To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
środa, 29 sierpnia 2012
Skarb

Dziewczynki wpadły do domu podekscytowane i rozwrzeszczane. Jedna przez drugą usiłowały nam coś wytłumaczyć, a my ni w ząb nie mogliśmy dojść o co chodzi.
- Cokolwiek powie Zuzia, to jest moje!!! – krzyczała Oliwka.
- Wcale nie! Razem to znalazłyśmy, a właściwie we trzy, z Wiktorią! – odpierała ataki Zuzka.
- Ale ja to pierwsza zobaczyłam!
- Ale ja przyniosłam!!!
- Tak, ale wcześniej mi zabrałaś!!!
- Wcale że nie!!
Próbowaliśmy ogarnąć sytuację. Kobietki o coś się kłóciły, ale o co?!... Dopiero po chwili zauważyliśmy, że Zuzka trzyma w dłoniach coś szczelnie okrytego Oliwkową kurtką.
- Spokojnie! – musieliśmy znaleźć Salomonowe rozwiązanie, a byliśmy ciemni jak tabaka w rogu. – Zacznijmy od tego, co tam ukrywacie.
- Znalazłyśmy SKARB na placu zabaw! – poinformowała nas Zuzka.
- O Matko! Mam nadzieję, że to nie bomba! – odparłam instynktownie, pomna ostatnich wybuchowych doniesień z kraju i ze świata.
- Mam nadzieję, że to kupa pieniędzy! – zaryzykował ojciec (marzyciel).
- Nie! To jest… - Zuzka jak sztukmistrz nagłym ruchem ujawniła istotę skarbu - … porzucone gniazdo!!!
Faktycznie, w rękach Zuzki tkwiło zgrabnie uwite z trawy prasie gniazdko.
- I o to cała ta kłótnia?! – zdziwiliśmy się naiwnie po rodzicielsku.
- No tak, bo ja chcę zanieść je do szkoły i pokazać pani! – odpowiedziała Oliwka.
- I ja też chcę! – rzuciła Zuzka.

Po wysłuchaniu argumentów obu stron konfliktu i jakim-takim zrekonstruowaniu przebiegu wydarzeń ustaliliśmy, że obie dziewczynki mają takie same prawa do gniazda i jeszcze ustalimy kto zaniesie je do szkoły pierwszy. Póki co corpus delicti został umieszczony na podwórku, ponieważ okazało się, że jednak nie jest pustostanem i zamieszkuje je cała gama chrząszczy i innych paskudztw.

Prawdę powiedziawszy, nie mielibyśmy wiele przeciwko temu, żeby to Wiktoria zaopiekowała się felernym gniazdkiem (razem z jego mieszkańcami ;-) Ale dziewczynki chyba na to nie pójdą…

23:50, oszin13
Link Dodaj komentarz »
Sztuka bardzo użytkowa

Ludzie urządzają sobie hall wejściowy w różnych stylach – tu stoi antyczna komódka, ówdzie witrażowa lampa, gdzie indziej donica z palmą. W naszym hallu króluje od wczoraj… stół do Air Hockey’a (na szczęście nie pełnowymiarowy!), nabyty okazyjnie drogą kupna za niewielkie pieniądze przez naszych panów. Póki co oswajamy się z materią powietrznego krążka i „sombrera”, rżnąc partię za partią i doskonaląc techniki wrzutów do bramki. Nie mamy jeszcze planów rodzinnych rozgrywek, ale pewnie niedługo i takie rozpiszemy ;)) Hazard, hazard i jeszcze raz hazard! 

A w przerwach między rozgrywkami przeprowadzamy… remont domu i malowanie ścian! W związku z jak najbardziej PRZEWIDZIANYMI okolicznościami, jedna z łazienek od dwóch dni jest „out of order” i nie wiadomo kiedy zostanie oddana do użytku. Ale co tam! W domu są przecież jeszcze dwie świątynie dumania, a ojcowski urlop dopiero się zaczął… No i nowy stół trzeba wypróbować!
Zobaczymy jak długo wytrzymamy życie w bałaganie!

