To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
poniedziałek, 26 sierpnia 2013
Słodkie szaleństwo

Nie ma mowy, żebym zrzuciła wagę (chyba że łazienkową – ze schodów!) Nie wtedy, kiedy Zuzka jest w pieczeniowym ciągu! Uniesiona babeczkowym sukcesem codziennie wertuje książkę kucharską i serwuje rodzinie nowe pyszności, radując się przy tym niezmiernie. Jeszcześmy nie zdążyli pochłonąć wszystkich kokosowych „rafaello”, kiedy na stół wyjechała kolejna słodka pokusa - biszkopt przekładany kremem. Cała tortownica do pochłonięcia! Świeżutkie, wczoraj pieczone! 

Natomiast dziś od samego rana nasza domowa kuchareczka ubolewa nad brakiem mąki ziemniaczanej, bo wpadł jej w  oko kolejny przepis…
Na całe szczęście koniec tej kulinarnej rozpusty jest bliski. Już za parę dni szkoła!!! Wtedy MOŻE odpoczniemy – a NA PEWNO zatęsknimy… :)

 

*  *  *

- Mamo! Czy pierogi są już gotowe?! – krzyknęła Zuzka w kierunku kuchni.
- Nie! – odkrzyknęła Oliwka, pomagająca mi wałkować pierogowe ciasto. - Jeszcze musimy je WYSADZIĆ!

Niezależnie od tego jak bardzo wybuchowo to zabrzmiało, chodziło o NAFASZEROWANIE! I zapewniam, że NIE ołowiem…

*  *  *

- Proszę bardzo! – powiedziałam podając Julce świeżo zacerowaną szmacianą lalkę. – Pacjentka czuje się dobrze. Jeszcze tylko nakleimy plasterek na ranę.
- Mamo! – odpowiedziała Julka, oglądając lalczyną nogę - Już nie udawaj, że jesteś doktorem! Ty jesteś SYCIURKĄ!
- Syciurką? Co to znaczy?! – zadziwiłam się.
- To znaczy, że SYJES!


I nici (ha, ha) z lekarskich ambicji - zostałam mianowana krawcową. Doktorem (a może raczej pielęgniarką) okazała się Siostra Zuzanna, która przy użyciu plastra i bandaża, zrobiła lalce profesjonalny opatrunek na świeży szew.

*  *  *

- Niepotrzebnie nastraszyłam Zuzię – przyznała się ostatnio starsza z Zuzinych babć – Tak sobie rozmawiałyśmy przez telefon i Zuzia mi powiedziała, że zaczyna szkołę, którą skończy w wieku 18 lat. A ja jej odpowiedziałam, że mam już 80 lat i nie przeżyję następnych osiemnastu. Zuzia bardzo się zmartwiła. Ale kiedy już się rozłączyłam i przemyślałam sprawę, doszłam do wniosku że nie miałam racji!
- Dlaczego? – żywo (nomen-omen) się zainteresowałam.
- Bo źle to wszystko obliczyłam! Żeby dożyć do Zuzinej osiemnastki nie muszę przecież żyć AŻ 18 lat! Muszę żyć jeszcze TYLKO siedem lat! To da się zrobić!

Długich lat życia życzymy babci nieustająco!

11:04, oszin13
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 sierpnia 2013
Kiedy się wypełniły dni…

…i przyszły wyniki egzaminów, nie kryliśmy radości! A i łezka wzruszenia się w naszym rodzicielskim oku zakręciła. Bo trzeba przyznać, że Tutek nie zawiódł (rodziców, szkoły, ale siebie samego przede wszystkim) i zdał egzaminy GCSE śpiewająco, zdobywając w sumie cztery oceny A*, cztery A i dwie B. Trafił w ten sposób do grona najlepszych ze swojego rocznika, obfotografowanych w nagrodę za wybitne osiągnięcia, wraz z ojcem-dyrektorem, przez reportera lokalnej gazety :) A my, dumni rodzice, staliśmy sobie z boczku i rozsyłaliśmy mediom promienne uśmiechy, hi, hi. 

