To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
wtorek, 29 marca 2016
Resztki z pańskiego stołu

Chrystus zmartwychwstał! Raduj się świecie! Alleluja!

Z innych radosnych wieści – sądząc po żałosnych resztkach ze świątecznych zapasów, na pewno przez święta przytyliśmy (mówię za siebie). Co w praktyce oznacza, że jeszcze trudniej będzie nas porwać! Uprzedzam, gdyby ktoś chciał...
Natomiast jeśli wierzyć z siłę tradycji i moc Śmigusa – wszystkich nas czeka świetlany rok, ale najbardziej Julkę, która w poniedziałek tak ociekała wodą, że prościej byłoby rozwiesić ją w całości do wyschnięcia, niż rozbierać na części pierwsze.

Zapasy wprawdzie już wyszły, za to poświąteczne życie toczy nam się leniwie dalej. Dzieciaki mają jeszcze wolne w szkole, a i ja – dzięki Miłościwemu Szefowi – mogłam sobie odpuścić kilka dni. Spleen na całego!
I tylko Ojca Rodziny wypychamy do pracy, z zastrzeżeniem żeby nas NIE BUDZIŁ wychodząc!

12920430_1886429491583541_459186568177122073_n

*  *  *

Muszę się pochwalić światu, że nareszcie mi się udało! Po roku wyjaśniania sytuacji zdrowotnej, uzyskiwania zgód i potwierdzeń, udało mi się pozytywnie przejść weryfikację i... honorowo oddać krew! Dołączyłam tym samym do ok. 5% społeczeństwa, które dzieli się z innymi swoją krwią. W nagrodę za odwagę i na znak zawartego właśnie paktu, dostałam znaczek z pelikanem, który pyszni się teraz z klapie mojego płaszcza.  
Następny krok to rejestracja w bazie dawców szpiku – formularz teraz, próbka bazowa już za cztery miesiące :)

*  *  *

Kulturalny wieczór w teatrze z okazji Świętego Patryka, udał nam się nad wyraz i do tego miał pewną wartość dodaną. Także kulturalną.
Sam koncert był, jak można się było spodziewać, genialny. Bardzo profesjonalny i bardzo... irlandzki. Karl McGuckin, Liam Lawton i Andrea Begley stanowili genialny team, a Zuzkowy chór (dla którego w końcu tam przybyliśmy) nie odstawał od nich profesjonalizmem ani odrobinę. Słuchając tych muzycznych wspaniałości, spędziliśmy z Pierwszym Mężem ‘doprawdy czarujący wieczór’.
Natomiast w antrakcie koncertu, kiedy krążyliśmy z Małżonkiem po foyer, ściskając w rękach kubki z gorącą kawą, mimochodem zerknęłam w kierunku szerokiej lady zastawionej ulotkami. I tam, pośród gąszcza okolicznościowych folderów, zauważyłam coś połyskującego. Zaintrygowana postanowiłam zbadać sprawę bliżej. I cóż się okazało? Bibliotekarski instynkt mnie nie zawiódł – pośród rzeszy ulotek, donoszących światu o najrozmaitszych kulturanych imprezach, leżała sobie ni stąd ni zowąd książka. Były to ‘Collected Short Stories’ Michaela McLaverty, a do błyszczącej okładki doklejono karteczkę z ręcznie dopisanym komunikatem, donoszącym „FREE Book! (see inside for deails). www.bookcrossing.com”. Poczułam się jak Alicja w Krainie Czarów, którą zaprasza się do zjedzenia ciasteczka, czym prędzej zajrzałam więc na odwrót okładki. Okazało się, że książka ma swój numer w serwisie BookCrossing i została uwolniona (czyli wrzucona do ogólnoświatowego obiegu) dwa miesiące wcześniej. Natychmiast połknęlam haczyk (jakem bibliotekarka), wrzuciłam książkę do torebki, a w domu zarejestrowałam jej wędrówkę. Jak przeczytam, przekażę dalej – kto wie, może nawet w Polsce!
I już obmyślam wrzucenie do sieci następnych tytułów... Niech się kręci :)

*  *  *

- Lubię ten kraj! – oświadczyłam któregoś dnia w biurze.
- Miło nam – odpowiedzieli moi tubylczy koledzy. – A dlaczego?
- Otóż... – pośpieszyłam z opowieścią. – Kupiłam ostatnio przez Internet bilety do teatru, na koncert Zuzki. Nie były najtańsze, ale co tam! W końcu nie można oszczędzać na talentach dzieci. Aż tu nagle, na dwa dni przed koncertem, Zuzka przyniosła ze szkoły ulotkę z informacją, że rodzina i przyjaciele chórzystów mają prawo kupić bilety z 50-cioprocentową zniżką. Oferta ciekawa, tylko że podana po niewczasie! Mimo wszystko postanowlłam zadzwonić do teatru i spytać czy da się coś zrobić. Uprzejma pani z box office spytała mnie tylko o numery biletów, sprawdziła że faktycznie je kupiłam, po czym poinformowała, że... w ciągu trzech dni prześle mi na konto nadpłaconą kwotę! Żadnego udowadniania, że mam prawo do zniżki, dostarczania dokumentu tożsamości. Nic! Po trzech dniach dostałam pieniądze z powrotem!

