To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Post scriptum

Muszę przyznać, że koszt naszego wakacyjnego przedsięwzięcia mile nas zaskoczył. Za stosunkowo niewielkie pieniądze mieliśmy 3 tygodnie wakacji dla 6 osób. A trzeba było zapłacić za połączenia promowe, paliwo, campingi, bilety wstępu, jedzenie, atrakcje etc. Tak się w tym naszym podróżowaniu rozhasaliśmy, że postawiliśmy w kuchni zupełnie nową i zupełnie pustą (jeszcze) puszeczkę, z przeznaczeniem na przyszłoroczne wakacyjne wydatki. I zbieramy fundusze już od dziś. A nasze plany kręcą się gdzieś wokół południowej Europy. Decyzja jeszcze nie zapadła, ale na myślenie mamy okrągły rok.

*  *  *

Mój kolega na studiach zwykł był mawiać, że „każdy ma takie skojarzenia, na jakie sobie zasłużył”. Ciekawe czy to stwierdzenie sprawdza się również w kwestii doboru wakacyjnych pamiątek?... Otóż bowiem nasz ojciec rodziny zgromadził nieco osobliwy zbiór wyjazdowych suwenirów – koszulkę z gołą babką z Amsterdamu (kupił bo chciał), komplet kabli rozruchowych ze Żnina (kupił bo musiał) i… mandat karny za przekroczenie prędkości z Siedlec (zapłacił, mimo że nie chciał). „Każdy ma takie pamiątki, na jakie sobie zasłużył”? Chyba jednak nie do końca!

*  *  *

Poczta Polska nie przestaje mnie zaskakiwać. A scena z „Misia”, gdzie pani z okienka udowadnia, że nie ma takiego miasta jak Londyn, jest za to Lądek, i to Zdrój, jest jedną z moich ulubionych. Okazuje się, że czas mija, wystrój poczt się zmienia, ale zasada działania pozostaje ta sama. Sprawdziłam to na własnej skórze, kiedy postanowiłam wysłać znajomym kilka pocztówek z wakacji, najlepiej z widokiem Siedlec. Powędrowałam więc na pocztę główną w Siedlcach i poprosiłam o rzeczone widoczki. Okazało się, że takowych brak. Po długich przeszukiwaniach szuflad pani z okienka znalazła jedną jedyną pocztówkę z widokiem Siedlec i całe mnóstwo pocztówek z Warszawą!
Wniosek: z Siedlec najlepiej wysyłać pocztówki z Warszawą, a z Warszawy?...

*  *  *

Na kamienistej plaży w Dover dzieciaki przebierały w skałkach jak w ulęgałkach, podziwiając ich kształty, kolory i fakturę. Co chwila rozlegały się okrzyki zachwytu.
- Ten kamień przypomina cyklopa!
- A ten jest zielony!
- Ten jest taki gładziutki!
Julka przysłuchiwała się okrzykom rodzeństwa i widać było, że chciałaby zauczestniczyć w dyskusji. Po dłuższym namyśle chwyciła pierwszy z brzegu kamyczek w rączki i oznajmiła:
- A ten jest taki MIĘCIUTKI!

*  *  *

Nic nas w tej naszej wakacyjnej wyprawie tak nie ubawiło jak walijskie miejscowości. Mnie w prosty sposób kojarzyły się z nazwami maści i innych medykamentów. Moje ulubione to PRESTATYN (zupełnie jak lek na przerost gruczołu), TREMEIRCHION (maść na pryszcze) i CAERNARFON (schorzenia ginekologiczne). Nawet niewinny Holyhead, do którego zmierzaliśmy, po walijsku nazywa się CAERGYBI (czyżby lek na grzybicę?) Na całe szczęście mieliśmy gps-a, a  łaskawi Walijczycy umieszczali zwykle angielskie nazwy obok własnych, więc można było się zorientować przynajmniej w kierunku jazdy. Ale śmiechu było co niemiara. I humory kierowców od razu lepsze!

