To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
czwartek, 14 lipca 2016
20 lat, a może więcej…

Przyznaję się bez bicia – wpadłam w szpony sagi ‘Millenium’ Stiega Larssona. Zachęcona zachwytami Pierwszego Męża ściągnęłam ją z półki i jednym tchem przeczytałam dwa pierwsze tomy. A potem stwierdziłam, że jeśli teraz nie przerwę tego szaleństwa i nie napiszę czegoś na bloga, to dupa blada – trzeba będzie czekać aż łyknę trzeci tom! Piszę więc, choć nie obiecuję, że skończę, bo książka kusi, a dodatkowo właśnie odkryłam, że istnieją ekranizacje! Żal byłoby nie porównać… :)
Taki to już żywot mola książkowego!

*  *  *

Mamy w tym roku z Pierwszym Mężem specjalną okazję do świętowania. Dokładnie 20 lat temu spotkaliśmy się na ślubnym kobiercu w jednym z parafialnych kościółków. On - biedaczek – zdenerwowany do szpiku kości, w przykrótkim czarnym garniturze i ze zsuwającymi się z nosa okularami. Ja – cała w bieli, owinięta trzywarstwowym welonem i jakoś zdecydowanie pewna siebie. Zabrzmiało ‘Ave Maria’, wymieniliśmy obrączki. Były ‘kwiaty, gratulacje’ i weselne szaleństwo do białego rana, ale tuż przed północą – gromkie ‘Sto lat’ z ponad dwustu gardeł w kierunku Pana Młodego, z okazji urodzin. Tak to się zaczęło…

A potem studia, dzieci, praca, emigracja – ni stąd ni zowąd minęło 20 lat. I choć starsi jesteśmy NIECO, to przecież ‘w sercu ciągle maj!’ I niech nam tak zostanie - czego sobie wzajemnie życzymy na (co najmniej) następne 20 lat!

Bo każda okazja do zjedzenia tortu jest dobra! :)

 a

Tak więc, jako się rzekło, Pierwszy Mąż obchodził w lipcu okrągłą rocznicę zostania Pierwszym Mężem, ale jako Ojciec Rodziny, został tego samego dnia dodatkowo obsypany prezentami urodzinowymi. Pamiętająca progenitura, znająca aż nadto dobrze zaangażowanie Rodziciela w odkrywanie Drogi Miecza, skupiła się w swoich prezentach tematycznie na kendo. Ojciec otrzymał więc laurki okraszone wizerunkami kendoków, koszulkę ‘Keep calm and do kendo’ oraz parę nakolanników firmy KENDO. Żelowe nakolanniki wywołały u ojca niepohamowany napad śmiechu i nie bardzo mogliśmy zrozumieć dlaczego? W końcu założeniem ofiarodawcy, który wytropił i zakupił rzecz w internecie, było ułatwić Ojcu-Staruszkowi klęczenie w zbroi na twardej podłodze dojo!
Nieco skonsternowani czekaliśmy z konsumpcją tortu do czasu, aż rozbawiony Jubilat dojdzie do siebie i wtajemniczy nas w przyczynę wesołości. I wtajemniczył! Okazało się, że kendocy (w przeciwieństwie do iaidoków) rzadko klęczą, raczej kucają, więc siłą rzeczy nie produkuje się dla nich ochraniaczy na kolana. Natomiast firma KENDO, i owszem, sprzedaje żelowe nakolanniki, ale dla… brukarzy i dekarzy! I taki właśnie PROFESJONALNY SPRZĘT DEKARSKI otrzymał w prezencie nasz Jubilat!
Obśmiawszy się wstępnie jak norka, Ojciec oczywiście docenił ostatecznie dobre chęci Ofiarodawcy, gorąco zapewniając, że znajdzie dla ochraniaczy zastosowanie – choćby miał zakupić paczkę bruku i na siłę gdzieś go położyć!
Bo kto by pomyślał, że firma KENDO produkuje sprzęt DIY?! Weź tu, człowieku, zaufaj wyszukiwarkom internetowym!

