To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
środa, 05 sierpnia 2015
Cisza jak ta

Znaleźliśmy się ostatnio wraz z Pierwszym Mężem w kompletnie nowej dla nas sytuacji. Tutek wybył na swój planowany od miesięcy wypad do stolicy Zjednoczonego Królestwa. Zuzka pojechała z rówieśnikami na czterodniowy biwak. Pozostała część piekielnego rodzeństwa nie do końca zaszczyca nas swoim towarzystwem, spędzając czas na zawnątrz, czy to słońce, czy też deszcz.

W domu panuje niepokojąca cisza, i tylko pies snuje się między kanapami. Niby miło i kameralnie, niby zawsze chcieliśmy dożyć takiej chwili, ale, kurza twarz, jak żyć?! :)

Chyba jednak... poprawka... NA PEWNO kochamy ten nasz domowy rozgardiasz! I jak to dobrze, że za kilka dni wszystko wróci do normy, a puste gniazdo znów się zapełni...

Znów będzie nas DWA PLUS CZTERY! Nie licząc chrapiącego psa.

Hurra!

*  *  *

Nasze nastarsze gawrony wyfrunęły z gniazda, żeby liznąć mniej lub więcej samodzielności z dala od rodziców. Jednak życie w rodzinie wielodzietnej odciska piętno na psychice – człowiek wyrwany z gwarnego ciepełka, choćby nie wiem jak nie chciał, po prostu tęskni! I dlatego nasze tęskniące gawrony dzwonią często i namiętnie, relacjonując na bieżąco swoje przygody, a ja prowadzę z nimi telekonferencje, by podsycić w nich potrzebę komunikowania się z rodzicami. Na przyszłość jak znalazł!

Rzucony w londyńskie odmęty, Mati dzielnie stawia czoła samotności w hostelowym pokoiku – jednoosobowym, ale „MALUTKIM i z budową za oknem”. Nie ma wprawdzie nad głową wścibskich sióstr i ględzącyh rodziców, za to sam musi zadbać o to by mieć z czego zrobić sobie śniadanie i dotrzeć wszędzie na czas, bo mamusia dalieko, oj, dalieko. A nieubłagany los rzuca mu pod nogi coraz to nowe kłody – od szorstkiego papieru toaletowego w łazience (sic!), po 24-odzinny strajk londyńskiego metra. I o ile z pierwszym problemem można się dość szybko uporać („NAPRAWDĘ mogę kupić sobie własny papier?!”), drugi wymaga nieco więcej inwencji. Zwłaszcza, że Matt zaplanował sobie gęsty program artystyczny na każdy dzień londyńskiego tygodnia, w większości zabukowany i opłacony z góry. Póki co obejrzał najnowszy „Mission Impossible” w londyńskim IMAXie, na największym ekranie w UK. Zauczestniczył też w interaktywnej wystawie instalacji Carstena Hollera w Southbank Gallery, gdzie na sam koniec zjeżdża się z ogromnej metalowej rury zwanej „Izometryczną Zjeżdżalnią” – ha, sama bym na to poszła! Przed nim jeszcze herbatka u Królowej w Buckingham Palace, wizyta w Chinatown, odwiedziny szeregu muzeów plus obowiązkowe „wpadnięcie na chwilę” do Harrodsa. Na deser zostawił sobie nasz Tutek zwiedzanie Warner Bros Studio i poznanie tajemnic kręcenia przygód Harrego Pottera, a jak się uda, spotkanie Jamesa Bowena i Ulicznego Kota Boba oraz zdobycie autografu obu panów w ksiązce o ich przygodach – dla sióstr :)
Nieskromnie zakładam, że zdolności organizacyjne Matt odziedziczył po matce swej jedynej, co daje mi nieco spokoju ducha, ale najszczęśliwsza będę kiedy NIE SPOŹNI się na samolot powrotny i zostanie podjęty przez ojca z lotniska w Belfaście.
Nasz ‘Wuj Matt z Podróży’ i ‘Marceli Szpak co Dziwi się Światu’ w jednym!