*  *  *

Mati hodował swój młodzieńczy zarost przez kilka wakacyjnych tygodni – ku swojej radości i rozpaczy ojca. Jednak przyszła kryska na Matyska! Rok szkolny za pasem, fryzjer umówiony, trzeba było więc pozbyć się zarostu. A że Tutek zarósł solidnie, musiał sięgnąć po tradycyjną maszynkę do golenia. Zamknął się więc w łazience, namydlił fragment brody i zaczął golenie. Jakoż w kilka chwil później stanął namydlony (i wciąż zarośnięty) w drzwiach pokoju.
- Mamoo! Zaciąłem się! Daj mi jakiś plaster!
Pomna wspomnień zaciętych panów, poobklejanych plastycznie skrawkami chusteczek tamujących krew, powiedziałam:
- Może lepiej tata ci pomoże i przyklei jakiś papierek? Plaster to chyba nie najlepszy pomysł!
- Nie, nie! Ja się zaciąłem w palec! - odparł Mati i zamachał nam zakrwawionym opuszkiem.

Taaa… „To nie sztuka zabić kruka, ale sowę trzepnąć w głowę”, mawiała moja cioteczna babka. Tak sobie przypomniałam…

*  *  *

Przeczytawszy piątkowe wiadomości, rzuciłam do moich dziewczynek:
- Dziewczyny! Neil Armstrong nie żyje!
- Pierwszy człowiek na Księżycu! – zgadła bezbłędnie (jak mogłam się spodziewać) Oliwka. I od razu zapytała: 
- A co z Buzzem Aldrinem?
- Z kim? – spytałam zbita nieco z tropu.
- No tym, który był DRUGI na Księżycu!
- SKĄD MOGĘ WIEDZIEĆ?! – odparłam. Kto by tam pamiętał drugich…

Teraz już wiem. Sprawdziłam w Wikipedii – Buzz Aldrin jeszcze żyje!
Znowu będzie drugi (jak się postara)…

*  *  *

Spółka usługowa „Ola i Zuza” wykonała na rzecz domu pewne usługi, w związku z którymi ojciec był winien wspomnianej spółce 5 funtów. Znaczy 2,5 na głowę. Oczywiście uregulował należność.
- Oliwka! Twoje dwa i pół funta! – zawołał ojciec, podając Oli monety.
- Hmmm, pieniążki! – odparła uradowana Oliwka, ze swoim charakterystycznym szerokim uśmiechem na twarzy. I dodała:
- Jeszcze cieplutkie!

Bo to były tzw. „hot money”!

00:34, oszin13
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 sierpnia 2012
Ofiara zachmurzenia

23 sierpnia – wyniki egzaminów GCSE! Napędzana matczyną dumą śpieszę donieść, że nasza wybitna jednostka synowska uzyskała póki co świetne wyniki małej matury. Sześć A*, pięć A i jedną B - z astronomii. Samotna ocena B, psująca nieco wizualnie (co tu ukrywać) synowskie statystyki, jest wynikiem nie dość szczegółowo przeprowadzonej obserwacji nocnego nieboskłonu.
- Bo niebo było zachmurzone! A wykładowca nie pozwalał korzystać z astronomicznych programów! – tłumaczył się nam synalek.
Nie da się zaprzeczyć, chmur ci u nas dostatek, więc i pretensji mieć nie możemy. Zresztą, astronomia była przedmiotem nadprogramowym, a ocena B jest Bardzo przyzwoita. 


Przed Tutkiem kolejny rok zmagań egzaminacyjnych i apetyt na więcej ogwiazdkowanych A.
Życzymy powodzenia, trzymamy kciuki i zobowiązujemy się do gonienia do nauki ;)

21:31, oszin13
Link Komentarze (1) »
środa, 22 sierpnia 2012
Koniec lata

Podobno nadchodzi koniec lata. Jakiego lata?! Się pytam! Czy kto widział u nas lato, nie licząc kilku marnych słonecznych dni?... No, w każdym razie i z tym koniec, teraz tylko deszcze i deszcze. Znaczy normalna irlandzka pogoda.

