To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
środa, 10 lutego 2016
Się dzieje!

U nas (jak zwykle zresztą) ruch jak w Rzymie - tylko, że ani ‘pospać’ ani ‘podrzymać’ się nie da! W sumie to nawet się temu nie dziwimy – w końcu nie od dziś wiadomo, że ‘nie tak łatwo radzić sobie z liczną dziatwą’, jak mówił poeta Brzechwa. Niedospani i nie-do-drze-ma-ni staramy się więc czerpać z macierzyństwo/tacierzyństwa ile się da. Radości i satysfakcji, że mamy takie fajne dzieci, głównie :)
Bohaterką największego zamieszania ostatnich – i kilku następnych - dni jest nasza Zuzanna, gwiazda estrad wszelakich. Jej zaangażowanie w cały zestaw projektów szkolnych i pozaszkolnych skutkuje ciągłym ruchem w interesie i zamieszaniem w życiu rodzinnym. Dlatego właśnie, w sobotę z rana, Zuzanna wpadła z okolicznościową wizytą do Belfastu, by zwiedzić biuro Burmistrza czyli City Hall. W poniedziałek wieczorem była gościem lokalnej rozgłośni radiowej (tym razem wraz z siostrą i resztą grupy United Stars). We wtorek po szkole, w ramach projektu Fusion Focus, poleciała na basen, środowe popołudnie spędzi na próbie szkolnego chóru, bo już w piątek chór ma wyjazdową sesję nagraniową w ramach konkursu organizowanego przez BBC Radio Ulster. A w przyszłym tygodniu – wolnym od szkoły – Zuzka wyjeżdża na całodniową wycieczkę do Derry/Londonderry.
Szaleństwo w czystej postaci! Sama Zuzka czuje powoli zmęczenie materiału i wprost nie może doczekać się przyszłotygoniowej przerwy (mimo, że też nie do końca wolnej od zajęć ;))
Rozumiemy Zuzkowy ból! W końcu zabawa też bywa męcząca w nadmiarze, sami to dobrze pamiętamy :)

 

*  *  *

Wydarzeniem tygodnia w życiu Pierworodnego Owocu Naszych Lędźwi była oczywiście impreza dziewiętnastkowa. Organizował ją, biedaczek, pracowicie, planował, dopinał na ostatni guzik przez ostatnie dni... Na szczęście wszystko potoczyło się po jego myśli, ba, udało się nawet pogodzić i wspólne smażenie wafli i popijanie zakupionego przez ojca piwka!
- Wiesz, mamo – opowiadał Tutek po imprezie – To piwo było nawet smaczne! Znacznie smaczniejsze niż to, które zwykle pije tata.

Smakosz piw nam się objawił! Ha, nietrudno się zachwycać, kiedy pije się ‘probably the best beer in the world’! Zwłaszcza na koszt ojca! ;)

*  *  *

Dziewczynki, jako się rzekło, odwiedziły niedawno lokalne radio i muszę przyznać (nieobiektywnie, he, he), że wypadły świetnie, nie ulegając mikrofonowej panice i zachowując naturalność. Wiem, bo nie tylko słuchałam audycji, ale i na żywo zaglądałam do wnętrza studia dzięki livestreamowi. Moje babeczki swobodnie odpowiadały na pytania prowadzących, przesyłając przy okazji ciepłe pozdrowienia dla mamy (!) i pani dyrektor szkoły (na wypadek, gdyby słuchała). Byłam z nich naprawdę dumna. Kiedy doszło do puszczenia ulubionych piosenek moich dziewczynek, prowadzącym opadły nieco szczęki. Zuzka zażyczyła sobie ‘Hum Hallelujah’ Fall Out Boys – biedni redaktorzy ze skruchą przyznali, że kapeli nie znają i muszą pogrzebać w internecie :) Natomiast jedenastoletnia Oliwka, którą posądzano o sympatyzowanie z One Direction, ewentualnie Bieberem, ze stoickim spokojem poprosiła o... ‘Never gonna give you up’ Ricka Astleya! I roztańczyła całe studio (a mamę przy okazji) ;)



17:15, oszin13
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 lutego 2016
O.Henry kontra O! Henry!

