To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
niedziela, 28 września 2014
Poimprezowe Postscriptum

Aby do końca wyczerpać studniówkowy temat, dorzucam kilka poimprezowych ploteczek, wydłubanych z niemałym trudem z pamięci naszego syna:

- zapytany po powrocie o wrażenia z imprezy Tutek odpowiedział, że było „całkiem nieźle”, co w jego nomenklaturze oznacza, że musiało być nadzwyczaj dobrze. Podobno nawet tańczył! (musimy mu wierzyć na słowo!) I podobno nie pił alkoholu (w to też musimy wierzyć na słowo, choć bardziej to prawdopodobne niż tańce w jego wykonaniu);

- Limuzyna z „trzema przyjaciółmi z boiska” (notabene Polakiem, Hongkongczykiem i Irlandczykiem) i ich partnerkami, zajechała pod szkołę jako prawie ostatnia. Upatrywaliśmy w tym fakcie chęci zrobienia wrażenia na kolegach – zwłaszcza w kontekście wystąpienia w maskach. Okazało się, że rzeczywistość była bardziej prozaiczna. Chłopcy byli tak przejęci perspektywą czekających ich balowych atrakcji, że potracili głowy i nie mogli zebrać się do kupy na czas. Mati zapomniał wziąć ze sobą telefonu, Zichen musiał wrócić do domu po maskę, a na sam koniec Liam zorientował się, że nie ma ze sobą zaproszenia na bal! Wykonał więc szybki telefon do rodziców i opóźniał marsz, dopóki zdyszana starsza siostra nie dostarczyła do limuzyny cennego papierka!

- Pan McAlary, ulubiony nauczyciel Matiego, pełnił na Formalu funkcję mistrza ceremonii – odhaczał przybywających uczniów na liście i podziwiał ich pojazdy. Jako znany miłośnik motoryzacji był w siódmym niebie! Uśmiech nie schodził mu z twarzy, kiedy z nabożeństwem dotykał siedzeń co cenniejszych aut, prosił o przygazowanie i wymieniał uwagi techniczne z kierowcami. Stał się nawet przedmiotem tweeterowego żartu. Dowcipni uczniowie wrzucili do sieci zdjęcie swego łysego nauczyciela wsiadającego do DeLoreana i umieścili komentarz: „McAlary chce "Wrócić do przyszłości", aby znaleźć swoje włosy!!!”

 

- po raz kolejny udowodniono, że DETALE  mają znaczenie. Jak doniósł nam Mati, jego zegarek z dewizką, zwisający z kieszonek kamizelki, a nade wszystko SPINKI w kształcie TARDIS - niebieskich budek telefonicznych Doktora Who – zrobiły na kolegach niemałe wrażenie. Wprawdzie Matt zapewnia, że nie odsuwał specjalnie rękawów marynarki, by w pełni wydobyć ich blask, ale przypuszczamy, że nie oparł się pokusie. Na pytania kolegów, gdzie zdobył tak oryginalne spinki, Tutek odpowiadał skromnie: „Kupiłem w Internecie.”

Matt, tajemniczy jak zawsze :)


14:19, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 września 2014
Against all odds!

A jednak daliśmy radę! Mimo przeciwności losu i kłód rzucanych gęsto pod rodzinne nogi, doprowadziliśmy sprawę nieoczekiwanego Formalu naszego pierworodnego do szczęśliwego końca! Choć, jako się rzekło, łatwo nie było. 

Drobny szczegół w postaci BARDZO PÓŹNEJ INFORMACJI o rzeczonym balu zmobilizował nas maksymalnie. Spięliśmy pośladki i z siłą wodospadu, punkt po punkcie, realizowaliśmy plan działania. Wszystko szło w miarę gładko, wystarczyło tylko utrzymać obrany kurs na sukces. Niestety, po odhaczeniu „zakupu garnituru” nasz impet ostro wyhamował w obliczu… Julkowego zapalenia ucha środkowego. Istna tragedia w rodzinie – kto przeżył ten wie! Mama (mózg operacji Formal) została na amen uziemiona przy obolałej pacjentce - nastały dni pełne wycia z bólu, wiszenia na maminej szyi i wydzielania antybiotyku na zmianę z paracetamolem. A na okrasę - nieprzespane noce.
W obliczu nadciągającego studniówkowego kataklizmu, trzeba było przejść do planu B  - zacząć kupować online (spinki do koszuli), z zaskoczenia (koszula do spinek) i na ostatnią chwilę (chustka do marynarki). Do tego jeszcze telefoniczne umówienie fryzjera męskiego i okazyjny zakup wina.

