To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
piątek, 31 października 2014
Parada straszydeł!

parada

19:47, oszin13
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 października 2014
PS. Remanent, czyli…

… takie tam powyprawowe ciekawostki geograficzne (i nie tylko)

*  *  *  Tuż za Holyhead nasz dowcipny gps zafundował nam nieoczekiwaną atrakcję. Nakazał zjazd z udeptanej autostrady i wizytę w jakiejś nieznanej walijskiej wiosce. Niezbyt zadowoleni z zaistniałej sytuacji, postanowiliśmy jednak wrócić na autostradę. Zatrzymaliśmy się więc na parkingu pod serwisem volvo, którego nazwa składa się z… 58 liter! Myśleliśmy sobie, że to jakiś dealerski chwyt marketingowy, ale okazało się, że wyjątkowo długi wyraz to nazwa miejscowości, w której aktualnie byliśmy! Najdłuższa jednowyrazowa oficjalna nazwa w Europie (i druga co do długości na świecie), a brzmi ona: Llanfair­pwllgwyn­gyllgo­gery­chwyrn­drobwll­llanty­silio­gogo­goch. Co w tłumaczeniu z walijskiego znaczyKościół Świętej Marii w dziupli białej leszczyny przy wartkim wirze wodnym Świętego Tysilio z Czerwonej Jaskini”. 

I pomyśleć, że ludzie specjalnie zjeżdżają się ze świata, żeby sobie pstryknąć fotkę na tle tej nieeeezwykle długiej nazwy miejscowości :-)

volvo

*  *  *   Dowodem na to, że język polski można usłyszeć wszędzie niech będzie fakt, że z dala od wielkiego świata, na luksemburskim kempingu, za ladą lokalnej knajpki spotkaliśmy dziewczynę, która nieoczekiwanie odezwała się do nas piękną polszczyzną, z lekkim jedynie obcym akcentem! Podejrzewaliśmy ją o słowackie lub czeskie pochodzenie, tymczasem okazało się, że Valerie jest rodowitą Luksemburką - córką Polki i Luksemburczyka - i właśnie w wakacje zarabia na opłacenie przyszłych studiów. Zdziwiliśmy się nieco jej młodym wiekiem (ma dopiero 16 lat), w kontekście podawania alkoholu. Okazuje się jednak, że według luksemburskiego prawa szesnastoletni człowiek może już spożywać napoje wyskokowe. I tak zupełnie nieoczekiwanie, przy szklaneczce lokalnego piwa, przyszło nam krzewić język Mickiewicza. Na Luksemburskiej ziemi. :)

*  *  *  A skoro już jesteśmy przy Luksemburgu to jest to takie miejsce na ziemi, gdzie nawet w maleńkiej wiosce, tuż przy drodze można spotkać publicznie dostępny defibrylator. Byliśmy, widzieliśmy, nie korzystaliśmy. Po prostu żyć – nie umierać!

cpr

*  *  *  Podczas naszych podróży, udało nam się zdobyć pewne cenne informacje o systemie działania płatnych autostrad we Włoszech. Jadąc autostradą natknęliśmy się na zestaw zamkniętych bramek. Zrozumieliśmy bezbłędnie, że trzeba będzie zapłacić za przejazd. Ale jak?! Wokół nie było żywego ducha, nikogo kto mogły pobrać opłatę, ani nawet dziupli, do której należałoby wrzucić pieniądze. A przede wszystkim ile – i dlaczego tak drogo?! Z braku innych pomysłów zaczęliśmy studiować słupek obok bramki, w poszukiwaniu wskazówek, co czynić dalej? Słupek nie zawierał jednak nic oprócz wielkiego, błyszczącego, czerwonego przycisku. Nacisnęliśmy więc, niech się dzieje co chce! Ku naszej radości bramka się nieoczekiwanie otworzyła, a z ukrytego otworu w słupku wysunęła się niepozorna karteczka. Jako znani zbieracze papierków wszelakich, wzięliśmy ją na pamiątkę, rzuciliśmy niedbale na deskę rozdzielczą i pojechaliśmy dalej. Sytuacja nie dawała nam jednak spokoju, więc na najbliższej stacji zasięgnęliśmy języka. Sympatyczny tubylec wytłumaczył nam po włosku (!) – a my zrozumieliśmy! – że karteczka jest w istocie potwierdzeniem, w którym miejscu wjechaliśmy w płatną strefę, natomiast wysokość opłaty zależy od miejsca, w którym autostradę opuścimy. Za „niemanie” bileciku płaci się ryczałtem najwyższą z możliwych opłat. Dobra nasza! A jednak opłaciło nam się zbieractwo papierków!

