To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
poniedziałek, 29 sierpnia 2016
Goniąc kormorany…

Koniec sierpnia to już ‘smutny lata zmierzch’, jak mówił poeta. Za pasem szkoła, praca, nowe wyzwania i stare obowiązki. Cała ta nie-fejsbukowa szara rzeczywistość…


Ale tymczasem – sierpień jeszcze króluje na kalendarzu, a nam udało się w tej końcówce sierpnia chwycić parę słonecznych dni i odwiedzić zachodnią Irlandię. Przez ostatni tydzień brylowaliśmy na ulicach Galway, organizując tam bazę wypadową do okolicznych atrakcji.
A co przeżyliśmy, i co widzieliśmy – film ten wszystko wam opowie!


14:41, oszin13
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 sierpnia 2016
Czas relaksu

Nabiegaliśmy się z Pierwszym Mężem przez ostatnie miesiące, napracowaliśmy, teraz przyszedł czas na zasłużony urlop. Zabukowany zresztą pół roku temu :)
Za oknami czasem słońce, czasem deszcz, a my wypoczywamy, a raczej ‘wypoczywamy’.
Bo jak spędzają urlop ludzie tacy jak my? Czynnie, Panie Dzieju, czynnie, albowiem w tzw. czasie wolnym od pracy:
- jeździmy po okolicznych sklepach, organizując nowy sort mundurkowy dla starszych dziewczynek, bo Nowa Dyrekcja zarządziła wymianę spódniczek na ‘dłuższe i bardziej stosowne’;
- obdzwaniamy telefonami tutejsze kuratorium, próbując wyjaśnić palący problem opłat za szkolny transport, bo ‘nikt nic nie wie’;
- przekopujemy zasoby internetowe poszukując sposobu na zakwaterowanie naszego Synalka, któren właśnie otrzymał wyniki matury i potwierdzenie, że dostał się na studia. Trzebaby go teraz wypchnąć z domu i upchnąć gdzieś w świecie;
- rozpakowujemy, przepakowujemy i pakujemy z powrotem plecaki dziewczyn, które nieustannie gdzieś wyjeżdżają – tylko w tym tygodniu Oliwka była w Dublinie, Zuzka w Todd’s Leap, a dziś wybywają na weekend do Annalong. Dobrze, że mam suszarkę bębnową i nie waham się jej używać, bo bym chyba nie nadążyła z praniem;
- wymieniamy korespondencję z zaprzyjaźnionym Agentem Nieruchomości, próbując sfinalizować Nasze Śmiałe Plany – i wreszcie udało nam się ustalić jakąś konkretną datę w niedalekiej przyszłości ;)
- staramy się jak możemy dopracować wreszcie plan wakacyjnego wyjazdu, któren póki co wygląda dość mgliście (warto byłoby dodać do niego coś poza datami wyjazdu i hotelem);
- a w tzw. międzyczasie sprzątamy, segregujemy, wywozimy, sprzedajemy. I pakujemy, co już możemy, piętrząc stosy pudełek gdzie się da - ’ready to go’ :)

Za to codziennie rano, na dobry początek dnia, podczas porannej kawy, włączamy sobie ‘Lato z Radiem’, słuchając znanej z dzieciństwa poleczki i kojącego głosu Redaktora Czejarka.
I starych przebojów :)

 

*  *  *

Nie jest łatwo być astronomem-amatorem w Irlandii Północnej, gdzie niebo zasnute jest chmurami przez większość roku. A tu media trąbią o Nocy Spadających Gwiazd i namawiają by obserwować Perseidy. Ale jak, gdzie, pytam się?!
Ale jednak muszę się pochwalić, że w tym roku udało mi się zobaczyć spadającą gwiazdę – pierwszy raz od wielu lat! Psim swędem – dosłownie PSIM SWĘDEM, bo nikt inny, jak tylko mój własny pies, wyciągnął mnie z łóżka o drugiej nad ranem, żądając wypuszczenia na podwórko.
Od czasu do czasu zdarza mu się robić mi takie numery :)
Zwlokłam się niechętnie, powędrowałam na dół, otworzyłam drzwi. Pies wypadł jak strzała i jął buszować w trawie, a ja – marząca o powrocie do ciepłej poduszki – leniwie zerknęłam na niebo, zachmurzone jak zwykle. Ani śladu meteorów, psia ich mać!
Rzeczony pies nie miał ochoty wracać, ja wkurzałam się coraz bardziej, gdy wtem chmury rozstąpiły się na kilka chwil, a przez rozgwieżdżony nieboskłon przemknęła Perseida. Mimo wszystko uśmiechnęłam się do siebie i szybciutko pomyślałam życzenie – nie powiem jakie, ale powiem że powoli się spełnia :)