*  *  *

Dzieci nam rosną jakoś tak niepostrzeżenie. Szczególnie mocno widać to na pierworodnych, które przez całe życie pełnią rolę dziecięcych buforów i prototypów przecierających rodzicom wychowawcze szlaki. Taki Mati na przykład jest aktualnie na etapie zapuszczania zarostu, z silnym postanowieniem nie golenia się aż do początku roku szkolnego. Wygląda komicznie z kępkami zarostu tu i tam, i wchodzi cyklicznie w konflikt z ojcem, który może nie jest fanem codziennego golenia, ale czasem jednak sięga po żyletkę. Póki co obaj panowie trwają przy swoim – Matt zarasta, a ojciec się piekli (na szczęście rok szkolny tuż-tuż…)
Dodatkowo ostatnio Tutek stał się degustatorem kawy i coraz częściej domaga się jej zaparzenia – na przykład wczoraj wieczorem, przed wyjściem na klubową noc „nie-spania” .
- Mamo, idę przecież na imprezę „Stay awake”! Kawa pomoże mi nie zasnąć!
Zrobiłam mu więc lekką latte, a on popijał z poważną miną, nie bacząc na gorzki smak napoju. Dorosłość przecież wymaga poświęceń…

Na szczęście w naszym malutkim Tutiku zostało jeszcze nieco chłopięcej łobuzerki, co objawia się w najróżniejszych okolicznościach. Na przykład niedawno Tutek śmiertelnie mnie przestraszył! Podkradł się bezczelnie w ciemnej kuchni i wyszeptał wprost do mojego ucha ”Shi-ka-kaaaa!” Podskoczyłam jak oparzona, wywołując tym większą radość mojego okrutnego synalka z udanego (?) żartu. Rozchichotał się słusznie, a potem jeszcze domagał się, żebym opisała swój strach na rodzinnym blogu! I awanturował się, kiedy odmówiłam.
- No tak!!! Jak mnie przytrafi się coś głupiego to zaraz to opisujesz, ale jak TY się przestraszysz to już nie!!!
Uśmiechnęłam się z przekąsem.
- Ale to jest MÓJ blog! – odparowałam, parodiując wścibską teściową z mojej ulubionej reklamy IKEA.

Po prostu „Sucho ma ta palma, no!”

*  *  *

Oliwka zasiadła do komputera, w poszukiwaniu swojego astronomicznego programu.
- Mamo, gdzie jest Stellarium?! – zawołała zaskoczona, że nie znalazła na pulpicie znajomej ikonki z gwiazdami.
- Nie ma go – wyjaśniłam. - Przecież ostatnio formatowaliśmy twardy dysk i wszystko wykasowałam. Ale mogę je zaraz ściągnąć jeśli chcesz.
- Ściągnij koniecznie! – zapaliła się Oliwka. – Jest mi potrzebne dla mojej kariery!

*  *  *

Dzieci potrafią być upierdliwe do bólu, oj potrafią, a Zuzka stanowi ekstremalny przypadek, dla którego nie ma żadnej świętości. I to zwykle ja padam jej ofiarą, nie wiedzieć czemu…
Brałam właśnie relaksujący prysznic w łazienkowej oazie spokoju, kiedy pośród szumu wody dobiegł mnie dramatyczny krzyk „Maaamoooo!!”. Potem dał się słyszeć tętent na schodach i natarczywe pukanie do drzwi łazienki.
- Proszę! – odkrzyknęłam z matczynej przyzwoitości, bo relaks relaksem, ale a nuż coś ważnego się stało i trzeba będzie wyskakiwać w ręczniku.
Do łazienki wpadła Zuzka, zostawiając za sobą szeroko otwarte drzwi (!).
- Mamo! Muszę ci coś koniecznie pokazać! – krzyknęła, a potem zamachała mi przed zaparowaną szybą kabiny prysznicowej ekranem… iPada. Albowiem tą Niezwykle Ważną Rzeczą okazał się jakiś szczegół w grze, w którą akurat grała.
- CZY TO NIE MOGŁO POCZEKAĆ?!!! – ryknęłam spod prysznica. – I ZAMYKAĆ DRZWI!!!
- No dobra. – zgodziła się Zuzka, odkładając sprzęt elektroniczny na kosz z praniem. – Ale skoro już tu jestem to usiądę sobie na sedesie.   