Takie to proste – i takie niewykonalne w polskiej rzeczywistości, gdzie na każdym kroku musisz udowadniać, że należy ci się (niewielka) zniżka, a twoje dzieci w wieku szkolnym NAPRAWDĘ chodzą do szkoły. Mimo, że gdyby nie chodziły, rodzic siedziałby w więzieniu...

*  *  *

Taka sytuacja...
Sobota. Godzina 23.00. Dzieciarnia niechętnie kieruje się w stronę łóżek. W końcu mamy weekend...
- OK! – oświadcza w pewnej chwili Oliwka - Muszę jeszcze sprawdzić co mam zadane na poniedziałek!
- Ale jak to? Teraz?! Nie możesz poczekać do rana? – pytam.
- No dobra. – zgadza się niechętnie Ola – Sprawdzę jutro rano...

Takie pomysły, tylko u Oliwki.

*  *  *

W przedświąteczny rozgardiasz, i tak naszpikowany imprezami, wciśnięto nam jeszcze  wywiadówkę w szkole Zuzki. Jak pewnie nie raz podkreślałam, lubię takie imprezy. Głównie dlatego, że mam mądre i kochające szkołę dzieci. :)
Ta wywiadówka była o tyle szczególna, że w tym roku Zuzka ustala listę przedmiotów do małej matury. Trochę według własnych wyborów, trochę według referencji nauczycieli. Byłam więc ciekawa, co też nauczyciele sądzą o naszej szalonej Zuzce.

Generalnie jest bardzo dobrze, a w co ciekawszych szczegółach:
Pani od religii:
- Aaaa, Zuzanna! Moja ulubiona uczennica!
- Naprawdę?! – nie kryłam zdziwienia – Nawet mimo, że uważa się za agnostyczkę i głośno o tym mówi?
- Tak! Jeżeli tylko umie to udowodnić, niech wierzy w co chce!

Takie rzeczy tylko w dobrej katolickiej szkole :)

Pani od wuefu:
- Aaaa, Zuzanna... No tak. Nie jest to typ fizyczny. Zresztą – cała klasa uważa, że jest stworzona do wyższych celów. To taka klasa dam! A Zuzanna jest przynajmniej zawsze przygotowana i ćwiczy. Ale matury z wuefu nie polecam!

Pani od zajęć aktorskich:
- Aaaa, Zuzanna! Bardzo utalentowana, bardzo! Żywiołowa, pełna ekspresji! Widzę ją na scenie. I koniecznie matura z mojego przedmiotu!

Pani od angielskiego:
- Aaaa, Zuzanna. Z jej zacięciem literackim, oczytaniem i wyobraźnią – proponuję jej zdawanie  matury w wersji dla zaawansowanych!

Pani od Home Economics:
- Aaaa, Zuzanna! Świetnie radzi sobie w kuchni, naprawdę świetnie. Ostatnio brała udział w konkursie na obiad. Szykowała polskie mielone, ziemniaki z koperkiem i mizerię. O, tu mam zdjęcia.
- Tak, wiem. Nie wygrała jednak i była bardzo rozczarowana.
- Bo porcję przygotowała za dużą!
- No tak, ale my jesteśmy dużą rodziną. U nas takie porcje to normalka.
- Zuzanna to samo powiedziała! Więc gdyby tylko chciała zdawać maturę z mojego przedmiotu, zapraszam!

Na tego typu pogaduszkach minęły nam 3 godziny, ale dzięki nim Zuzka prawie skompletowała listę przedmiotów na GCSE. Nie pamiętam czy wybrała Home Economics, ale z pewnością nie wybrała wuefu. A matura z religii jest obowiązkowa! Haha.

*  *  *

Jest XXI wiek i szkoły naszych dzieci kontaktują się z rodzicami uczniów przez serwis smsowy. Dostajemy, na zmianę w Ojcem Rodziny, mniej lub badziej ważne komunikaty dotyczące funkcjonowania szkoły i czujemy się doinformowani. Ostatnio, na ten przykład, Ojciec Dyrektor szkoły Matiego poinformował nas, że wprowadza w szkole zakaz picia napojów gazowanych, a energetycznych w szczególności. Byliśmy więc wstępnie w temacie, kiedy Mati wrócił ze szkoły i opowiedział nam historyjkę dnia.