I jak tu nie kochać psów, zwłaszcza takich, które mogą nawet gwiazdkę z nieba załatwić! :)

*  *  *

W ramach wakacyjnej walki z nudą, Zuzka wysprzątała rodzinny samochód i zainkasowała 10 funtów za usługę. Pomknęła radośnie z banknotem na górę, by go zachomikować w sobie tylko znanym miejscu, a kiedy zaraz potem wróciła do kuchni, spytała:
- Mamo! Dałabyś mi 3 funty? Skoczę do sklepu i kupię sobie jakieś słodkości?
- Jak to?! A kasa, którą dostałaś przed chwilą?! – uprzejmie się zdziwiłam.
- A nie! – ochoczo odparła Zuzka – Tamtą kasę schowałam, bo oszczędzam!

Taaa, nie od dziś wiadomo, że własnoręcznie zarobione pieniądze mają ZDECYDOWANIE inną wartość!

*  *  *

- Mój kolega z Filipin – opowiedział nam ostatnio Tutek – pochwalił się, że jego kraj nawiedził tajfun! I nie mieli prądu!
- Ale z tego co wiem, z kolegą z Filipin kontaktujesz się przez kompa – zdziwiłam się nieco – więc jednak musiał mieć prąd!
- Ha! Kolega miał generator w pokoju! – pośpieszył z wyjaśnieniami Tutek – Ale był to jedyny generator w domu, więc musiał zdecydować czy podepnie do niego komputer czy lodówkę!
- I oczywiście wybrał komputer! – pojęłam intrygę.
- Tak, ale potem przyszła jego mama. I kolega już nie jest online!

W starciu ‘real vs. virtual’ 1:0 dla realu! :)

*  *  *

Tutek, jak zresztą i reszta rodziny, nie mógł się doczekać nadejścia 18 sierpnia i momentu otrzymania wyników matur. Im bliżej było magicznej daty, tym mniej pewnie się czuł.
- A co będzie jak nie zdam?! – martwił się – Powiedziałem mojej koleżance z Cambridge, że zbieram pieniądze, żeby uciec z domu w razie złych wyników.
- Ale przecież cokolwiek się stanie, nikt nie wyrzuci cię z domu, synu! – zapewniłam go, a widząc jego lekko zawiedzioną minę dodałam – Sorry bardzo!

Czasami mam wrażenie, że nasze dzieci nie pogardziłyby odrobiną rodzicielskiego hardcoru od czasu do czasu. Jakaś awanturka, groźba, karne zagonienie do wyrzucania gnoju… A tu nic z tych rzeczy – tolerancja, zrozumienie, otwartość… Ileż można!

*  *  *

Oliwka marudziła mi o smażone talarki.
- Sama obierz ziemniaki i pokrój je w plasterki – zaproponowałam.
Chcac, nie chcąc Oliwa zabrała się do roboty. Obrała ziemniaki, pokroiła, ja je przyprawiłam i hajda na patelnię! Oliwka nieco je przemieszała, po czym porzuciła, zniknąwszy w drzwiach wyjściowych. Kiedy wróciła na posterunek, ziemniaczki zdążyły już lekko się przypalić. Mimo wszystko, Oliwka pożarła je ze smakiem.
- O! – zauważyłam jak Oliwka wylizuje pusty talerz po ziemniaczkach. – Widzisz jak dobrze smakują własnoręcznie przygotowane talarki?
-To prawda - przyznała Oliwka - Ale powiem ci, że jak TY je przygotowujesz, TEŻ są niezłe!

