To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
niedziela, 19 lipca 2015
Obchody urodzinowo-rocznicowe

Wakacje nam się rozwijają – powoli i w planowany sposób, no może z wyjątkiem pogody, bo jest raczej nieprzewidywalna, szczególnie w naszym kraju. Ale – bierzemy co jest i zbytnio nie marudzimy ;)

Wraz z końcem czerwca i początkiem lipca minęliśmy rodzinne kamienie milowe pt. ‘Urodziny Mamy’ i ‘Julkowa Siódemka’, dobiliśmy też bezpiecznie do przystani ’13 Lipca’ – czyli Podwójne Święto’. Tańcom, hulankom, swawolom i prezentom nie było końca, aż się cieszymy, że mamy to już za sobą! Szczególnie, że przecież starsi jesteśmy o kolejny rok, to i cieszyć się nie ma właściwie z czego J Za to rocznica ślubu już zacna – dziewiętnasta – a nasze małżeństwo wciąż „zgodne, szczęśliwe i trwałe”. I oby tak dalej!

Skorośmy się naświętowali, czas by wziąć się za bary z wakacyjnymi zobowiązaniami.
Przede wszystkim – Summer Schmeme w ostatnim tygodniu lipca! To już taka nasza mała świecka tradycja, że rokrocznie rodzinnie angażujemy się w organizację imprezy – Julka i Oliwka są uczestnikami, Mati i Zuzka pracują jako wolontariusze, a i tata zgłosił chęć pomocy w razie potrzeby i możliwości. A nad całością czuwam JA - z racji wykonywanego zawodu :) 
Tegoroczny Summer Scheme będzie największym z dotychczasowych – na liście mamy dokładnie 222 dzieci w wieku 4-11 lat, więc czeka nas nie lada wyzwanie organizacyjne. Będzie to impreza „Nie z tego świata” – dosłownie i w przenośni, bo nasze naszpikowane atrakcjami kolonie letnie, od lat cieszą się dobrą sławą w miejskiej społeczności. Tak dobrą, że niegdysiejsi uczestnicy, zgłaszają się do nas później do pracy jako wolontariusze, byle tylko być częścią tej wakacyjnej przygody jeszcze przez chwilę. Tak było z Matim i Zuzką, takie plany ma też Oliwka, dla której tegoroczny Summer Scheme jest ostatnim. I w ten sposób przedłużymy klanową tradycję ;)

Zaraz po wypełnieniu tegorocznych wolontaryjnych zobowiązań, Mati rusza na swoją londyńską przygodę – samotnie, bo najbliższy kolega zdezerterował bym z projektu zupełnie niedawno. Nie wiem kto będzie się bardziej denerwował tym jego wypadem – Matt czy my, jako rodzice. Z pewnością najbardziej przejęta będzie babcia, która już zdążyła udzielić nam – nieodpowiedzialnym rodzicom – szeregu reprymend przez telefon w tym temacie. Ale, koniec końców, nasz ‘syneczek’ jest już dorosły, za rok wybiera się na studia i nie można go trzymać bez końca pod kloszem. Zwłaszcza, że ten wyjazd był jego marzeniem i osiemnastkowym prezentem. Siedzimy więc cicho, dopinamy terminy i dajemy dobre rady, ufając że wszystko będzie dobrze. Tyle możemy zrobić w temacie survivalu w wielkim mieście naszej latorośli.

Na fali stawiania przed naszym synalkiem dorosłych problemów, zamierzamy też zostawić go sam na sam z domem oraz psem jako istotą żywą, a sami wyjechać gdzieś w siną dal na krótsze lub dłuższe wakacyjne wojaże. Jeszcze do końca nie wiemy co, gdzie i jak, ale coś zorganizujemy na cito - w końcu jesteśmy mistrzami działań improwizacyjno-organizacyjnych.
Mati się zgadza, nie wiemy tylko, czy PIES nam tego typu eksperymenty wybaczy ;)

*  *  *

W ramach wakacyjnego wałęsania się po okolicy, trafiliśmy do Belfastu na Rall Ship Races – regaty żaglowców z całej Europy. Impreza trwała kilka dni, ale my upatrzyliśmy sobie ostatni z nich, żeby obejrzeć statki w pełnej krasie, wychodzące z portu na start regat. A było co oglądać! W paradzie brało udział kilkadziesiąt żaglowców, w tym kilka z Polski - spotkaliśmy m.in. naszego ‘starego znajomego’ Frydery Chopina oraz ORP Iskra. Największym z największych był portugalski czteromasztowiec Santa Maria Manuela. Znaleźliśmy kilka interesujących kryp w stylu z ‘Piratów z Karaibów’, a Matiego najbardziej zainteresował brytyjski okręt wojenny. Piękne to były widoki, a na niektóre ze statków można się było z miejsca zaokrętować na rejs do Norwegii! Nie daliśmy się skusić, ale słyszeliśmy, że znaleźli się chętni na taką przygodę! Ahoj z nimi!
A tak przy okazji – ‘Fryderyk Chopin’ WYGRAŁ regaty w swojej klasie. Gratulujemy!