Po długich poszukiwaniach trafiłam nareszcie w sieci na opowiadania jednego z moich ukochanych pisarzy – O.Henrego. Co prawda w wydaniu elektronicznym, ale co tam! Nie pachną drukiem, ale treść jak zwykle genialna. Ściągnęłam sobie te cudeńka na osobiste urządzenie elektroniczne i chrupię je z przyjemnością jedno za drugim. O.Henry, Oh...Henry! Tymczasem za oknami szalał nam ostatnio inny Henry, już nie tak przyjemny bo... huraganowy! Wiało jak w Kieleckiem, albo i gorzej. A że na wietrzne dni nie ma jak ciekawa lektura, więc O.Henry znalazł się jak... znalazł ;)

Z innych anomalii pogodowych, nawiedziła nas w ubiegłą sobotę śnieżna zima. Taka prawdziwa, puchata. Dzieciaki wyskoczyły z łóżek wcześnie – mimo soboty – i dalejże ubierać się w pośpiechu, wyciągać z szaf ciepłe rękawice i gnać na zewnątrz stawiać bałwana, ochrzczonego później imieniem Bernard. A tuż po porannej kawie, ojciec rodziny wybrał się na strych po sanki. ‘Zima, zima, zima, pada, pada śnieg...’
Śnieżne szaleństwo trwało w najlepsze aż do... wczesnego sobotniego popołudnia. Śnieg przestał padać tak nagle jak zaczął, wyszło piękne słońce, zazieleniła się trawka. Resztki Bernarda topniały w oczach, wsiąkając powoli w trawnik.
Zimy latoś jakieś takie krótkotrwałe... ;)

*  *  *

Choć czas leci, a my się nie starzejemy, to dzieci nam dorastają nieubłaganie. Zuzce niedawno stuknęła czternastka, a Matt za chwilę skończy dziewiętnaście lat. Kto by pomyślał, że mamy takie duże dzieci – w naszym młodym wieku?
W związku z urodzinami, Mati postanowił urządzić imprezkę dla wąskiej grupy najbliższych z najbliższych kumpli. W planach kino, a ciąg dalszy w domowym zaciszu, w towarzystwie zestawu gier. Tutek porozumiał się w tej sprawie z ojcem, który miałby robić za kierowcę.
- Okej – powiedział Rodziciel. – Widzę to tak. Zawiozę was do kina, przywiozę, a potem kupię wam parę piw i siedźcie dokąd chcecie. W końcu jesteście dorośli!
Oto plan imprezy według ojca.
Natomiast plan imprezy według dorosłego Tutika...
- Mamo, tata zawiezie nas do kina, z ty w tym czasie rozrób ciasto. Jak przyjedziemy z kina, usmażymy sobie razem z chłopakami gofry!

Dorosłe dzieci to i plany dorosłe... :)

*  *  *

Tuż po smacznym obiedzie...

- Mamo, nie ma miejsca w zmywarce na mój talerz! – poskarżyła się Oliwka.
- To go umyj! – zaproponowałam zupełnie nie złośliwie - Wcale nie musisz wpychać go do zmywarki!
- Oooo, jest miejsce! – Oliwka dokonała błyskawicznego zmywarkowego remanentu, przestawiając to i owo, by wcisnąć swój talerz. I wiecie co? – udało się!

Jeśli potrzeba jest matką wynalazków, to lenistwo stanowi doskonały katalizator...

*  *  *

- Tak sobie myślę – Julka postanowiła podzielić się ze mną swoimi przemyśleniami – Jak zbudowali Titanica i on potem zatonął...
- Taak... – włączyłam się w tok rozumowania Malutkiej.
- ... to ci co go zbudowali, wiesz, z Belfastu, obejrzeli to sobie w telewizji!

Tak. Zdecydowanie. Obejrzeli bezpośrednią relację z katastrofy. Z tonącym DiCaprio uwieszonym na drzwiach! :)

*  *  *

- Jak ja nie lubię tego Patryka! – poskarżyła się Julka na łobuza z sąsiedztwa – Wiesz co on kiedyś zrobił?! Rzucił cegłą w Caithlyn. I krew jej leciała z głowy!
- O, to bardzo nieładnie! – zsolidaryzowałam się z zatroskanym losem koleżanki Czupurkiem – Mógł jej zrobić dużą krzywdę.
- Ale ja go nie lubię tak ogólnie, nie dlatego że rzucił cegłą. On zresztą trafił Caithlyn niechcący – bo celował w jej brata!

Jak niechcący, to nie grzech przecież! Pogratulować celnego (?) oka!

