To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
sobota, 27 lipca 2013
Žena za pultem

Czekaliśmy, czekaliśmy i doczekaliśmy się - domowej rewolucji! Mama zaczęła pracę! Co prawda przez tryby machiny kwalifikacyjnej przeszłam pomyślnie już jakiś miesiąc temu, ale pracę właściwą zaczęłam dopiero teraz. I nie za „pultem”, a raczej za biurkiem, ale efekt jest ten sam – KOBIETA POZA DOMEM!
Na szczęście dla rodziny to tylko pół etatu, więc i rewolucja w życiu domowego ogniska nie jest aż taka kolosalna. W praktyce znikam z oczu najbliższych jedynie na kilka godzin dziennie, a pod moją nieobecność piekielne rodzeństwo pozostaje pod „czułą” opieką starszego brata (i śpiącego po pracy ojca). Dają radę, a Tutek znakomicie odnajduje się w roli baby-sittera, inkasując przy okazji małe co nieco do kieszeni ;) Trochę to jednak potrwa, zanim dzieci opatrzą się z nową sytuacją, a ja z widokiem pośniadaniowego bałaganu panującego w kuchni do godzin popołudniowych. Grrrrr…

Oczywiście najbardziej zadziwiona jest Julka, która do tej pory miała mamunię na dyspozycji o każdej porze dnia i nocy, a teraz – pupeczka! Malutka jakoś przełknęła mój pierwszy dzień w pracy, drugiego dnia też nic nie powiedziała, ale kiedy w środowy poranek zobaczyła jak szykuję się do wyjścia, zapytała:
- Gdzie idziesz, mamo?
- Do pracy.
- ZNOWU?! Przecież byłaś już DWA RAZY!!!

Co zrobić – taki life! Brutal and full of zasadzkas!

*  *  *

Tutek pochwalił się ostatnio, że jego kolega dostał nareszcie wymarzone szkła kontaktowe.
- A ty? Nie chciałbyś zamienić okularów na szkła? – zagaiłam.
- Nie! – odpowiedział zadecydowanie Mati. – Kolega chciał mieć szkła, bo skarżył się na ciągłe poprawianie zsuwających się z nosa okularów. A przecież to jest w noszeniu okularów najlepsze! No, i nos na coś w końcu się przydaje!!!


I właśnie z powodu braku nosa Lord Voldemort nie mógł nosić okularów! Robił to za niego Harry Potter!

22:37, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 lipca 2013
To już jest koniec…

Ciężki to był tydzień, oj, ciężki. Dużo pracy, dużo dzieci, dużo słońca. Ale jaka satysfakcja! Naprawdę aż żal, że przygoda z wakacyjnym klubem trwała tak krótko! Zakończyliśmy ją z wielką pompą monstrualnym grillem na prawie 200 osób, i skakaniem po dmuchanych zamkach, i objadaniem się lodami, i wspinaniem na ściankę i spotkaniem z gadzio-pajęczą menażerią (brrr!!!) – ku uciesze gawiedzi. Podliczenie „złotych nuggetów”, które wszystkie dziecięce grupy zarabiały przez tydzień wyłoniło „zwycięzcę” – na zakucie w dyby skazano biednego Spidermana. Unieruchomiony superbohater został wystawiony na widok publiczny i następnie obrzucony zgniłymi pomidorami (o które przy gorącej pogodzie nie było trudno). Zabawa ta tak spodobała się naszemu leaderowi z Belgii, Pieterowi, że dobrowolnie wskoczył w dyby i z uśmiechem poddał torturom w postaci oblania wodą i obsypania mąką. Jak to łatwo uszczęśliwić Belga…

A na sam koniec, kiedy na placu boju została sama kadra, bo odebrano ostatnie dziecko, padło wezwanie do zbiorowego oblewania się wodą. Nie pamiętam już kto wpadł był na taki pomysł, ale niech będzie błogosławiony! :) Wodne szaleństwo to było to, co nam pod koniec upalnego dnia zrobiło najlepiej! Złapaliśmy wodne pistolety, balony, butelki i urządziliśmy śmigus-dyngus w letniej odsłonie! A potem jeszcze mokry grupowy przytulasek i… trzeba było się rozstać. Jutro spotkamy się na wielkim sprzątaniu, a potem „żegnaj klubie na rok!”

Tak było w piątek, a już w sobotę klubowi leaderzy (a pewnie i niektórzy z uczestników) wyjechali w plener dla złapania oddechu po tygodniowej harówce. Prywatnie, oczywiście, ale jakby zbiorowo, bo kierunek był jeden – PLAŻA! Tylko nazwy plaż nieco się różniły, kiedy oglądaliśmy potem swoje zdjęcia na Facebooku. My też pojechaliśmy rodzinnie w towarzystwie Paszczaka, bo grzechem było siedzieć w domu przy takiej pogodzie. I tylko Mati nam się wykruszył z ekipy – miał „kinowe” zobowiązania. Cóż zrobić, takie życie, trzeba się przyzwyczaić, że nasz „doroślak” może mieć bardziej interesujące plany niż rodzinny wypad w nieznane. Chyba dopada nas syndrom pustego gniazda – po raz pierwszy, ale przecież nie ostatni…