- Mieliśmy dziś po szkole ostatni Klub Anime, więc postanowiliśmy z kolegami uczcić to wyżerką. Dlatego przed lekcjami wpadłem do sklepu i zrobiłem zakupy dla klubowiczów. Obładowany łakociami poszedłem na zajęcia, a tam ogłoszono nam najnowsze rozporządzenie Dyrektora, który zabronił picia w szkole napojów gazowanych i ostrzegł, że nauczyciele mają prawo przeszukać plecaki i skonfiskować kontrabandę. A ja miałem w plecaku czteropak Fanty na KlubAnime! Co ja przeżyłem przez cały dzień! Wydawało mi się, że każdy nauczyciel, którego mijam na korytarzu, wie że coś ukrywam. Że za chwilę sprawdzą mi plecak, zabiorą napoje i ukarzą! Horror! A przecież kupiłem je ZANIM wydano to rozporządzenie!

Jeśli prawdą jest, że ‘na złodzieju czapka gore’, to na przemytniku dwa razy bardziej!

*  *  *

Tutek, wraz z kolegą, postanowili dokonać kontrolowanego zakupu piwa w sklepie monopolowym. Kolega został na zewnatrz, pilnując psa, Tutek zaś wszedł do środka.  Nie bardzo wiedząc jak się zachować, Tutek podszedł do ekspedientki stojącej za mikroskopijną ladą.
- Przepraszam, jestem tu pierwszy raz i nie bardzo wiem co robić. Czy mam wziąć piwo z lodówki i zapłacić u pani?
- Właśnie tak! – odparła ekspedientka.

Wyprawa zakończyła się sukcesem. Uradowany Tutek wyszedł ze sklepu, do czekającego na niego kolegi, i pochwalił się swoim sprytem.
- Powiedziałeś jej, że nie wiesz jak masz kupić piwo?! – zdziwił się kolega. – Przecież się ośmieszyłeś!
- Ha! – odparł Matt – JA przynajmniej wszedłem do sklepu, TY wolałeś zostać z psem!

Do odważnych świat należy!

*  *  *

Zachęcona dialogiem o śmierci Szekspira, Zuzka postanowiła sięgnąć do źródła i obejrzeć oryginalny skecz ‘Inkasent’ Kabaretu DUDEK. Przyleciała potem do mnie z włosem rozwianem i wypiekami na twarzy.
- Mamo, obejrzałam ten skecz! Jest świetny! Naprawdę!
- To fajnie, że ci się podobało.
- Pewnie! – zapewniła mnie Zuzka. - Mam tylko jedno pytanie: KTO TO JEST INKASENT?!

‘Kto to jest Hiszpania? Dlaczego jest Hitler? Cóż jest prawda? I gdzież jest niegdysiejszy Snowden?’, jak pytał klasyk.

22:59, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 marca 2016
Alleluja! Alleluja!

18:04, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 marca 2016
W marcu jak w garncu!

Kłębi się nam w tym marcowym garncu, oj kłębi - i do tego jakby bulgoce! Głównie pogodowo, ale i... imprezowo. Bo to Dzień Kobiet z przyległościami, i St. Patrick’s Day z paradami, koncertami etc., i jajeczna Wielkanoc wreszcie. Jest gdzie bywać, co celebrować, a co za tym idzie i... opisywać. Opisujmy więc – na początek to, co już za nami! :)

Tegoroczny Dzień Kobiet świętowałam prawie tydzień (haha) – bo jak szaleć to szaleć, kefir i 12 słomek! Zaczęło się od uroczystej konferencji w siedzibie naszej firmy, którą to imprezę szykowałyśmy z szefową i zaprzyjaźnionymi babeczkami od dobrych kilku tygodni, dopieszczając dekoracje, potwierdzając atrakcje i rozsyłając zaproszenia dla VIPów. Ogrom pracy, ale koniec końców wszystko nam się udało! 3 marca, o godzinie ‘W’, goście zwalili tłumnie, artyści dopisali, międzynarodowe jedzenie wjechało na stoły, a świeże róże dla kobietek pyszniły się w wazonach. Ba, nawet pogoda zrobiła nam psikusa i, miast zapowiadanego deszczu, zaświeciło cudne wiosenne słońce! Uczestnicy konferencji - co tu kryć, głównie kobiety – były zachwycone, a o ten zachwyt nam właśnie chodziło. Choć ciepły artykulik w lokalnej prasie też nas ucieszył :)
Zakończywszy z sukcesem przedpołudniową część obchodów, wieczorem wdziałyśmy szpilki i wskoczyły w odświętne kiecki, by rozpocząć nieoficjalną część dnia w najlepszym hotelu w mieście. Na początek była wykwintna kolacja z deserkiem (co tam, najwyżej będziemy grube i piękne!), a potem – dosłownie – tańce, hulanki swawole! Tańce – irlandzkie, w wykonaniu wspaniałych Zephaniah Dancers. Hulanki – z ekspertką od tańców szkockich, która starała się nauczyć nas na cito kilku podstawowych pląsów w stylu rodaków Rob Roya. Swawole – z naszą Betty, w westernowym tańcu liniowym. Jednym słowem, parkiet nie stygł, a kto akurat nie tańczył, ustawiał się w kolejce do fotografa, by utrwalić swoją odświętną toaletę na ‘wieczną rzeczy pamiątkę’. Późnym wieczorem, tanecznym krokiem, wymaszerowałyśmy z lokalu i nareszcie wylądowałyśmy we własnych domach - choć nie jestem pewna, czy wszystkie od razu ;) Ja, w każdym razie, zakończyłam wieczór z nogami w misce z gorącą wodą. Gdyby nie to, pewnie następnego dnia nie włożyłabym butów :)

