamo! Mamo! Miałam dziś dobry dzień! – krzyknęła Zuzka po powrocie ze szkoły.
- Świetnie! – ucieszyłam się jej szczęściem – Ale co się stało?
- Udało mi się NIE ZROBIĆ dziury w rajstopach!

Faktycznie, szczęśliwy traf – kto by pomyślał, że potrafi aż tak ucieszyć... ;)

 *  *  *

W naszej literackiej podróży po świecie Małgorzaty Musierowicz, dotarłyśmy do ‘Kłamczuchy’. Poznajemy zakręcone losy Anieli Kowalik, nieprzytomnie zakochanej w przystojnym Pawełku, który jednak ma dziewczynę imieniem Danuśka, a czasami odwiedza go szkolna koleżanka, zielonooka Cesia...
- Zaraz, zaraz! Chwileczkę! – odezwała się Zuzka, kiedy Cesine imię pojawiło się w ‘Kłamczusze’ po raz pierwszy – Czy TA Cesia to przypadkiem nie Celestyna z poprzedniej książki?!
- Faktycznie. – potwierdziłam uprzejmie. – Ta sama!
- A TEN Pawełek i TA Danuśka?
- Też.
- ŁAŁ!!! – krzyknęła zafascynowana Zuzka, od miesięcy kompletująca w głowie schemat swojej własnej książki. – ALE POMYSŁ! Żeby przerzucić głównych bohaterów pierwszej części jako drugoplanowych do drugiej!...

Szacun, Musierowicz, szacun!

12:57, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 października 2015
Multitasking

Bez bicia przyznaję, że od czasu do czasu BYWAM leniwa. Sprzątam po łebkach, prasuję hurtem (oszczędność czasu), nie chce mi się gotować wymyślnych obiadków dla rodzinki, więc serwuję pizzę. Typowa pracująca matka czwórki dzieci.

Zdarza mi się jednakże przeginać i w drugą stronę. W napadzie szału i multitaskingu zaczynam jedno, w międzyczasie rozgrzebuję następne, przy okazji zahaczam o inne, by po jakimś czasie doprowadzić wszystko do szczęśliwego końca. Sos, gołąbki i szarlotka w dwie godziny, a w międzyczasie pranie! Czuję się wtedy taka SUPER, OCH i ACH, świetnie zorganizowana. I zalewa mnie takie morze endorfin, że Chodakowska niech się schowa!

Zadowolona z siebie opadam na fotel, zjadam rzeczoną szarlotkę – bo przecież zasłużyłam – ‘całkiem spokojnie wypijam trzecią kawę’, i jestem szczęśliwa... :)


*  *  *

- Muszę na jutro zilustrować swoje życie rok po roku! – oświadczyła Oliwka pewnego spokonego popołudnia – Na historię! Potrzebuję swoich starych fotografii i światowych faktów.
- I zadali wam to tak z dnia na dzień?! – zatrwożyłam się.
- Oczywiście, że NIE! – rzuciła beztrosko Ola. – Ale nie będzie chyba aż tak źle! Zuzka powiedziała, że ona zrobiła swój album dwa lata temu BARDZO szybko!

„I niechlujnie!” – pomyślałam, bo pamiętałam ten album doskonale.

- Dlatego zastanawiam się – kontynuowała Ola, nieświadoma ogromu czekającej ją pracy - co mi zajmie mniej czasu: zrobienie wersji papierowej czy elektronicznej?
- Na początek zdecyduj czy chcesz wklejać zdjęcia na papier czy je skanować do prezentacji! – rzuciłam zjadliwie, bo już wiedziała, że nie ominie mnie udział w tym karkołomnym przedsięwzięciu.

Ostatecznie stanęło na albumie. Do późnych godzin wieczornych cierpliwie przeszukiwałyśmy internet i wklejałyśmy zdjęcia z archiwum domowego oraz fototeki Wujka Googla. Oliwkę powoli ogarniała czarna rozpacz z powodu ogromu roboty, a ja po raz kolejny błogosławiłam zasobność moich szuflad z artykułami papierniczymi. Nie do przecenienia w projektach ‘last minut’ – czyli ulubionych moich dzieci.