A kiedy ojciec nacieszył się już pamięcią rodziny, kosztując nawet tortu, choć ze słodyczy to tylko piwo…, zabraliśmy go na rodzinne kręgle. I daliśmy mu wygrać! No, dobra - wygrał bo był najlepszy ;)

*  *  *

Korzystając z wakacyjnego spleenu, Zuzka postanowiła wreszcie rozprawić się z famą Gwiezdnych Wojen i obejrzała wszystkie siedem części an block. W kolejności premier. Oczywiście z miejsca wpadła po uszy w klimat i sypie teraz cytatami z filmu, jak z rękawa. Neofitka jedna!
A ja, będąc tylko NIECO starszą od rzeczonej sagi, zazdroszczę jej zachwytów… :)

I niech moc będzie z nami!

b

*  *  *

Od jakiegoś czasu świat szaleje na punkcie gry Pokemon Pro, a nasz Tutek jest jednym z entuzjastów. Gra polega na tym, że lata się po mieście z telefonem w ręku, szukając przy pomocy gps ukrytych pokemonów do kolekcji. Podobno gdzieś na świecie znaleziono przy okazji jakieś ciało i kilku ludzi przez przypadek wlazło tam gdzie nie powinno – na przykład komuś do domu…

To jednak nie jest ważne – ważne jest, że TRZEBA SIĘ RUSZAĆ! I tylko to mnie interesuje, z mojego rodzicielskiego punktu widzenia!

Z tego właśnie powodu, kiedy Mati – który właśnie namiętnie kolekcjonuje drużynę Pokemonów – zjawił się wieczorem z informacją: „Ech, jutro muszę przejść 2 kilometry, żeby osiągnąć kolejny poziom!”, tylko się uśmiechnęłam pod nosem.
Cała przyjemność była po mojej stronie, bowiem każdy powód jest dobry, żeby wyrwać go sprzed kompa.

Może być nawet Pikachu :)

 

OK, a teraz wracam do porzuconego Stiega Larssona i „Zamku z piasku, który runął”.
See u later! :)

21:56, oszin13
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 lipca 2016
Sezon czereśniowy

Tegoroczne wakacje przebiegają nam pod znakiem EURO. Polscy piłkarze do niedawna robili co mogli, żeby WEJŚĆ do finału piłkarskich mistrzostw Europy (Nic Się Nie Stało, Chłopaki!). Natomiast Wielka Brytania wprost przeciwnie – właśnie WYMELDOWUJE się z EUROpejskiej Wspólnoty. W obu przypadkach – szok, zaskoczenie i dużo, dużo emocji. Nie zawsze pozytywnych - szczególnie w kwestii wyników brytyjskiego referendum. Jeszcze nie wiadomo jakie będą następstwa, co się zmieni, ba, czy w ogóle się zmieni! Ale ludzie wiedzą lepiej i sieją zamęt w co bardziej bojaźliwych umysłach, rozsnuwając apokaliptyczne wizje.
Jeśli chodzi o nas, w całym tym szaleństwie staramy się zachować rozsądek. Robimy swoje i raczej optymistycznie spoglądamy w przyszłość. Co będzie to będzie, wystarczy poczekać, a nie ma co się denerwować na zapas!

Tymczasem dojrzały czereśnie i kolejne urodziny wkradły mi się mimochodem do życiorysu. Podobno im więcej obchodzisz urodzin, tym dłużej żyjesz :) I te prezenty… ;)
Jednak z dwojga ‘złego’, już wolę czereśnie… W każdej pestkowej ilości!

*  *  *

Udało mi się ostatnio… nie dotrzeć na zjazd klasowy. Taki już los imigranta (niezła wymówka, BTW). Trochę szkoda, ale może następnym razem będzie lepiej - za kolejne 28 lat, haha. Na szczęście z przecieków od dobrze poinformowanych osób, które również nie dotarły, wiem że nie było tłumów.
Dostałam też pocztą pantoflową pakiet zdjęć z imprezy. Ale jazda! Niektórych kolegów rozpoznałam od razu, innych dopiero po głębszej analizie klasowej fotki sprzed prawie 30 lat. Panowie z brzuszkami, panie w kreacjach. A jeszcze przecież nie tak niedawno – wiatr w tapirowanych grzywkach, pocerowane dżinsy na tyłkach, a głowach:

*  *  *

W związku z szeroko zakrojonymi obchodami okrągłej rocznicy ślubu, wybraliśmy się z Pierwszym Mężem na randkę do Opery. Spędziliśmy doprawdy uroczy wieczór, ale zanim do niego doszło, trzeba było nam się odpowiednio doń przygotować. Na tych właśnie przygotowaniach złapała mnie Julka.
- Dokąd idziesz, mamo? – spytała podstępnie.
- Na randkę. – odparłam zgodnie z prawdą.
- Z kim?
- Z tatą.
- A dlaczego?
- Bo go kocham!
- Aha. – Julka wydawała się być usatysfakcjonowana przesłuchaniem. Teraz mogła skupić się na moim wyglądzie:
- Mamo, wyglądasz pięknie! – wykrzyknęła – Jak PRAWDZIWA kobieta!

