To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
wtorek, 20 września 2011
Wczorajsze obserwacje

Siedziałam sobie wczoraj spokojnie przy komputerze, serfując gdzieś po bezdrożach Internetu. Julka oglądała bajkę w pokoju. Cisza, spokój, luz.
Nagle z impetem otworzyły się drzwi od pokoju i wypadła z nich zalana łzami Julka. Wdrapała mi się nas kolana i wtuliła mocno.
- Mamoooo – zawyła – Pluto się nie uśmieeccha!
„O co chodzi?” – zastanowiłam się nieco nieprzytomnie, wyrwana znienacka z wirtualnej rzeczywistości.
- Tak? A dlaczego?
- Bo Miki ma nowego pieska!!!
Matko kochana! Poszłyśmy razem do pokoju. W telewizji leciał Klub Przyjaciół Myszki Miki i faktycznie, Miki opiekował się malutkim pieskiem, a Pluto był smutny. I dlatego Julka też. Na szczęście bajka przewidywała happy end, dzięki czemu Pluto, przeproszony i udobruchany smaczną kością, pożegnał się z dziećmi z szerokim uśmiechem na pysku. I Julka wreszcie mogła przestać się martwić.

*  *  *

Wieczorem, jak co poniedziałek, Zuzka wędrowała na swoje warsztaty Music Makers.
- Gdzie idzie Zuzia? - zainteresowała się Julka.
- Będzie grać na skrzypcach.
- To dobrze – odpowiedziała malutka i dodała nieco filozoficznie – Ludzie lubią muzykę.
Hmmm, tylko czy TO jest muzyka?...

*  *  *

Oliwka odrabiała pracę domową. Miała ułożyć w zdania odpowiedzi na pytania. Później jej to sprawdzałam.
- Coś co tnie – nożyczki, coś co ma dwa koła – rower, coś co ma cztery koła – WÓZEK INWALIDZKI????
- No co! – broniła swego zdania Oliwka – Przecież ma z tyłu dwa duże koła, a z przodu dwa malutkie!
Niby racja. Ścieżki, jakimi chadza Oliwkowa wyobraźnia bywają czasami nieodgadnione.

*  *  *

Wieczorem Oliwka przechodziła korytarzem z nosem utkwionym w książce o gadach. Podniosła wzrok znad tekstu, spojrzała na mnie i mocą oznajmiła:
- Tylko mamuty nie mają jajek.
Po czym spokojnie powędrowała dalej. Zaskoczona, ale i zaintrygowana poszłam jej śladem i zażądałam wyjaśnień, w imieniu zniesławionych mamutów, ma się rozumieć! Bo niby skąd takie wnioski? Okazało się, że w rozdziale o gadach prehistorycznych (które znosiły jajka), mamuty podane były jako przedstawiciele ssaków (które ich nie znosiły). Stąd wypłynął właśnie, skądinąd krzywdzący dla mamutów wniosek, jakoby nie miały jajek.
Ciekawe kiedy dojdziemy do pytania: JAK W TAKIM RAZIE ROZMNAŻAŁY SIĘ MAMUTY???!! Muszę się przygotować…

11:49, oszin13
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 września 2011
Zima idzie!

Zgodnie z przewidywaniami północnoirlandzkich meteorologów czeka nas sroga zima, a pierwszych śniegów możemy się spodziewać już pod koniec października. Zmiana klimatu czy co innego, trzeba będzie z tym żyć. Pół biedy, że my, Wschodnioeuropejczycy, wychowani jesteśmy na -30 stopniach w zimie i +30 w lecie, możemy więc wzruszać ramionami i chichotać pod nosami. Nie straszne nam mrozy i śniegi. Jednakowoż żyjemy tu i teraz, a wspomnienie zeszłorocznego zimowego chaosu, jaki ogarnął zdezorientowanych Irlandczyków po nagłych opadach śniegu i spadku temperatury do -20, nie nastraja optymistycznie. Nie ma co się zresztą dziwić, ostatnia zima była najsroższa od 100 lat! A ponieważ rury doprowadzające wodę do domów montowane są zwykle na zewnątrz (kto by tam ukrywał je w ścianach?), należy się przygotować na przejściowe problemy z bieżącą wodą i prądem. Meteorolodzy podsuwają kilka survivalowych rad na przetrwanie ataku wściekłej zimy, a najciekawsze to: kupić jednorazowy grill i sprawdzić zapas baterii do latarek (na wypadek braku prądu), zaopatrzyć się w dużą ilość soli (do posypywania chodnika, wbrew pozorom), mieć butelkowaną wodę pitną. I koniecznie sprawdzić poziom oleju opałowego (choć przy braku prądu, olejak będzie i tak bezużyteczny – chyba że ogrzejemy się ciepłem jednorazowego grilla). Rady zupełnie jak przed nadejściem kataklizmu!
Niezależnie od tego czy rzeczony kataklizm nadejdzie czy też nie, MY jesteśmy przygotowani. Posiadamy na stałym domowym wyposażeniu kuchenkę turystyczną na gazowe wkłady, w trakcie ostatnich wakacji dzieciarnia przećwiczyła puszkowane jedzenie, a nasz ojciec rodziny (zupełnym przypadkiem) jest pozytywnie zakręcony na punkcie latarek i ma ich niezłą kolekcję! Trza nam więc będzie posprawdzać baterie, jak radzą meteorolodzy, i przejrzeć zimowe odzienie. A potem już: zimo, przybywaj!!!