Zanim jednak prasa doczekała się swoich pięciu minut, odbyliśmy wraz z Matim spotkanie z przedstawicielem ciała pedagogicznego, celem omówienia rezultatów egzaminów i wybrania przedmiotów do studiowania na poziomie A-level. A że trafił nam się pan McAlary, ulubiony Mateuszowy nauczyciel geografii, przyjacielskim pogaduszkom i gratulacjom nie było końca.
- Dobrze, że się wczoraj ogoliłem – szepnął do mnie Tutek idąc w kierunku stolika pana od geografii, który znany jest z miłości do uczniów i czułości na punkcie ich schludnego wyglądu.

Po burzliwej dyskusji Matt wybrał sobie cztery przedmioty do zgłębiania przez najbliższe dwa lata: matematykę i fizykę (obowiązkowe w kontekście planów pójścia na uniwerek), angielski (ku uciesze pani od literatury) i medioznawstwo, czyli media studies. Ostatni wybór interesował Tutka szczególnie – może nie do końca chodziło o miłość do mediów, raczej o fakt, że przedmiot zorganizowano w kooperacji z St. Catherines College i zajęcia odbywać się będą w szkole pełnej dziewcząt (gratka nie lada dla uczniów męskiego liceum :)) Ale pan McAlary postrzegał ten fakt raczej jako wadę niż zaletę i jak tylko mógł, zniechęcał Matiego do wyboru medioznawstwa.
- Pomyśl, Mateusz – tłumaczył. – Codzienne wyjścia na zajęcia do innej szkoły tylko rozproszą twoją uwagę! Poza tym codziennie rano będziesz musiał wędrować gdzieś poza szkołę. W deszcz! W śnieg! Wiatr! Może wybierzesz sobie coś do studiowania w murach szkoły, na przykład dziennikarstwo?
Mati wysłuchał argumentów mentora, zasępił się, zadumał, po czym spytał:
- A ile czasu zajmuje dojście do St. Catherine’s College?
- Jakieś 15 minut. – odparł nauczyciel.
- Aha. – rozpromienił się Matt. – To w takim razie podejmę to wyzwanie!
- Cóż… - westchnął pan McAlary i chcąc nie chcąc wpisał Matiemu media studies na listę wybranych przedmiotów.
Cała nadzieja geografa w BBC Weather - może początek września będzie deszczowy, śnieżny i wietrzny, i jego pupilek zmieni decyzję…

A wracając do wyników GCSE, Matt dostał z francuskiego ocenę A! Czyli jak TRZEBA to MOŻNA!!!
Czas zasiąść do stołu mediacji laptopowych…

 

Zdjęcie cyknięte ukradkiem przez wzruszonego ojca prymusa :) Nieco nieostre, ale nie o to przecież chodzi!

22:26, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 sierpnia 2013
Ostatnia prosta

Jeszcze tylko kilka dni i wakacyjna comedia będzie finita. Dzieciuchy nie mogą się doczekać szkolnych wyzwań, drżąc z ekscytacji (no, może z niechlubnym Mateuszowym wyjątkiem, ale zakładamy, że on po prostu dobrze maskuje drżenie :) Dokonaliśmy już ostatnich mundurkowych uzupełnień, całość wyposażenia została „otagowana” nazwiskami właścicieli, a co niektórzy pozowali nawet do pamiątkowych mundurowych zdjęć (patrz: fotka nieco niżej). Jeszcze kilka dni i ruszy szkolna karuzela :) My, cierpliwi rodzice piekielnej czwórki, też nie możemy się doczekać wysłania jej do miejsc zbiorowego żywienia – pomimo (a może z powodu) bezgranicznej miłości rodzicielskiej. Już niedługo!

*  *  *

W wyniku różnych (głównie samochodowo-finansowych) perturbacji, nie udało nam się w tym roku odjechać daleko od domu, w siną wakacyjną dal. Dzieciaki jednak nie miały wielu okazji do nudy, bowiem tegoroczne wakacje upływają im pod hasłem uczestnictwa w klubach wszelakich. Na początku był nasz wakacyjny klub, potem biblijny w zaprzyjaźnionym kościele, natomiast od poniedziałku zafundowały sobie istny hardcor – dwa kluby jednego dnia! Jeden przed południem, jeden po południu, prawie przez cały tydzień! Dziewczyny padają wieczorem z nóg, ale szkoda im z któregoś z klubów zrezygnować, bo tyle ciekawych rzeczy tam się dzieje! Więc co im będziemy żałować, niech latają!!! Nam w to graj!