*  *  *

- Mamo! Czy mogę sobie posypać gofra cukrem? – spytała Julka, kończąc nakładanie na gofra grubej warstwy nutelli.
- Absolutnie nie! – gorąco zaoponowałam. – Jest już wystarczająco dosłodzony!
- Czy ty to słyszałeś?! – zwróciłam się do siedzącego obok Tutka, szukając z nim poparcia.
- Cukier na nutellę?! – oburzył się Matt, by po chwili nieoczekiwanie się rozpromienić – Co najwyżej cukier-puder!
I sięgnął po pojemnik z pudrem...

Zapewne zawartość cukru w cukrze pudrze jest mniejsza. Muszę zapytać Marysi...

*  *  *

Tytułem didaskaliów.
Z powodu narzekań Pierwszego Męża, że na rodzinnym blogu opisuję wszystkich oprócz naszego niezawodnego samochodu, który także należy do rodziny, niniejszym informuję, że... wymieniliśmy opony!

I to by było na tyle w tym temacie - póki co!


22:58, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 stycznia 2016
14 lat minęło...

...jak jeden dzień, chciałoby się rzec. Dopiero co nasza Zuzka była małym brzdącem – ‘królewną wszystkich dziewczynek’, jak mawiał jej starszy brat – a dziś co? Czternastoletni babiszon, z gustem muzycznym głęboko zakorzenionym w punk rocku, zawieszony między socjopatycznym Sherlockiem, demonicznym Lokim i zagadkowym Doktorem Who, z całą galerią ukochanych aktorów i postaci wiszącym na łóżkiem. Rozgadana, rozśpiewana, przebojowa. Fajna! I, oczywiście, kochamy ją do ostatniego kawałka, czemu dajemy wyraz codziennie, a na początku stycznia szczególnie, obsypując solenizantkę prezentami od serca.
W tym roku bezkonkurencyjna w tej dziedzinie okazała się Oliwka. Przez cały wieczór w skupieniu przeglądała zasoby internetowe, potem coś drukowała i wycinała w tajemnicy, by w dniu Zuzkowych urodzin wstać o czwartej rano (!) i przygotować niespodziankę. Wszystko po to, by Szanowna Starsza Siostra mogła po przebudzeniu zobaczyć Ołtarzyk, czyli rodzinne lustro wyklejone podobiznami jej ukochanych bohaterów w swoich najlepszych wcieleniach. Kogo tam nie było – i Sherlock, i Loki, i Jack Sparrow, i Merlin, a nawet Draco Malfoy i kilku innych, których (co przyznaję ze wstydem) nie do końca kojarzę. Zuzka była zachwycona tym wyrazem siostrzanej miłości, a Oliwce zaświeciły się z radości oczy, bo wszyscy lubimy jak nas doceniają. W tej sytuacji prezenty od reszty rodziny – jakkolwiek równie trafione – wypadły raczej blado, ale nie wzięliśmy tego do siebie :) Za to wszyscy z radością udaliśmy się na urodzinową wyżerkę do naszej ulubionej orientalnej restauracji, skąd, nieludzko obżarci, ledwo się wytoczyliśmy. Mimo dodatkowych kilogramów w żołądkach, udało nam się jeszcze dotoczyć do sklepu dla fanów fantastyki, skąd Zuzka triumfalnie wyniosła ostatnie prezenty – metaliczną podobiznę Cumberbatcha i pachnący świeżością ‘Silmarillion’ Tolkiena. Czyli – bez książki się nie obeszło! ;)

*  *  *

Zarażeni ideą wspierania lokalnych talentów, od trzech lat regularnie chadzamy na styczniowe panto do miejskiego teatru. W tym roku nie mogło być inaczej, choć przyznam, że tytuł przedstawienia – ‘Mother Goose’ – niewiele nam mówił. Zaryzykowaliśmy jednak - byliśmy wszak ‘pionierami ojczystej tradycji’, cytując O’Henrego. I nie zawiedliśmy się! Przedstawienie okazało się być rewelacyjne, a nasz znajomy listonosz, Eddie, grający Matkę Gąskę, przeszedł sam siebie w zabawianiu publiczności. Do tego genialna scenografia, świetne kostiumy, zabawna choreografia i genialna gra reszty zespołu. Czasem trudno było uwierzyć, że wszystko to w wykonaniu kompletnych amatorów, ćwiczących jedynie po godzinach pracy i szkoły. Szacuneczek i – brawo!
Już nie możemy się doczekać przyszłorocznego przedstawienia! Idziemy w ciemno!