Ile to się trzeba namęczyć, żeby wyjść z mężem i do tego wyglądać jak człowiek. A żeby wyglądać jak kobieta – jeszcze więcej!

*  *  *

Zuzka stara się jak może być godną ambasadorką polskości wśród swoich irlandzkich koleżanek. Na Eurowizyjny wieczór wyjazdowy, na ten przykład, zabrała ze sobą wielki słój truskawek w śmietanie i gar makaronu. Staropolska gościnność zobowiązuje!
Namiętnie kolekcjonuje też polskie powiedzonka, wydłubane z naszego rodzinnego słownika, tłumacząc je dla śmiechu dosłownie na angielski. Do niedawna jej ulubionym było ‘skrobać marchewki’, czyli z polskiego na nasze ‘to grit carrots’. Jednak ostatnio zasłyszała ‘Po kiego grzyba?’ i prawie padła ze śmiechu, tłumacząc je jako ‘FOR WHAT MUSHROOM?!’ ;)

'I for what mushroom tam wlazłaś?!’ Taka zagadka ;)

*  *  *

Tutkowi też udało się nie tak dawno zabłysnąć w roli translatora – tym razem z naszego na polskie. Przygotowując się do matury z polskiego, ćwiczył tłumaczenie angielskich tekstów. Dzięki lekkim brakom w zasobie polskiego słownictwa, uzupełnionym na pniu bujną wyobraźnią i odrobiną fantazji, powstały naprawdę niezapomniane słowotwory. Dawno się tak nie ubawiłam! Moi absolutni faworyci to ‘heavy-metal band’ jako ‘BANDA heavy-metalowa’ i ‘szwaczka’ jako ‘SZEWC ODZIEŻY’.

Jak ktoś nie wie, to zmyśli, jak mawiała moja cioteczna babka. I, zaiste, miała rację! :)

*  *  *

Oliwa dostała od swojej Opiekunki Roku zadanie przygotowania prezentacji na Cultural Day. Na temat Polski, nie wiedzieć czemu ;) Temat wydawał się jej łatwy, lekki i przyjemny, upewniwszy się więc, że wypożyczę jej z domowych zasobów strój krakowski i paczkę opłatków, spoczęła na laurach. Za prezentację zabrała się dopiero ostatniego wieczora.
Było przed dziesiątą, powoli szykowaliśmy się do spania, a Oliwka stawiała ostatnie przecinki w Power Poincie. Relaks i spleen... I właśnie w samym środku tej śródwieczornej idylli, na progu naszej sypialni zjawiła się zapłakana Oliwka, z trudem tłumacząc: "Mammooo, zapomniałam ci powiedzieć. Mam jutro w szkole prezentację o Polsce i potrzebuję czegoś z polskiej kuchni. Obiecałam swojej pani. Więc… możesz mi teraz zrobić PIEROGI?!" :)
Nie mogłam, już nie miałam na to sił.
Ale czy jakiś rodzic może się oprzeć sile zapłakanych dziecięcych oczu? Na pewno nie my! My rzeczy niemożliwe załatwiamy od ręki! Wskoczyliśmy w ciuszki, wpakowaliśmy Oliwę do samochodu i pojechaliśmy przetrzepać zasoby lokalnego TESCO, modląc się żeby wciąż było otwarte. Mieliśmy szczęście – i obłupiliśmy stoisko z polskim jedzeniem, unosząc trzy rodzaje pierogów, ptasie mleczko, słone paluszki, pasztet podlaski i temu podobne specjały. Oliwka była wniebowzięta. My w zasadzie też, albowiem szczęście naszych dzieci jest naszym szczęściem.
Jak pokazał następny dzień, zakupami ‘last minute’ uszczęśliwiliśmy również kadrę nauczycielską St. Catherines College. Albowiem już po wspaniałej Oliwkowej prezentacji, cała ilustrująca ją garmażerka wylądowała… za drzwiami pokoju nauczycielskiego. I tyle ją widziano. Do domu wróciły puste pojemniki. Li i jedynie ;)

*  *  *

Julce szczęśliwie wypadł ząb. To się zdarza, szczególnie w jej wieku. Rozradowana Julka, owinęła zębisko w chusteczkę i przykopytkowała do mnie.
- Mamo! Mamo! – krzyknęła wywijając mi zawiniąkiem przed nosem - Payment time!