14:26, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 sierpnia 2011
Obiecany ciąg dalszy

Rodzinne wizyty, załatwianie spraw wszelakich, odwiedzanie znajomych miejsc i ludzi, i inne podobne rozrywki zajęły nam kilkanaście kolejnych dni. Kiedy wreszcie uporaliśmy się z familijnymi zobowiązaniami, mogliśmy ruszyć w dalszą drogę – naszym celem było polskie morze, gdzieś w okolicy Kołobrzegu. Jako zdecydowanie nocne marki, wybraliśmy się w długą, ponad 500-kilometrową trasę późnym popołudniem. Pozwoliło nam to uniknąć tłoku na drogach, dzięki czemu świt przywitaliśmy na bałtyckiej plaży. Byliśmy niewyspani, zmarznięci i głodni, ale zafascynowani szumem fal, dotykiem chłodnego piasku pod stopami i blaskiem wstającego na horyzoncie słońca. Najszybciej jak się dało zakotwiczyliśmy na bardzo sympatycznym campingu – 300 metrów od morza – złapaliśmy krótki oddech, a potem hajda na plażę!
Tegoroczne lato nad polskim morzem było raczej kapryśne, ale nam się poszczęściło – trafiliśmy na piękną pogodę, dzięki czemu trzy kolejne dni spędziliśmy praktycznie na plaży, łapiąc opaleniznę, pławiąc się w falach, a nawet grając w siatkówkę plażową (dzięki uprzejmości opiekunki grupy gimnazjalistów). Piasek był czyściutki, ludzi sporo, ale bez przesady, woda chłodna i niezbyt głęboka. Tylko sprzedawcy gorącego popcornu, lawirujący wśród turystów i wykrzykujący oferty, nieco denerwowali, ale w końcu każdy chce zarobić, a sezon nie trwa wiecznie.