*  *  *

Pozostając w pogodowych klimatach – mieliśmy ostatnio w naszej niepozornej Irlandii prawdziwy powiew wielkiego świata. Powiew był jak najbardziej realny, występował bowiem w postaci ogona huraganu Katia, prosto ze wschodnich wybrzeży Ameryki Północnej. Wiaałooo, aż miło! Na całe szczęście nie było to zimne wietrzysko (choć zefirkiem nie da się go raczej nazwać), a i szkód większych w okolicy nie zaobserwowałam. Za to w Szkocji było podobno mniej wesoło – zerwane dachy, lokalne podtopienia, wyrwane drzewa, nawet ofiara śmiertelna. W sumie około 100 mln funtów przeminęło z wiatrem! Ale z naturą, panie, nie wygrasz!

*  *  *

Wraz z nadejściem września, wróciły w domu regularne koncerty pipcowe w wykonaniu naszej niedoszłej skrzypaczki. Zuzka maltretuje instrument raz w tygodniu z nauczycielem, we własnej szkole, i co wieczór z mamą, w domowych pieleszach. Jest to okoliczność dobra i zła zarazem. Dobra, bo oczywiście chcemy żeby Zuzka coś-niecoś z tego swojego grania wyniosła, a to wymaga solidnych i regularnych ćwiczeń. Zła, bo czasami uszy więdną i zęby zgrzytają przy fałszywych skrzypcowych tonach. Wymyśliliśmy jednak sposób jak uwolnić się od Zuzkowego rzępolenia i odzyskać spokój domowego ogniska, przynajmniej na jeden wieczór w tygodniu. Zapisaliśmy Zuzę do grupy innych niedoszłych muzyków, o wdzięcznej nazwie Music Makers, która w każdy poniedziałkowy wieczór szarpie druty w szkole muzycznej. Płacimy za tę przyjemność dodatkowo, ale czyż spokój ducha rodziny nie jest wartością bezcenną?

14:55, oszin13
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 września 2011
Pies nam spuchł

Przeżyliśmy wczoraj chwile grozy kiedy nasz pies postanowił zamienić się w buldoga (na szczęście czasowo), reagując – jak przypuszczamy – na użądlenie osy. Nie widzieliśmy co prawda samej akcji, a jedynie re-akcję, ale znając namiętność naszej psiny do polowania na owady wszelakiej maści, mogliśmy dopisać sobie scenariusz. Wąski pysk Molaka robił się coraz szerszy i bardziej mięsisty, po prostu rósł w oczach! Pies nie wiedział co się dzieje – i jak reagować?! Lizać? Gryźć? Zasnąć i przeczekać?! I czy TO zostanie??!!!
Na szczęście po dwóch godzinach domowej obserwacji opuchlizna zeszła, a nasz pies odzyskał swoją zwykłą labradorowatość. Czerpiemy z tego wiedzę, że nie jest uczulony na jad osy, jeśli już ją obwiniamy o całe zamieszanie. Sprawa rozeszła się więc po kościach (nomen omen). Tylko Mateusz miał do nas pretensje po powrocie ze szkoły – i wcale nie chodziło mu o zdrowie psa. Żałował, że nie zrobiliśmy stosownej dokumentacji fotograficznej i ominęły go ciekawe widoczki!