Jak to?! Ja mam płacić?! A Wróżka Zębowa to pies?!

23:07, oszin13
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 maja 2016
Życiowe decyzje

W związku z podjęciem ostatnio kilku życiowych decyzji, jesteśmy jeszcze bardziej zaganiani i jeszcze bardziej zarobieni niż zwykle. Przez chwilę myśleliśmy, że BARDZIEJ się nie da, ale myliliśmy się! Da się, więc ciągniemy ten kierat, powtarzając sobie, że co nas nie zabije, to nas wzmocni.
O skutkach naszych decyzji napiszemy kiedy przyjdzie na to czas – jak bum cyk-cyk! ;)

Póki co, przeżyliśmy kolejne Oliwkowe urodziny. Nie świętowaliśmy wprawdzie trzy dni, jak to w ubiegłym roku bywało, ale za to oryginalnie, wyduszając z pokładów rodzicielskiej inwencji ostatnie poty.
Po pierwsze – znając Oliwkową niechęć do konsumpcji tortów, postawiliśmy na niepowtarzalność. Zakupszy większą ilość babeczek, ułożyliśmy je na kształt sowy. Obfita warstwa masy domowej roboty zatuszowała łączenia, czekoladowe monety załatwiły resztę. Jeszcze ostatnie detale z pianek – i wyszła nam sowa jak malowana. Oliwka z miejsca wpadła w zachwyt, a ja, główna sprawczyni całego sowiego zamieszania, w samo-zachwyt!
I tylko robot kuchenny dokonał żywota przy produkcji kremu. Ale przecież ‘nie szkoda róż, gdy płoną lasy’, jak mówi przysłowie :)
13123119_1081341161909430_5809382444218230290_o
Po drugie – zorganizowaliśmy dla naszej Oli niespodziankową wycieczkę. Chcąc uniknąć przecieków informacji, w szczegóły wtajemniczyliśmy jedynie starszą część rodzeństwa, które z radości zacierało ręce, wzmagając zainteresowanie u jubilatki i postępującą frustrację u Julki. Nie mogliśmy doczekać się sobotniego poranka! Kiedy wreszcie nadszedł, wstaliśmy nieprzyzwoicie wcześnie, zapakowaliśmy do plecaków przygotowane wcześniej prowianty, wpakowaliśmy się do auta i wyruszyliśmy w kierunku Belfastu. Nasz prom (!) odpływał o 7.30…
Zostawiwszy samochód na parkingu, wskoczyliśmy na pokład jednostki Stenaline, by po dwóch godzinach przybić do zamglonych brzegów szkockiego Cairnryan. Oliwce otworzyły się szeroko oczy ze zdumienia, a nie był to wcale cel naszej podróży! Zaraz po zejściu na ląd wsiedliśmy do portowego autobusu i przez następne dwie godziny podziwialiśmy z jego okien przebogatą faunę i florę szkockiej ziemi („Drogie dzieci, tak właśnie wygląda las…”). W samo południe wylądowaliśmy gdzie wylądować mieliśmy, czyli w centrum Glasgow! Korzystając z bezdeszczowej pogody, zafundowaliśmy sobie autokarową wycieczkę po mieście, odkrywając jego uroki i robiąc sobie apetyt na następne wizyty. Po wyskoczeniu z pokładu double-decku na George Square, skoczyliśmy na lanczyk. Ekspresowy, bo już o 15-tej czekała na naszą jubilatkę następna atrakcja – The Riddle Room, czyli zabawa w rozwiązywanie zagadek i szukanie wskazówek. Dream Team, składający się z Matiego, Zuzki i samej Oli, został zamknięty (za zgodą i przyzwoleniem rodziców) na 60 mniut w pokoju pełnym tajemnic, z zadaniem znalezienia odpowiedzi na zadane na początku pytanie i tym samym otworzenia drzwi wyjściowych. Wierzyliśmy w inteligencję naszych dzieci – i nie zawiedliśmy się! Dotarli do odpowiedzi sporo przed końcem czasu! Westchnieniom zachwytu i gratulacjom od organizatorów nie było końca. Chciano im nawet, w ramach gratyfikacji, zafundować dodatkową godzinną sesję. Niestety, nie mogliśmy skorzystać z nieoczekiwanej ‘happy hour’, bo nasza jednodniowa przygoda dobiegała końca, a w porcie czekał prom do domu. Grzecznie się pożegnaliśmy i wyruszyliśmy w podróż powrotną.
Za to już na promie, Oliwka postanowiła spróbować szkockich specjałów kulinarnych. Przeanalizowawszy restauracyjne menu, wróciła do naszego stolika przynosząc talerz pełen grubych naleśników, oblanych syropem klonowym i gęsto obłożonych… smażonym bekonem! Spróbowawszy całości, Ola skupiła się jednak na naleśnikach, spychając bekon na brzeg talerza. I kto zajął się odepchniętym bekonikiem? – oczywiście, szanowna mamusia! ;)
Późno w nocy, nieludzko umęczeni, wróciliśmy do domu, gdzie przywitał nas stęskniony psi osobnik. Bo w każdej wyprawie najlepsze są powroty.