19:21, oszin13
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 lipca 2013
Busy tydzień

Cytując mojego prywatnego syna – jesteśmy w samym środku „busy tygodnia”. Głównie w związku z zamieszaniem wokół Wakacyjnego Klubu, na którym dzielnie walczymy ze studwudziestoosobową grupą dzieciaków w wieku od 4 do 11 lat, wspomagani siłami kilkunastu wolontariuszy i czterech superbohaterów. Jakich? – Spidermana, Supermana, Batmana i Hulka! Ma się te znajomości, he, he! A że znajomości nasze sięgają „na koniec świata i jeszcze dalej”, od czasu do czasu pomaga nam dodatkowo Buzz Astral! Z taką pomocą spokojnie dajemy radę! 

Za nami trzy dni kipiące atrakcjami, ze szczególnym uwzględnieniem wycieczki na kręgle, szaleństw w Indianaland i śniadania, wprawdzie nie u Tiffaniego, ale za to w pięknych okolicznościach przyrody w Stormont. Przed nami jeszcze dwa dni, pełne równie ekscytujących atrakcji, a na wystrzałowy koniec planujemy BBQ, dmuchane zamki, malowanie twarzy i inne niespodzianki oraz… podliczenie punktacji grup i uroczyste zakucie „wygranego” superbohatera w dyby! :)

Ruch w tym klubowym interesie mamy taki, że po powrocie z „miłej pracy z dziećmi”, późnym popołudniem, padamy z Matim i dziewczynkami jak te muchy i bez chwili relaksu ani rusz. A po wspomnianej chwili relaksu dzieciaki ruszają do szturmu na domową elektronikę, a ja skręcam się w kuchni w poszukiwaniu komponentów na szybki obiad dla zgłodniałej czeredy, a ojca szczególnie.
Przy okazji, muszę pochwalić pracującą w klubie młodą kadrę wolontariuszy, a mojego prywatnego syna szczególnie. Świetnie radzi sobie w dziećmi – opiekuje się grupą 6-7 latków i naprawdę dobrze mu to wychodzi! Zdaje się, że stał się dla swoich podopiecznych prywatnym superbohaterem, bo patrzą weń jak w obrazek. A i on jest szczęśliwy – nareszcie mówi coś do młodszej gawiedzi, a ona go słucha! Nie to co niegrzeczne młodsze siostry w domu! Jakież to budujące dla rozwijającego się młodego umysłu! :)

*  *  *

Tak się jakoś dziwnie składa, że pierwsza połowa lipca to dla nas czas obfitości - imprezowej. Nie dość, że zatrzęsienie urodzin – i Julki, i Pierwszego Męża, i osobistego brata, i kuzyneczki - to jeszcze rocznica ślubu, a nawet dwóch ślubów, bośmy je brali nie tego samego dnia, ale w odstępie tygodnia :) Równo 17 lat temu!
Mamy więc sporo okazji do świętowania, a do tego miejsce w którym przyszło nam żyć dorzuca swoje trzy grosze w postaci hucznych obchodów rocznicy bitwy nad Boyne. Palone są pieczołowicie ustawiane na tę okazję stosy, ustawiane są „bramy” wyznaczające granice protestanckich dzielnic, a ulicami miast i wsi wędrują orkiestry Lóż Orańskich, ku radości jednych, niezadowoleniu drugich i ciekawości trzecich, czyli nas.

W tym roku wyczailiśmy wyjątkową imprezę – największą w Irlandii Północnej paradę oranżystów oraz Sham Fight, czyli odtworzenie historycznej potyczki króla Wilhelma III Orańskiego z królem Jakubem II Stuartem z 1690 roku. A wszystko to w… maleńkiej wiosce Scarva, liczącej na co dzień  niewiele ponad 300 mieszkańców, a odwiedzanej rokrocznie 13 lipca przez stutysięczny tłum gapiów żądnych „paradowych” atrakcji. I nie ma w tej liczbie przesady – byliśmy, widzieliśmy! Polecamy!

*  *  *

A teraz facecje:

Podczas oglądania przemarszu parady, dziewczynki wyczaiły na sztandarach skrót LOL.
- Hi, hi, hi! – zaczęły głośno chichotać. – Spójrzcie! LOL!
Kilku uczestników imprezy, odzianych w uroczyste pomarańczowe emblematy, rzuciło im pełne potępienia spojrzenia, więc szturchnęłam je w boki i szepnęłam:
- LOL to nie skrót od Lot Of Laugh, tylko Loyal Order Lodge, więc cicho sza!
***

Julka, przećwiczona ostatnio w niektórych elementach stroju szkockiego, niemal natychmiast wyłowiła z tłumu paradujących, panów w spódniczkach, z dyndającymi wesoło sporranami.

- Mamo! Popatrz! – krzyknęła, pokazując palcem jednego z nich. – Mój dziadek też ma taką torebkę! Tylko czarną!!!