* * *

Oliwka pojechała ostatnio na klubową wycieczkę do kompleksu trampolin, na ‘rozpustę’ w McDonalds dostając 8 funtów.
- I jak było? – spytałam, odbierając ją spod klubu.
- Świetnie! – odparła rozentuzjazmowana Ola. – Trampoliny były super! I wydałam wszystkie pieniądze!
- Jak to?! – zdziwiłam się, orientując się nieco w cenach fastfoodów – Wydałaś 8 funtów w McDonalds? Jak to zrobiłaś?
- No wiesz. – pospieszyła z wyjaśnieniem Oliwka – Alex miała ze sobą tylko 2 funty, ja miałam 8, więc... podzieliłyśmy się kosztami zamówienia!

A, to taki interes! Podział osiem do dwóch! Niby wszystko jasne, tylko zysku brak...

*  *  *

Stały Oliwkowy wielbiciel zapukał w niedzielne popołudnie do naszych drzwi.
- Jeszcze odrabiam lekcje! – poinformowała go Ola przez szparę w drzwiach. – Przyjdź o trzeciej!
Odprawiony z kwitkiem wielbiciel, posłusznie powędrował do domu, by o 14.53 zapukać ponownie. Zawołana z góry Oliwka, otworzyła, pogawędziła z wielbicielem przez chwilę i ponownie zamknęła drzwi.

- Oleńko, wpuściłaś go do środka? – spytałam zaintrygowana ciszą w przedpokoju.
- Nie! – odparła beztrosko Ola.
- Dlaczego? – zdziwiłam się. – Przecież skończyłaś już lekcje.
- Tak. – przyznała Oliwka. – Ale przyszedł za wcześnie! Dlatego kazałam mu poczekać za drzwiami 7 minut!

Jak widać, łaska Oliwkowa na pstrym koniu jeździ! Dobrze, że chociaż nie padało, bo jednak żal wielbiciela...

17:20, oszin13
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 stycznia 2016
Wydarzenie miesiąca

Do czego to doszło - żeby ekscytować się śniegiem?! W styczniu?! Ha, ale to przecież nie jest zwykły śnieg! Pierwszy w tym roku! Pierwszy w styczniu! Pierwszy (i jedyny) tej zimy! Już straciliśmy nadzieję na całą białą połać, odliczając powoli dni do wiosny, kiedy nagle z samego rana... ta-dam! Biały opad atmosferyczny! Dzieciaki oszalały, jeszcze przed wyjściem do szkoły naciągnęły czapki na uszy i hajda przed dom, szaleć na ślizgawkach! Zima nareszcie jest zimowa! Nie jest ciepło, ale o to właśnie w śnieżnym interesie chodzi, więc... YUPPI!
A do tego wszystkiego, dzisiaj są piąte urodziny naszego psa, co – przynajmniej według Julki – jest fantastycznym zbiegiem okoliczności! :)

*  *  *

Nowy Rok zaczął nam się całkiem miło, od... wywiadówki w Oliwkowej szkole. Niejednokrotnie już deklarowałam, że bardzo lubię chodzić na spotkania z nauczycielami – i trwam przy tej deklaracji. Spędzam popołudnie w niebotycznych kolejkach, przesiadając się z krzesła na krzesło, by po dotarciu do celu, móc delektować się krótkim acz treściwym zachwytem nad mądrością i roztropnością mojego dziecka. Żadnych krytycznych uwag, same superlatywy.
I tak razy cztery.
Nie inaczej było i tym razem. Choć raport z osiągnięciami Oliwki dostaliśmy już przed świętami i wiedzieliśmy czego się spodziewać po wywiadówce, nie mogłam sobie odmówić przyjemności osobistego zebrania laurów. A że laurów tych były całe naręcza, spędziłam doprawdy czarujące popołudnie uśmiechając sie do nauczycieli i puchnąc z dumy.
Matka Polka z Pierogami :)

*  *  *

Przy okazji wizyty u okulisty, skutkującej dwiema parami nowych patrzałek, Mati podzielił się ze mną refleksją rodem ze swojego wirtualnego ‘śfatka’.

- Kolega, z którym koresponduję, bardzo żałuje, że nie potrzebuje okularów.
- Akurat jest czego żałować! – zdziwiłam się.
- Mówi, że cała jego rodzina nosi okulary. A on nie! A bardzo by chciał!
- Przecież może kupić sobie takie fałszywe okulary. Bez szkieł korekcyjnych! – podsunęłam myśl.
- Też mu to powiedziałem, ale on się boi, że jak dziewczyny odkryją, że nosi fałszywki, wezmą go za HIPSTERA!