 

*  *  *

Oglądając, jako się rzekło, mniejsze lub większe statki wypływające z portu, próbowaliśmy odgadnąć kraj, z jakiego pochodzą – oczywiście na podstawie bander.
- Ten jest z Rosji! – krzyknęliśmy zgodnie widząc biało-niebiesko-czerwoną flagę.
- Zaraz, zaraz! O ile nie powiesili jej go góry nogami, to ta flaga jest właściwie czerwono-biało-niebieska! – zauważyłam - Co to za kraj?!
Oliwka w skupieniu zamknęła oczy, by po kilku sekundach zawyrokować: -To Holandia!
Mati, który w tym samym czasie rzucił się go przeglądania internetu w telefonie, podał identyczną odpowiedź… minutę później!

Na słowie (i głowie) Oliwki polegaj jak na Zawiszy!

*  *  *

Wszechstronna wiedza naszej Oliwy, na której zazwyczaj polegamy, potrafi jednak zwieść nieświadomego człowieka lepiej niż syrena. I trzeba mieć się na baczności, by nie zostać wpuszczonym w maliny.
- O! – krzyknęła Oliwka na widok wieży zegarowej w Belfaście – To jest Small Sam!
- Dlaczego? – zainteresowałam się.
- Bo to mniejsza wersja Big Bena! – odparła Ola.
- Nie wiedziałam, że tak się nazywa! - gładko łyknęłam świeżą ciekawostkę z topografii Belfastu.
- Mamo… - odparła z politowaniem Oliwka – To był taki żarcik!

I wierz tu autorytetom, człowieku…

*  *  *

- Tato, czy mogę zjeść truskawki z lodówki? – spytała Oliwka.
- Zjedz – odparł nagabnięty na okoliczność rodzic.
Oliwka pożarła więc ze smakiem truskawki, po czym wyrzucając pudełko, zreflektowała się, że były jeden dzień po terminie przydatności do spożycia!
- Tato, tato! Czy te truskawki mi nie zaszkodzą? – zatroskała się o własne zdrowie Oliwka post factum.
- Nie powinny. – uspokoił ją tata.
Oliwka zniknęła ponownie w kuchni na czas jakiś, by wrócić z dodatkową informacją.
- Wiesz co? Obejrzałam jeszcze raz pudełko. Tam było też napisane, żeby UMYĆ truskawki przed zjedzeniem. Nie umyłam ich, ale WYPIŁAM teraz trochę wody, więc będzie okej, prawda?

Z pewnością było okej! Zwłaszcza, że Oliwka uniknęła jakichś kuchenno-gastrycznych rewolucji.

*  *  *

Julka przypominała sobie polskie nazwy dni tygodnia.
- Monday?
- Poniedziałek.
- Tuesday?
- Wtorek.
- Wednesday?
- Hmmmm – zastanowiła się Julka.
- Pomyśl, ta nazwa zaczyna się na ś…
- ŚOBOTA! – wykrzyknęła triumfalnie Jula.


A następny z kolejności jest z pewnością ŚWARTEK, jak mawiał nasz znajomy student z Afryki ;)

*  *  *

- O Matko! – mruknęłam pod nosem, czytając jakiś wyjątkowo zakręcony tekst w polskiej gazetce.
- Co? – zainteresowała się Oliwka.
- Czytam ten tekst i próbuję zrozumieć o co chodzi autorowi! To jakiś bełkot!
- Aha! – pokiwała ze zrozumieniem głowa Oliwka. - Czyli po prostu nie rozumiesz o co kaman!

No nie wiem, zaiste!

*  *  *

Dziewczyny szły na miasto, poczynić pewne tajemnicze zakupy związane z wysypem urodzin w rodzinie.
- Macie tu pięć funtów na rozpustę! – zagadnął je ojciec, wysupłując z portfela wspomniany banknot.
- Dzięki! – krzyknęły latorośle i zniknęły za drzwiami.
Jakoż po upływie godziny pojawiły się z powrotem, objuczone zakupami, z paczkami chipsów i butelkami słodkich napojów w obu rękach.
- Na co właściwie wydałyście kasę, która wam dałem? – zagadnął ojciec, ruszony chyba wyrzutami rodzicielskiego sumienia.
- Na książki! – odparły dziewczynki, wyciągając z plecaków kilka egzemplarzy literatury.
- A te słodycze?!
- Kupiłyśmy za własne pieniądze!