*  *  *  Kiedy przejeżdżaliśmy przez centrum Londynu, naszą uwagę zwróciły znaki drogowe z literą „C” i informacją „Congestion Charge zone”. Nagabnęliśmy więc recepcjonistę w hotelu o konieczność wnoszenia jakichś opłat za wjazd do ścisłego centrum miasta. Recepcjonista odrzekł, że spokojnie, absolutnie NIE MUSIMY nic płacić. Mojemu Pierwszemu Mężowi kołatał się jednak w głowie odcinek Top Gear, w którym Jeremy Clarkson jeździł samochodem po centrum Londynu i narzekał na konieczność wydawania w związku z tym dodatkowych pieniędzy. Zgłębiliśmy więc temat online i okazało się, że mamy rację! Opłatę NALEŻAŁO uiścić, a ponieważ Londyn ma największą na świecie sieć kamer cctv, każdy „lewus” jest wyłapywany, identyfikowany na podstawie tablic rejestracyjnych i obdarzany mandatem karnym przesyłanym na adres domowy. Na szczęście opłatę należało wnieść do godz. 22.00, niezwłocznie więc nabyliśmy drogą elektroniczną stosowny bilecik i z przyjemnością godną Jasia Fasoli – już na legalu - podjechaliśmy pod okna królowej Elżbiety;

*  *  *  Dając upust naszym bibliofilskim apetytom, zaopatrzyliśmy się w Polsce w pokaźny stos nowych książek do czytania. Serce nam rosło z radości, trzeba było tę stertę TYLKO jakoś zapakować do pękającego w szwach samochodu. Ale od czego ułańska fantazja! Zrezygnowawszy w usług turystycznej lodówki, wypełniliśmy ją książkami, z niemałym trudem zapięliśmy na amen i NIE włączyliśmy! W ten sposób dokonaliśmy przemytu literatury pięknej przez strefę Schengen na teren Zjednoczonego Królestwa. Tyle dla ducha, natomiast w kwestii ciała, przemyciliśmy CZTEROKILOGRAMOWE wiaderko pudrusków dla dzieci. I wielką butelkę Dębowej – jako ozdobę salonu :);

*  *  *  Przez Alpy austriackie i włoskie przemknęliśmy, jako się rzekło,  nocą. Ominęły nas więc górskie widoki zapierające dech w piersiach. Za to dzięki upiornemu oświetleniu mogliśmy podziwiać skocznię narciarską w Innsbrucku! Za dnia pewnie byśmy jej nawet nie zauważyli, ha, ha;

*  *  *  Szukając dmuchanej zabawki, idealnej do igraszek w falach Adriatyku, zagłębiliśmy się w zasobach sklepu w Rawennie. Wybór był tak wielki, że nie mogliśmy się zdecydować. Nagle Julka krzyknęła: „Zuziu, spójrz na yorka!”. „York? Gdzie?!” – spytała Zuzka, próbując znaleźć w zasięgu wzroku małego pieska wyżej wymienionej rasy. „Tutaj!” – odpowiedziała Julka i wskazała na… dmuchaną orkę. Wybór został dokonany! Orka trafiła do naszej rodziny i z miejsca, jak na zwierzątko domowe przystało, została ochrzczona. YORK, oczywiście! Do tego Nowy York ;)

york

*  *  * Nasyciwszy wzrok gargulcami z Opactwa Westminsterskiego, dziewczynki zaczęły buszować po skwerze nieopodal i wspinać się na pomniki, żądając sesji fotograficznej. 

- Jeszcze z Mandelą! – krzyczały i już wisiały na Mandeli.
- Jeszcze Churchill! – i wdrapywały się na Winstona.
- I Robert Peel! – wrzasnęły i wlazły na pomnik nieznanego mi jegomościa.
- Kto to jest?! – zapytałam nieostrożnie.
- Jak to?! Nie wiesz?! – zdziwiły się, a ja poczułam się jak robak w polnym pyle. – To TWÓRCA POLICJI!

