To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
poniedziałek, 31 października 2011
Tuż po…

Dziś celebrowaliśmy pogańskie, celtyckie, okultystyczne święto (ku zgorszeniu polskich księży, jak donoszą media). Były fajerwerki, przebieranie się, łażenie po domach i wyłudzanie słodkości. Za to jutro – w ramach święta bardziej chrześcijańskiego – pójdziemy na spacer na cmentarz. To się nawet fachowo nazywa: Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Ale co tam – nasza culpa!

Jaki jest szczyt halloweenowego koszmaru? Iść tego dnia do dentysty!!! Wiem co mówię, bowiem dzisiejszy poranek spędziłam na fotelu dentystycznym. Nie do końca z wyboru – taki mieli wolny termin (może z powodu braku chętnych?) Pani pielęgniarka, zdobna w fartuch i maseczkę chirurgiczną, od razu skojarzyła mi się z potworem (czego nie omieszkałam jej powiedzieć). Na całe szczęście to nie ona mnie znieczulała…
Po powrocie do domu, z lekko jeszcze sztywną prawą dolną szczęką, dałam upust negatywnym emocjom, mszcząc się na bogu ducha winnych dyniach. Przed przystąpieniem do operacji przejrzałam przygotowane wczoraj przez dzieciaki projekty dyniowych buziek, w poszukiwaniu inspiracji. Sięgnęłam po ostry nóż i nuże ciąć, wydłubywać, nakłuwać! Dyniowy sok pryskał na prawo i lewo, pomarańczowe wnętrzności walały się po stole, śliskie białe pestki strzelały na oślep. Ale efekt końcowy był imponujący. Dziewczynki pootwierały buzie z wrażenia, a Zuzka wyszeptała z zachwytem:
- Mamo, jesteś eeeekstraaaa!
Miód spłynął na moją duszę. I nawet sztywność szczęki nieco zelżała. Natomiast dziewczynki chwyciły pudełko wykałaczek i zaaplikowały jednej z dyń kurację akupunkturą. Teraz wyglądała jak najeżka! Oba dyniowe okazy zostały wstępnie wystawione w oknach salonu, a wieczorem włożyliśmy w nie świeczki i pięknie prezentowały na trawniku. I muszę powiedzieć (nie bez dumy), że wzbudzały ogólny zachwyt wśród tłumów nawiedzających tego dnia nasz dom.
A tłumy to były, zaiste – na moje oko pewnie z 70 straszydeł, różnej maści, płci, wieku i przebrania. Przychodzili pojedynczo lub tłumnie, stukali natarczywie do drzwi, a pies zamknięty karnie w kuchni, szalał z niepokoju. Rozdałam wszystkie słodkości, a jeszcze musiałam pożyczyć od Julki (ale o tym sza!) Nie narzekam jednak, bo moje trzy prywatne potwory przytargały do domu niemałą górkę słodyczy i wyszliśmy na swoje :)) Pozwoliłam im się nacieszyć skarbami (Mati podłączył się do imprezy nieco na „krzywy pysk”), a następnie wydałam rozporządzenie o przydziale 10 sztuk słodyczy na głowę jednego nieletniego. Reszta cukierków została skonfiskowana i zostawiona na później.
Ech. Co to za szczęście, że Halloween mamy tylko raz w roku!

*  *  *

Mati obmyśla skomplikowaną intrygę swojej powieści kryminalnej. Ze szczegółami zna już okoliczności śmierci ofiary i znalezienia jej ciała.
- I oczywiście, jako autor, wiesz już kto zabił – bardziej stwierdziłam niż spytałam.
- Mamo – odparł spokojnie mój syn – Ja nawet nie wiem jeszcze KTO ZGINĄŁ!
Oj, zdaje się że czeka go jeszcze ogrom pracy.

20:35, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 października 2011
Tuż przed…

Już za dzień Halloween… Okna ubrane w pajęczyny, krwawy portret Mony Lisy straszy przy drzwiach, zapasik słodkości czeka na (nie)oczekiwanych wędrowców. W kuchni nie jedna, ale dwie pokaźne dynie spoczywają, celem wydrążenia i zamienienia w trawnikowe lampiony. Chyba jesteśmy odpowiednio przygotowani na jutrzejsze wizyty monsterów. Pies przeżyje swoje pierwsze Halloween i pewnie oszaleje na ciągły dźwięk pukania do drzwi. Póki co nie mamy jeszcze na niego pomysłu. Może wyślemy go na długi spacer z panem, w ciemną noc?