A tak przy okazji – czy wiecie czym różni się BRUSTASZA od BUTONIERKI? I co to jest POSZETKA?! Ja JUŻ wiem i służę podpowiedzią – ‘butonierka’ to dziurka w klapie marynarki, ‘brustasza’ to kieszonka, a ‘poszetka’ to właśnie chusteczka umieszczana w brustaszy! A koszula typu ‘double cuff’ to koszula do spinek :) A-ha!

Plan działania na feralny piątek 26-go wymagał od nas szczególnego zagęszczenia ruchów. W południe trzeba było odebrać kwiaty, około drugiej zabrać Matiego ze szkoły, wystroić go, wypachnić (przydał się ojcowski Fahrenheit), wyposażyć w podarunki i odwieźć na czwartą pod dom kolegi Liama. Ojciec Liama  przejmował gamoni i wiózł do domów dziewczyn, pakował towarzystwo do limuzyny i wysyłał na szóstą pod szkołę. Tam z kolei czekaliśmy MY, w towarzystwie innych rozgorączkowanych rodziców, z aparatami fotograficznymi i kamerami w dłoniach!

Plan na piątek był nawet niezgorszy, ale oczywiście zgodnie z Prawem Murphiego MUSIAŁY wystąpić „nieprzewidziane okoliczności”! I wystąpiły – pierwszą była wspomniana choroba Julki i uziemienie rodziców w domu, a drugą… przedpołudniowy telefon ze szkoły Zuzki z prośbą o natychmiastowe odebranie córki w obliczu bólu brzucha. Biedny ojciec naszej rodziny, po powrocie z nocnej zmiany i słownie JEDNEJ godzinie snu, został nieoczekiwanie postawiony na nogi i brutalnie rzucony w wir wydarzeń tego dnia. A był to dłuuuugi dzień!
Ale dał radę i wytrzymał do wieczora! Twardy jest! SZAAAA - CUN!

Tymczasem tuż po szóstej pod szkołę zaczęli się zjeżdżać się uczestnicy imprezy w swoich lśniących i ryczących rumakach. Przeróżnej maści, więc było na co popatrzeć! Dość powiedzieć, że orszak stanowiły m.in. samochody ciężarowe, Beauford w stylu lat 30-tych (z szoferem!), furgonetka Domino’s Pizza (z darmową pizzą dla gapiów, a jakże!), terenowy łazik, quad, zabytkowy Austin, porsche, czteroosobowy kabriolet (z sześcioma osobami na pokładzie). Kolekcję uzupełniały furgonetka do przewożenia koni (!), piętrowy autobus (z napisem Happy New Year! :), prawdziwy DMC DeLorean z otwieranymi do góry drzwiami jak w „Powrocie do przyszłości”, amerykański buick i corvetta. 

Wszystko to robiło niemałe wrażenie, nas jednak najbardziej ciekawiła zawartość lincolna limuzyny, w której spodziewaliśmy się zobaczyć naszego syna. Jakoż zajechała i ona, a kiedy z gracją zatrzymała się na szkolnym podjeździe, z jej nieodgadnionego wnętrza wysypało się… trzech młodzieńców w maskach na twarzach, w towarzystwie dam. W jednym w zamaskowanych indywiduów rozpoznaliśmy naszego pierworodnego (po kształtach :)) Pilnujący porządku imprezy Pan McAlary pogroził im za ten żarcik palcem, został jednak rozbrojony paczką czekoladek. Osiągnąwszy zamierzony cel medialny, chłopcy zdjęli maski i już w pełnej krasie, prężąc dumnie piersi u boków swoich dziewoi, poddali się zabiegom szkolnego paparazzo. I my także uruchomiliśmy domowe aparaty, co by mieć pamiątkę.
Parada dobiegła końca, więc rozeszliśmy się, każde w swoją stronę. Młodzież wraz z kadrą nauczycielską na tańce, hulanki i swawole, a rodzice - do domów (i łóżek!).
Reszta jest milczeniem.

Pierwszy Formal za nami! Hurra!!!