W przerwach między plażowaniem a plażowaniem, poznawaliśmy uroki miejscowości, w której wylądowaliśmy. Dzieciaki znalazły dla siebie sporo atrakcji – od kąpieli w kulach wodnych po skoki na gumowych linach i splatanie afrykańskich warkoczyków. I oczywiście buszowanie na straganach z pamiątkami. Co za szczęście, że mamy rozsądne dzieci – inaczej zostawilibyśmy na tych straganach majątek! A tak, skończyło się na bursztynowych drobiazgach, wszak bursztyn najlepiej przypomina Bałtyk.
Upojeni słońcem zamierzaliśmy spędzić na wybrzeżu kolejną noc i wyruszyć w dalszą drogę rankiem następnego dnia, jednak rzut oka na prognozę pogody sprawił, że raptownie zmieniliśmy plany. Zapowiadano nadciągające od zachodu nawałnice, a nam nie uśmiechało się składanie mokrego namiotu. Pożegnaliśmy się więc z morzem o zachodzie słońca, dodając do butelki z bursztynami garstkę bałtyckiego piasku i próbkę słonej wody – na pamiątkę.
Po zmroku ruszyliśmy w kierunku zachodnich rubieży kraju, z niemałym trudem pokonując liczne roboty drogowe i rozkopane skrzyżowania. Po niemieckiej stronie jechało się już znacznie lepiej, choć po drodze spotkały nas zapowiadane wcześniej burze. Przeczekaliśmy je na ustronnym parkingu, łapiąc przy okazji trochę snu. Mieliśmy wprawdzie długą drogę do przebycia, ale i dużo czasu. Nasz prom w Calais startował dopiero następnego dnia rano, spokojnie toczyliśmy się więc przez Europę. Na tyle spokojnie, że w przypływie fantazji postanowiliśmy skręcić do Antwerpii, miasta zachwalanego nam przez Matiego.
Antwerpia jest niewątpliwie pięknym i godnym obejrzenia miejscem, nam jednak udało się ją zwiedzić jedynie zza okien samochodu. Wpakowaliśmy się bowiem do centrum w poszukiwaniu miejsca parkingowego i na szukaniu tegoż spędziliśmy następną godzinę, błądząc po wąskich uliczkach i klnąc po nosami (zwłaszcza dorośli). Mati starał się pomagać jak mógł, wysilając umysł i pamięć, ale mimo wspólnych wysiłków Antwerpia pozostała dla nas niezdobyta. Coś-niecoś jednak zapadło nam w pamięć – na przykład fascynujący widok tłumu ortodoksyjnych Żydów wędrujących po ulicach. Zupełnie jakby zostali żywcem wyjęci z obrazu przedwojennego Kazimierza, w obowiązkowych długich chałatach, w myckach i z pejsami. Dziewczyny w szarych ubraniach, bardzo skromne, spacerujące parami. I widok dumnego chasyda, w odświętnej czapie z lisiego futra (shtreimel) i białych pończochach, z nie mniej dumną żoną przy boku, którzy dosłownie przedefilowali nam przed maską samochodu. Do dziś żałuję, że nie miałam czasu sięgnąć po aparat. Ale może jeszcze kiedyś zbłądzimy do Antwerpii, kto wie?...
Tymczasem ruszyliśmy przed siebie. W Calais czekał na nas prom – i kolejna nocna przeprawa. W blasku wstającego świtu przywitały nas słynne białe klify Dover, od których podobno Anglia zyskała nazwę Albionu. I wprost wyrastające z nich potężne XII-wieczne zamczysko. A kiedy doturlaliśmy się na nasz camping, widok ze zbocza zaparł nam dech w piersiach. Miejsce było usytuowane bardzo wysoko i jak okiem sięgnąć roztaczała się z niego panorama Kanału La Manche. Wzdłuż wybrzeża ciągnęła się kamienista plaża, w oddali majaczyły kursujące w obie strony promy (według których pewnie okoliczni mieszkańcy mogą regulować zegarki:)), a tuż obok dumnie sterczały w niebo białe klifowe giganty. Camping miał własne zejście na plażę, zamknięte na szyfrowy zamek (!), a sekretny