W kwestii zachowania tradycji Święta Duchów odwaliliśmy wczoraj wieczorem kawał dobrej roboty, nawiedzając gościnne progi Wiktorostwa. Jedliśmy, piliśmy, nawet paliliśmy lulki – tak skutecznie, że nasza rodzinna szisza uległa destrukcji w rękach mojego zupełnie (jeszcze wtedy) trzeźwego męża. I po sziszy… - ostał nam się ino szkielet i tytoń. Ale impreza udała się doskonale! Do domu wróciliśmy tuż przed północą - spacerkiem, bo wieczór był taki uroczy. Po ulicach przemieszczali się bywalcy okolicznych barów, a pośrodku szliśmy my – jeden elegancik, jedna skejtka, malutka czarownica, nieco starsza mumia i długowłosa Spidermanka. Niezłe towarzystwo! Wpisywaliśmy się w lokalny koloryt wyjątkowo egzotycznymi zawijasami. Na szczęście nikt nas nie zaczepił i bezpiecznie dotarliśmy do domu, gdzie mogliśmy wyzwolić naszego synka od mąk (!) siedzenia przy komputerze. Zdaje się, że on miał nieco inne zdanie na temat owych „mąk”, ale nie zdradzał się z nim zbyt głośno. Za to dzisiaj rano zdziwił się szczerze, kiedy ogłosiliśmy mu szlaban na kompa.
- Nie uprzedziliście mnie! – próbował walczyć – Powiedzieliście wczoraj, że mogę siedzieć na komputerze dopóki nie wrócicie!
- Móc, nie znaczy musieć! – byliśmy okrutni i bezwzględni – A po sześciu godzinach pracy na komputerze twoje oczy na pewno mają dość. Przyda im się dzień odpoczynku.
Nie przekonaliśmy go, ale wyrok jakoś przełknął.

Ależ byliśmy okropni! Cóż, taka już dola rodzica - nie zawsze może być dobry, bo czasami musi być rozsądny.

21:51, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 października 2011
Powrót syna marnotrawnego

Nasz marnotrawny syn powrócił dziś rano na rodziny łono! Niewyspany, ale szczęśliwy. Specjalnie zostaliśmy dłużej w pościeli, żeby pozwolić mu samemu otworzyć drzwi i zostać napadniętym przez stęsknionego czworonoga tuż za progiem. Mati był tak nakręcony wydarzeniami ostatniej nocy, że z miejsca wpakował nam się do małżeńskiego łóżka (14-letni chłop, 90 kilo wagi!), lądując tuż obok Julki, która przywędrowała do nas kilka minut wcześniej. Zdaje się, że przez noc nasz syneczek stęsknił za rodziną, a nawet siostrą :) Pytany o wrażenia Tutek zadeklarował, że było wspaniale, wcale nie jest zmęczony i nie zamierza spać, co więcej, przygotuje nam kawę! Powędrował na dół, nalał do czajnika wody (dużo za dużo, jak się później okazało), NIE WŁĄCZYŁ, po czym z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wrócił do swojego pokoju, legł w łóżku i zasnął. Zaniepokojeni brakiem charakterystycznego szumu gotującego się czajnika zeszliśmy do kuchni. Mój mężuś zajął się przygotowaniem porannych kaw, włączył czajnik i omal nie stracił zdrowia, kiedy po zagotowaniu z przepełnionego czajnika buchnęła gorąca woda! Cudem uratowany ojciec w „ciepłych” słowach wyraził swoje zdanie na temat tego typu pułapek, ale Matiego to w ogóle nie obeszło, spoczywał był już bowiem w ramionach Morfeusza. I teraz słodko odsypia zarwaną noc.

*  *  *

Udało nam się w 100% wypełnić napięty grafik ubiegłego tygodnia. Odpękalismy 3 wywiadówki, jedno rozdanie nagród, codzienne jednogodzinne wizyty w Julkowym przedszkolu, a nawet jedną nietypową rozmowę kwalifikacyjną! Oto raport, w największym skrócie.

Zuzka i Oliwka to klasowe prymuski. Pilnie się uczą, świetnie czytają, ganiają na kluby zainteresowań. Jednym słowem wszystko gra – no, po prawdzie PRAWIE wszystko, bo gdyby tylko Zuzka trochę mniej gadała na lekcjach, a Oliwka się zbyt często nie rozmarzała, byłyby uczniowskimi ideałami. Ale przecież wiadomo, że ideałów na świecie po prostu nie ma, więc cieszymy się w tego co mamy… I nauczyciele też!.