Człowiek uczy się całe życie, czyż nie?
Ale dlaczego od smarkul?!

peel

*  *  * Na stacji King’s Cross udało nam się spotkać bardzo nietypowego pracownika londyńskiej komunikacji podziemnej. Był to… sokół, odpowiedzialny za wyłapywanie drobnych ptaszków, wpadających do budynku stacji od czasu do czasu. Sokół w służbie Jej Królewskiej Mości! Niewątpliwie Agent 00-ileś!

sokol

22:35, oszin13
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 października 2014
Na brytyjskiej ziemi

Nasyciwszy się urokami Muru Berlińskiego, ruszyliśmy wreszcie na Brytanię! Szast-prast przez Europę – z obowiązkowym nocnym błądzeniem po Eindhoven, co powoli staje się naszą rodzinną tradycją. Już rankiem następnego dnia przywitaliśmy gościnne białe klify Dover. 

Kolejnym przystankiem na naszej wakacyjnej mapie był Londyn! Dzień dopiero wstawał, mieliśmy spory zapas czasu i tylko 80 mil do pokonania. Postanowiliśmy więc wpaść z gościnną wizytą do Canterbury.
2
Mieliśmy apetyt na zwiedzenie kolebki kościoła anglikańskiego, czyli słynnej Katedry w Canterbury. Jednak, ku naszemu zdziwieniu, na miejscu NIE zastaliśmy żadnych kolejek do kościelnego wejścia, żadnych tłumów turystów, ani… żadnych otwartych katedr! Okazało się, że przyjechaliśmy za wcześnie, bowiem Katedrę, owszem, otwierają, ale dopiero o 9-tej! Karramba! Nie bardzo nam się uśmiechało czekanie dwóch godzin z okładem, zwłaszcza że byliśmy zmarznięci, niewyspani i przed śniadaniem. Machnęliśmy więc ręką na eksplorację słynnego kościoła i skupiliśmy się na podziwianiu samego miasteczka, w którym co krok można było natknąć się na zabytki sięgające rzymskich rządów w regionie (z dwutysiącletnim murem na czele).
Wędrowaliśmy po historycznych zakamarkach uroczego ryneczku, zaspanego i pustego jeszcze o tej porze, podziwiając piękno kamieniczek i szesnastowiecznych hotelików. Na jednej ze sklepowych wystaw znaleźlismy… Jasia Fasolę naturalnej wielkości!
12

Nasze serca skradł jednak krzywy budynek księgarni, z jeszcze bardziej krzywymi drzwiami. Wszyscy po kolei staraliśmy się go „naprostować”, ale nikomu się ta sztuka nie udała. Pewnie gdyby księgarnia była czynna, zakupilibyśmy w niej egzemplarz „Opowieści kanterberyjskich”…

4
Z tym większym żalem odjeżdżaliśmy w kierunku London City, żegnając się z Canterbury i zapisując w pamięci obraz majestatycznej, górującej nad miastem katedry, opromienionej porannym słońcem…

3

http://www.canterbury.co.uk/


Posileni „śniadaniem na trawie” na jednym z podlondyńskich parkingów, wyruszyliśmy na podbój kolejnej europejskiej stolicy.

Wczesnym przedpołudniem wtopiliśmy się w tłum londyńskich samochodów. Nie chcąc zabłądzić w gąszczu uliczek i mostów, zdaliśmy się na pomoc miłej pani z naszego gps-u. Wjeżdżając do dziwnych tuneli i wyjeżdżając w kompletnie odjechanych okolicach, kilka razy traciliśmy wiarę w siłę nawigacji satelitarnej i nadzieję na dotarcie do celu. Jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie! Komunikat „Dotarłeś do celu” zabrzmiał dokładnie pod miejscem naszego przeznaczenia.
Hotel Meininger, który zarezerwowaliśmy, był dopełnieniem wachlarza niezwykłych miejsc noclegowych tego lata. Mieścił się bowiem w Baden-Powell House, budynku wybudowanym w hołdzie twórcy światowego skautingu, otwartym osobiście przez królową Elżbietę II. Oczywiście nasza domowa skautka, Oliwka, poczuła się tam natychmiast jak ryba w wodzie i z miejsca zażądała obfotografowania zarówno na tle budynku, jak i wewnątrz, a najbardziej obok pomnika Baden-Powella. Zakupiła też pamiątkowy znaczek z podobizną Lorda B-P, by móc pochwalić się kolegom z zastępu.

