To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
środa, 31 października 2012
Halloween 2012

Halloween 2012

20:53, oszin13
Link Dodaj komentarz »
Jej wspomnienie...



10:54, oszin13
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 października 2012
Nadchodzi Noc Duchów

Skończyliśmy dekorację domu na Halloween. Uff!! W tym roku zastosowaliśmy zestaw porządnej panny Młodej (Gnijącej, rzecz jasna): coś starego, coś nowego, coś pożyczonego i coś zrobionego samodzielnie. Zaiste, dom wygląda strasznie - i tak właśnie miało być! Jesteśmy szczególnie dumne z przerobienia Zuzkowej zeszłorocznej kreacji na świecącego upiora, który wisi tymczasem na lustrze (przysięgam, że wypuszczając nocą psa zerknęłam zaspana w lustro i się przeraziłam! ;). Przy dobrej pogodzie wywiesimy go w Halloween na drzwi, niech i inni się trochę przerażą!

Wczoraj miałyśmy z dziewczynkami okazję odwiedzić NAPRAWDĘ PRZERAŻAJĄCY DOM. Zauważyłyśmy intrygującą dekorację pewnego ogródka - prawie dwumetrowe postaci wyjątkowo brzydkiej i kostropatej czarownicy oraz trampa, co prawda solidnie obdartego, ale za to w szapoklaku. I ten właśnie tramp, nie dość że się co jakiś czas poruszał, to jeszcze gadał! Dziękuję bardzo za przechodzenie obok takiej postaci nocą, chociażby i nie w Halloween... Było jednak wczesne popołudnie, więc podeszłyśmy sobie bliżej, szczerze zaintrygowane. Wtedy otworzyły się drzwi domu, stanęła w nich właścicielka (może krypto-czarownica, kto ja tam wie?) i zaprosiła nas do środka. A że w porządnych horrorach zawsze ciekawość bierze górę nad rozumem, skorzystałyśmy z zaproszenia i przekroczyłyśmy próg domu, a tam... - cały przedpokój i tonący w półmroku salonik obwieszone były dekoracjami rodem z filmów grozy! Po kątach wyły jakieś monstra, pod oknem kościotrup wściekle miotał się w resztkach trumny, obok kominka walała się czyjaś odcięta głowa, a spod sufitu zjeżdżała z krzykiem czarownica! Gdyby tak dobrze policzyć to pewnie z setka różnych halloweenowych gadżetów by się uzbierała - trudno było w tym tłumie zlokalizować kanapę i telewizor!

- No, no, trochę tego pani ma....- stwierdziłam z uznaniem.
- Taaaaak. Dzieci to lubią! - odparła beztrosko pani, niezwykle dumna ze swojej kolekcji. – Tylko sporo miejsca zajmuje na strychu!

Przyznaję bez bicia, że nawiedzony dom zrobił na mnie wrażenie (na dziewczynach chyba też!) - ale nasz jest jednak o wiele bardziej „klimatyczny” :) I niewątpliwie tańszy w realizacji ;)))

*  *  *

Tegoroczne zamówienia na halloweenowe kostiumy to:

ZUZKA - Anioł Ciemności.
Kompletnym fuksem trafiłam do sklepu, gdzie na wystawie stał manekin zaopatrzony w parę czarnych skrzydeł. Zdarłam skrzydła ze sztywniaka i zakupiłam, za pół ceny zresztą... (bo używane?)
OLIWKA - Laleczka Chucky, a dokładnie Narzeczona Chuckiego.
Pomijając trudności natury garderobianej, jakim musiałam stawić czoła, od kilku dni cyklicznie zmuszana jestem do oglądania video - instruktażu jak zrobić makijaż a la "Bride of Chucky". Egzamin praktyczny jutro, ampułkę z fałszywą krwią już mam…
JULKA – czarownica.
Całe szczęście, że TYLKO czarownica, bo musiałam dokupić jedynie miotłę!

Mamy jeszcze w planie pieczenie halloweenowych ciasteczek, bo przy okazji kompletowania strojów znalazłam w sklepie zestaw "duchowo-dyniowych" foremek... Pocieszam się, że po pierwszym listopada będzie już z górki… Cierpliwości!

*  *  *

Przechodząc z Oliwką obok Domu Opieki zauważyłyśmy stojący na podjeździe samochód z napisem „Pests service". Zdaje się, że szykowała się staruszkom walka z niechcianymi szkodnikami.