Tajemnicza nagroda Mateusza okazała się docenieniem jego świetnych wyników w nauce na koniec 10. klasy. Faktycznie, miał same oceny A, od góry do dołu, z jedną niechlubną B z historii, co jednak pozwoliło mu trafić do trójki najlepszych uczniów w klasie. I właśnie na ceremonię rozdania takich nagród nas zaproszono. Oczywiście puchliśmy z dumy, rodzinnie!
Natomiast dwa dni po nagrodach zorganizowano wywiadówkę dla klas jedenastych. W tym roku miałam do „obskoczenia” tylko pięciu nauczycieli, bowiem trzech pozostałych było nieobecnych (ale dostałam listy z ich opiniami). Nie wiem czy opisywałam wcześniej jak wygląda taka wywiadówka, więc krótko opowiem, z informacyjnego obowiązku.
Tuż przy wejściu do szkoły dostaje się folder z nazwiskiem ucznia i wykazem jego nauczycieli – i całe szczęście, bowiem uczniów klas 11-tych jest ponad stu, a samych anglistów pięciu. I kto by tam znał ich nazwiska! Nauczyciele oczekują rodziców przy osobistych stolikach w sali stołówki, a ci ostatni, kierując się otrzymanym wykazem nazwisk, dosiadają się do właściwych stolików. Między czekającymi na swoją kolej rodzicami krążą uczniowie starszych klas, częstując kawą, herbatą i ciasteczkami. Siadając naprzeciwko wybranego nauczyciela, stawia się swoją filiżankę obok jego filiżanki, podaje nazwisko ucznia i uzyskuje precyzyjną belfrowską informację. Genialnie proste i atmosfera bardziej towarzyska niż szkolna.
Moje rozmowy nie trwają długo, bowiem zwykle nauczyciele nie mają do przekazania uwag innych niż pochwały (nawet pan od wuefu!). A ileż można chwalić?! Tutek na szczęście ma bardzo chłonny umysł, genialną pamięć, która ratuje go na testach (bo kto by tam powtarzał materiał w domu…) i, bądźmy szczerzy, solidną wiedzę! I nauczyciele za nim przepadają. Dlatego zwykle na wywiadówkach uśmiechamy się z pedagogami do siebie, a ja pilnie słucham i kumuluję wszystkie pochwały. Przekazuję je potem Matiemu, głównie żeby go zmotywować, podkreślić, że doceniamy jego osiągi i wspierać w dalszej drodze, wiodącej wprost na wymarzony Queen’s University of Belfast.
Wszystko wskazuje jednak na to, że mimo dotychczasowego lekce sobie ważenia powtórek, w ciągu najbliższego tygodnia Tutek będzie jednak musiał zajrzeć do książek, ponieważ już w połowie listopada czeka go pierwsza tura cząstkowych egzaminów GCSE, a te musi zdać śpiewająco jeśli marzy mu się uniwerek. Przyszła kryska na Matyska – dosłownie!

Julka wystartowała do przedszkola. Póki co na jedną godzinę dziennie, żeby się wdrożyła w grupę. Docelowo będzie zostawać w przedszkolu codziennie między 9-tą a 13.30, ale póki co jest króciutko. Ogólnie radzi sobie dobrze, choć poranne rozstania są bolesne, szczególnie z mamą i dla obu stron. Dlatego ustaliliśmy, że to tata odstawia ją do przedszkola i muszę powiedzieć, że jakoś to lepiej działa. Liczymy, że już wkrótce Julka zostanie w przedszkolu bez spazmów i na cały dzień.

Miałam ostatnio zupełnie niezwykłą okazję obserwowania, jak wygląda proces przyjmowania kandydata do pracy. Poproszono mnie bowiem o udział w  pracach prawdziwej komisji weryfikacyjnej. Przeanalizowaliśmy nadesłane aplikacje, oceniliśmy je, wybraliśmy dwóch szczęśliwców do kolejnego etapu, po czym przeprowadziliśmy rozmowy kwalifikacyjne. Mówię wam, siedzenie po drugiej stronie stolika było nie mniej stresujące niż ubieganie się o pracę! Trzeba mieć nie lada dystans do sytuacji, aby móc unieść ciężar decydowania o losach kandydatów. Myślę, że poradziłam sobie zupełnie nieźle, moje oceny nie różniły się zbytnio od ocen dwóch bardziej zaprawionych w kwalifikacyjnych bojach kolegów. A do tego, zupełnie prywatnie, zyskałam bezcenną wiedzę na temat jak czytać ogłoszenia o pracę, co uwypuklić w aplikacji, a przede wszystkim jak „sprzedać” się na rozmowie. Zapewniam, że nie zawaham się tej wiedzy użyć, starając się w przyszłości o posadę! A tak właściwie to powinni tego uczyć na kursach! Howgh!