kod udostępniano jedynie rezydentom. Szybko z niego skorzystaliśmy i niezwłocznie rozpoczęliśmy eksplorację wybrzeża. Była pora odpływu, mocno cofnięta woda ujawniła spory kawałek plaży wraz z ukrytymi dotąd skarbami – skałami, muszlami, przegrzebkami, podwodną roślinnością. Lokalni smakosze wędrowali po mokrych skałkach z siatkami i kubełkami, w poszukiwaniu świeżych owoców morza. My też zdobyliśmy cenne znaleziska – skorupę kraba, kilka muszelek i parę kilo kamieni o tak fantastycznych kształtach i kolorach, że żal było nam je zostawić (mimo ostrej selekcji). Wkrótce nadszedł przypływ i w niewiarygodnie krótkim czasie woda zagarnęła plażę, sięgając kilkudziesięciu metrów w głąb lądu. Wtedy pojawili się amatorzy windsurfingu, którzy wcale zgrabnie ujeżdżali fale.
Powędrowaliśmy wzdłuż wybrzeża, u samych stóp klifów, podziwiając resztki wojskowych umocnień i czując jacy jesteśmy malutcy w obliczu piętrzących się nad naszymi głowami skał. Potem wdrapaliśmy się wyżej i podziwialiśmy świat z wysokości ponad 150-metrowych wzniesień. Wieczorem odkryliśmy, że kamienista plaża mimo zmroku nadal tętni życiem. Ludzie grillowali na nabrzeżu, porozciągani na kocach, w oddali świeciła latarnia morska, fale rozbijały się o nabrzeże. Było bardzo romantycznie, trzeba było jednak wygospodarować kilka godzin na sen – nazajutrz czekał nas ostatni dzień wyprawy, droga do domu i „wisienka na torcie”, czyli Stonehenge (znowu kamienie…).
Megalityczny kamienny krąg widoczny był już z drogi. Z tej perspektywy nie robił specjalnego wrażenia, ot kilka większych kamieni sterczących pośrodku pola. Wszystko odgrodzone od drogi drutem kolczastym, bez możliwości nieautoryzowanego wtargnięcia na teren. Właściwa ścieżka do kręgu wiodła pod ziemią (obok budki z biletami :)) i kiedy wychodziło się z podziemnego tunelu na powierzchnię, można było wreszcie podziwiać prehistoryczną budowlę z perspektywy kilkudziesięciu metrów. Nie da się podejść bezpośrednio do samych kamieni - może to i dobrze, bo przy takiej masie turystów, jaka przewala się codziennie obok zabytku, wkrótce nie zostałby z kręgu kamień na kamieniu (sic!) Zdaje się, że opiekunowie budowli doszli to tego wniosku na podstawie wcześniejszych przykrych doświadczeń, bo udało mi się złowić okiem aparatu wyryte na kamieniach inskrypcje z datą 1817 – turyści to zawsze chcą zostawić po sobie ślad w stylu „tu byłem, Józek”.
Podziwialiśmy więc krąg obchodząc go dokoła, pośród tłumu innych zwiedzających, krążących dookoła jak druidzi podczas celtyckich obrzędów. Dzieci podrzucały nam informacje z ulotek wydrukowanych w języku polskim (!), wręczonych nam przy wejściu – widać National Trust, opiekun kamieni, jest przygotowany na przyjęcie turystów w różnych stron świata. Nacykaliśmy sobie fotek z megalitycznym zabytkiem w tle, z różnych ujęć i perspektyw. Na szczęście oryginalne kamienie były zbyt duże, żeby można było je wynieść – nie trzeba było więc robić rewizji osobistej w kieszeniach nieletnich przed opuszczeniem terenu. Ojciec i tak kręcił już nosem na ilość kruszywa wyniesionego z plaży w Dover… Jeszcze krótki wypad po pamiątkowe drobiazgi dla dzieciarni, kawa dla zmęczonych rodziców i ruszyliśmy w dalszą drogę, ku północnym wybrzeżom Walii. Nocnym promem z Holyhead pokonaliśmy Morze Irlandzkie i wylądowaliśmy w Dublinie. Tego ranka nie musieliśmy rozkładać namiotu. Byliśmy w domu.