Nie miałam pojęcia z jakimi poważnymi problemami zmaga się współczesna młodzież...

*  *  *

Jako matka trzech dziewczynek, spodziewałam się (żeby nie powiedzieć wyczekiwałam), że prędzej czy później któraś z nich sięgnie po kosmetyki. Jednak ani Zuzka – mimo swoich prawie 14 lat – ani Oliwka (niewiele młodsza), nie przejawiły jeszcze kszty zainteresowania make-upem. Natomiast Julka, lat siedem, to ZUPEŁNIE inna bajka! Ta uwielbia grzebać się w kosmetykach i gdyby nie to, że szkoła zabrania, łaziłaby wymalowana na swój nieporęczny, siedmioletni sposób codziennie.
Znając dobrze zamiłowanie naszej rodzinnej modnisi do dobrego wyglądu, w zasadzie się nie zdziwiliśmy, gdy w Sylwestra, za minutę dwunasta, kiedy staliśmy z kieliszkami w dłoniach czekając na bicie Big Bena, Julka nagle krzyknęła:
- Czekajcie! Nie liczcie beze mnie! Zapomniałam!
I pognała przed lustro, by nałożyć na ust korale swoją ulubioną KRWISTOCZERWONĄ szminkę, wygrzebaną niegdyś spośród moich kosmetyków i zaanektowaną niezwłocznie (i bezpowrotnie).
Zdążyła wrócić akurat na bicie zegara.

Bo jak być Kopciuszkiem, to chociaż umalowanym! :)

*  *  *

- Mamo, mamo! Chodź i zobacz jakie biuro urządziłam sobie przy łóżku! – zawołała mnie Julka.
Poszłam, obejrzałam, pochwaliłam, bo i było za co. Różowy laptopik Barbie na środku, długopisy i ołówki ułożone na prawo, karteczki i stempelki na lewo. Wszystko w jak najlepszym biurowym porządku.
- O, Juleczko, jak pięknie! Kim ty będziesz jak dorośniesz? Pewnie jakąś sekretarką! – zasugerowałam, kojarząc biurową fascynację z miłością do makijażu.
- Sekretarką?  - zdziwiła  się Julka. - Nie! Ja bedę BIBLIOTEKARKĄ!

No i się doczekałam – Wamp Biblioteczny, Nowe Pokolenie!

*  *  *

Zauważyłam ostatnio, że codziennie podczas wieczornego czytania, Oliwka zajęta jest na swoim łóżku miętoleniem w dłoniach czego białego i miękkiego. I widać, że (cokolwiek robi), sprawia jej to żywą przyjemność (mam nadzieję, żę chociaż RÓWNIE wielką jak słuchanie).
- Co ty właściwie robisz, Oleńko? – zainteresowałam się wreszcie któregoś wieczoru.
- Eee, nic takiego. – odparła Oliwka ze stoickim spokojem, nie przerywając roboty. – Po prostu wydłubuję z mojego pluszowego słonia wypełnienie i wkładam je z powrotem!

Interesujące... Kto wie? Może Oliwka właśnie odkryła, że w przyszłości zostanie chirurgiem? Jeśli tak, następnym etapem wieczornych praktyk w pluszowym prosektorium będzie... zaszywanie pooperacyjnej dziury w zwłokach słonia!

*  *  *

- Mamo, w moim łóżku jest coś czarnego! – dokonał odkrycia Matt, po powrocie z łazienki.
- Spokojnie! – udzieliłam matczynej rady – Jeśli to dziewczyna, to pozwól jej zostać. A jeśli to pies, natychmiast wyrzuć!

Matt wrócił do sypialni, dokonał rekonesansu zawartości łóżka, a po chwili przez uchylone drzwi wynurzył się mokry i wilgotny nos Molly.

Czyli to jednak był pies - a nawet suczka!

*  *  *

Wróciwszy do szkoły po świąteczno-noworocznej przerwie, Julka spotkała się ze stęsknionymi koleżankami i zebrała towarzyskie ploteczki, którymi się ze mną natychmiast podzieliła.

- Mamo, wiesz co? Blathnaid mi powiedziała, że była na urodzinach u Joaba. I Joab tańczył na stole!
- Tak?
- Tak! I wiesz co?! Spodnie mu spadły!!! Ha, ha, ha!

Takie rzeczy?! Na urodzinach u siedmiolatków?! O tempora, o mores!



22:54, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 stycznia 2016
Dzisiaj!

13:19, oszin13
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 71