W połowie klejenia Oliwa nagle uprzytomniła sobie, że ma jeszcze do odrobienia pracę z geografii! Rzuciła się więc w desperacji do książek, zostawiając mnie ze ścinkami materiałów do scrapbooka.
- Spokojnie! – podpowiadała Zuzka-Dobra Rada – jutro pani od geografii ma jakiś kurs, więc jej nie będzie! Ale z drugiej strony, sama wiesz jak jest z nauczycielami – z nimi nigdy nic nie wiadomo!

Summa summarum, Oliwka zakończyla (późny) wieczór chowając do plecaka pięknie wyklejony album na historię oraz... połowę pracy domowej z geografii.

Pełna obaw czekałam na jej powrót ze szkoły. Już od progu Ola oznajmiła:
- Mamo! Mamo! Wyobraź sobie, że pani od geografii nie przyszła!
- O to ci się upiekło, szujeczko! – podzieliłam jej radość, dość niepedagogicznie.
- To ta dobra wiadomość – powiedziała Ola. – Ale jest i zła.
- Jaka? – przygotowałam sie na najgorsze.
- Pani od historii też nie było, więc album jest na następną lekcję dopiero!

Nauczyciele to mają czasem jakiś szósty zmysł chyba... ;)

*  *  *

- Potrzebuję kostiumu na piątek do szkoły! – oznajmiła Oliwka, oczywiście w czwartkowy wieczór, żeby nie było że jest niekonsekwentna. – Klasy ósme mają się przebrać na Halloween!
- Nie mieszaj mnie do tego! – poradziłam, mając na świeżo w pamięci zaangażowanie w produkcję albumu na historię. – Przegrzeb szafy i znajdź sobie coś!
- OK! – zgodziła się Ola i pokopytkowała do sypialni.
Jakoż niedługo potem zjawiła się ponownie z zaskakującym żądaniem.
- Mamy w domu pudełko po płatkach śniadaniowych?
- Coś się znajdzie. – mruknęłam i ruszyłam do kuchennych szafek.
Jedyne płatki, dla których zabrakło pojemnika, straciły opakowanie wierzchnie. Sama byłam ciekawa co też Oliwka z nim zrobi, bo żeby tak płatkami straszyć?...

Oliwka zaś zrobiła... dziurę i oblała płatkowe pudełko fałszywą krwią.

Rano Ola zjawiła się w kuchni ubrana na czarno, trzymając w dłoniach drewniany miecz oraz zakrwawiony karton po płatkach.
- Co to jest? – zażądałam didaskaliów.
- JAK – TO – CO?! – oburzyła się Oliwka. – Jestem CEREAL KILLER!

No tak! Tylko Oliwka mogła wpaść na tak zakręcony pomysł, znajdując analogię w brzmieniu słów ‘serial’ i ‘cereal’!
Za swoje nietuzinkowe poczucie humoru nasz Płatkowy/Seryjny Morderca zgarnął pierwszą nagrodę w konkursie na najlepszy kostium! I dziesięć funcików w kopercie do skarbonki!

 

Brawo dla tej pani!

*  *  *

Skończyłyśmy ostatnio czytać, jako się rzeklo, ‘Szóstą Klepkę’, a tam pod sam koniec Celestyna spotyka się z Jerzym Hajdukiem. Siedzą na parapecie, są onieśmieleni, ich dłonie przypadkiem się spotykają...

- Oooo, Matko! – zajęczała nieoczekiwanie Zuzanna, która jak zwykle NIE SŁUCHAŁA – No, niech się wreszcie pocałują!

Ale że życie - nawet fikcyjne - pełne jest niespodzianek, do zamówionego przez Zuzannaę pocałunku wcale nie doszło! W zamian za to bohaterowie zafundowali czytelnikom soczystą kłótnię. I nasza nie-czytelniczka była zawiedziona...

*  *  *

 - Mamo, czy mogę spać u Matheusa? - spytała pewnego dnia Julka.
Dodać należy, że Matheus jest ulubionym kolegą Julki, która darzy go płomiennym uczuciem od pierwszej klasy. Jako że ‘Romeo’ i ‘Julia’ spotykają się tylko w szkole, tym większe było moje zdziwienie pomysłem wspólnie spędzonej nocy!
Trzeba było jakoś dyplomatycznie wybrnąć...
- No, nie jestem przekonana czy to wypada, żeby siedmioletnia dziewczynka nocowała u chłopaka... – próbowałam zasiać w Julce ziarno watpliwości.
- Mamo! Nie przejmuj się! – uspokoiła mnie Julka. - Założę swoje onesie!