Po trzecie – prezent. Zgodnie z sugestią samej Oliwki, przekopaliśmy zasoby internetu i sprowadziliśmy do domu… blobfisha, w różowej, pluszowej wersji. Mordeczka śpi teraz na łóżku Oli, spychając ulubionego dotąd Pikachu na podłogę :)

PS. Zdaniem Oliwki, tegoroczne urodzinowe atrakcje były NAJLEPSZE W JEJ ŻYCIU!
I to nam wystarczy za podziękę.

*  *  *

Mam jeszcze pod powiekami obrazek 11-letniego Matiego, w zbyt dużym mundurku, zaczynającego ósmą klasę w ‘dorosłej’, ponadpodstawowej szkole. Tymczasem szast-prast, nie wiedzieć kiedy i jak, Mati kończy właśnie klasę czternastą i żegna się ze szkołą. Szok and panik! Właśnie w ramach ‘ostatków’, zaproszono nas ostatnio do szkoły Matiego na ostatnią uroczystą mszę, a po niej wieczór wspomnień i talentów 14 klasy. Salwom śmiechu nie było końcu, szczególnie kiedy wyświetlono stare zdjęcia dorosłych dziś i wymuskanych delikwentów. Były okrzyki zachwytu podczas występów artystycznych co bardziej utalentowanych młodych ludzi. Były i łzy wzruszenia, szczególnie w oczach mam, gdy pokazano zdjęcia pustych szkolnych korytarzy, a w tle zabrzmiało ‘Time to say goodbye’. Ech…

A po uroczystości, cały rocznik jak jeden mąż udał się do… pobliskiego baru na ‘after party’. My zaś, jak na grzecznych rodziców przystało, wsunęliśmy synowi banknot do kieszeni, udzieliliśmy błogosławieństwa i… wróciliśmy do domu. Podobno impreza udała się przednio, choć (a może ponieważ) niektórym dymiło się z czupryn. Nasz osobisty synalek zapukał był do drzwi po północy, w stanie zupełnie przyzwoitym.
Znaczy pił odpowiedzialnie – albo miał za mało kasy na alkoholowe ekscesy :)

*  *  *

Odrabiając pracę domową przed ekranem komputera, Zuzka nagle się wzburzyła.

- Mamo! Wiesz ilu pracowników zatrudnia Waterfront w Belfaście w ciągu roku?! Potrzebuję tej informacji do pracy, a nigdzie jej nie ma w Internecie!
- Nie mam bladego pojęcia! – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, bo w Watefront Hall byłam raz, na wieczorze z Danem i Philem. I nie w głowie mi było wtedy liczyć personel!
- A zaglądałaś na DRUGĄ stroną Google? – starała się pomóc Oliwka, ale tylko pogorszyła sytuację.
- OCZYWIŚCIE! – piekliła się Zuzka. – Nigdzie tego nie ma! Chyba do nich zadzwonię!
I nie namyślając się długo, chwyciła telefon, wykręciła numer, napadła jakąś bogu ducha winna osobę po drugiej stronie kabla, zadała kilka pytań. I wiecie co? – uzyskała odpowiedź!
- Brawo, Zuziu, za inwencję i pomysłowość! – nie omieszkałam pochwalić dolotnej córki przy najbliższej okazji.
- Dzięki, mamo! – odparła skromnie Zuzka – A wiesz co jest najciekawsze? Kiedy jeszcze raz wczytałam się w treść polecenia, okazało się że wcale tej informacji do pracy domowej nie potrzebowałam!