Patrzcie ją! Raz coś usmażyła (teoretycznie) zjadliwego, i już zmieniałaby nazwisko na Ramsay!

*  *  *

Oliwka rozkręcała zabawkę na naszym łóżku – zabijcie mnie, nie wie dlaczego akurat tam – i zostawiła po sobie wypatroszoną skrzynkę narzędziową akurat na środku kołdry. Taką sytuację zastałam po wejściu do sypialni.
- Oliwo! Szujo! – ryknęłam sobie a muzom, bo po winowajczyni nie było ani śladu.
- Przepraszam! Zapomniałam! – dało się słyszeć gdzieś z ulicy, gdzie Oliwka właśnie bawiła się w najlepsze z koleżankami.

Matka to potrafi zaryczeć, jak zechce! :)

*  *  *

Zwykle to ja, jako domowy znawca kina światowego, polecam coś z klasyki swoim dzieciom. Tym razem jednak nasz Tutek, zareklamował nam film, o którego istnieniu nie miałam pojęcia. Obejrzałam – polecam. ‘Princess Bride’ (kręcony zresztą w Irlandii, m.in. na Cliffs of Moher).
A oto jeden z naszych ulubionych cytatów.

BDW – czy ktoś skojarzył gdzie jeszcze grał ‘Inigo’?
My z Zuzką tak! :)

15:03, oszin13
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 sierpnia 2016
Cyrkowe lato

W kwestii wakacji, przekroczyliśmy tylko co ich półmetek.

W kwestii pogody, nie jest aż tak źle jak mogłoby być, a czasami nawet jest tak zaskakująco dobrze, że przecieramy oczy ze zdumienia.

W kwestii pracy zawodowej, zakończyliśmy właśnie nasz najbardziej zajęty tydzień w roku, czyli siódmy, nie-jubileuszowy Summer Scheme 2016! Imprezę, na którą okoliczna dzieciarnia czeka niecierpliwie 11 miesięcy z okładem!
Ma się tę renomę! :)

Tegoroczny Klub nosił nazwę ‘JUGGLERS AND JESTERS’ czyli ‘ŻONGLERZY I WESOŁKI’ i odbywał się w wielgachnym namiocie udającym cyrkową arenę. Jak wynika z nieoficjalnych źródeł i instytucyjnych kuluarów, był to nawiększy Wakacyjny Klub zorganizowany w Irlandii Północnej! Nie dziwota, oferowaliśmy tygodniowe atrakcje dla ponad 300 dzieci, najróżniejszych wyznań i kultur – w tym grupy Syryjczyków, dopiero co przybyłych ze strefy wojny i mówiących tylko po arabsku.

Do pomocy w organizacji imprezy mieliśmy grupę zaangażowanych Senior Leaderów, którzy zgłaszają się do nas co roku, biorąc wolne w pracy, poświęcając wakacje, a nawet przylatując z zagranicy, jak nasz Zaprzyjaźniony Belg Imieniem Pieter. Zaprzęgliśmy też do wolontaryjnej pracy około setki młodych ludzi w wieku 12-19 lat, dając im szansę wyjścia z domów i przeżycia przygody w realnym świecie! Kosztowało nas to, jako organizację, wiele godzin przygotowań PRZED i niemały ból głowy PO, kiedy opadł radosny kurz i trzeba było jeszcze TYLKO dopiąć budżet. Ale przecież kochamy takie wyzwania! A nas kochają dzieciaki, ich rodzice, młodzi leaderzy i – na szczęście – fundatorzy! :)

Zupełnie zaś prywatnie, po rodzicielsku, muszę przyznać, że dawno nie byłam tak dumna z moich własnych osobistych dzieci – szczególnie starszej trójki. Moje Gapiszony, związane z Summer Schemem od zarania dziejów, czyli od 7 lat, bez szemrania zrywały się z łóżek bladym świtem i rzucały w wir prac społecznych. W ciągu ostatnich tygodni wypracowały ponad 70 godzin wolontaryjnych każde! Pochwały z ust opiekunów grup – częste i hojne – były nagrodą za ich trud i muzyką dla moich matczynych uszu. Chowałam je głęboko w pamięci, a po powrocie do domu opowiadałam Ojcu Rodziny, by i on mógł być dumny ze swej rodzicielskiej pracy.