Tyle było tego świętowania przed świętem właściwym, a 8 marca... wszystko zaczęło się od nowa i to podwójne! Wszak tego właśnie dnia przypadają także imieniny Beaty, a nasza firma jest podwójnie błogosławiona, mając Beatowy ‘dream team’. Były więc kwiaty, uśmiechy, czekoladki od szefa i dużo, dużo życzeń, a po powrocie do domu jeszcze deszcz róż, którymi obdarował wszystkie swoje domowe kobietki nasz Ojciec Rodziny. I tak się zakończył tegoroczny Międzynarodowy Dzień Kobiet, choć nie całkiem, bo jeszcze następnego dnia znalazłam na biurku doniczkę z różami od szalonego wielbiciela... naszego klubu ;)

 A oto video, specjalnie wyprodukowane na tegoroczne obchody Dnia Kobiet, pokazujące historię naszego Women’s World. Albowiem od 10 lat ‘Liga rządzi, Liga radzi, Liga nigdy cię zdradzi’ ;)

 https://www.youtube.com/watch?v=6Pv3xlLAHao&feature=youtu.be

*  *  *

Już za kilka dni kolejny St. Patrick’s Day. 17 marca dosłownie cały świat się zazieleni, ulicami miast przemaszerują barwne parady, a w pubach obowiązywać będzie tylko jedyna słuszna marka piwa – Guinness.
My w tym roku świętujemy imieniny patrona Irlandii aż trzy dni! Zaczynamy w środę 16-go – na Festiwalu Tańca Irlandzkiego w szkole Julki. Po niegdsiejszych sukcesach tanecznych starszych sióstr, przyszła kolej na najmłodszą. Będą to jej takie trochę przedpremierowe zawody, bo na razie tańczy tylko w ramach klubu pozaszkolnego, ale pierwszy występ publiczny zawsze pozostanie pierwszym. I mamy zamiar go obejrzeć :) Na czwartek 17-go nie mamy jeszcze konkretnych planów. Zapewnie obzielenimy się maksymalnie i wyskoczymy gdzieś nieopodal na jakąś paradkę. Natomiast wiemy dokładnie co będziemy robić w piątkowy wieczór – wraz z szanownym małżonkiem udajemy się do Market Place w Armagh na koncert muzyki irlandzkiej. Na scenie – starzy znajomi, można rzec – Karl McGuckin (baryton) i Liam Lawton, a jako słodki dodatek (zamiast Fra Fee) Andrea Begley, zwyciężczyni brytyjskiego The Voice. Razem z nimi, jako siła wielu głosów, chór St. Catherines College z naszą Zuzanna w szeregach.
Zapowiada się kulturalnie interesująco ;)

*  *  *

Zuzka zaczytuje się ostatnimi czasy w literaturze typu ‘fanfiction, głównie na podstawie Tolkiena. Przeżywa przy tym każdy wymyślony przez fanów wątek okrutnie, wykrzykując znienacka:
- Dlaczego ona nie powie mu, że go kocha! On powinien się dowiedzieć!!!
Albo:
- No, pocałuj go, pocałuj! Na co czekasz?!
Albo:
- Gandalf używający narkotyków? Kto to wymyślił?!
Aby skierować jej literackie zaangażowanie na nieco inne tory, postanowiłam zaznajomić kobietę z innym klasycznym klasykiem. Pobuszowałam na ebayu, policytowałam, a wreszcie zakupiłam za przyzwoitą cenę pięć tomów ‘Diuny’ Franka Herberta. Mam nadzieję, że Zuzka zapadnie się w jej piaski ‘po kolana, po pas, po szyję’, jako i ja się kiedyś zapadłam.

Ze szczególnymi pozdrowieniami dla człowieka, który zapadł się był jeszcze głębiej – Roberta Pie!

fanfiction1

*  *  *

Zuzka opowiadała mi ostatnio historię, ze swojego szkolnego życia wziętą.
- Mamy w szkole uczniów z Francji. Wiesz, z wymiany studenckiej. Mijałam ich dziś na korytarzu. I kiedy przechodziłam obok ostatniego, uśmiechnęłam się i powiedziałam: ‘Bonjour’.
- Czyli pochwaliłaś się znajomością języków! – pochwaliłam. - I co, odpowiedział?
- Tak! – odparła Zuzka ze śmiechem – Powiedział: ‘Hello!”