*  *  *

Śpieszę nie bez dumy donieść, że nasz syn przejawia talenty literackie! Powiedziałabym, że to po mamie, ale jestem na to zbyt skromna (sic!), a poza tym nie chciałabym nijak umniejszać ojcowskiego wkładu (!) Ale talenty nasz syn posiada i ostatnio się z nimi ujawnił. Pani od angielskiego rozpływała się w pochwałach na ten temat i zrobiła WIELKIE OCZY kiedy powiedziałam jej, że Tutek używa języka angielskiego od 4 lat. Zaledwie!
- Tylko 4 lata? Czy pani wie, że pisze dużo lepiej niż jego irlandzcy koledzy?! – oznajmiła.
Nawet jeśli nie do końca zdawałam sobie sprawę z takowej zależności, zostałam oświecona, a na dowód pani podarowała mi Mateuszowe wypracowanie. Miała to być wprawka przed przyszłym egzaminem, trzeba było napisać wstęp do powieści grozy lub kryminału - interesujący, podkreślający tajemnicę, zapowiadający zagadkę. I przyznaję, że tekst Matiego był świetny! Pani też dała mu zań najwyższe noty.
Aby jeszcze bardziej poprawić pani od angielskiego humor (i podkreślić, że wiem o swoim dziecku conieco) zdradziłam, że Tutek nasz podjął próbę napisania książki! Kryminału z gatunku fantasy, o ile się orientuję. Niestety – pendrive z jedyną kopią trzech pierwszych stron „zbiesił się” i tekst przepadł bezpowrotnie. O smutny losie literata w skomputeryzowanym społeczeństwie! Mati się jednak nie zraża, twierdząc, że tekst wciąż nosi w głowie i postara się przelać go z powrotem na komputer – tym razem z kopią zapasową. A pani od angielskiego już zaoferowała usługi adjustatorskie wszelkich Tutkowych próbek pisarskich.

*  *  *

Nie wiem czemu zawdzięczać sukces – zmodyfikowanej diecie czy raczej tempu codziennego życia – ale udało mi się ostatnio zrzucić parę kilogramów. I bardzo dobrze się z tym czuję! Do wagi sprzed ciąż jeszcze mi daleko, ale bądźmy realistami – to se ne vrati! A ja już nigdy nie będę miała 20 lat! Tym bardziej cieszy więc każde drgnięcie łazienkowej wagi, a i mężulek, który gorliwie zapewniał mnie, że kocha każdy centymetr mego ciała, wcale nie kręci nosem. No, może nieco kręci, ale teraz z zupełnie innych powodów ;-)

*  *  *

Uwaga na boku: Zuzka zgarnęła za swój halloweenowy strój pierwszą nagrodę i po raz kolejny jestem najlepszą mamą na świecie. A Oliwce wreszcie wypadła jedynka i nie bez dumy powtarza: „Mówcie mi: szczerbata!!!”
Dzieciaki, ach dzieciaki, czym by bez was był ten świat?!!

14:22, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 października 2011
Back to school!

W nadchodzącym tygodniu czeka nas prawdziwy powrót do szkoły. Niestety – a może na szczęście? – nie w charakterze uczniów, a rodziców.

Od samego poniedziałku rusza trzydniowa wywiadówkowa sesja w szkole dziewczynek. Idę na pierwszy ogień. Nie spodziewam się krytycznych uwag (a przynajmniej niewielu), liczę raczej na peany na cześć naszych pilnych aktywistek, tym chętniej uczestniczę w tego typu spotkaniach. Chyba, że tym razem się pomylę. Kiedyś musi być ten pierwszy raz…