Serce rośnie! :)

13782292_523417531190020_7026149352454709501_n

*  *  *

Mimo zabiegania i ogólnego życiowego rozgardiaszu, udało nam się jednak zorganizować maleńki spontaniczny rodzinny wypadzik do kina. Konkretnie – do kina pod gwiazdami, w pięknych okolicznościach przyrody, na stokach Slieve of Gulion. Śród zielonych traw i szumu drzew, rozłożyliśmy nasz wierny koc piknikowy, opatuliliśmy się szczelnie na okoliczność wieczornych chłodów, wyciągnęliśmy przygotowany wcześniej popcorn i… czekaliśmy aż zapadnie ciemność. Julka wprawdzie narzekała, że miało być ‘kino pod gwiazdami’, a żadnych gwiazd nie widać, bo niebo zachmurzone, ale co poradzimy na pogodę?! Gwiazdy (a nawet ich wojny!) ukazały się za to na wielkim ekranie, kiedy poleciały napisy początkowe ‘Przebudzenia Mocy’.
Faaaajnie było! Żadnego szelestu papierków, skrzypienia foteli, wokół leśna cisza i krystaliczne górskie powietrze.
I tylko meszki – ladaca! – pocięły nas niemiłosiernie, bo dostaliśmy je w cenie biletu!

A kiedy, po skończonym seansie, podążaliśmy przez łąkę w ślad za naszym Ojcem Rodziny, ukułam błyskotliwy (przynajmniej w moim mniemaniu) żarcik językowy, rzucając do zziębniętej gromadki:
- Idziemy! Za tym PANEM SOLO!
Zachichotałam przy tym, podziwiając własny intelekt, ale zgasiła mnie Zuzanna:
- Mamo! Nie powinnaś śmiać się z własnych dowcipów!

I to by było na tyle w kwestii matczynego samozadowolenia.

Ave, JA, Brutusie!

*  *  *

Przy okazji innego spontanicznego wakacyjnego wypadu, udało nam się za to… wyjść na ignorantów. Na szczęście tylko w wąskiej dziedzinie produkcji telewizyjnych… ;)
Zachęceni opowiadaniami znajomych o pięknie tamtejszej okolicy, udaliśmy się na wycieczkę do Tullymore Forest Park. Nie zawiedliśmy się! Miejsce było faktycznie nad wyraz urokliwe. Szum potoku, wodospady, przerzucone przez przełęcze mosty i las – rzecz występująca w Irlandii jedynie w limitowanych edycjach. Z miejsca rzuciliśmy się w leśne ostępy!
Kiedy zmęczeni, ale szczęśliwi, wróciliśmy z trasy i rozłożyliśmy się z piknikiem, podeszła do nas pani z ipadem w dłoniach. Wyjaśniła, że jest ankieterką i zada nam kilka prostych pytań. ‘Skoro proszą – to proszę!’ Pytania dotyczyły miejsca, gdzie się aktualnie znajdowaliśmy, a jedno z pierwszych brzmiało: ’Jakie produkcje telewizyjne, kręcone na terenie parku, nas tu przywiodły?’ Zrobiliśmy wielkie oczy i skromnie wyznaliśmy, że nie wiemy nic o produkcjach, że po prostu piękno przyrody, potoki, las etc. Pani uśmiechnęła się z lekkim niedowierzaniem, ale posłusznie zaznaczyła odpowiedni kwadracik na swoim ipadzie, a my poczuliśmy się jakby słoma wystawała nam z butów.
Po powrocie do domu sprawdziliśmy co prędzej zasoby Wikipedii i już wiemy! Poprawna odpowiedź to GRA O TRON (między innymi)!
I wiemy też dlaczego na skraju lasu natknęliśmy się na grupę ludzi w pelerynach obszytych futerkiem i ze zdobnymi kijami w dłoniach.
To nie było Bractwo Kurkowe!
To było Bractwo TRONOWE!