Aaaa, skoro za własne, to się nie liczy! Możemy spać spokojnie ;)

*  *  *

Chcąc ‘pomóc’ moim dzieciom spokojnie zasnąć wieczorową porą, zaaplikowałam im ostatnio nową zasadę – po godzinie 23-ciej wyłączam Wi-fi. Ogłoszenie w tej sprawie zostało przyjęte przez małoletnich z cichym, acz niechętnym zrozumieniem.

Jakoż kilka dni później, Zuzka zgłosiła się do mnie pełna zadziwienia.
- Mamo! Ty NAPRAWDĘ wyłączasz Wi-fi!
- Wyłączam! A co, nie uwierzyłaś mi?
- Myślałam, że tylko tak straszysz!
 

No, patrzcie Państwo, jak to się można zdziwić, że rodzicie nie żartują!

*  *  *

- Mamo! Chciałam ci powiedzieć, że w sprawie Wi-fi wygrałaś bitwę, ale przegrałaś wojnę! – oznajmiła mi Zuzanna z całą swą trzynastoletnią stanowczością.
- Tak? A dlaczego? – zainteresowałam się uprzejmie.
- Bo ja i tak mogę korzystać z Internetu w moim telefonie! Ha! – rzuciła mi triumfalnie Zuzka.
- Owszem. – zgodziłam się. – Ale musisz za to płacić z własnego konta!
- NA-PRAW-DĘ?! – zdziwiła się Zuzka i wyraz triumfu spełzł był z jej twarzy.

Okazuje się, że zasada nagłego zdziwienia dotyczy także dzieci :)

*  *  *

Oliwka wraz z koleżankami z podwórka, założyła ostatnio firmę rękodzieła artystycznego, produkującą gumkowe bransoletki, zwane loombandami. Oczywiście celem sprzedaży i szybkiego wzbogacenia się.

- O ile pamiętam, masz gdzieś schowanych kilka takich bransoletek z zeszłego roku, nie musisz więc zaczynać od zera. – starałam się podsycić w Oliwce ogień młodego przedsiębiorcy,
- Mam kilka sztuk – przyznała Oliwka – ale zamierzam je zachować. Dla WNUKÓW!
- Dla wnuków?! – nawet mnie zadziwiła jej dalekowzroczność.
- Tak! Usiądę sobie w wnukami, wyjmę swoje loombandy i powiem ‘ takie rzeczy były w czasach babci popularne!’

To dopiero będzie opowieść!

A wracając do zysków z firmy – póki co, Oliwka nie sprzedała NIC, za to KUPIŁA - jeszcze jedną bransoletkę do swojej kolekcji dla przyszłych pokoleń ;)

*  *  *

- Ech, taki facet to ma dobrze! – ukuła teorię Zuzanna – Może się golić albo nie, a i tak wygląda dobrze. A dziewczyna? Żeby mieścić się w jakichś kanonach mody musi się golić, szczególnie pod pachami. A to boli i piecze!
- No tak! - zgodziłam się z przedmówczynią. – Mówi się, że facet powinien być tylko trochę przystojniejszy od diabła.
- A kto powiedział, że diabeł jest brzydki?! – odparowała Zuzka - Przecież jest upadłym Aniołem, a Bóg stworzył Anioły jako istoty doskonałe, więc także piękne!

Taaak, wreszcie jakieś konkretne korzyści z posyłania dziecka do katolickiej szkoły dla dziewcząt!

*  *  *

W ramach wyrażania siebie i hołdując nieskrępowanej wolności we własnych czterech ścianach, zdarza nam się z pierwszym mężem głośno zaśpiewać jakiś wspólnie znany przebój lub puścić się w tany po kuchni. Nasze dzieci przyglądają się wygłupom rodzicieli z pewnym politowaniem, na szczęście zwykle dobrodusznym.
- O co chodzi? – zapytał pląsający w rytm sobie tylko znanej melodii ojciec, zauważając że Zuzka przygląda mu się z zainteresowaniem.
- A nic, nic! – odparła nagabnięta latorośl – Po prostu cieszę się, że mam NIENORMALNYCH rodziców!

 W naszej rodzinie takie wyznanie to komplement!

14:04, oszin13
Link Dodaj komentarz »