14:38, oszin13
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 sierpnia 2011
Obowiązkowy opis podróży – wielki początek

Życie wraca do normy. Odświeżone ubrania zaległy w szufladach, trawa została skoszona, a skrzynka mailowa odchudzona o 250 nieprzeczytanych wiadomości. Przed nami leniwy weekend – może nie do końca leniwy, bo musimy jeszcze wysprzątać z samochodu wszędobylski morski piasek. Damy radę. Tymczasem posortowaliśmy wakacyjne zdjęcia, wyeksponowaliśmy pamiątki i nadszedł czas by ubrać naszą podróż szlakiem europejskich pól campingowych w słowa…

Pierwszym celem na naszej wakacyjne mapie był Amsterdam. By się do niego dostać trzeba nam było jednak – bagatela – przepłynąć Morze Irlandzkie, przejechać spory kawałek Walii i całą Anglię, pokonać kanał La Manche, wziąć szturmem północną Francję, zachodnią Belgię i centralną Holandię.  W sumie załatwiliśmy sprawę w ok. 24 godziny od wyjazdu z domu. Dodatkową godzinę zajęło nam znalezienie w Amsterdamie campingu z wolnymi miejscami, ale tak to jest kiedy przyjeżdża się z namiotem do popularnego miasta w szczycie sezonu. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo… Kiedy wreszcie rozbiliśmy namiot, padliśmy jak betki – zmęczeni, ale szczęśliwi, że wreszcie możemy przytulić głowy do poduszek, a nowy dzień przyniesie nam nowe atrakcje. Z namiotu obok, zamieszkałego przez grupę młodych ludzi, unosił się znajomy (sic!) zapaszek – bynajmniej nie grillowanej kiełbasy – a smętny obłoczek lufkowego dymu pomykał leniwie ku wielkiej tablicy z napisem „NO DRUGS!” Ale czegóż innego można było się spodziewać na amsterdamskiej ziemi? W każdym razie spało na się bosko – nie wiedzieć czemu…
Rankiem następnego dnia zwinęliśmy obozowisko, zapakowaliśmy mienie przesiedleńcze do samochodu i ruszyliśmy na podbój Amsterdamu! Na początek popłynęliśmy wodnym tramwajem – wszak Amsterdam to miasto kanałowe i jednostki pływające są niezbędne do codziennego przemieszczania się między brzegami. Dzieciaki były zachwycone, a Julka w szczególności, bo statki, promy i łódeczki to jej ulubione środki transportu (zaraz po samochodzie).
Po dotarciu do centrum miasta z miejsca wpadliśmy w morze rowerów. Wszędzie jak okiem sięgnąć, przy każdej balustradzie, na każdym parkingu stały tysiące rowerów. Niektóre starannie przypięte, inne po prostu postawione. Wszystkie czarne i na oko identyczne, więc nie wyobrażam sobie odnalezienie własnego dwukołowca w tej masie. Chyba, że bierzesz pierwszy z brzegu egzemplarz i odstawiasz byle gdzie, jeśli nie jest ci potrzebny. I oczywiście rowery mają wszędzie pierwszeństwo – chociaż z doświadczenia powiem, że pieszy cudzoziemiec pamięta o tej zasadzie nie dłużej niż przez pierwszą godzinę. Potem bezmyślnie włazi na deptak, zapominając że w tym kraju piesi powinni przemykać po wąskich chodnikach, a nie środkiem deptaka.
Włóczyliśmy się po wąskich amsterdamskich uliczkach, podziwiając kanały i mimowolnie nasiąkając specyficzną atmosferą. Jako odpowiedzialni rodzice nie mogliśmy wpaść do coffeshopu czy zabłądzić do dzielnicy czerwonych latarni, ba, nawet buszowanie w sklepie z pamiątkami odbywało się pod specjalnym rodzicielskim nadzorem, bowiem zawartość rzeczonych sklepów wiązała się albo z erotyką albo z ziołolecznictwem :)) W końcu jakie można mieć pamiątki z Amsterdamu… Skręciliśmy więc do Chińskiej Dzielnicy i zajrzeliśmy do świątyni bogini Darma. Obowiązkowo odwiedziliśmy też sieć FEBO - holenderskie fast-foody, gdzie jedzenie wyjmuje się ze ściany.