14-letnia informacja naukowa, zawsze zwarta i gotowa. Czy trzeba czy nie!

*  *  *

Ostatnie wybory do Stormont, czyli północnoirlandzkiego partamentu, były pierwszymi w życiu Matiego. Nie mogliśmy więc ich sobie odpuścić. Na moją prośbę, Matt przeanalizował w skrytości pokoju programy poszczególnych partii politycznych i dokonał osobistych wyborów.
Po wrzuceniu kart do urny i wyjściu z lokalu wyborczego, zagadnęłam syna o polityczne preferencje.
- I na kogóż głosowałeś, jeśli to nie tajemnica? – zagadnęłam.
- Obejrzałem propozycje partii, porównałem i odkryłem u siebie lewicowe poglądy. Głosowałem więc na lewicę. – wyznał Matt – Aha. I oddałem też głos na partię wzywającą do legalizacji konopii indyjskich.
- Naprawdę?! – zdumiałam się nieco. – Nie znałam cię z tej strony, synu!
- Mamo! Przecież słyszałaś o wykorzystaniu marihuany do celów medycznych. Im na pewno o to chodzi!

Hmmm. Z pewnością! Ideały, piękna rzecz!

*  *  *

Odbieraliśmy niedawno nowe okulary Oliwki. Pani w zakładzie optycznym była bardzo miła, żartowała sobie z nami, przymierzając i dopasowując oprawki. Pośmialismy się wraz z nią, zgarnęliśmy nowe okulary, pomachaliśmy na pożegnanie i wymaszerowaliśmy ze sklepu w doskonałych humorach, udając się na dalsze zakupy.
Po powrocie do domu, zauważyłam w telefonie nieodebrane połączenie z zakładu optycznego. Oddzwoniłam natychmiast, pytając co się stało.
- Cóż... – wyjaśniła ‘nasza’ uprzejma pani. – Po prostu po państwa wyjściu zorientowałam się, że… zapomnieliście państwo zapłacić!

Haha! Wtedy przypomniałam sobie, że okulary Oliwki w ramach NFZ kosztowały 10 funtów, z czego 5 płaciło się z góry, a pięć kolejnych przy odbiorze. A my odebraliśmy je gratis!
Oczywiście, zaraz następnego dnia uiściłam należność – w równie przyjaznej atmosferze :)

*  *  *

Kto oglądał tegoroczną Eurowizję ten wie, że w głosowaniu telewidzów Michał Szpak zajął w Wielkiej Brytanii zaszczytne drugie miejsce. Mamy pewne podejrzenia, że nasza Oliwka odegrała znacząca rolę z osiągnięciu tego oszałamiającego wyniku.
- Mamo, doładuj mi jutro telefon, bo wydałam 7 funtów wysyłając smsy na Michała Szpaka i nie mam już prawie nic na koncie! – zwróciła się z żądaniem Oliwka, tuż po zamknięciu linii telefonicznych.
- Ileż mnie ten Szpak kosztuje… - westchnął ojciec z sąsiedniej kanapy, średnio zainteresowany Eurowizją, za to żywotnie zainteresowany zawartością rodzinnego portfela.

Lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu, a z pewnością szpak w portfelu… ;)

22:55, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 maja 2016
Pilna aktualizacja!

Biję się w pierś i posypuję czoło popiołem!
Opisując kwietniowe rodzinne wydarzenia, kompletnie zapomniałam wspomnieć o Bardzo Ważnym Fakcie z życia naszego Ojca Rodziny! Rodziciel nasz poczuł się pominięty i urażony, nadrabiam więc tę haniebną zaległość, dedykując mu osobny wpis.
Otóż w jeden z kwietniowych weekendów, męska połowa naszego rodzicielskiego dream-teamu, wyjechała była do Dublina na Kendockie Seminarium. Celem było nie tylko samodoskonalenie się w dziedzinie sztuk walki, ale i próba zdobycia kolejnego szczebla w kendockiej hierarchii.
Z przyjemnością donoszę, iż nasz rodzinny kendoka z sukcesem przystąpił do egzaminu na stopień mistrzowski i od kilku tygodni chlubi się Pierwszym Danem w Kendo!
Dumni z osiągnięć Rodziciela, życzymy mu dalszej owocnej Drogi Miecza, obfitującej w same sukcesy.