02:06, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 września 2014
„Formal – unexpected journey”

Je-żu! Kolczasty! Jakże dawno tu nie zaglądałam! Pajęczyn się namnożyło tyle, że przedrzeć się nie sposób! Czas chyba zetrzeć kurze z postów, pozbyć się pajęczyn i przeprowadzić powakacyjną reaktywacje bloga! Wypadałoby zacząć od wakacyjnych wspomnień, ale jest ich tak dużo, że na opis naszej Wielkiej Włóczęgi potrzebuję jednak więcej czasu. Ale opiszę – promise! Może w długie zimowe wieczory?...
Tymczasem ze spraw bieżących…

Nie miałam bladego pojęcia jak pasjonujące może być radzenie sobie z dorastającym nastolatkiem. Szczególnie takim jak mój – typem odludka z lekceważącym stosunkiem do świata (który go jednak uwielbia), konwenansów i trendów modowych. Cechy szczególne - awersja do golenia, strzyżenia i zakupu nowej garderoby. Do tego monopol na przyrodzoną samowiedzę. Utarczki z pierworodnym na wyżej wymienione tematy doprowadzają mnie niekiedy do szewskiej pasji. Zdarza się jednak – przyznaję bez bicia – że sytuacja mnie zwyczajnie przerasta. Opuszczam wtedy ręce i wybucham śmiechem. I przynajmniej mam ubaw – wraz ze współrodzicielem, oczywiście.

Ostatnio Matt wrócił ze szkoły i w progu, nie zdejmując plecaka, jednym tchem oznajmił:
- Idę na Formal!

Dla niewtajemniczonych – Formal to bal 14-tych klas, taka tutejsza studniówka.
Oczywiście jako odpowiedzialni rodzice wiedzieliśmy, że takowy bal MA MIEJSCE w ostatniej klasie. Założyliśmy jednak, że informacja ta nas póki co nie dotyczy, bowiem nasz pierworodny przecenił siłę swojej „przyrodzonej samowiedzy” w trakcie letnich egzaminów, dzięki czemu zafundował sobie dodatkowy rok nauki. Formalnie nie jest więc uczniem 14-tej, a 13-tej klasy.

- Ooookejjjj… – odpowiedzieliśmy nieco zaskoczeni. – A kiedy jest ten Formal?
- Za tydzień! – odparł Matt beztrosko. – Ale spoko! Wszystko mam pod kontrolą! Musicie tylko zapłacić 95 funtów wpisowego. Najlepiej jak najszybciej. Aha, i nie potrzebuję garnituru – mam w końcu swoje spodnie od mundurka!

Tak zaczął się nasz wieczór zdziwień rodzicielskich, czyli śmiech przez łzy. Po pierwsze – jak to studniówka we wrześniu? I jak to za tydzień?! Po drugie – bez jaj! Spodnie od mundurka?! Zeszłoroczne, cerowane ostatnio na d…użym obszarze?! Po trzecie – zdaje się, że wypadałoby mieć jakąś osobę towarzyszącą! Po czwarte – czy istnieją jakieś „formalne” tradycje i zachowania towarzyskie?! Bo my prości imigranci jesteśmy, nieobyci z lokalnymi zwyczajami. I pierwsze dziecko wysyłamy na bal! Ewentualnie.
Rozpoczęliśmy przesłuchanie syna na okoliczność zajścia.
- Było może spotkanie informacyjne w sprawie imprezy?
- Było, ale nie uczestniczyłem. – odparł beztrosko Mati.
– Acha. A może masz jakąś dziewczynę na bal?
- Mam! – oświadczył nam znienacka Matt i TO dopiero nas zaskoczyło. Na szczęście pozytywnie, bo to w końcu jeden kłopot z naszej rodzicielskiej głowy. -  Właśnie dlatego idę na ten bal! Zaprosiłem koleżankę koleżanki mojego kolegi.
- Koleżanka koleżanki... Znasz ją?
- Nie, ale właśnie dlatego jest fun!
Oooo, tak! Zdecydowanie! Fun na całego!