Zdaje się, że nie tyle o miłość tu chodziło, a raczej o chęć pokazania sie Matheusowi w najnowszych jednoczęściowych śpiochach! Bo nie jest łatwo zrobić wrażenie na facecie marzeń!

*  *  *

- Mamo, narysuję kartkę dla mojej pani! – oznajmiła któregoś dnia Julka.
- Z jakiej okazji? – spytałam.
- Bo ona jest jak ty!
- ?!
- Uczy nas ciekawych rzeczy!

No miód na matczyne serce, po prostu...

*  *  *

- Mamo, czy w styczniu ja ciagle będę w szkole podstawowej? – zadumała się Julka.
- Tak, rok szkolny trwa do czerwca!
- Czyli zmieniam klasę w każdy wrzesień?! – olśniło nagle Julkę. – A-haaaaaa!!!

Pierwsza Zasada Szkolna została sformułowana i przyswojona!


11:52, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 października 2015
Oooops, I did it again!

I znowu wydałam pieniądze na książki! Już to buszując na Amazonie, już to odwiedzając szkolny Book Fair, już to uszczuplając zasoby internetowej księgarni. ‘I dobrze mnie z tem, bez dwóch zdań’! W końcu każdy powód jest dobry, by powiększyć domową bibliotekę – zwłaszcza że przybyło nam na ścianie półek na nową literaturę i trzeba by je zapełnić... Żeby nie zostać posądzonym o egoizm dodam, że książkowymi zakupami obdzieliłam niemal całą rodzinę, wywołując banany na twarzach. Cóż, książkolubne familie tak mają...

Najgorszy jednak koszmar bibliofila (zaraz po braku funduszy na książki) wciąż trwa – CIĄGLE WYCHODZĄ NOWE INTERESUJĄCE TYTUŁY i aż proszą by je kupić! I jak tu żyć, się pytam?!

*  *  *

A w ramach akcji ‘Cała Polska czyta dzieciom’, sprzedaję ostatnio dziewczynkom przed snem niezapomnianą Jeżycjadę. Rozpracowujemy „Szóstą klepkę”, co znaczy że jesteśmy dopiero na początku tej pasjonującej przygody. Julka i Oliwka łyknęły nową lekturę gładko i słuchają z zainteresowaniem, domagając się ciągu dalszego. Zuzka, zwykle wieczorem zagłębiona w lekturze ebooków na ukochanym smartfoniku, ostentacyjnie NIE SŁUCHA Musierowiczowej. Zdarza jej się jednak od czasu do czasu nieoczekiwanie zadać mi celne pytanie dotyczącej NIESŁYSZANEJ treści. Na przykład o przypadek zdechłej myszy wkręconej w maszynkę do maku przed Bożym Narodzeniem :)

*  *  *

Październik dopiero co nam się zaczął i trwa w najlepsze, ale cała rodzinka – a Zuzka w szczególności – wręcz  nie może się doczekać jego końca. Mamy bowiem zaplanowanych kilka wydarzeń kulturalno-towarzyskich na ostatni tydzień tego miesiąca. Na początek nocny pokaz magiczny w naszym świeżo odrestaurowanym miejskim parku, później wyjazd na show słynnych Zuzkowych youtuberów (zabukowany PÓŁ ROKU temu), Halloween, a zaraz następnego dnia Comic Con w Belfaście z udziałem gwiazd z Doktora Who. Nasza Zuzanna wprost nie może się tych wspaniałości doczekać - szczególnie spotkania z Colinem Bakerem, czyli Doktorem numer 6. Albowiem Doktor Who to jej ostatni (po Harrym Potterze, Władcy Pierścieni, Hobbicie i Sherlocku) bzik. Obejrzała hurtowo wszystkie odcinki dostępne na Netflixie, a teraz konsumuje nowe każdej soboty na BBC. Jak miłość to miłość!
Czasem jednak, aby sprzedać Zuzce trochę inny (żeby nie powiedzieć AMBITNIEJSZY) repertuar filmowy, urządzamy sobie rodzinne seansiki z bardziej niszowymi tytułami na afiszach. Dzięki temu nieobce jej są ‘Stowarzyszenie Umarłych Poetów’, ‘West Side Story’, ‘Rosencrantz i Guilderstern nie żyją’, ‘Wywiad z wampirem’ czy ‘Ptaki’ Hitchcocka.
Ostatnio, po wspólnym skonsumowaniu ‘Psychozy’, spytałam Zuzannę o wrażenia.
- I co myślisz?
- Hmmm, niezłe, niezłe – wystawiła recenję Szanowna Pani Krytyk – Ale jak dla mnie, ZA MAŁO TRUPÓW!