Natomiast Zuzanna właśnie doświadcza mniej wielkomiejskiej, a bardziej survivalowej przygody. Wyjechawszy ze swoim klubem do Ganaway Centre, spodziewała się pobytu na łonie przyrody i zamieszkania w jakimś skromnym pokoiku z łazienką. Tymczasem z jej wczorajszego raportu wynikało, że z powodu remontu ośrodek nie był w stanie zapewnić wystarczającej liczby pokoi dla wszystkich uczestników biwaku i kilka dziewczyn (w tym Zuzka) zainstalowano na łóżkach polowych w saloniku.
- Spoko, mamo! – raportowała Zuzka. – Mnie tam wszystko jedno, bo jestem dzieckiem wychowanym na kempingach. Szkoda jednak, że nie mamy łazienki i musimy korzystać z tych w pokojach.
- To faktycznie utrudnienie, ale może organizatorzy jakoś sobie z tym poradzą? – pocieszyłam ją telefonicznie.
- Ale jest i dobra wiadomość! – radośnie zaanonsowała Zuzka. - W łazienkach nie ma papieru i mydła, a ja MAM mydło, bo mi dałaś!

I nie wiadomo właściwie co jest gorsze – łazienka bez mydła czy mydło bez łazienki? ;)

Uprzedzony telefonicznie o łazienkowych problemach Zuzki Mati, najpierw uśmiał sie serdecznie, a potem z dumą powiedział:
- A ja MAM w pokoju łazienkę! I mydło mam. I papier! Tylko, że ten papier do dupy jest... do dupy! Szorstki - nie to co u ciebie, mamo!

Ba! Bo przecież „nie ma jak u mamy, cichy kąt, ciepły piec” – i miękki papier toaletowy!

*  *  *

Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że szczęśliwie zakończyliśmy Najlepszy Summer Scheme w Mieście! Wyzwanie było  niemałe, bo ostateczna liczba dzieci sięgnęła 224, a kilkoro z nich wymagało szczególnej troski (na przykład trzech epileptyków), ale daliśmy radę! Dzieci były rozczarowane, że ich kosmiczna przygoda trwała TYLKO tydzień, a rodzice nie szczędzili ciepłych słów dla dobrej organizacji i świetnej opieki, czemu dali wyraz w licznych podziękowaniach i ankietach (w sam raz dla naszych sponsorów). Jedna z mam przyznała, że była pełna obaw czy jej córka, cierpiąca na zaburzenia zachowania, poradzi sobie na Klubie. Mała jednak tak dobrze zaaklimatyzowała się w grupie, że tydzień z nami był najspokojniejszym w jej nadpobudliwym pięcioletnim życiu. A mama z wdzięczności obdarowała nas ogromnym tortem – pożarlimy go wraz ze zgrają oddanych sprawie młodych wolontariuszy, którym również pozytywnie namieszaliśmy w życiu!
Albowiem wszyscy jesteśmy G.O.A.T.ami. Meeeee!

*  *  *

Nie od dziś wiemy, że nasze dzieci nie są typowymi przedstawicielami swojego pokolenia, a i tak nieustannie zaskakuje nas ta prawda.

- Podczas pokazów naukowej magii na Summer Scheme – relacjonowała Oliwka – pan zaytał co wypełnia kosmos. Więc ja się zgłosiłam i powiedziałam, że CIEMNA MATERIA. A pan powiedział, że to prawda, ale jemu chodziło raczej odpowiedź, że NIC nie wypełnia kosmosu. Pustka.
- Czyli wiedziałaś więcej niż prowadzący się spodziewał? – raczej stwierdziłam niż spytałam, uśmiechając się pod wąsem.
- No tak! – przyznała Oliwka.
- Bo my w ogóle dużo więcej wiemy od rówieśników! – nieskromnie zauważyła Zuzka. – Na przykład dziś rano miałyśmy w łóżkach dyskusję na temat, że NIC to tak naprawdę COŚ!

Moi domorośli filozofowie!

*  *  *

Na kolonijnej wycieczce do centrum nauki W5, Oliwka zakupiła sobie świecące nakładki na palce. Zuzka, co oczywiste, z miejsca zapragnęła przyjrzeć im się bliżej, a im bardziej Zuzka pragnęła, tym bardziej Oliwka jej nie pozwalała.
- Dlaczego ZAWSZE musisz oglądać moje rzeczy?! – awanturowała się Oliwka.
- To twoja wina! – odparowała Zuzka - Kupiłaś coś fajnego i się dziwisz, że ludzie chcą się tym bawić!

I znów mamy G.O.A.T.a, ale tym razem to kozioł – ofiarny!
Meeee!



22:58, oszin13
Link Dodaj komentarz »