Późnym popołudniem rozstaliśmy się z kanałami Amsterdamu i ruszyliśmy w dalszą drogę, mając do pokonania całe Niemcy. Nieletnie towarzystwo pospało się w samochodzie (czyżby wskutek wdychania rozweselających oparów?), a my daliśmy upust fantazji i wpadliśmy po północy pod Bramę Brandenburską. Nie był to zbyt dogodny czas na podziwianie jej uroków, ale nie mogliśmy sobie odmówić kilku fotek. Zaparkowaliśmy pod samą Bramą, w zdecydowanie niedozwolonym miejscu – dzięki uprzejmości zdezorientowanego policjanta – i nacykaliśmy pamiątkowych zdjęć. A później mój łaskawy mąż zawiózł mnie na najdroższą ulicę w Berlinie, na dowód że ma gest. Szkoda tylko, że nie załatwił nocnego otwarcia sklepów specjalnie dla żony :( Pozostał mi jedynie window-shopping, a i to z okna samochodu. Ale gest się liczy!
Wraz z nastaniem świtu pojawiliśmy się na kolejnym campingu, tym razem w Żninie. Ponieważ był to obiekt PTTK, poziom usług odbiegał nieco od amsterdamskich wygód, ale i cena była odpowiednio niższa. Rozstawiliśmy namiot, złapaliśmy minimalne minimum snu i oddaliśmy się penetracji plaży pobliskiego jeziora, tudzież uroków miasta. Miło płynął nam czas. Jakiś obiadek, potem kolacyjka, a potem… okazało się, że nasz ukochany samochód odmówił posłuszeństwa wskutek wyczerpania akumulatora. A wszystko przez turystyczną lodówkę, którą niefrasobliwie zapomnieliśmy odłączyć. Kable rozruchowe oczywiście zostały w domu, bo kto przewiduje kłopoty z akumulatorem w środku lata? Nikt na campingu takowych kabli nie posiadał – z podobnych powodów – natomiast w okolicznych sklepach motoryzacyjnych kable właśnie „wyszły”, albowiem nie byliśmy jedynymi, którzy mieli kłopoty. Wizja przerwanych wakacji stanęła nam przed oczami – mieliśmy co prawda wykupione dodatkowe ubezpieczenie na takie okazje, ale póki co szukaliśmy alternatywnych rozwiązań, co by uniknąć opóźnień w podróży. Cudem zdobyliśmy kable rozruchowe (cena bolała…), co i tak na nic się zdało, ale ostatecznie udało nam się uruchomić samochód dzięki osobistemu zaangażowaniu sąsiadów-Ślązaków, którzy wzięli nasz wehikuł na hol i pobudzili go do życia. Byliśmy uratowani i mogliśmy ruszyć w dalszą drogę, a plany mieliśmy ambitne.
Na początek odwiedziliśmy kowbojskie miasteczko Silverado City – zupełnie udaną imitację Dzikiego Zachodu. Unurzani w kurzu odwiedziliśmy tamtejszy saloon, gdzie wymieniliśmy złotówki na miejscowe dolary – po stałym kursie 3zł za sztukę. Każde z dzieci dostało po dolarze z przeznaczeniem na wybraną przez siebie atrakcję – dziewczyny wydały swoje pieniądze na konną przejażdżkę, Tutek sprawdził się w strzelaniu z Winchestera. Zajrzeliśmy do indiańskiego wigwamu i biura szeryfa, gdzie zamknęliśmy dzieci w więzieniu (czasowo, niestety). Obejrzeliśmy interaktywne widowisko pokazujące przyjazd osadników do miasteczka, byliśmy świadkami strzelaniny rewolwerowców, a nawet próby powieszenia przez szeryfa jednego z nich. Zajrzeliśmy na miejscowy cmentarz, gdzie leżał „Morgan, 4 naboje, żył chyba 35 lat, a może i nie”. Zapowiadano jeszcze występ miasteczkowych „Sreberek” – w kankanie, jak sądzę – ale my pomknęliśmy już ku nowej przygodzie. A właściwie cofnęliśmy się w historii do czasów grodów warownych.
Biskupin zrobił na dzieciach duże wrażenie, mimo że w ubiegłym roku odwiedziliśmy wioskę celtycką z podobnym wystrojem wnętrz. Mieli porównanie – w zdecydowanie większej skali. Zaraz po przekroczeniu bramy wjazdowej grodu natknęliśmy się na łucznika, obowiązkowo w kożuchu i z długą grzywą (widać przed postrzyżynami był). Zorganizowaliśmy naprędce Rodzinny Turniej Łuczniczy. Wszyscy – oprócz Julki, która sama w sobie jest wielkości łuku – stanęliśmy w szranki i po kolei napinaliśmy cięciwę. Mało brakowało, a Oliwka odcięłaby sobie tą cięciwą ucho, tak mocno ją napinała! Wszystkim uczestnikom udało się trafić w tarczę – co uważam za wielki sukces – zawody zaś wygrał Mati, a w nagrodę został sfotografowany z łukiem, w łuczniczym kożuchu, na tle tablicy osiągów.
Pełni pozytywnej energii powędrowaliśmy w głąb grodu. Trzeba było dzieciakom tłumaczyć dlaczego, po co i jak. Dzięki Bogu rodzice odebrali staranną historyczną edukację i czytywali swego czasu pisma Pawła Jasienicy, ze szczególnym uwzględnieniem okresu panowania pierwszych Piastów. Można było więc zabłysnąć przed młodzieżą :)) Dzieciaki nie odmówiły sobie przyjemności (?) wgramolenia się na wysłane słomą twarde legowisko (kręgosłupy ucierpiały), Zuzię zaś interesowało jak ludzie sprzed wieków poruszali się po takich niewygodnych ulicach na obcasach? Ciekawe, w rzeczy samej…
Wdrapaliśmy się obowiązkowo na palisadę, żeby móc podziwiać gród z jednej, a jezioro Biskupińskie z drugiej strony. Mieliśmy też okazję obserwować produkcję łużyckiej biżuterii, a także lepienie ceramiki użytkowej. Miła pani wyrabiająca gliniane kubeczki, popijała z jednego z nich gorącą kawę na znak, że funkcjonują prawidłowo (po wypaleniu, oczywiście).
Po opuszczeniu grodu (i obłupieniu sklepu z pamiątkami, ha, ha) udaliśmy się leśną ścieżką w kierunku Muzeum, mijając po drodze scenografię do „Starej Baśni”, szałasy, piece gliniane etc. I posąg Światowida (czy raczej Świętowita), oczywiście. Jeszcze wizyta w Muzeum (przy okazji wystawy biskupińskich skarbów obejrzeliśmy czasową ekspozycję o starożytnej Grecji, nie bez przyjemności), potem oględziny prawdziwej barci, rzut oka w głębię studni z żurawiem i… kolejna podróż w czasie – kilka kilometrów dalej. Tym razem do czasów prehistorycznych!
W pobliskim Rogowie odwiedziliśmy bowiem Zaurolandię, czyli Park Dinozaurów, których figurki – naturalnej wielkości – były porozstawiane wzdłuż trasy spacerowej. Dzieciaki rzuciły się na prehistoryczne stwory i zażądały od nas zdjęć. Cóż było robić, chwyciliśmy aparaty i zaczęliśmy sesję fotograficzną. Daję słowo, nie przepuściły żadnemu dostępnemu wielkością egzemplarzowi, wyhamowały nieco dopiero przy ZNACZNIE większych od siebie! Namacalnie poczuły potęgę dinozaurów.
Na zakończenie spaceru wpadliśmy z wizytą do neandertalskiej rodziny przygotowującej strawę oraz zapolowaliśmy na mamuta – na szczęście były to bezkrwawe łowy, bo i my uzbrojeni byliśmy jedynie we flesze, a i mamut jakiś taki plastikowy był.
Tego dnia, późnym wieczorem, po dniu pełnym wrażeń i równie interesującej przeprawie przez polskie drogi, dotarliśmy w rodzinne strony, gdzie mogliśmy odpocząć i oddać się bardziej rodzinnym rozrywkom.
To be continued...:)))