Pewnie, pewnie – szczególnie jak porównać z ‘Walking Dead’...

*  *  *

Po powrocie z jednego ze swoich wakacyjnych wyjazdów, Zuzka oznajmiła:
- Mamo! Mam nowego kolegę!
- Aha! – przyjęłam do wiadomości, mając na świeżo w pamięci Zuzkowych ‘przyjaciół’ – I co to jest tym razem? Kamień? Gałąź?
- Nie! – odparła Zuzka – To Jevgenij!

Bożesz ty moj! Nareszcie Istota Ludzka, a do tego CHŁOPAK!

*  *  *

Tutek, przebywający w wakacje czasowo w Londynie na własnym ‘wikcie i opierunku’, musiał liczyć każdy grosz w chudym portfelu i planować wydatki.
- Eeee, jakoś to będzie z tym jedzeniem – pocieszał mnie (a może bardziej siebie) Mati telefonicznie – Najwyżej kupię sobie jakiś tani zestaw w McDonalds. Ile kosztuje Happy Meal?
- Ja wiem... – zastanowiłam się – Chyba jakieś £3,50.
- Co?! – oburzył się Tutek – Tak drogo?!

Jak widać ocena ceny zależy od oceny – płacącego!

*  *  *

Kiedy nasz Ojciec Rodziny wyjechał był w pilnej sprawie do Polski, Julka postanowiła wykorzystać sytuację i zagnieździć się w naszym małżeńskim łożu.
- Mamo... – zaczęła i spojrzała na mnie wzrokiem kota ze Shreka – Mogę z tobą spać kiedy taty nie ma?
- No nie wiem... – nieśmiało broniłam alkowy, teraz całej tylko dla mnie!
- Obiecuję, że będę cię przytulać jak tata! – obiecała natychmiast Julka, która znana jest z tego że miast przytulać, w łóżku rozkopuje się jak dzika.

I stopniało moje matczyne serce – ale tylko na jedną noc! ;)

*  *  *

Wraz z początkiem września nasza siedmioletnia Julka rozpoczęła naukę w trzeciej klasie. Poważny wiek, poważna szkoła, poważniejsze prace domowe, teraz już do odrobienia codziennie.
Kiedy, przeglądając Julkowy zeszyt ze słówkami ,zauważyłam dopisek Pani ‘8/9’, pomyślałam: ‘Hoho, zupełnie nieźle! Osiem słówek na dziewięć poprawnie! Super!’
Zachęcona wybitnymi osiągnięciami lingwistycznymi córki, tym chętnej zajrzałam do zeszytu nastęnego dnia. A tam – dopisek Pani ‘9/9’! Bingo! Serce me matczyne zadrżało z radości! Byłam w siódmym niebie!
Kiedy jednak trzeciego dnia notatka Pani pod Julkową pracą domową brzmiała ‘10/9’, zaczęłam mieć nie-ja-kie wątpliwości. Matko kochana! Albo mam w domu geniusza, albo coś jest nie tak!

Pomyślałam – i znalazłam odpowiedź: mimo, że prace mojej córki były bezsprzecznie poprawne, Pani wcale ich nie oceniała! Po prostu pisała datę sprawdzenia – 9 września, 10 września, 11 września...

‘Gabrycha! Kuwa, bo to DATA była! Ale ja gupia jestem!’ :)

22:19, oszin13
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 października 2015
Nadrabiając braki

Od dobrego miesiąca łazi za mną przekonanie, że zaniedbałam kronikarskie obowiązki. Karygodnie i bezprzykładnie. Porzuciwszy domowego bloga w połowie sierpnia, ba, NA POCZĄTKU sierpnia, oddałam się byłam błogiemu lenistwu, robiąc sobie wakacje także od pisania. A przecież tyle się dzieje! Czas by więc wziąć się w garść, pozbierać spisane na strzępkach papieru notatki i uruchomić szare komórki w zakresie literatury ‘non-fiction’.