13083202_1003256596389693_6230164879375322761_n

16:21, oszin13
Link Dodaj komentarz »
Piegowate szczęście

Zapadłam się ostatnio blogowo pod ziemię i zdematerializowałam. Kwiecień wypadł był z blogowego kalendarza, ale wcale nie z naszego rodzinnego życia. Wręcz przeciwnie, tu przybrał nawet na intensywności! Głównie za sprawą Julki, w której od dłuższego czasu kluła się tajemnicza choroba, zajmując nam dnie i skracając noce, by wreszcie wykwitnąć… w postaci dziesiątków wyprysków na całym ośmioletnim ciele. Ospa wietrzna zapukała do naszych drzwi i na dwa tygodnie wyłączyła nas z życia publicznego. Szczęście w nieszczęściu, Julka była ostatnią z rodziny, która nie miała jeszcze ospowych ‘przyjemności’, ale byliśmy ostrożni – cała ‘bezpieczna’ reszta towarzystwa mogła złapać półpaśca! Nic takiego nam się jednak nie przydarzyło – i bardzo dobrze! Natomiast sama Juleńka, uwięziona w domu jak Roszpunka w wieży, z żalem oglądała przez szybę kolegów baraszkujących na podwórku i tęskniła za szkołą.
Ale ostatecznie kariera Roszpunki było kiedyś jej życiowym celem…

Mimo, że to Julka pozostawała zdecydowanie w centrum rodzinnej uwagi, życie toczyło się dalej, a reszta rodzeństwa też miała swoje ważne sprawki. Starsze siostry na ten przykład, dały w swojej szkole wiosenny koncert, w którym (jakżeby inaczej) uczestniczyliśmy. Z przyjemnością odnotowujemy, że poziom szkolnych koncertów rośnie z sezonu na sezon, a artyści zaskakują nas coraz bardziej wysmakowanym repertuarem (w tym roku na przykład Szopenem). Tym chętniej uczestniczymy w tych kulturalnych zlotach, wcale nie traktując ich jak torturę dla uszu :)
Natomiast Matt, starający się o pożyczkę studencką, walczył z formularzami, co rusz dosyłając potencjalnym pożyczkodawcom żądane dokumenty. Owocem tych starań była decycja stwierdzająca, że bank gotów jest zainwestować w świetlaną przyszłość naszego syna i pożyczy mu pieniądze na dalszą edukację. Szczęście w rodzinie i Tutikowym sercu!
Teraz trzeba jeszcze TYLKO zdać pomyślnie końcowe egzaminy, a pierwszy z nich już za trzy tygodnie!

*  *  *

Wraz z nadejściem wiosny, dała się odczuć w rodzinie piląca potrzeba odświeżenia wizerunków i zrzucenia nadmiernej ilości odwłosienia. Dokonaliśmy więc odpowiednich rezerwacji, po czym tłumnie odwiedziliśmy zakład fryzjerski, gdzie nadano naszym głowom nowe kształty. Zuzka zyskała zupełnie nową, nieco krótszą, za to bardziej wyprofilowaną fryzurkę, dzięki której zmężniała nam w oczach i wydoroślała. Oliwka, ze łzami w oczach, zgodziła się na obcięcie 3 cennych centymetrów zniszczonych włosów. Na pocieszenie zaserwowano jej usługi prostownicą – była BARDZO dumna z efektu! Tutek, uparcie odmawiający do tej pory ścięcia włosów ze względu na projekt filmowy, w którym występował, ostatecznie łaskawie zgodził się na zabieg. Po obcięciu niepotrzebnych elementów, z zarostu godnego Neandertalczyka udało się mistrzyni nożyczek wydobyć całkiem przystojnego faceta, w dodatku zupełnie kontentego z nowego wizerunku. I jeszcze mama zyskała nowy kolor na głowie (ku cichemu sprzeciwowi męża).
Tylko Julce chwilowo udało się uniknąć spotkania z nożyczkami – z powodu L4 – ale i ona kiedyś będzie musiała stawić się na wezwanie. A wtedy – „Weź Pan dłuto i młotek, i kuj po tej linii, jak mawiał Sofronow" ;)