Nie ma to jak sobie pokonwersować z native speakerem :)

*  *  *

- Pewnego dnia ufarbuję sobie włosy na niebiesko! – oświadczyła kategorycznie któregoś dnia jedna z moich córek, i była to córka... najmłodsza.
- Dlaczego akurat na niebiesko?! – zadumałam się nad źródłem Julkowej inspiracji, podejrzewając wpływ Zuzanny, która wyraziła swego czasu chęć posiadania niekonwencjonalnego koloru włosów.
- Bo mój ulubiony youtuber ma niebieskie włosy! – rozjaśniła mroki mojej niewiedzy Malutka.

Cóż, jakie czasy, takie autorytety. W sumie, gdyby ceniła sobie urodę świnki Peppy, skończyłaby z różowymi włosami. Nie wiem co gorsze.

*  *  *

Opowiedziałam Matiemu dowcip. Obśmialiśmy się oboje serdecznie, ale dowcip wydał mi się jednak nieco rasistowski, więc ostrzegłam Matiego, że gdyby sprzedawał go komuś dalej, niech nie mówi gdzie słyszał. Następnego dnia Matt wrócił uradowany ze szkoły.
- Spotkałem w autobusie szkolnym kolegę i mówię do niego: „Moja mama opowiedziała mi dziś rasistowski dowcip! Hej, czekaj! Prosiła, żebym nie mówił, że to ona! SŁYSZAŁEM ostatnio rasistowski dowcip!”

‘Nic nie powiedziałem, a czuję się jak kapuś’, cytując klasyka.

*  *  *

Po tym, jak Oliwka była uprzejma zawieruszyć gdzieś szkolną kurtkę, a warunki atmosferyczne raczej nie rozpieszczają, pojawiła się paląca potrzeba zakupienia nowego kurtkowego egzemplarza. Pierwszy Mąż wybierał się akurat towarzysko w okolice sklepu mundurkowego, więc zleciłam mu misję zdobycia ww. sztuki garderoby.
- A jaki to ma być rozmiar? – rozsądnie zapytał Mąż.
- Rozmiar 36 – odpowiedziałam i rzuciłam pół żartem – Dokładnie taki, ile mam lat. Żeby łatwiej ci było zapamiętać!
Pierwszy Mąż popatrzył na mnie podejrzliwie – widocznie coś mu się nie zgadzało... Niczego jednak nie komentując, pojechał do sklepu. Przez chwilę obawiałam się, że wróci z kurtką w rozmiarze 47, ale nie – zakupił trzydziestkę szóstkę.

Czyli jednak nie uwierzył... ;)

rocznica_slubu_20150323_195945

01:08, oszin13
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 marca 2016
Sursum corda!

Ktoś ostatnio zapytał, czy nie tęskni mi się za posiadaniem w domu małych dzieci. Takich, co to ponosić je można, pobujać na biodrze, przewinąć, pogruchać... Bo, jak mówią, ‘małe dzieci – mały kłopot, duże dzieci – duży kłopot’. Otóż stanowczo NIE TĘSKNI MI SIĘ! Uważam, że wycisnęłam z tego okresu w życiach całej naszej czwórki co się dało (z nieprzespanymi nocami włącznie)! Aktualnie delektuję się posiadaniem dzieci odchowanych, zbierając owoce kształtowania przez lata młodych charakterów i budowania własnego autorytetu. Zawierucha jest z nimi co prawda niemała, ale i satysfakcja przeogromna – z dobrze wykonanej rodzicielskiej roboty. Można ich spokojnie zostawić samych w domu, bez obaw, że podpalą, zaleją albo się pozabijają. Można z nimi poważnie porozmawiać, wspólnie się pośmiać i popłakać. Fajni są, po prostu, bo tacy... duzi!
I – jak każdy rodzic – za nic nie mogę pojąć jak to się dzieje, że to właśnie MOJE dzieci są najlepsze i najmądrzejsze na świecie?! ;)