Na dobry początek – opis wakacyjnych irlandzkich wojaży, póki wspomnienia o nich wciąż świeże. A że leń ze mnie wciąż wyziera, zrobię to w formie fotorelacji.

Zatem - czy wiecie, że...

... najdłuższa ulica w Irlandii to Blarney Road, ciągnąca się od centrum Cork ku zamkowi Blarney przez 2,5 km i zakończona swojsko dla Polaków wyglądają kapliczką, czy raczej Golgotą!



...wspomniany Blarney Castle znany jest w świecie głównie z wmurowanego w ścianę Kamienia Blarneya. Pocałowanie rzeczonego minerału gwarantuje ponoć dar elokwencji. Bohatersko wdrapalismy się na wysokie zamkowe mury, zwiesiliśmy dwie starsze córki nad przepaścią z nakazem obcałowywania kamienia, a i tak największą gadułą w rodzinie pozostaje... Julka!


...oprócz ‘magicznego’ kamienia, zamek Blarney posiada jeszcze Trujący Ogród, gdzie mogliśmy podziwiać – z bezpiecznej odległości – przedziwne rośliny, od mandragory po... marihuanę (uwięzioną w klatce)!


...w uroczej atlantyckiej zatoce, bliżej Glengariff niż Bantry, leży Garinish Island – wyspa z założonymi ponad 100 lat temu egzotycznymi ogrodami. Płynie się na nią specjalnym promem, podziwiając po drodze wylegujące się na słońcu foki,

a jak ma się szczęście (jak my!) można spotkać też stado delfinów!


...jedną z atrakcji turystycznych miasta Cork jest... Muzeum Masła! Byliśmy, wynudziliśmy się, dodaliśmy je do listy odwiedzonych przez nas Światowych Osobliwości!


...Cobh, znane w historii też jako Queenstown, to miasteczko portowe na południu Irlandii, skąd wypływały ku Ameryce statki pełne irlandzkich imigrantów i gdzie po raz ostatni zawinął Titanic. Gorąco polecamy odwiedzenie miniaturowego, ale bardzo intrygującego i ujmującego w swej prostocie Muzeum Titanica, gdzie naprawdę można poczuć się jak pasażer tonącego olbrzyma.


...jako najdalej na południe wysunięty port Irlandii, Cobh jest często odwiedzany przez luksusowe wycieczkowce. Nam udało się spotkać Aidę Carę!


...mimo, że jest ich niezbyt wiele, Irlandia naprawdę posiada piaszczyste plaże! Odwiedziliśmy jedną w nadatlantyckim Youghal, gdzie zażylismy kąpieli słonecznych i nie tylko :)


...na czas pobytu w Cork zakotwiczylismy się w uroczym hostelu blisko centrum. Warunki bytowe mieliśmy wprawdzie skromne, ale za to w (niewysokiej) cenie było darmowe wifi oraz pożywne śniadanie w  międzynarodowym towarzystwie.

 

Natomiast dzięki sprytowi i wytrwałości w poszukiwaniu miejsc do spania, udało nam się wydłubać z odmętów internetu niedrogą ofertę noclegu pod Dublinem w prawdziwym czterogwiazdkowym hotelu. Ta ‘odrobina luksusu’ była jak wisienka na torcie naszej wyprawy.


...możemy śmiało powiedzieć, że w tym roku przejechaliśmy się połową linii tramwajowych działających w całej Irlandii! Gwoli wyjaśnienia – w całej Irlandii istnieją tylko DWIE linie tramwajowe, obie w Dublinie. I właśnie z jednej z nich – czerwonej – mieliśmy okazję skorzystać! Została nam do zaliczenia jeszcze linia zielona - li i jedynie!

...wędrując dublińskim nabrzeżem odwiedziliśmy Pomnik Ofiar Zarazy Ziemniaczanej, znanej w historii jako Great Famine. Druzgocący...


...nie da się zwiedzić Dublina w ciągu jednego dnia! Może i dobrze, bo zawsze można wrócić. Podczas naszej krótkiej wizyty udao nam się zaliczyć Muzem Historii Naturalnej oraz Figur Woskowych. Odwiedzilismy też obowiązkowo Molly Mallone! Book of Kells i Trinty College Library poświęcimy oddzielną wyprawę, kiedyś...


...a tak wogóle – umówmy się – Apache Pizza rules!



23:04, oszin13
Link Dodaj komentarz »