Mimo napiętego grafiku, nieletni znajdują jednak czas i energię na wakacyjne eksperymenty. Taka na przykład Zuzka pozazdrościła starszemu bratu sukcesów kulinarnych i postanowiła poszaleć w kuchni, by całkowicie własnymi siłami wyprodukować babeczki. Nie jakieś tam Lidlowskie z papierka… Prawdziwe! Według najprawdziwszego w świecie przepisu z maminej książki kucharskiej. Raz zasianej idei nie dało się już zatrzymać. Nie bacząc na wieczorną porę, Zuzka rozpoczęła buszowanie – najpierw wśród mrowia przepisów, potem śród szafek kuchennych. Szczęściem domowe zapasy nie zawiodły rozentuzjazmowanej kucharki i znalazły się wszystkie potrzebne ingrediencje. Po lekkim tylko nadwerężeniu kuchennych przestrzeni, ciasto zostało zmiksowane, przełożone do foremek i luuuuuu, do piekarnika! Trzeba było widzieć szczęśliwą minę Zuzki kiedy wyjęła z pieca jeszcze gorący towar. Bezcenna! A babeczki też, i owszem, bardzo udane!
Uskrzydlona babeczkowym sukcesem Zuzka zaserwowała nam w kolejnych dniach także naleśniki, kluski z truskawkami i kotlety schabowe. Znaczy w obliczu kataklizmu z głodu nie umrze, a i innych nakarmi!
Mogę spokojnie umierać ;)

*  *  *

Zuzka przeglądała zasoby książki kucharskiej w poszukiwaniu kolejnej ofiary swoich eksperymentów.
- „Cynamon, rodzynki, cukier puder…” – zamruczała do siebie, odczytując składniki – OK! To ja wybieram cukier puder!

Fajne takie wybiórcze pieczenie! Bierzesz tylko to co masz i wystarczy! :)

*  *  *

Julka nasiąka językiem angielskim, aktualnie głównie podczas zabaw na podwórku. A że środowisko nauki jest podwórkowe, to i słownictwo też – co do zasady - musi mieć odpowiedni zakres. Dlatego nie dziwię się wcale kiedy moja córka napastuje mnie później pytaniami:
- Mamo! Wiesz jak się po angielsku nazywa „kupa”? A poo!! A wiesz jak jest „pupa”?! A butt!

Mam tylko nadzieję, że nie zechce zabłysnąć swą bezcenną wiedzą przed Mrs. Mackle w pierwszej klasie!

*  *  *

Przebywając w gronie rówieśników Julka łapie coraz więcej angielskich słówek, a dodatkowo miejscowy akcent. O ile u starszaków zdołałam się już przyzwyczaić, że „house” to „hojs”, o tyle u Julki nieodmiennie mnie te lokalne naleciałości zaskakują.
- Mamo. Close the doors! – krzyknęła malutka, mocno „szumiąc” na końcu zdania.
- Jaki dorsz? – zażartowałam. – Taka ryba?!
- Nieeee! To DRZWI! – oburzyła się Julka. – Co ty, mamo, angielskiego nie znasz?!

Kurczę, zdawało mi się, że coś-niecoś liznęłam…

*  *  *

- Mamo, dasz mi stefelik? – zapytała ostatnio Julka.
- Co takiego? – spytałam.
- STE-FE-LIK! – powiedziała wyraźniej malutka, zniecierpliwiona nieco moją ignorancją. – Bo zimno mi jest!
- Aaaaa, sweterek! – załapałam wreszcie.
- No, przecież mówię!

Mówi! I zdawałoby się, że po polsku!


20:45, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 sierpnia 2013
Koniec łowów - oto łupy!

17:08, oszin13
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 sierpnia 2013
Trybuna ludu…

Społeczeństwo w postaci pierwszego męża domaga się wpisów na blogu! I wywiera naciski! Cóż, może i warto byłoby coś skrobnąć, ale czasu mam jak na lekarstwo, a i komputer jakoś częściej niż zwykle okupowany… Ale jak trzeba - to trzeba! Piszemy! Ze społeczeństwem (szczególnie domowym) nie można zadzierać!