Kiedy dotarło do nas, że nic więcej od delikwenta nie wyciągniemy, otarliśmy łzy rozbawienia i zaczęliśmy powoli rozgarniać mroki zaistniałej sytuacji. Mati został wydelegowany do swojego pokoju celem skontaktowania się z nieco bardziej przeszkolonym w dziedzinie szkolno-balowej kolegą, a ja rzuciłam się do eksploracji zasobów Internetu. Jak na informatyka naukowego przystało. 
Po kilkugodzinnych działaniach bojowych, wspólnie ustaliliśmy w kwestii Formalu co następuje:
- stare spodnie od mundurka nie wchodzą oczywiście w grę (ku rozpaczy Matiego i zadowoleniu rodziców) i trzeba będzie zaopatrzyć się w elegancki strój wieczorowy. Jako bonus – obowiązkowa wizyta u fryzjera i golenie (reakcja obu stron - jak wyżej);
- garnitur może być w kolorze dowolnym, ale krawat (lub muszka) musi pasować do koloru kreacji partnerki (czyli jakiego?);
- dla dziewczyny należy zamówić specjalny stroik na rękę zwany ‘corsage’ – najlepiej również pasujący do całości (jakie kwiaty?);
- w domu dziewczyny wypada stawić się w towarzystwie czekoladek i wina – dla rodziców;
- na miejsce zbiórki pod szkołą najlepiej zajechać z fasonem – w latach ubiegłych widywano pary wysiadające z traktorów, koparek, przyczep kempingowych etc. Na szczęście tata kolegi Matiego zamówił dla swojego beniaminka limuzynę na cztery pary, więc zaoferowaliśmy partycypację w kosztach wynajmu;
- cała impreza odbędzie się w hotelu Greenvale, a szkolne towarzystwo zostanie tam dostarczone spod gmachu szkoły wynajętymi autobusami;
- obowiązuje całkowity ZAKAZ picia alkoholu oraz zdecydowany NAKAZ przyzwoitego zachowywania się podczas imprezy. W przypadku niesubordynacji rodzice zostaną wezwani do odebrania syna z imprezy (30 mil, w środku nocy);
- obecność rodziców podczas parady strojów wieczorowych pod szkołą, jak najbardziej WSKAZANA;
- powrót z balu nastąpi w późnych godzinach wieczornych, a młodzież powinna zostać odebrana spod szkoły około 2-giej w nocy;
- zdecydowanie odradza się organizowanie jakichkolwiek „afterparties”!

Sytuacja nieco się nam wyklarowała, a plan działania dał się ująć w kilku punktach. Wybudzony ze swojego zwykłego tumiwisistycznego letargu Mati skontaktował się nawet bezpośrednio z dziewczyną, z którą idzie na bal i z miejsca ustalił istotne fakty – kreacja będzie czarno-biała (uff, co za ulga), a w stroiku na rękę mogą być białe róże. Dobre i to :)
Na dzień dzisiejszy – corsage został zamówiony, czekoladki czekają w szafce, po garnitur jedziemy w weekend, obczaiłam fajne spinki do koszuli. W kolejce najpilniejszych rzeczy czeka jeszcze fryzjer i golibroda. Damy radę – co mamy nie dać! Przecież uwielbiamy akcje „last minute”! A jak się na Matim-prototypie wyszkolimy, to Formale dziewczynek przełkniemy gładziutko. 

Już się cieszę na trzy pudełka czekoladek dla mamusi! :)

*  *  *

A propos golenia, opisywana jakiś czas temu przeprawa Matiego z panem McAlarym i golenie się na cito w szkolnej łazience tak rozochociły Matiego, że postanowił zmienić maszynkę elektryczną na rzecz manualnej. Zakupił sobie więc takową, pożyczył od ojca starą piankę do golenia i zniknął w łazience. Jakoż po jakimś czasie zmaterializował się w kuchni, nawet zupełnie gładko ogolony, i zażądał… plasterków.
- A jednak się zaciąłeś! – triumfowałam. – A nie mówiłam?! Golenie się zwykłą golarką nie jest wcale takie łatwe!
Baczne przestudiowanie synowskiego oblicza ujawniło wprawdzie kilka zapomnianych kępek owłosienia, jednak żadnych śladów krwi!
- A właściwie na co ci te plasterki potrzebne? – spytałam nieco zbita z tropu.
- Na palce! – odparł Matt i podsunął mi pod nos swoje oba kciuki, noszące wyraźne ślady ostrzy.
- Jak to się stało, na miły Bóg?!
- Chciałem sprawdzić, czy maszynka jest naprawdę ostra…

I była!

01:19, oszin13
Link Dodaj komentarz »