Bohaterką wtorkowego poranka będzie z pewnością Julka, ponieważ wtedy właśnie po raz pierwszy IDZIE DO PRZEDSZKOLA! Wow! Wiadomość o wolnym miejscu w oddziale przedszkolnym spadła na nas zupełnie niespodziewanie w ubiegły czwartek. I bardzo jesteśmy z niej radzi! Julka już puchnie z dumy, że nareszcie będzie chodziła „do skoły, jak jej dwie cynki!” W piątek powędrowaliśmy na wycieczkę rozpoznawczą do szkolnego przedszkola – Julka obejrzała z zainteresowaniem wszystkie kąty, skorzystała z toalety (!), śmiało usiadła do zabawy z nowymi kolegami. I wcale nie miała zamiaru wyjść! Nie spodziewam się więc kłopotów z aklimatyzacją, zwłaszcza że w grupie jest troje polskich dzieci, a nauczycielka doskonale zna Oliwkę i Zuzkę (chluby tej szkoły :)) Trzeba nam jeszcze tylko objechać okoliczne centra handlowe i skompletować elementy przedszkolnego mundurka. Jest już wprawdzie nieco po sezonie, ale liczymy że znajdziemy w resztkach szkolnych kolekcji odpowiednio małe rozmiary dla naszego świeżo upieczonego przedszkolaka. Zatem od wtorku będę musiała szykować rano do szkoły nie trzy, a cztery zaspane twarze! Nie wiem tylko czy dyrektor szkoły jest świadomy ciężaru w postaci trzech sióstr O., siedzących jednocześnie na jego wątłych, pedagogicznych barkach?

Jako dopełnienie wtorkowych atrakcji, popołudnie spędzimy w szkole Mateusza. Zostaliśmy bowiem zaproszeni przez dyrekcję jego szkoły, jako dumni rodzice ww. delikwenta, na uroczystość rozdania nagród uczniom klas 8-11. List, który w związku z tym wydarzeniem otrzymaliśmy (wraz z błogosławieństwem, wszak dyrektorem jest ksiądz!) nie precyzował w jakiejż to dziedzinie wiedzy zabłysnął nasz syn na tyle, żeby zasłużyć na nagrodę, a i sam zainteresowany nie był w stanie nic konkretnego nam na ten temat powiedzieć.
- Nie wiem co tam szykują – odpowiedział z rozbrajającą szczerością Matt – ale wiem, że listy wysłali tylko do rodziców uczniów nagrodzonych, więc przyjedźcie, pewnie COŚ dostanę!
Cały Mati! Właściwie spodziewaliśmy się takiej odpowiedzi – w końcu znamy człowieka prawie 15 lat. Jesteśmy także pewni, że jeśli kiedykolwiek nasz syn dostanie nagrodę Nobla, też nie będzie do końca zorientowany, że cokolwiek dostał (chyba, że czek naprowadzi go na trop). Od razu przypomina mi się Szyborska, szukająca swojego noblowskiego medalu w przepastnych szufladach wielkiej komody w jej mieszkaniu. Dlatego – tak na wszelki wypadek – pojedziemy na to rozdanie nagród. A nuż coś nasz Mati faktycznie dostanie?...

W środę odpoczywamy od szkolnych atrakcji, za to już w czwartek wędrujemy świeżym śladem do Armagh na spotkanie z nauczycielami – tym razem w szkole Matiego.

I to by było na tyle! Chyba wystarczy jak na jeden tydzień z życia rodzica?

*  *  *

Halloween za pasem, trzeba będzie rychło zaopatrzyć się w monstrualne ilości słodyczy – dla pukających do drzwi monstrów. Będziemy stać, jako te rodzicielskie potwory, w ramach dekoracji w oknach i straszyć przechodniów groźnymi minami. W kwestii przebrań dla dzieciaków jesteśmy względnie spokojni - mamy w domu kilka kompletów strojów czarownic, mumii, duchów, a nawet Spidermana i Frediego Krugera. Na pewno uda się z tego coś wykombinować.
Zuzka, która nie chadza na łatwiznę, wymarzyła sobie za to kostium morskiego potwora (płci żeńskiej), do wykonania przez mamę, z terminem realizacji na poniedziałkowe spotkanie Music Makers. Cóż było robić, czas gonił, a latorośl na mnie liczyła. Zrobiłam szybki rekonesans w second-handach, zakupiłam wielką, wściekle zieloną suknię, bezwzględnie ją porozpruwałam, po czym pozszywałam ponownie, tym razem zgodnie z Zuzkową koncepcją. Gotową kreację oddałam w ręce trzech mistrzyń malarstwa abstrakcyjnego, które dopełniły całości kolorowymi maziajami, nie żałując farb i inwencji. Schło toto przez całą noc, a w niedzielę rano zostało przyobleczone i ostatecznie zaakceptowane przez Zuzę. Jeszcze tylko zielony makijaż na twarz, tapir na włosy, czaszka nieszczęsnego marynarza w charakterze naszyjnika i morskie monstrum będzie mogło spokojnie grać na skrzypcach w szkole muzycznej. Mam tylko nadzieję, że kostium zostanie wykorzystany także podczas właściwego Halloween.