*  *  *

Nasz Tutik dostał się do wymarzonej klasy z rozszerzoną matematyką! Czyli wynik jego kwietniowego egzaminu był jednym z dwudziestu najlepszych w szkole! Mati oczywiście cieszy się, a my razem z nim. W nagrodę ma… więcej nauki, ale w końcu sam człowiek tak chciał. Póki co, pierwszy tydzień szkoły dobiega końca, a każdy dzień przynosi mu zmiany. Klasy 11-te zostały przegrupowane w zależności od tego do jakich przedmiotów małej matury ludzie będą się przygotowywać przez następne 2 lata. Koledzy się wymienili, starych nauczycieli zastąpili nowi i trzeba więcej się uczyć. Pani od geografii zapowiedziała codzienną niemałą pracę domową, pan od komputerów dostarczył uczniom podręcznik w formacie PDF (podobno nie ufa słowu (wy)drukowanemu). Od końca września ma działać nowy internetowy system nagradzania uczniów, a statystyki ich osiągnięć (i porażek) można będzie oglądać po zalogowaniu się na odpowiedniej stronie WWW. Zebrane punkty uczeń będzie mógł później wymienić na drobne nagrody. Idzie nowe, będzie się działo. Natomiast jednym z niewątpliwych przywilejów bycia czternastolatkiem w St. Patrick’s Grammar School jest szkolna siłownia, do której wstęp mają uczniowie od klasy 11-tej wzwyż. I nasz syn ma zamiar korzystać z tego przywileju po lekcjach, jak często się da. Zobaczymy, jak to mu wyjdzie w praktyce, bo sportową duszą to on nie jest…
A tak w ogóle to Mateusz, niezrażony ogromem nauki, jaka go jeszcze czeka w ciągu najbliższych 4 lat, myślami jest już studentem Queen’s University w Belfaście. Póki co nie zdradza kierunku studiów, choć przebąkuje coś o komputerach, programowaniu etc. Natomiast Zuzia, na fali studenckich planów brata, myślami jest już rezydentem… jego pokoju! Na sugestię, że Mati przecież będzie wracał do domu, odparowuje:
- No to co, przecież mamy w salonie rozkładaną kanapę! Będzie mógł na niej spać!
W rodzinach wielodzietnych obowiązują twarde reguły – zawsze znajdzie się ktoś, kto może zając ci miejsce przy komputerze lub zaanektować łóżko. Trza być czujnym jak ważka.

11:49, oszin13
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 września 2011
Dzień załatwiania spraw

Z samego poniedziałku rzuciliśmy się w wir załatwiania spraw, trochę planowanych, trochę przy okazji. Czasami dni przesypują się jak piasek między palcami i umykają, kiedy indziej wystarczy mały kamyczek decyzji, żeby wywołać lawinę odhaczonych problemów. I takie dobrze wykorzystane dni najbardziej nas cieszą.
Wczoraj na przykład Tutik zaczynał szkołę – wyjątkowo po 11-tej – i trzeba było go osobiście dostarczyć do Armagh. Rano więc odstawiliśmy dziewczynki do szkoły na 9-tą, wyprowadziliśmy psa na spacer, następnie zapakowaliśmy Matiego do samochodu i pojechaliśmy do St. Patrick’s Grammar School. Po drodze wpadliśmy jeszcze do sklepu z mundurkami szkolnymi i zakupiliśmy nowy krawat dla klas 11-tych, którego bezskutecznie poszukiwaliśmy w okolicy od kilku dni (wzięliśmy jeden z ostatnich, jak się później okazało). Odstawiliśmy Matiego, wraz ze świeżo zawiązanym krawatem, pod szkolną bramę i pomknęliśmy w drogę powrotną. Wstąpiliśmy na szybkie zakupy do Lidla, zajrzeliśmy z krótką kurtuazyjną wizytą do znajomych nowożeńców, celem obejrzenia ich nowego domu. Odmówiliśmy wypicia kawy, bowiem czekały nas jeszcze dalsze wyzwania. Ruszając z piskiem opon pomknęliśmy w kierunku Civic Centre, żeby złożyć zamówienie na licencję dla psa. Załatwiwszy sprawę w trymiga, mogliśmy wreszcie wrócić do domu. Było południe. Całkiem spokojnie zasiedliśmy do porannej kawy, mając poczucie dobrze rozpoczętego tygodnia.