*  *  *

Nasz domowy kendoka, czyli Ojciec Rodziny, wymknął się był w ostatni weekend z domu na wyjazdowe seminarium, prowadzone przez Bardzo Ważnego Japońskiego Senseia. W związku z powyższym, postanowiłyśmy, wraz moimi domowymi babeczkami, urządzić sobie babski weekend, ignorując zupełnie obecność Matiego, zamkniętego na ogół w swoim pokoju (jak Roszpunka w wieży).
W sobotnie przedpołudnie, wyspane i radosne, ruszyłyśmy w miasto. Oblazłyśmy chyba wszystkie możliwe promocje, nakupiłyśmy fatałaszków po okazyjnych cenach i obmierzyłyśmy rzeszę butów. Skusiwszy się na fast food, nie musiałyśmy zaprzątać sobie pięknych główek szykowaniem obiadu (komputerowa Roszpunka jakoś sobie poradziła...). Po kilku godzinach łażenia, zmęczone, ale zadowolone z siebie, dowlokłyśmy się do domu, unosząc nasze łupy.
A wieczorem naprodukowałyśmy popcornu i uroczyście zasiadłyśmy przed szklanym ekranem, rozpoczynając Ucztę Kinomana z serii ‘Mama już to oglądała i poleca!’. Po skonsumowanym kilka dni temu „Footloose”, a zaraz potem „Moulin Rouge”, przyszła pora na coś bardziej niszowego. Padło na Mistrza Bertolucciego i „Małego Buddę”, którego już dawno miałam sobie przypomnieć. Zgodnie z maminymi przewidywaniami dziatwa, zwłaszcza starsza, dała się porwać klimatowi filmu. Zuzka z miejsca rozpłynęła się nad urodą wczesnego Keanu Reevesa, w wersji nieco oliwkowej, a ja z westchnieniem wspomniałam niegdysiejszy czar Chrisa Isaaca. Klimat krainy Księcia Siddharthy i jego mnisich wyznawców, dawał się wyczuć w powietrzu jeszcze długo po napisach końcowych.
- A może by tak jeszcze jeden film? Jest dość wcześnie! – zaproponowała Zuzka, której widocznie nie dość było wrażeń.
- Czemu nie! – odparłam i wrzuciłam na ruszt intrygującego „Orlando” Sally Potter. Nietuzinkowa uroda i genialna gra Tildy Swinton, wprawiły Zuzkę w niekłamany zachwyt! Zwłaszcza ukradkowe spojrzenia na widza i komentarze poza sceną, zrobiły na niej piorunujące wrażenie. A kiedy jeszcze z mgły historii wyłonił się Billy Zane, jakby żywcem wyjęty z tanich romansideł...
Dość powiedzieć, że mimo upływu lat, „Orlando” w ogóle się nie zestarzał – ale w końcu o to przecież w tej historii chodziło! LOL!

Miałam w rękawie jeszcze jednego filmowego asa, ale tego zostawiłam na niedzielne popołudnie. Tymczasem owego popołudnia, skacząc po telewizyjnych kanałach, niepodziewanie odkryłyśmy powtórkę z „Le Miserables”. Za nic nie mogłyśmy sobie tego odpuścić – zwłaszcza odkąd osobiście znamy jednego z aktorów! :)
Skonsumowawszy kolegę Hugo w charakterze przystawki, przeszłyśmy do planowanego dania głównego, a było to... szekspirowskie „Wiele hałasu o nic” w adaptacji Sir Kennetha Branagha. Znów Keanu Reeves – tym razem w mrocznej odsłonie – a do tego Denzel Washington, Emma Thompson, Michael Keaton, Robert Sean Leonard i, oczywiście, sam Kenneth B. Klasyka w najlepszym wydaniu. Zuzka nie mogła się napatrzeć i nasłuchać, szczególnie skrzących dialogów między Betrice a Benedickiem. Z miejsca też zapragnęła przeczytać oryginał komedii Szekspira, więc jeszcze w trakcie filmu namierzyła ją na półce w „Dziełach Zebranych”.
Zaraz następnego dnia wykorzystała świeżo nabytą wiedzę z zakresu szekspirowskich adaptacji na lekcji angielskiego – dzięki temu, że doceniła filmowy gust szanownej mamusi! ;)

A jeśli mowa o Szekspirze, to po prostu MUSZĘ zacytować innego klasyka:


‘- Panie Orchidejczyk! Przecież ja znałem Pańskiego brata, Bernarda! Myśmy razem służyli w okopach! Co to był za inteligentny człowiek, proszę Pana. Myśmy razem czytali Szekspira!
- Umarł!
- Kto? Szekspir?!
- Bernard!
- Się przestraszyłem, że Szekspir!’

 Dla zainteresowanych cytowanym klasykiem, całość tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=YBPWq0ZAyIo

*  *  *

Pewnego dnia Zuzka przyniosła ze szkoły straszne wieści.

- Mamo, mamo! Dzisiaj mieliśmy test z matematyki! I wiesz co? Jedna moja koleżanka z klasy zemdlała!
- Naprawdę?! – żywo się zainteresowałam, bo i mojej koleżance przydarzył się kiedyś taki wypadek. Na, budzącym słuszną trwogę wśród studentów, egzaminie z filozofii u Doktora Brykczyńskiego.
- Tak! Po prostu osunęła się na podłogę! A moja inna koleżanka powiedziała, że podobno istnieje szkolny przepis, który mówi, że gdyby ktoś UMARŁ podczas testu, cała klasa miałaby zaliczony egzamin!
- To bardzo interesujące! A co stało się z tą zemdloną koleżanką?
- Niestety, docucono ją.