- Muszą mieć tam w środku dużo jeży – powiedziała znienacka Oliwka.
- Gdzie? – nie bardzo wiedziałam – W Domu Opieki?!
- Nieee! W tym samochodzie!
- ?!!!
- Oglądałam jakiś program przyrodniczy i tam mówili, że jeże żywią się różnymi robakami! – wyjaśniła mądralińska Oliwka.

Może to jest jakiś pomysł - taka jeżowa broń biologiczna? A na pająki działa? – bo pająków ci u nas dostatek, a taki jeż pewnie nie jest zbyt drogi…

*  *  *

Oliwka zdjęła wieczorem gumkę z włosów i uwolniła fryzurę. Posiedziała chwilę, pomacała głowę, pomyślała, po czym wyskoczyła na środek pokoju i powiedziała:
- Mamo, trochę sobie pomoszuję, bo czuję że mi się włosy ścisnęły…
Co powiedziawszy zaczęła kręcić włosami młynka jak prawdziwa rock’n’rolówa.

*  *  *

W kwestii jednego z codziennych porannych dylematów, zwróciłam się do Oliwki z pytaniem:

- Chcesz do szkoły kanapkę z pasztetem czy żółtym serem?
- Z szynką. – odparła Oliwka.
- Ale szynki już nie mam. To co, pasztet czy żółty ser?
- Ech. – westchnęła Ola i dodała dramatycznym tonem - Jestem więc skazana na pasztet!

Każdy ma taką katorgę na jaką sobie zasłuży!

*  *  *

Nasza Julka jest ogromną fanką Marshmallows, czyli słodkich pianek.

- Mamo, daj mi aszmaloły! – poprosiła pewnego dnia Julka machając mi przed nosem pustą plastikowa miseczką.
- Teraz nie mogę, mam mokre ręce - odparłam – Poczekaj. A może Mateusz ci da?
Julka podreptała do starszego brata i najsłodziej jak umiała poprosiła:
- Tutik, możesz mi dać aszmaloły?
- Mogę. – odparł Mati, ale deklaracja ta nie wiązała się z żadną reakcją. Mati nadal grał na konsoli.
- NO TO SIĘ RUSZAJ!!!! – wrzasnęła znienacka krucha siostrzana istota. 

Głód piankowy zbudził w niej potwora!

*  *  *

Dziewczynki lubią planować i być przygotowane na wszystko zawczasu, tak na wszelki wypadek. Dlatego pewnego październikowego poranka, siedząc w zalanej jesiennym słońcem kuchni, żywo dyskutowały o… zimowych uciechach w miejskim parku. Na wypadek gdyby spadł śnieg.

- Oliwka, czy jak będziemy zjeżdżać na sankach z górki to mogę być pierwsza? – negocjowała Zuzka.
- Dobrze – zgodziła się Oliwka. – Ale po tobie zjeżdżam ja!
- Okey – powiedziała Zuza.
Julka, która raczej nie pamięta zeszłorocznych zimowych uciech, czuła że coś ja chyba omija, więc na wszelki wypadek krzyknęła:
- I ja!!!!

A śniegu jak nie było tak nie ma… Ciekawe czy jak już przyjdzie co do czego i trzeba będzie wyciągnąć sanki, dziewczynki będą pamiętać, że dawno ustaliły kolejność zjeżdżania ;))

01:07, oszin13
Link Komentarze (1) »
wtorek, 23 października 2012
Poniedziałkowy zawrót głowy

Tydzień nam się zaczął wystrzałowo! W poniedziałkowy poranek Oliwka, kompletnie już umundurowana i uczesana do szkoły, nieoczekiwanie się rozpłakała i odmówiła opuszczenia domu. Powód – napad BARDZO SILNEGO BÓLU GARDŁA. Pod-drzwiowy. Po tyleż krótkiej co nieskutecznej próbie perswazji, Ola została ostatecznie w domu - z nakazem udania się do łóżka i zakazem mówienia czegokolwiek. Co też bez protestów uczyniła, więc zakładam, że nie symulowała.