I matczyny relaks diabli wzięli…           

14:33, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 sierpnia 2012
„Gdzie ta keja…

… a przy niej ten jacht?” My wiemy gdzie! – w Belfaście!!! Byliśmy, widzieliśmy, zwiedzaliśmy! I to nie byle jaki jacht, a słynny żaglowiec „Fryderyk Chopin”! Stał sobie spokojnie zacumowany przy Odyssey Arena, rozbrzmiewał szlagierami Mechaników Szanty („Płyńmy w dół do starej Maui, już czas…”) i powiewał wesoło polską banderą.
- Polskaaaaa! Biało-Czerwoni! – krzyknęła na jego widok podekscytowana Julka (zostało jej z Euro ;))
Po prostu MUSIELIŚMY wleźć na pokład! Na szczęście załoga była przygotowana na najazd turystów, z czego skwapliwie skorzystaliśmy. Pomimo zwiniętych żagli, obejrzeliśmy sobie znaną jednostkę dokładnie i stwierdzić możemy, że na statek „Fryderyk Chopin” składają się (w wielkim uproszczeniu): trap, zwoje bardzo grubych lin, łódź ratunkowa, zwoje nieco cieńszych lin, koło sterowe, bandera, girlandy cienkich kolorowych linek, kotwica, dwa maszty plus żagle i… całe mnóstwo lin. Oraz załoga – niezwykle karna! Dane nam było zaobserwować ekspresową zbiórkę personelu pokładowego – jeden z załogantów, wyskoczywszy widać wprost z łazienki, wystąpił w ręczniku na biodrach i ze spienioną głową ;) Nasze domowe chłopaki (o, wieku komputerowy!) natychmiast cyknęli zdjęcie i szybciutko wstawili na „Chopinowski” profil fejsbukowy. Przy okazji szczególnych okoliczności morskich (i dzięki uprzejmości marynarzy), udało nam się zrobić również rodzinne zdjęcie patriotyczne – wszystkie sześć mordek z polską banderą w tle. Będzie pamiątka.
A jeśli komu przyjdzie ochota obejrzeć „Fryderyka Chopina” w pełnej żaglowcowej krasie, podpowiadamy, że następnym jego portem jest Dublin, gdzie pod koniec przyszłego tygodnia odbędzie się parada wysokich żaglowców (zainteresowanych odsyłam na adres www.dublintallships.ie). Kto wie, może i nas tam zaniosą dobre wiatry…


A tak w ogóle to przecież na rzeczonego Chopina natknęliśmy się przypadkiem, przy okazji wywiezienia dzieci do Muzeum Nauki W5! I oczywiście widok żaglowca przyćmił nieco ofertę muzeum – przynajmniej dla Julki. Na szczęście W5 oferuje tyle interaktywnych atrakcji, że nikt nie był zawiedziony, przez dwie kolejne godziny szukając odpowiedzi na pięć „W”: „Who? What? When? Where? Why?”. Starsze dzieciaki, pod opieką odpowiedzialnego ojca, powędrowały na kosmiczną walkę laserową. Podobno ojciec zupełnie nieźle radził sobie z bronią laserową (w końcu był kiedyś żołnierzem!), choć ku historii powiem, że spośród czterech uczestników walk, tylko Oliwce udało się przeżyć batalię. Tymczasem my z Czupurkiem skupiłyśmy się na odkrywaniu tajemnic przyrody (kiedyś) ożywionej, oglądając w wielkim powiększeniu szczegóły anatomiczne różnych paskudztw – na przykład ćmy „trupiej główki”, słusznie kojarzonej przez miłośników horrorów z „Milczeniem owiec”. I jeszcze prezentowaliśmy pogodę, i robiliśmy sztormowe fale, i włamywaliśmy się do sejfu, i graliśmy na przedziwnych instrumentach, i pedałowaliśmy w towarzystwie kościotrupa, i oglądaliśmy „Macropolis”, i bawiliśmy się z wiatrem, i puszczaliśmy balony, i robiliśmy wiele innych ciekawych rzeczy.