15
Niewątpliwą zaletą naszego hotelu było także jego położenie – o krok od Hyde Parku, dwa kroki od Harrodsa, w bezpośrednim sąsiedztwie Muzeum Historii Naturalnej i stacji metra. Całkiem wysoki standard, przystępna cena, tylko miejsc parkingowych zbyt mało i trzeba było kombinować nocleg dla samochodu na własną rękę.

Zameldowawszy się w hotelu, wyruszyliśmy „w miasto”. Żądza przygód była większa niż zmęczenie! Naszym pierwszym celem było pobliskie Muzeum Historii Naturalnej (naturalnie), jednak liczba ludzi czekających w kolejce do wejścia nie pozostawiała cienia wątpliwości – no chances na zwiedzanie! Z żalem skreśliliśmy dinozaury z listy naszych priorytetów, automatycznie przenosząc je na listę rzeczy do zobaczenia w przyszłości (dinozaury z przyszłością, he, he).

Nie tracąc czasu ruszyliśmy w kierunku innego przybytku kultury – „sklepu na rogu ulicy, a właściwie na kilku rogach”, słynnego Harrodsa.
Bardzo byliśmy ciekawi tego ekskluzywnego miejsca, bo to największy wielobranżowy sklep w Europie – 7 pięter, 10 wejść, ponad 330 stoisk ze wszystkim co się tylko wymarzy (podobno kiedyś zamówiono tam żywego słonia i przesyłka została zrealizowana, z dostawą do domu!). Po „sklepiku”  należy poruszać się przy pomocy mapy, a i ten zabieg nie gwarantuje nie zabłądzenia w labiryncie stoisk i towarów. Nam udało się zgubić tylko raz, kiedy niefrasobliwie wysłaliśmy dzieci do toalety, która na mapie zdawała się być tuż za rogiem. Odnaleźliśmy się po ponad półgodzinnym krążeniu i pytaniu uprzejmych przedawców o wyjście ;)

A co ciekawego robiliśmy w Harrodzie?:
- przejechaliśmy się słynnymi egipskimi ruchomymi schodami, które podobno poruszają się z szybkością, z jaką płynie Nil; 
5
- wrzuciliśmy grosik do fontanny ku pamięci „niewinnych ofiar”, czyli Diany i Dodiego; 
6
- zaszaleliśmy na stoisku z perfumami, gdzie osobiście zakupiłam sobie flaszeczkę ulubionych perfum Poison marki Dior (rachunek nie był jakoś monstrualnie wysoki, ale paragon został przez miłą ekspedientkę dyskretnie włożony w specjalne kartonowe etui i umieszczony razem z zakupem w firmowej torebce – bardzo wytwornie!); 
7
- nasz ojciec znalazł się oko w oko z telewizorem swoich marzeń – 85” Samsungiem Ultra High Definition 4K, na którym ABSOLUTNIE nie widać żadnych pixeli! Cena promocyjna tylko £34.999; 
8
- okazaliśmy się być bardzo odważnymi rodzicami, ponieważ zabraliśmy dzieci do stoiska z zabawkami, które zajmuje całe piętro (!) i jest największym sklepem zabawkowym na świecie! Ba, nawet poczyniliśmy tam pewne zakupy, w granicach budżetowego rozsądku, a puszka po słodkościach (z wytłoczoną nazwą sklepu) po dziś dzień służy Oliwce za lunchbox; 
91
- Tutek – nasz światowy człowiek – założył sobie kartę stałego klienta wyżej wymienionego sklepu. Zapewne planuje wpadać tam częściej :-);
- jeśli naprawdę miarą prawdziwego londyńskiego turysty jest posiadanie torby z Harrodsa, to nam udało się posiąść aż trzy – nie wspominając jednej z logo Diora! 

241

Pożegnawszy miłego portiera w firmowym zielonym uniformie, wyrwaliśmy się z mekki zakupoholików i kontynuowaliśmy nasze londyńskie rendez-vous. Mati, który był w stolicy UK trzy razy częściej niż my, śmiało poprowadził nas krętą ścieżką ulic, prosto pod Pałac Buckingham. Sądząc po fladze powiewającej nad pałacem – a był to Union Jack – królowej nie było w domu. Hmm, może powinniśmy się byli jednak zapowiedzieć?...
121