20:49, oszin13
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 sierpnia 2011
Home, sweet home!

Co jest najfajniejsze w każdej podróży? Powrót do domu, oczywiście! Wiedzą to i wielcy i mali podróżnicy. Home, sweet home ma sens.

My także wróciliśmy z naszych wakacyjnych wojaży. Wczoraj rano dotarliśmy do celu, potwornie zmęczeni po nieprzespanej nocy na promie, z bagażem niezatartych wakacyjnych wspomnień i stosem prania z sześciu osób. Ale szczęśliwi. Pies nam w czasie tych trzech tygodni nieco wyrósł na przyjacielskim wikcie, trawa rozpasała się w ogrodzie, a lodówka smętnie świeciła pustkami w oczekiwaniu na zapełnienie. Zrzuciliśmy podróżnicze buty, powyciągaliśmy z samochodu bagaże i powolutku ruszyliśmy z posad bryłę świata, biorąc się za bary z doprowadzeniu domu do ponownego użytku. Wstawał nowy dzień, a nam pachniała świeża pościel w łóżkach. I nie trzeba było rozkładać namiotu!
Powoli odzyskujemy równowagę duchową i cielesną. Nieco odespaliśmy trudy podróży - przynajmniej niektórzy z nas. Dziewczynki pognały dziś rano na zajęcia w ostatnim z wakacyjnych klubów, Mati stara się nadrobić zaległości telewizyjno-komputerowo-xboxowo-towarzyskie, zrobiłam już trzy z zaplanowanych sześciu prań (modląc się o pogodę na jutro), lodówkę zapełniliśmy w stopniu znacznym. Ogarniamy sytuację. Jeszcze trochę tego ogarniania i będę mogła opisać nasze wakacyjne przygody w blogowej formie. Tymczasem cierpliwości.
Czego i sobie życzę.

21:59, oszin13
Link Dodaj komentarz »