*  *  *

Tutek z utęsknieniem czeka nadejścia piątkowego wieczoru. Po pierwsze primo – bo będzie to początek pierwszolistopadowej przerwy w szkole; po drugie primo – na ten właśnie wieczór jego klub młodzieżowy zaplanował „overnight”, czyli noc poza domem. I wcale nie o spanie tu chodzi, a wręcz przeciwnie – o NIE-SPANIE! Założenie bowiem jest takie, że młodzi ludzie spędzą noc w klubie, bawiąc się, oglądając filmy, gadając, grając – i tak do 7.00 rano, kiedy to pozbierają swoje rzeczy i grzecznie wrócą do własnych domowych łóżeczek. Mateusz już dziś zgłosił potrzebę posiadania w piątek klucza na szyję, żeby oszczędzić rodzinie pobudki wczesnym sobotnim porankiem. Zaproponował także jako bonus przygotowane śniadania, ale znając jego zdolności kulinarne (dodatkowo nadwątlone bezsenną nocą) grzecznie, acz stanowczo odmówiliśmy. Jeszcze nam życia miłe! Bezpieczny powrót marnotrawnego syna w domowe progi, choćby i o 7.00 rano w sobotę, w pełni nas, rodziców, usatysfakcjonuje.

*  *  *

I jeszcze facecja.
Na fali przyszłych przedszkolnych przygód, Julka włączyła sobie płytę z piosenkami dla dzieci. Teksty były wprawdzie po angielsku, ale znała melodię, więc pląsała sobie po pokoju w ich rytm. Upojona muzyką przyszła do kuchni i odezwała się do mnie w te słowa:
- Mysy tons, mysy tons!
„Jakie znowu myszy?” – nieco się zaniepokoiłam. „O co w ogóle kaman?!!!” Wysiliłam wyobraźnię, chcąc złapać nić porozumienia z własną córką, przemawiającą do mnie ni stąd ni zowąd w jakimś niezrozumiałym dialekcie. I znalazłam!
- Head, shoulders, KNEES and TOES! – krzyknęłam uradowana, a Julka rozpromieniła się.
- Przecież to mówię! – odparła pogodnie.
No jasne, przecież mówi!

01:29, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 października 2011
Rozbestwiliśmy dzieciaki!

Yes, yes, yes!! Udała się nam ta sztuka i, co gorsza, cieszymy się z naszych osiągnięć! Albowiem rozbestwiliśmy dzieciaki w dobrym kierunku, budząc w nich głód wyjścia z domu, zobaczenia ciekawych rzeczy, ruszenia się sprzed telewizora i komputera. Wczorajszego wieczora Mati (bez wątpienia największy w naszym domu użytkownik elektroniki) dopytywał się gorliwie dokąd wyjeżdżamy w ten weekend.

- Nigdzie nie jedziemy – odparłam – Dlaczego mielibyśmy dokądś jechać?
- Jak to nie jedziemy?!!! – Mati był szczerze niepocieszony – Wyjeżdżaliśmy przecież tydzień temu, i dwa tygodnie, i trzy. A jutro – nigdzie?!!
- Trzeba od czasu do czasu odpocząć i posiedzieć w domu. I dlatego możesz w sobotę pospać dłużej!
- Aha… - odparł Tutek bez entuzjazmu, wyraźnie rozczarowany. I nawet udało mu się wzbudzić we mnie cień żalu, że zostajemy w domu.
Dziś rano, przy śniadaniu, Zuzka przejęła temat.
- Mamo, to dokąd dziś jedziemy?
- Dziś zostajemy w domu – odpowiedziałam, przeżywając jakby deja vu.
- Jak to? Przecież wczoraj przed snem powiedziałaś „Kładźcie się, bo jutro trzeba będzie wcześniej wstać” – upierała się Zuzka.
- Tak, faktycznie, pamiętam te słowa – odparłam. - Wypowiedziałam je przed snem, ale w ubiegły piątek!
- Naprawdę?!! – Zuzka zdawała się być szczerze zaskoczona.
- Naprawdę – rozwiałam jej nadzieje.

Taaak, w ten weekend zostajemy w domu i ładujemy akumulatory, bo już w następną sobotę wyruszamy wszyscy na halloweenowe party! I trzeba będzie rozejrzeć się za odpowiednimi strojami na tę okazję – szczególnie dla rodziców :))

22:56, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3