Po pełnym atrakcji dniu zafundowaliśmy sobie podwieczorek na trawie w pięknych i słonecznych okolicznościach przyrody Ogrodu Botanicznego. Produkowane w plenerze kanapki smakowały wyjątkowo i znikały w iście olimpijskim tempie, sycąc wilcze apetyty rodziny. Jeszcze kilka setów rodzinnego badmintona po posiłku, szybka kawka dla rodziców, chwila odpoczynku i pozornego nicnierobienia, i… wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu, gdzie czekał stęskniony do granic psich możliwości Paszczak, bezskutecznie próbujący namówić babcię do zabawy z patykiem. Tak więc po dniu spędzonym na nogach, trzeba było jeszcze wyjść na spacer z psem. Taka rola jest matki! – parafrazując Czupurka.

*  *  *

Niedzielny poranek był dużo mniej przyjaźnie pogodowo nastawiony. Mimo to namówiliśmy naszego ojca na opuszczenie domowych pieleszy. Zgromadziliśmy chlebowo-warzywne zapasy dla zwierząt i zabraliśmy dzieciaki (tudzież psa) na wyprawę na farmę do Tannaghmore Gardens. Tutek nie był szczęśliwy, bo akurat zamierzał siadać na kompa, kiedy ogłosiliśmy wyjazd, ale nie było odwrotu, musiał wyjść z domu.  Na miejscu okazało się, że JEDNAK lubi zwierzęta i nawet zaimponował siostrom trafiając chlebowymi kawałkami w środek odległego kaczego bajorka.
- Zobaczcie, zrobiłem „kaczkę” do kaczek! – krzyczał nie bez dumy, a siostrzane oczy patrzyły weń z zachwytem.
W czasie kiedy my przemieszczaliśmy jedzeniowy balast z plecaka do zwierzęcych żołądków, pies Paszczak buszował w pobliskich chaszczach i okolicznym jeziorku (woleliśmy nie wpuszczać go na farmę, a w szczególności między drób, po tym jak naszczekał na bogu ducha winnego koziołka). Nakarmiwszy z pewnością PRZEJEDZONĄ rogaciznę i trzodę chlewną, postanowiliśmy wpaść z wizytą do Barn Museum - otwartego tylko w weekendy wspomnienia dawnych czasów, głównie wiejskich. I znów przydało się moje wiejskie wychowanie! Mogłam bez kłopotów objaśniać dzieciarni do czego służyły obcęgi, jak podkuwano konie, jak machano kosą, czym grabiono siano, jak „wiano” zboże etc. A na pięterku muzeum znaleźliśmy prawdziwe skarby – stary magiel, oryginalnego Singera, żelazka z duszą, kołowrotek, maszynerię do klecenia masła i temu podobne obiekty życia codziennego. Jedna z izb była stylizowana na dawną szkołę z drewnianymi ławkami, tabliczkami do pisania, oślim kątem i… przerażającą figurą nauczycielki w czarnej sukni, koczkiem na głowie i szpicrutą w dłoni. Na widok tego indywiduum Zuzka aż podskoczyła z przerażenia, ale zemściła się nań okrutnie wpisując do księgi pamiątkowej, że chętnie wsadziłaby tej pani palec do nosa… Na szczęście ekspozycja byłą pilnowana, więc nauczycielka nie ucierpiała na urodzie (zresztą wątpliwej).
To był weekend…

*  *  *

Oliwce rusza się ząb z zamiarem wypadnięcia. Ola liczy więc na przyszłe zyski płynące wprost z kieszeni Zębowej Wróżki. I jak zwykle liczy też na złapanie wróżki za rękę w chwili podmieniania ząbka. Starsza, a więc i bardziej doświadczona w kontaktach w Zębową Wróżką, siostra ściągnęła ją jednak na ziemię, twardo stwierdzając:
- Coś ty! Nie zobaczysz Zębowej Wróżki! Z prostego powodu – ona jest NIEWIDOMA!!!

I mieliśmy rodzinną polewkę z „niewidomej” zamiast „niewidocznej” wróżki do końca dnia.

STS Fryderyk Chopin 

23:38, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2