Nie płacząc zbytnio nad nieobecnością Elżbiety, a nawet życząc jej miłych wakacji, skupiliśmy się na obserwowaniu zmiany pałacowych wart i manewrach żołnierzy w słynnych czapach z niedźwiedziej skóry. Wkrótce potem dziewczynki wypatrzyły niedaleko prawdziwego londyńskiego Bobby’ego i pobiegły poprosić o zdjęcie, ku radości policjanta ;)

111

Pod pomnikiem królowej Wiktorii jakaś odważna dziewczyna wypełniała Ice Bucket Challenge przy pomocy „usłużnych” koleżanek, dosypujących jej lód do wiadra z wodą. Chlust! I dziewczyna była mokra i roztrzęsiona! Z miejsca zrobiło nam się chłodniej, więc powędrowaliśmy dalej – kierunek Big Ben!
Kiedy dotarliśmy pod House of Parliament, czyli dokładnie tam gdzie chcieliśmy, nasz londyński przewodnik oświadczył, że niniejszym urywa się na prywatną podróż po mieście, do miejsc sobie tylko znanych, ze szczególnym uwzględnieniem Muzeum Sherlocka Holmesa przy Baker Street 221B. Cóż było robić? Zwolniliśmy przewodnika ze służby, ustaliliśmy z nim godzinę powrotu na rodziny łono i wkrótce zniknął w jednej z licznych stacji londyńskiego metra. My zaś wtopiliśmy się w tłum podążający w kierunku Westminster Abbey. Coś nie mieliśmy w czasie tych wakacji szczęścia do katedr, bowiem i ten przybytek okazał się być zamknięty – tym razem z powodu remontu – i też trafił na listę zabytków oczekujących. Ale za to obejrzeliśmy Opactwo z zewnątrz! I Big Bena. I House of Parliament. I Westminster Bridge, skąd rzuciliśmy okiem na londyńskie Oko!
13
Umęczeni, ale szczęśliwi wróciliśmy do hotelu, gdzie nareszcie mogliśmy spokojnie zakończyć dzień. Ostatnim akcentem wieczoru był powrót syna marnotrawnego i jego sherlockowe opowieści (obowiązkowo mrożące krew w żyłach).
18

Poranek następnego dnia zaczęliśmy od śniadania… w Hyde Parku! Wyposażeni w mleko i zapas świeżych bułeczek ruszyliśmy ku parkowej bramie, ze zdziwieniem odkrywając na jednej z pobliskich kamieniczek plakietkę informującą, że przez 26 lat mieszkał tam Benny Hill! Kolejnym przyjemnym zaskoczeniem był majestatyczny budynek Royal Albert Hall, stojący tuż za rogiem - akurat odbywały się tam coroczne BBC Proms. Ech, tyle ciekawych miejsc czekało na odwiedzenie, a nam trzeba wyjeżdżać! Żal!
Póki co, głodni już nieco, zainstalowaliśmy się w cichym zakątku Hyde Parku, na Fontannie Księżnej Diany, i w tych romantycznych okolicznościach przyrody zjedliśmy śniadanie. Woda szemrała cichutko, dziewczynki dokarmiały parę dzikich gęsi, a Matt wypatrywał szarych parkowych wiewiórek.
16
Mogliśmy tak siedzieć i siedzieć, wsłuchani w szum wody, ale czas płynął nieubłaganie. Trzeba było ruszać w dalszą drogę, ale przedtem mieliśmy jeszcze COŚ do załatwienia… 