Nie minęły trzy godziny jak zadzwoniono z przedszkola z informacją, że Julka była uprzejma przewrócić się na boisku, zedrzeć kolano i nabić solidnego guza na czole. Trzeba ją było obejrzeć i zdecydować co dalej. Zostawiłam więc chorą Oliwkę samą w domu (o, zgrozo!) i pokopytkowałam do przedszkola. Na szczęście obrażenia Julki okazały się powierzchowne i łzy rozpaczy szybko obeschły w maminych objęciach, ale na wszelki wypadek zabrałam ją do domu. W ten sposób miałam już kolekcję chorobździeli pod opieką (pies musiał zapomnieć o spacerze, do odwołania…)

Za poranne trudy tego dnia zostałam jednak po stokroć wynagrodzona po południu, słuchając nauczycielskich pochwał i peanów na temat dziewczynek podczas wywiadówkowego maratonu w ich szkole.

Pasjami lubię spotykać się kadrą nauczycielską moich dzieci :) Albowiem po owocach ich poznacie…

*  *  *

Wędrowałyśmy sobie z (ciężko) rannym Czupurkiem z przedszkola, nieco kuśtykając.
- Nieźle zaczęłaś tydzień! – powiedziałam i oceniałam straty. – Zniszczyłaś buty, rozbiłaś kolano i nabiłaś sobie guza.
- I teraz mam KOLEKCJĘ KOLANÓW! – dodała Julka z dumą w głosie.
- KOLEKCJĘ ZDARTYCH KOLANÓW! – nie omieszkałam zauważyć.
- Tak! Wszystkich trzech!!!
Bo tylko wtajemniczeni wiedzą, że kiedy Julka mówi „trzy”, tak naprawdę ma na myśli „dwa”. Będzie z niej kiedyś niezła agentka…

*  *  *

Po powrocie z wywiadówek wspomniałam Zuzi, że pozdrawia ją Julkowa wychowawczyni.
- Powiedziała, że cię pamięta, bo zdarzyło się jej być w twojej klasie parę razy na zastępstwie – dodałam.
- Zuziu, jesteś legendą w szkole! – wychrypiała z głębin swojego bolącego gardła Oliwka.
- Eeee tam, legendą w waszej szkole to jest Mateusz! – ostudziłam jej zapał. - Wy dopiero pracujecie na to miano.
- Tutik! Jesteś AGENTEM!!! – natychmiast uprzejmie doniosła nieświadomemu bratu Julka.

*  *  *

- Mamo, nie lubię chodzić do tego sklepu – wyznała Oliwka, wskazując na jeden z okolicznych samoobsługowych sklepików.
- Dlaczego?
- Bo jak byłam tam ostatnio z Zuzią i Wiktorią, to sprzedawczyni spytała nas czy mamy pieniądze. I tylko Wiktoria miała, więc pani powiedziała, że skoro nie mamy pieniędzy to musimy poczekać na zewnątrz. Więc wyszłyśmy i czekałyśmy pod ścianą.
- To faktycznie nieładnie – powiedziałam naprawdę zdziwiona, bo z takim podejściem do klienta spotkałam się pierwszy raz w życiu.
- Tak. – westchnęła Oliwka. - Sklepy są coraz bardziej brutalne…

23:41, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 października 2012
W jabłecznikowych oparach…

Kręte bywają ścieżki przygody – zwłaszcza takie, które wiodą od niewinnego spotkania skautów do szklaneczki cydru przed snem (na szczęście nie w wykonaniu samych skautów!) ;)

Dzięki skautingowemu zapałowi Zuzki, słoneczną jesienną niedzielę spędziliśmy w Peatlands Park, gdzie akurat odbywało się doroczne Święto Jabłka. Uprzejmie dostarczyliśmy druhnę Zuzię na zbiórkę, oddaliśmy pod skrzydła harcerzy starszych, a resztą rodziny (plus pies) ruszyliśmy na dłuuuugi spacer przez knieje i dąbrowy (ambitnie czerwoną trasą, przynajmniej na początku!) Wędrowaliśmy sobie ochoczo krętymi ścieżkami, od czasu do czasu taplając się w błocie, a nasz pies szalał z radości! Węszył nowe zapachy, odwiedzał parowy, meliorował kałuże. Pojawiał się na szlaku, znikał we wrzosowiskach – i oczywiście nie omieszkał na koniec zanurkować w błocku! Dlatego od tej pory nasze psisko z dumą może nosić miano Paszczaka Błotnego a Śmierdzącego.