A to peszek… ;)

*  *  *

 Miałam przyjemność spotkać się z nauczycielką Julki, w ramach wiosennej sesji wywiadówkowej.
- Julka to bardzo bystra dziewczynka. – pochwaliła Czupurka jej Pani – Ma wspaniałą wyobraźnię, czyta najlepiej w klasie, pięknie pisze, doskonale liczy. I często mi opowiada o swojej rodzinie.
- Nie wątpię. – mruknęłam pod nosem, znając słabość swojej córki do rozpowszechniania domowych tajemnic.
- Opowiadała mi rano – kontynuowała nauczycielka - że jej tata pojechał ćwiczyć kendo, a ona była z mamą i siostrami na babskich zakupach. Powiedziała też, że jej mama wygląda dziś zupełnie jak ja, bo założyła czarną bluzkę z białymi dodatkami. Ja też mam taką bluzkę!

I weź się, człowieku, wystrój z nonszalancką elegancją!
Dobrze, że właściwie nie mamy wiele do ukrycia, bo najmłodsza córka sprzedałaby nas niezwłocznie do tajnych służb. I trzeba by zmienić jej imię – z Julki na Bolka :)
12439380_904343999683562_7134874185566970737_n

16:40, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 lutego 2016
Protokół dyplomatyczny...

Nie udało mi się, cholera jasna, umówić na lutowy dyżur konsularny. Wisiałam na kompie określonego dnia, zdawało mi się, całe popołudnie, czyhałam na terminy, a i tak przegapiłam zapisy! I nici ze spotkania z Szanownym Konsulem RP w tym miesiącu – trzeba będzie znowu zapolować, za kilka tygodni. Masakra...
Za to dość nieoczekiwanie udało mi się ostatnio samej zostać ambasadorem, a w zasadzie ambasadorką – polskości na obczyźnie! 
Zaprzyjaźniona grupa irlandzkich emerytek, spotykająca się regularnie na pogaduchy i robótki ręczne, poprosiła mnie i moją koleżankę, o przybliżenie im Polski. Więc upiekłyśmy szarlotkę i usmażyły faworki, koleżanka wydobyła z zakamarów zamrażarki prawdziwą polską kiełbasę i załatwiła chleb. Bo przez żołądek do serca najbliżej :) A potem zaczęłyśmy wykład, okraszony pokazami multimedialnymi i oryginalnymi artefaktami. Za oknami padał deszcz, a my wraz z zachwyconymi babciami chichotałyśmy i pogryzałyśmy polską kiełbasę, popijając angielską herbatkę. Przyjaźń polsko-irlandzka kwitła!

A na następną (ewentualną) wizytę umówiłyśmy się na konsumpcję bigosu... ;)

*  *  *

Kilka lat temu mogliśmy się martwić tym, że nasze dzieci nie mówią płynnie po angielsku. Dzisiaj musimy walczyć o zachowanie znajomości polskiego! Mimo bowiem, że jest to nasz codzienny domowy język, młode gamonie chętniej używają zwrotów angielskich. A rodzice muszą nieustająco rozbudowywać słownictwo, by za nimi nadążyć.

Przez ostatni tydzień, z powodu przerwy w szkole, dzieciaki siedziały same w domu. Pod opieką starszego brata, oczywiście. A mama i tata, którzy nie mieli przerwy w pracy, grzecznie wędrowali do pracy. I właśnie w samym środku pewnego biurowego dnia, kiedy cieszyłam się, że nie dostałam żadnych alarmujących wieści z domu, mój telefon zabrzęczał. Przyszedł sms od Oliwki:
‘I’ve got a splinter and can’t get it out!’.
Czyli coś się jednak stało, tylko co?! Słowo SPLINTER nic mi nie mówiło, kojarzyło mi się z BLISTER, ale o posiadanie pęcherzy Oliwki nie podejrzewałam. Pełna najgorszych obaw, rzuciłam się więc do internetowego słownika. Tajemniczy ‘splinter’ okazał się zwykłą drzazgą, co za ulga! Zatem Oliwka najprawdopodobniej żyła, choć pewnie była nieco obolała. Zapisałam sobie nowe słowo do zapamiętania, a później, już spokojniesza, zadzwoniłam do domu....

A tak dla językowej przeciwwagi, Tutek zaserwował nam ostatnio polski nowo-twór, stwierdzając:
- Jeśli coś jest czystsze, to coś innego może być BRUDSZE!

I niby racja! Dzwonimy do Profesora Miodka!

*  *  *

- A co to takiego? - spytał ojciec rodziny, wskazując na leżąc na stole niewielkich rozmiarów woreczek, pełen koralików, guzików i innej drobnicy.
- To dla Zuzki! – pośpieszyłam z wyjaśnieniem - Ma przynieść do szkoły na jutrzejszą plastykę różne rzeczy do dekoracji obuwia. Najlepiej o morskich kształtach! Przeszukałam cały dom – i oto efekt!
Zdziwiony ojciec spojrzał na zegarek.
- Co?! Dopiero szósta?! Zuzka! Następnym razem zgłoś się do mamy z takimi żądaniami najwcześniej o 10-tej wieczór! Mama jest wtedy bardziej kreatywna!