Wymeldowawszy się z naszego skautowskiego hotelu, rozdzieliliśmy siły. Matt wraz z rodzicielem poszli odebrać samochód z parkingu, a żeńska część rodziny zeszła do podziemia. Dosłownie! Postanowiłyśmy bowiem poznać uroki londyńskiego Undergroundu i przejechać się metrem. Niedaleko – tylko kilka przystanków, na stację King’s Cross, a konkretnie peron 9 ¾ tejże stacji (ktoś wie dlaczego? ;) Tam też umówiłyśmy się z chłopakami.
Mati, chodząca londyńska encyklopedia, wyposażył nas przed podróżą w szereg niezbędnych informacji na temat zasad bezpieczeństwa w metrze, ze szczególnym uwzględnieniem danych o tłoku w wagonach, ściskanych drzwiami plecakach, zagubionych dzieciach, wyznaczonych miejscach dla „metrowych” grajków etc. Czuł się przy tym taki ważny, że nie śmiałyśmy przerywać i dałyśmy mu się wygadać. Kto wie, może właśnie dzięki Mateuszowemu wykładowi babska wyprawa zakończyła się sukcesem – dzieci nie zostały zgubione, tłoku wyjątkowo nie było, a grajkowie grali na poziomie (minus jeden!). Kolejna przygoda – podziemna! – została zaliczona i szczęśliwie wylądowałyśmy na King’s Cross.
19
Idąc za pająkami, to znaczy, idąc za podróżnymi, dotarłyśmy do słynnej ściany z równie słynnym (pół)wózkiem, czyli dokładnie peronu 9 ¾. Jak można się było spodziewać, kolejka chętnych do zrobienia sobie zdjęcia w wózkiem Harrego Pottera była nieprzyzwoicie długa i do tego poruszała się w żółwim tempie. Miast stać w niej bez końca, skoczyłyśmy do pobliskiego sklepu z magicznymi akcesoriami. Tam, z pewnością za przyczyną Bardzo Czarnej Magii (podejrzewam zaklęcie Imperius), z mamimego konta zniknęło nieco środków płatniczych. Dziewczynki wyposażyły się w długopisy w kształcie różdżek i inne pomniejsze czarodziejskie akcesoria, i były szczęśliwe.

17
A zdjęcia z wózkiem też zrobiłyśmy – „prawie”!
22
Ostatnim z ostatnich przystanków na naszej londyńskiej mapie, kropką nad „i” całej wyprawy, była wizyta w słynnym Speaker’s Corner. Z językami na brodach (bo zegar parkingowy cykał) wpadliśmy ponownie do Hyde Parku, desperacko szukając miejsca, gdzie można głośno i publicznie wyrażać swoje poglądy. Spodziewaliśmy się jakiegoś szczególnego podwyższenia dla oratorów, platformy czy czegoś w tym rodzaju. Tymczasem Speaker’s Corner okazał się być zwykłym placykiem w parkowym rogu. Gdyby nie tablice informacyjne, w życiu byśmy go nie odkryli!
Widocznie każdy mówca przynosi tu – oprócz własnych poglądów – również własne podwyższenie!

25

Powoli żegnaliśmy się z Londynem, na którego zatłoczonych ulicach nasz rodzinny kierowca poczuł się już tak pewnie, że mógłby zostać londyńskim taksówkarzem! Jeszcze ostatni zakrętas obok Piccadilly Circus, wizyta w Chinatown, muśnięcie Baker Street, przejazd przez Tower Bridge i… wyjechaliśmy na londyńskie rogatki.

27
Naszym następnym celem była autostrada wiodąca na promowisko w Holyhead. Mieliśmy wprawdzie przez chwilę odleciany pomysł na zjechanie z trasy i wizytę na dziedzińcu Uniwersytetu w Cambridge, zrezygnowaliśmy jednak, na rzecz spokojnego toczenia się do celu. Dość mieliśmy wrażeń tego dnia.
Życie pokazało, że może nie powinniśmy tak szybko rezygnować z kompletnie szalonych pomysłów? Z powodu wypadku na autostradzie, stanęliśmy na PIĘĆ godzin w kosmicznym korku i toczyliśmy się do przodu w naprawdę ŻÓŁWIM tempie! Kiedy nareszcie ruszyliśmy, „dmuchnęliśmy” Anglię i Walię z prędkością godną Sokoła Milenium, nie bacząc na deszcze, wichry i innych użytkowników drogi. Nie mieliśmy wyjścia – musieliśmy zdążyć na prom do Dublina!
Na promowisko wpadliśmy rzutem na taśmę, dosłownie na 5 minut przed końcem odprawy.
- Państwo O.! Witamy! Czekaliśmy na Państwa! – krzyknęła na nasz widok urzędniczka w okienku.
- Przepraszamy, ale było korek pod Londynem. – czuliśmy się w obowiązku podzielić naszymi przygodami.
- Wiemy, wiemy, inni też się spóźnili – uspokoiła nas miła pani.
Uff! Zdążyliśmy na prom i to było najważniejsze. Wracaliśmy.

Ranek powitaliśmy już w domu, powoli reaktywując uśpioną chałupę i cierpliwie znosząc fochy odebranego na biegu z hotelu, obrażonego na nas nie na żarty, psa Paszczaka.
Nasza Wielka Włóczęga dobiegła końca...