Kurza melodia – chyba czas obejrzeć ten serial, żeby potem nie świecić oczami po leśnych parkingach… :)

*  *  *

Ze skruchą przyznaję, że zdarza mi się zbyt często ustępować mojej najmłodszej córce. Trochę dla świętego spokoju, a trochę dlatego, że jest – i zawsze będzie – najmłodsza, co w tłumaczeniu z matczynego na nasze znaczy, że wymaga większej uwagi. Dlatego bez szemrania nalewam jej sok, wpuszczam do mojego łóżka, bo się boi białego vana porywającego dzieci, pozwalam nie zamykać drzwi od sypialni, bo przecież jest jeszcze TAKA MALUTKA!

Co innego starsze siostry! Z tymi nie ma żartów! Widząc ‘mientkość’ matki (haha) postanowiły przejąć pałeczkę Jukowego wychowania i rozprawić się z jej niewygodnymi dla otoczenia żądaniami. W końcu Malutka ma JUŻ OSIEM LAT!
W kwestii obsługi dzbanka z sokiem, Oliwka sporządziła umowę cywilno-prawną, którą podsunęła Julce do podpisania, a nawet – powołała mnie na świadka!
Umowa została uroczyście umocowana nad Julkowym łóżkiem i stanowi co następuje:

Oświadczam, że kiedy Julia skończy 8 lat, będzie się od niej oficjalnie wymagać samodzielnego nalewania sobie soku. Jeśli tego nie zrobi, nie będzie mogła bawić się z przyjaciółmi przez 2 kolejne dni. Za każdym razem kiedy nie naleje sobie samodzielnie soku, dodane zostaną kolejne 2 dni.

Julia oficjalnie aprobuje ten oficjalny dokument.

Podpisy: Oliwia (pisarz), Julia (aprobujący), Mama (świadek)’

Nie wiem, czy to za sprawą podpisanego cyrografu czy też czegoś innego, dość że, od czasu jak nasza Malutka osiągnęła wymienioną w dokumencie granicę wieku, wdrapuje się na szafki po szklankę i, faktycznie, sama nalewa sobie picie.
A przy okazji, drzwi od wspólnej sypialni dziewczynek pozostają na noc zamknięte i nie ma tłumaczenia, że Julka się boi. Ba! Nie ma też żadnych skarg!

Można?! Można!

A Oliwie wróżę karierę - jeśli nie prawnika, to przynajmniej notariusza! :)

*  *  *

Zuzka wyjechała ze swoim wakacyjnym projektem na wycieczkę. W drodze powrotnej wykonała z autobusu telefon do domu.
- Mamo! Jedziemy i niedługo będziemy na miejscu! – poinformowała mnie.
- OK! – powiedziałam i już miałam jej rzec, że nie będziemy po nią wychodzić i niech sama przykopytkuje do domu, w końcu nie jest jeszcze późno i pogoda nie najgorsza, kiedy Zuzka oznajmiła:
- Słuchaj, nie wychodź po mnie! Sama przyjdę!
- Dobra! – odparłam i odłożyłam słuchawkę, choć ta gorliwość wydała mi się NIECO podejrzana.
Jakoż po kilkudziesięciu minutach Zuzka dotarła do domu, cała i zdrowa.
- I jak tam? – zagaiłam – Sama przyszłaś?
- Nie! Kolega mnie odprowadził! – odpowiedziała rozpromieniona Zuzka.

A więc jednak!

‘Jak na to wpadłeś, drogi Holmesie?!’, chciałoby się rzec… ;)

*  *  *

W leniwe niedzielne przedpołudnie Zuzka, wraz z Ojcem Rodziny, zainstalowali się w salonie, podłączyli laptop do głośników i urządzili sobie koncert z cyklu ‘Muzyka łączy pokolenia’, śpiewając wniebogłosy. Nie dało się ich nie słyszeć! Kiedy wsadziłam na chwilę głowę do salonu, byli na etapie ‘Sweet Dreams’ (to zapewne wybór Ojca) w dość nieoczywistym wykonaniu (to z pewnością wybór Zuzki).
Znacie? To pośpiewajcie!

 

19:16, oszin13
Link Dodaj komentarz »