Wakacje powoli przesypują się nam w klepsydrze czasu. Dopiero co skończyliśmy rok szkolny, a tu nie tylko lipiec minął, ale i kęs sierpnia ujedzony. Tylko patrzeć września! Czas rzucić się w wir zakupów „back to school” i skompletować wyposażenie – w tym roku do aż trzech szkół w dwóch miastach! Jako przedsiębiorczy i doświadczeni rodzice, nie zostawiliśmy wszystkiego na ostatnią chwilę i powolutku skupowaliśmy różne rzeczy przy jeszcze różniejszych okazjach. Głównie w celu uniknięcia szoku finansowego! :) Dzięki temu, jak dobrze policzyć, niewiele nam do tego kompletowania zostało! Julkę z Olą uznajemy za odhaczone! Tutikowy też wymieniliśmy ubiegłoroczny mundurek na nowszy model – jeszcze spodnie, krawat „seniora”, kilka koszul i będzie „gites majonez”. Zuzka – prawie, prawie. Jeszcze czeka nas wyprawa do sklepu mundurkowego po strój do wuefu i żółte koszule do zielonego mundurka, ale to w sumie drobiazgi. Zwłaszcza w porównaniu ze zdobyciem kalkulatora - KONIECZNIE Casio, KONIECZNIE modelu FX85GTPLUS i KONIECZNIE różowego. :) Wszystko inne to pestka!

*  *  *

Mati i Zuzka zaczynają oficjalnie szkołę 30-go sierpnia, ale już 22-go czeka nas wyprawa do szkoły Matiego na uroczyste wręczenie wyników egzaminów GCSE. Obecność rodziców pożądana, w celu wspólnego przedyskutowania przyszłości młodego człowieka. Więc pojedziemy, choć nasz młody człowiek ma sprecyzowane plany co do swojej przyszłości – zostaje w szkole na kolejne dwa lata edukacji. Miejmy tylko nadzieję, że wyniki egzaminów go nie rozczarują.
I obowiązkowo ciekawi jesteśmy - oczywiście ze szczególnym uwzględnieniem ojca - jak poszedł Matiemu francuski… :)

*  *  *

Podobno mówi się w pewnych kręgach: „Jeśli nie ma cię na Facebooku, to może nie żyjesz?!” I muszę przyznać, że jest w tym powiedzonku ziarno mądrości, czego doświadczyłam na własnej skórze. Otóż nie tak dawno przeczytałam mrożącą krew w żyłach informację agencyjną o wypadku samochodowym. Ofiary – ojciec i syn – jak ulał pasowały wiekiem do mojego prywatnego szwagra, wraz z pierworodnym, a i region świata mi się niepokojąco zgadzał. Zmartwiałam. Trzeba było zdobyć potwierdzenie – a najlepiej zaprzeczenie – koszmarnych wieści. Idąc za pierwszą myślą szybciutko zalogowałam się na Facebooka i sprawdziłam status kuzyna. Świecił! Znaczy był online! Znaczy ŻYŁ!!!
I, z tego co codziennie obserwuję, żyje do dziś! :)

*  *  *

- Czy moja zupa już ostygła? – rzucił w kierunku kuchni Tutek, siedząc przed kompem w samym środku wirtualnej rzeczywistości.
- Pewnie tak – odparłam. – Bo właśnie Oliwka ją zjada!
- Jak możesz! – oburzył się na żarłoczną siostrę Matt. – Zostawiłem zupę, bo była za gorąca!
- Eeee tam. Ciągle jest jeszcze gorąca! – odparła beztrosko Oliwka i wróciła do konsumpcji.
A Mati musiał czekać aż wystygnie mu kolejna porcja zupy…

*  *  *

 

Wakacyjne wypieki Matiego – dla mamusi do kawusi. Kształtne i smaczne, choć z papierka… :) Widać Tutek ma talent - drżyj, Gordonie Ramsayu!

21:15, oszin13
Link Dodaj komentarz »