Po krótkim odpoczynku, odzyskawszy nieco siły (i przy okazji Zuzkę), oddaliśmy się szałowi atrakcji Apple Day! Czego tam nie było?! Ponad sto odmian jabłek do spróbowania, degustacja świeżo wyciśniętych soków, jabłkowe wypieki i przetwory, cydr na wynos (!), wspinanie się na jabłonki i rwanie owoców prosto z drzewa (ech, dzieciństwo się przypomniało i babcine kosztele…) Był jeszcze pokaz szkolenia psów pasterskich (Border Collie, jak uprzejmie poinformowała nas domowa „psiara” Zuzanna – znaczy rodzina naszego Paszczaka ze strony ojca ;)), wystawa ptaków łownych (żywych, a jakże!) szkolonych do sokolnictwa, irlandzkie melodie, pszczelarskie specjały, strzelanie z łuku, przejażdżki konne i szynowe… Z większości atrakcji skrupulatnie skorzystaliśmy!
Pełni jabłkowych emocji, z zapasem 100-procentowego soku i 6-procentowego cydru, wróciliśmy do domu. Pies z miejsca padł na swoim posłaniu, dzieci oblepiły komputer, a my napoczęliśmy butelczynę lokalnego jabłecznika – w celach naukowych, rzecz jasna. W swojej rodzicielskiej dobroci (sic!) pozwoliliśmy i Matiemu spróbować odrobiny cydru.
- I jak wrażenia? – spytaliśmy.
- Hmmm, wydaje się gorący, jak się go pije!
Ba, pewnie że gorący! W końcu to alkohol, powinien rozgrzewać!
A mnie tam smakowało, nie powiem ;)) Chyba niewiele go zostało w butelce, yppppp!…

*  *  *

Co powiedział Archimedes, wyskakując z wanny? „EUREKA!”
Co powiedział Newton dostając jabłkiem po głowie? Historia nie podaje, ale zapewne było to coś szpetnego.
Natomiast Oliwka wsławiła się w historii naszej rodziny tym, że pewnego dnia, siedząc nad książką w kuchni, powiedziała: „DŻDŻOWNICA”. Właśnie tak! - bezbłędnie artykułując wszystkie twarde „dż”! Pierwszy sukces na polu walki z seplenieniem został odniesiony! I nie ostatni, bo wkrótce usłyszeliśmy nieśmiałe „sz” i „cz”, czasem w najmniej spodziewanych miejscach! ;)
Jesteśmy dobrej myśli. Trzymamy kciuki, poprawiamy, zachęcamy do dalszej pracy nad giętkością języka. I właśnie trochę w ramach zachęty, a trochę dla uczczenia wczorajszego Apple Day, Oliwka odczytała nam przed snem brzechwowy „Entliczek Pentliczek”. Nie było łatwo, ale jakoś dobrnęła do końca nie łamiąc sobie języka ;) Pierwsze koty za płoty! I robaczki też!

*  *  *

Od czasu do czasu wracamy do tradycji wieczornego głośnego czytania – głównie dla Julki, bo starsze dziewoje preferują prywatne romanse z literaturą, w zaciszu własnych łóżek. I jeszcze się awanturują, że czytam za głośno i one nie mogą się skupić!
Ukochana Czupurkowa bajka to opowieść o trollu i koziołkach („Jestem Troll! Bolberol! Zjem cię na kolację swą!”, krzyczy ochoczo Julka) - czytamy ją więc jako program obowiązkowy, a potem coś na dokładkę jako freestyle. Ostatnio trafiliśmy na opowiadanie o gąsienicy Felicji, która koniecznie chciała latać. Ja wczuwałam się w rolę nieszczęśliwej gąsienicy, Julka słuchała w skupieniu, a Oliwka ostentacyjnie zaczytywała się w twórczości Michaela Morpurgo.

„- Co ty tu robisz, moja malutka? – zapytała mama.
- Chciałam się nauczyć latać – odparła Felicja.
- Pewnego dnia – powiedziała mama – przemienisz się w motyla, takiego jak ja. Wtedy polecisz, ale na pewno nie wcześniej.”

- Jak to?! – odezwała się ni stąd ni zowąd Oliwka, wystawiając głowę znad własnej książki – Motyl jest mamą GĄSKI?!
- Oliwka! To była GĄSIENICA! – huknęła z górnego łóżka Zuzka, która tkwiła z nosem wściubionym w „Kulturę i sztukę Indii”. I też oczywiście wcale nie słuchała nudnej Julkowej bajki…
Apple Day

12:39, oszin13
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2