*  *  *

Wraz z początkiem szkoły wróciły czasy odrabiania prac domowych. I kto powiedział, że w UK ich nie zadają? Chyba tylko ten, kto nie posiada dzieci w wieku szkolnym. A kto pomaga dzieciom w pracach domowych? Rodzice, oczywiście. W związku z tą niepodważalną zależnością zostałam wczoraj wieczorem zmuszona do wydobycia z zakamarków pamięci podstaw mechaniki klasycznej, ze szczególnym uwzględnieniem zasad dynamiki Newtona. Do tego wydobyty (cudem!) zasób trzeba było przetłumaczyć na język angielski, aby móc wniknąć w treść fizycznych zadań Mateusza. Horror! W końcu udało nam się jednak przebić przez plątaninę przyśpieszenia, opóźnienia, prędkości, masy, bezwładu etc., ale biorąc pod uwagę, że był to dopiero PIERWSZY dzień w szkole, zapowiada się ciekawy rok! A Mati dorzucił jeszcze astronomię do grona swoich przyszłorocznych egzaminów GCSE. Licealna matczyna wiedzo, wracaj!!!

*  *  *

Dostałam bilet na „Painkillera”! Trzymając pierwszego męża za słowo, dane mi nieopatrznie w maju i opisane na rodzinnym blogu, kupiłam bilet na sztukę z moim ulubieńcem, Kennethem Branaghiem, w Belfast Lyric Theatre! „Moje” przedstawienie grane będzie dopiero w połowie października, ale bilety rozeszły się błyskawicznie. Udało mi się zdobyć jedno z trzech ostatnich miejsc na matinee, czyli popołudniowe przedstawienie, w październikowy weekend. Godzinę i dzień wybrałam nieprzypadkowo, żeby połączyć własne teatralne uniesienia z rodzinnym weekendem w Belfaście. W końcu jestem odpowiedzialną matka czworga dzieci, która od czasu do czasu próbuje znaleźć chwilę tylko dla siebie. W granicach matczynego rozsądku, oczywiście :)

11:48, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 września 2011
Skończyła się laba

Czas zapomnieć o wakacyjnych szaleństwach i skupić się na codziennym życiu. A we wrześniowym menu specjalność zakładu – początek roku szkolnego. Radość nieziemska - przynajmniej dla dziewczyn, bo Tutek może jeszcze polabować do poniedziałku. Zuza i Ola były wczoraj rano takie podekscytowane, że aż mnie udzielił się ich entuzjazm. Nowe tornistry (przywiozły sobie z Polski, więc unikatowe), świeżo zakupione buciki szkolne, mundurki, krawaty, a we włosach wakacyjne warkoczyki. Było się czym w szkole pochwalić. I opowiedzieć o wakacjach!

*  *  *

Nie od dziś wiadomo, że opieka nad psem to nie same przyjemności, a jedną z najciemniejszych stron jest zbieranie kupek. Jakoś nikt w domu się do tego nie palił – co najwyżej wskazywali palcem zapaskudzone miejsca i wzywali specjalistę, czyli mnie. Wszystko się jednak zmieniło kiedy Zuzanna dostała od cioci nową skarbonkę. Nagle owładnęła nią chęć uzbierania okrągłej sumki, tak okrągłej żeby starczyło na prywatnego laptopa. I zaczęła szukać płatnego domowego zajęcia. Po negocjacjach zgodziła się na zbieranie psich kupek – w cenie 50 pensów za sztukę. Od tej pory praca, której Zuzka unikała jak ognia, stała się obiektem jej pożądania. Po powrocie ze szkoły patroluje podwórko w poszukiwaniu „skarbów”, które sumiennie sprząta. I wszyscy są zadowoleni. Czyżby? Okazuje się, że nie doceniłam możliwości mojego psa. Drań zostawił wczoraj po sobie aż 5 kupkowych kopczyków. Każdy w cenie 50 p! Zupełnie jakby się z Zuzką umówił. Wizja 75 funtów wędrujących co miesiąc z rodzinnego portfela wprost w czeluść Zuzkowej skarbonki nieco mnie przeraziła! Na szczęście miałam asa w rękawie, co pozwoliło mi nieco załagodzić skutki niefrasobliwej umowy o dzieło. Zaczął się przecież rok szkolny! Od poniedziałku do piątku, między 9-tą a 15-tą, to JA jestem panią podwórka! I wszystkie kupki moje (a właściwie psie)! A czego Zuzkowe oczy nie widzą, tego Zuzkowemu sercu nie żal…

00:11, oszin13
Link Dodaj komentarz »