Polecamy uwadze:
http://www.meininger-hotels.com/en/hotels/london/

http://www.harrods.com/

http://www.sherlock-holmes.co.uk/home.htm

22:59, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 października 2014
„W Berlinie na Warschauer Strasse…”

Po zrealizowaniu wszystkich rodzinnych zobowiązań, mogliśmy spokojnie wyruszyć w drogę powrotną. Ba, MUSIELIŚMY wyruszyć w drogę powrotną, bo po pierwsze – każde piwne szaleństwo musi się kiedyś skończyć, a po drugie – trzeba nam było zdążyć na następną zaplanowaną atrakcję z naszego tegorocznego menu. Po noclegu na luksemburskim wzgórzu i w podziemiu wielickiej kopalni, przyszedł czas na… berlińską łódź, zacumowaną na Szprewie, tuż przy słynnym murze.

Do Berlina dotarliśmy wczesnym przedpołudniem, bez trudu trafiliśmy pod Mur i już po półtoragodzinnym (sic!) krążeniu po okolicy, znaleźliśmy miejsce parkingowe. Nie dość, że darmowe, to jeszcze w genialnym miejscu – blisko hostelu, tuż pod słynnym muralem z całującymi się Breżniewem i Honekerem! Nasza przedwczesna radość została dość szybko i skutecznie zweryfikowana. Liczba ludzi chętnych do zrobienia zdjęcia TEMU właśnie, znanemu kawałkowi muru była MONSTRUALNA i każdy z nich opierał się o nasz samochód, szukając najlepszego ujęcia! Wraz z każdym kolejnym błyskiem flesza, malała cierpliwość mojego pierwszego męża, który w obawie o kondycję ukochanego pojazdu najpierw złożył boczne lusterka, a później podjął heroiczną decyzję o przestawieniu samochodu! Kilkadziesiąt nerwowych minut później zaparkował - w NIECO tylko mniej popularnym miejscu, za to bliżej hotelu. I już nie miał sił dalej szukać.

ber1

Nasz hostel nazywał się „Eastern Comfort” i był, jako się rzekło, łodzią, zacumowaną na stałe na falach Szprewy, między Murem Berlińskim a malowniczym mostem Oberbaumbrücke. Dzięki naszemu Wrodzonemu Rodzinnemu Urokowi Osobistemu, dostaliśmy kajutę pod pokładem, z widokiem na rzekę. Miła pani w recepcji zaproponowała nam także śniadanie typu „jesz ile dasz radę” z bardzo dużym dyskontem i wyposażyła w plik voucherów ze zniżkami na noclegi w niemieckich hostelach (ważne do przyszłego lata!) Po takim powitaniu, mogliśmy tylko powiedzieć „I love Berlin”.

ber2
Odszukawszy naszą kajutę, dokonaliśmy szybkiego podziału łóżek, zrzuciliśmy swoje bambetle na koje i niezwłocznie wyruszyliśmy w miasto. Byliśmy nieziemsko głodni, więc zakosztowaliśmy Prawdziwego Niemieckiego Tureckiego Kebaba (jako potrawy narodowej!) Jedzenie było zupełnie niezłe, do tego z przyjemnością odkryliśmy, że Prawdziwemu Berlińskiemu Turkowi wcale nieobcy jest język polski! Kiedy okazało się, że dzieciaki nie są wstanie pochłonąć niemałych porcji, poprosiłam o zapakowanie resztek i włożenie ich do torebki.
- Have you got a bag? – zapytałam jednego z uwijających się za ladą sprzedawców.
- Hy?! – wysapał, nie bardzo kumając w jakim języku mówię do niego.
- BAG! – powtórzyłam, machając zapakowanym w papier jedzeniem.
- Ma-la to-reb-ka! – podpowiedział niekumatemu koledze właściciel jadłodajni. Oczywiście z twardym turecko-niemieckim akcentem ;)

Napasieni, a nawet wyposażeni na drogę, ruszyliśmy w kierunku wyznaczonym przez Mattiego, Opiekuna Mapy. Po dłuuugiej i wyczerpująąąącej wędrówce uliczkami Berlina, dotarliśmy do miejsca przeznaczenia - byłego przejścia granicznego między Zachodnim i Wschodnim Berlinem, zwanego Checkpoint Charlie. W miejscu niegdysiejszego punktu kontroli, pozostającego w jurysdykcji Amerykanów, stoi do dziś atrapa budki strażniczej i chętni mogą się sfotografować z „prawdziwymi” amerykańskimi strażnikami (za dodatkową opłatą :) i zwiedzić Muzeum Muru Berlińskiego.