*  *  *

Nasza Zuzanna ma kompletnego bzika. Na szczęście nie jest to bzik ogólnorozwojowy, a jedynie tematyczny, co napawa nas – rodziców – niejakim optymizmem. Bzikiem Zuzanny jest… Konkurs Piosenki Eurowizji. Szaleństwo zaczęło się niewinnie trzy lata temu od wspólnego oglądania transmisji jednym okiem, i od tego czasu jest już tylko gorzej! Konkurs odbędzie się dopiero za kilkanaście dni, a Zuzka zna już wszystkie piosenki-kandydatki, biogramy artystów i zakulisowe rankingi. Że o historycznym rysie imprezy nie wspomnę. A ponieważ namiętnie wyśpiewuje głośno co ciekawsze kawałki, cała rodzina mogłaby występować w eurowizyjnej edycji ‘Jaka to melodia?’ Uchyliwszy rąbka tajemnicy donoszę, że Zuzkowym faworytem jest póki co Ivan z Białorusi, ale obawiam się, że wizerunek wyżej wymienionego (a zwłaszcza obietnica wystąpienia na scenie nago, w towarzystwie wilków) góruje w tym wyborze nad talentem śpiewaczym ;) W każdym razie o godzinie ‘W’ – czyli dokładnie 14 maja wieczorem – Zuzka będzie z wypiekami na twarzy oglądać transmisję Eurowizji w domu swojej koleżanki, w towarzystwie kilku innych entuzjastek europejskich talentów.
Pozwólmy i innym rodzicom poznać huragan dziewczęcych ekscytacji :)

http://eurowizja.org/?p=13195

*  *  *

Nie od dziś wiadomo, że nikt cię tak nie przypilnuje jak rodzeństwo, młodsze lub starsze. Spróbuj zrobić coś podejrzanego, albo wręcz zakazanego – doniosą, zaraportują, wydadzą. Najbardziej poszkodowana w tej dziedzinie jest oczywiście Julka, której komputerowe wybory inwigilują co najmniej dwie pary dodatkowych oczu. I strofują na bieżąco lub dostarczają dowody zbrodni rodzicom.
Ostatnio Oliwka podsunęła mi pod nos swój telefon, prezentując niewyraźne zdjęcie.
- Mamo, zobacz co Julka ogląda na Youtube! – zażądała, wespół w zespół ze zmaterializowaną nagle nie wiadomo skąd Zuzką.
- Cóż to takiego? – zapytałam, bo z dostarczonego corpus delicti niewiele wynikało.
- To jest filmik o Minecrafcie i jest tam napis ‘SEX’! – triumfowała Oliwka. – Nie oglądałam tego, ale z pewnością nie jest to nic odpowiedniego dla Julki!
- A ja oglądałam! – wtrąciła się, jako adwokat we własnej sprawie, Julka – I mogę powiedzieć, że tam ŻADNEGO SEKSU NIE BYŁO!

I co szanowny Salomon na to? A no, aby wilk był syty i owca cała, podziękował siostrom za czujność oraz skierował zainteresowania Julki na bardziej ‘ośmioletnie’ filmiki w sieci. Tak prewencyjnie.

*  *  *

Ostatnia wizyta u okulisty skutkowała dwiema dobrymi wiadomościami – Zuzka jest nadal posiadaczką świetnego wzroku, więc nie grozi jej powiększenie szeregów okularników, zaś Oliwka zdobędzie nową parę okularów jedynie dla odświeżenia wizerunku, bez potrzeby instalowania mocniejszych szkieł.
Przy okazji rozmowy z optykiem, zapytałam o zagrożenie astygmatyzmem, realnie występujące w rodzinie po mieczu.
- O, nie ma się czego obawiać! – zapewniła nas pani doktor – Oliwka ma perfercyjnie sferyczne gałki oczne. Nie widziałam takich wiele.
Słysząc te słowa, Oliwka rozpromieniła się i spuchła z dumy. Miast udać się do stojaka z nowymi oprawkami, poleciała do czekającej na zewnątrz gabinetu Zuzki, z radosną wieścią:
- Mam perfekcyjnie sferyczne gałki oczne! I to nieczęsto się zdarza! Kiedyś umieszczę tę wiadomość w swoim CV!

Ciekawe jak często poszukują pracownika z ‘perfectly spherical eyeballs’ :)

15:04, oszin13
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 71