Ha-ha. Dowcipniś! Może się śmiać, bo to NIE ON przeszukuje domowe zakamary na cito...

*  *  *

Jak bardzo przydatny może okazać się oswojony starszy brat, przekonała się ostatnio Zuzka. Albowiem uknuła i przeprowadziła z jego wykorzystaniem kinową intrygę... Odkąd na ekrany wszedł ‘Deadpool’, Zuzka dyszała chęcią obejrzenia przygód tego komiksowego bohatera. Był jednak jeden szkopół – film dozwolony jest od lat 15, a Zuzce brakuje do tego wieku jeszcze 11 miesięcy (!). Nie mogła iść sama - co innego pod opieką osoby dorosłej! Weszła więc w komitywę ze starszym bratem. Zafundowała mu bilet z własnego kieszonkowego (obiecała też popcorn, ale rodzicielsko zainterweniowaliśmy, uznając to za wyzysk!) i razem powędrowali na seans. Wilk był syty i owca cała. Zuzka tryskała szczęściem, choć jak sama przyznała, niektóre dowcipy prezentowane na ekranie w ogóle jej nie śmieszyły, bo ich po prostu nie rozumiała.
Czyli limit wieku jednak miał sens...

To co udało się Zuzce, nie udało się jej dwóm koleżankom z klasy, które także wybrały się do kina na ‘Deadpoola’. Przy kasie zażądano od nich dowodów tożsamości i sprawa się rypła.
Niepocieszona pozostała także Oliwka, dla której sprytny wybieg Zuzki był jawną niesprawiedliwością.
- Dlaczego Zuzka może iść na ten film, a ja nie?! Przecież ona NIE MA jeszcze 15 lat!
- Owszem – przyznałam jej rację - Ale ma PRAWIE 15, a ty masz TYLKO 11! Poczekaj, może pokażą go w telewizji, za jakieś dwa lata...
- Ale wtedy to będzie już historia! – zawyła z rozpaczy Oliwka, ale na wszelki wypadek zabroniła Zuzce opowiadać sobie CZEGOKOLWIEK z fabuły filmu. 

*  *  *

Zuzka z Oliwką śledziły jakiś nowy serial na CBBC. Nagle Zuzanna wybiegła z kuchni z rozwianym włosem i, pełna ekscytacji, rzuciła się w moim kierunku.
- Mamo, mamo! Wiesz co oni zrobili?!
- Nie bardzo. – przyznałam ze skruchą, oczekując nieuchronnych wyjaśnień.
- Oni wymyślili własny język! Wiesz co mi to przypomina?!
- No, co? – żywo się zainteresowałam.
- DZIECI Z BULLERBYN!!!

„- Petruska saldo bumbum.
A Olle odpowiedział:
- Kolifink, kolifink.
A Bosse:
- Mojsi dojsi filibom ararat.”

Po prostu bibliotekarskie serce rośnie! :)

*  *  *

Zimę tego roku mamy bardzo niezdecydowaną. Pojawia się i znika w tempie kosmicznym. I właśnie na bazie tego pogodowego galimatiasu, opowiadałam Zuzce historię z własnego, studenckiego życia wziętą.
- Jechałam sobie kiedyś do domu z uczelni. Wiozłam w plecaku słoiki. W Warszawie była już wiosna, więc na drogę założyłam lekkie buciki. Wsiadłam do autobusu, ruszyliśmy, a podczas drogi przysnęłam nieco. Kiedy się obudziłam, zauważyłam, że jestem już prawie u celu, ale za oknami leży jeszcze śnieg. Przypomniałam sobie wtedy, że w słoikach mam zimowe buty, postanowiłam więc je odnaleźć. Zaczęłam w autobusowej ciemności grzebać w plecaku i grzechotać słoikami w poszukiwaniu zimowych butów...
- Chwileczkę, mamo. – przerwała mi nagle Zuzka i zapytała. – Jak WIELKIE były te słoiki?
- Jak to, jak wielkie?! – zdziwiłam się – No, takie litrowe, po ogórkach chyba. A co?
- Nic. Zastanawiam się tylko, jak WŁOŻYŁAŚ w nie zimowe buty?!

No tak, ‘zimowe buty w słoikach’! Kiszone, psiamać! ;)

*  *  *

- Podjęłam postanowienie na Wielki Post! – oświadczyła Oliwka.
- To fajnie. – pochwaliłam. - A jakie?
- Przez 40 dni będę piła tylko wodę! – wyjaśniła Ola. – Powiedziałam o tym koleżance, a ona bardzo trafnie zauważyła, że nie mogę żyć tylko o wodzie, bo przecież potrzebuję wapnia do życia!
- Aha. – podzieliłam jej dylemat – I co w związku z tym?
- Postanowiłam, że będę piła tylko wodę! I mleko!

Najbliższe 40 dni będzie dla Oli mlekiem i wodą płynące. Bo postanowienie postanowieniem, ale zdrowie jest najważniejsze!

13:19, oszin13
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 71