ber3

Obcykawszy co ciekawsze obiekty burzliwej niemieckiej historii, dosłownie na ostatnich nogach wróciliśmy na naszą łajbę. Powoli zapadał zmierzch, a światła ulicznych latarni rzucały refleksy na rzekę. Tuż pod naszymi bulajami przepłynęła śmiało rodzina kaczek, a Julka z miejsca się w nich zakochała. Łódź kołysała się delikatnie, więc daliśmy się ponieść jej rytmowi i zasnęliśmy. Tylko Mati – rodzinny internetowy zombie – powędrował na górny pokład w poszukiwaniu silniejszego sygnału WiFi. Ale i jego w końcu sen przygnał do łóżka.

ber4
Następnego ranka, wyspani jak oseski, stawiliśmy się na obiecane śniadanie, które nieśpiesznie skonsumowaliśmy delektując się widokami z pokładu naszego statku. Było tak… morsko i piracko ;) Ale czas nam było w dalszą drogę!
Wymeldowawszy się z „Eastern-Comfort”, zeszliśmy z pokładu pływającego hostelu na suchy ląd. Teraz dopiero mieliśmy czas i siły na podziwianie atrakcji, która przywiodła nas do Berlina - East Side Galery, czyli malunków na najdłuższej zachowanej części Muru Berlińskiego. Interesujących murali było co niemiara, niestety, niektóre z nich pokryto niezbyt parlamentarnym graffiti. Trzeba było nieźle się nagimnastykować, być złapać dobre ujęcie, bez niechcianych dodatków.

ber10ber5ber8ber9ber6ber7
Wędrując po okolicy odkryliśmy też z niekłamaną radością stację kolejową o znajomej nazwie Warschauer Strasse, a wewnątrz stacji kolejne zdziwienie – płaskorzeźbę warszawskiej Syrenki! Można było się poczuć obywatelem świata!
I tylko okolice stacji, pełne bezdomnych i żebrzących zamieszkujących śmietniki, nie napawały optymizmem. Ech, taki life…

ber11

 http://www.eastern-comfort.com/en/home/

18:58, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 października 2014
From Poland with love

Oddając Bogu co boskie, musieliśmy też oddać cesarzowi co cesarskie i skupić się na rodzinnej części naszej wyprawy.

Najpierw dokonaliśmy więc niezapowiedzianego najazdu na dom dawno niewidzianego kuzyna, który od ostatniej naszej wizyty zdążył się był ożenić i nawet zostać ojcem! Pojawiliśmy się więc znienacka w życiu nowej pani domu jako nieznana gałąź rodzinna, albo ciotka z zagranicy – co by się nawet zgadzało w pewnych okolicznościach przyrody :) Na szczęście dla gospodarzy nie zabawiliśmy zbyt długo i wkrótce ruszyliśmy w dalszą drogę.

wol2

Aż kilka dni bawiliśmy za to na siedleckiej ziemi, siedząc na biednej babcinej głowie. I daliśmy się jej sobą nacieszyć :-) Mimochodem pozałatwialiśmy też mnóstwo urzędowych spraw „nie cierpiących zwłoki”, odwiedziliśmy znajome miejsca, wybraliśmy się rodzinnie do kina, spustoszyliśmy ulubioną księgarnię. Takie tam – lato w mieście.

Dla równowagi w przyrodzie spędziliśmy też kawałek lata na wsi, odwiedzając kolejną babcię. I dziadka. I resztę rodziny. W sielskiej-anielskiej scenerii ganialiśmy bociany za stodołą, karczowaliśmy ugór, który ma szansę stać się sadem – a przynajmniej byliśmy w pobliżu, kiedy karczowano! Nasz ojciec rodziny usiłować ujarzmić skuter, a dziadek udawał kapitana, pozując do zdjęć ze stadkiem wnucząt. W pozostałym czasie piliśmy piwo i zwiedzaliśmy pobliskie atrakcje turystyczne, w tym pływającą koparkę! A potem znowu piwo, wspomnienie koparki, i tak przez kilka dni.
I, oczywiście, dawaliśmy się wszystkim sobą nacieszyć!
Wsi spokojna, wsi wesoła! Hej!

szu1

PS. Tu jedliśmy po drodze i było pysznie – polecamy!

 http://wstarymmlynie.pl/

 

20:26, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2