Owszem! Tylko jego torebka dynda pod dzikiem! :) 

***

Podczas naszej niedawnej podróży do Polski, umówiłyśmy się z Dziadkiem, czyli moim prywatnym rodzicielem, że zostawimy nieco nadbagażu, a on nam go później prześle paczką. Na tę paczkę czekała szczególnie Julka, bowiem spodziewała się odzyskać swój ukochany plecaczek, pełen bezcennych ulotek z Lotniska Okęcie. Wreszcie po kilku tygodniach paczka dotarła i Julka wyłowiła z niej plecaczek. Natychmiast do niego zajrzała, zlustrowała ulotkową zawartość i pełna zgrozy zawołała:

- A gdzie są KANAPKI, które miałam na drogę?!

Hmmm, myślę, że do tej pory pewnie wyszły!

***

Późnym wieczorem wędrowałyśmy z Julką do sypialni, gasząc po drodze wszystkie światła.
- Ale ciemno!! – krzyknęła Julka. – Teraz nawet CIEMNIEJ!!!
A po chwili namysłu zanuciła za moimi plecami przedszkolną piosenkę: „Where is Santa? I don’t know! Coming down the CHIMNEY!”

CIEMNO – CHIMNEY. I wszystko się zgadza! W końcu w KOMINIE jest ciemno, a nawet CIEMNIEJ!

***

- Mamo! Co to jest? – pyta Julka wskazując na reklamę leku wspomagającego pracę wątroby.
- Wątroba! – mówię, wskazując na jej ciałko w okolicach klatki piersiowej.
- To cycki?!
- Nie, to taki organ, który masz w środku!
- W cyckach?!
- Nie! W środku!!!
- W ŚRODKU CYCKÓW?!!! – pyta zadziwiona do granic możliwości Julka.

Ech, i gadaj tu z taką!

01:36, oszin13
Link Komentarze (1) »
środa, 10 lipca 2013
Kto by pomyślał?!

No, kto by pomyślał, że będziemy narzekać na upał w Irlandii Północnej? Tu przecież tylko pada i wieje, a w pozostałe dni wieje i pada! A jednak nie! I do nas zawitały tropikalne upały, tak wielkie że nawet nieskory do wizyt u fryzjera Mati, na własne żądanie pozbył się czupryny! Na zewnątrz mamy 31 stopni, błękit nieba, zero wiatru. W najczęstszym użyciu krem z filtrem i szlauch ogrodowy. Całe szczęście, że za wodę się u nas nie płaci, bo słono by nas to letnie szaleństwo kosztowało. A tak, możemy pławić się w wodnej mgiełce i łapać opaleniznę, bo jak szybko lato przyszło, tak szybko może odejść w siną dal. Łapmy więc dzień! I nie narzekajmy zbyt głośno i nachalnie!

*  *  *

Wraz z początkiem lipca, rozpoczął się nam festiwal - prezentów urodzinowych dla Czupurka. Na początek tani (bo bezpłatny) i oryginalny prezent dla pięciolatki, zaczynającej we wrześniu szkołę. Świeżutka karta biblioteczna! :) Zresztą na własne żądanie obdarowanej, żeby nie było że mama zapędziła dziecko siłą do biblioteki!
Z innych – BARDZIEJ dziewczęcych – prezentów były jeszcze księżniczkowy namiot, księżniczkowa różdżka, takaż opaska i różowe boa! A jako wisienka na urodzinowym torcie, niespodzianka dla wszystkich nieletnich! CYRK! Trzymając informację o cyrku, jako się rzekło, w największej tajemnicy, wywieźliśmy nieświadome dzieci w nieznanym im kierunku i dopiero widok wozów cyrkowych i ogromniastego namiotu ujawnił prawdę. Towarzystwo było podekscytowane do granic możliwości, bo dla większości z nich była to pierwsza wizyta na cyrkowej ziemi. Julka, wystrojona w swoje boa, z wielką świecącą tabliczka „It’s my birthday” na piersi, zasiadła na honorowym miejscu w bocznej loży i z otwartą buzią chłonęła tę feerię barw dookoła, ignorując nieco wysiłki klaunów i linoskoczków, domagając się za to co chwila występu zwierząt! Na szczęście zwierzęta BYŁY w programie i przez arenę przewinęły się psy, papugi i konie. Jeden z nich – taki co to rozsiadł się wygodnie, w wielkiej kraciastej chustce na szyi, w oczekiwaniu na kolację – zrobił na Julce naprawdę ogromne wrażenie!

Na mnie osobiście największe wrażenie zrobiły cyrkowe CENY – trzykrotnie większe niż w pozacyrkowym świecie! Kompletnie nieprzygotowana na taką ewentualność, wydałam wszystkie posiadane przy sobie zasoby finansowe na napoje, waty cukrowe, tudzież zdjęcie z papugą, więc na wizytę w cyrkowym zoo po spektaklu już mi nie starczyło. Była to przysłowiowa łyżka dziegciu w beczce urodzinowego miodu, ale w końcu nie można mieć wszystkiego…


*  *  *

Od przyszłego tygodnia zaczyna się nasz tegoroczny Klub Wakacyjny. To dopiero za kilka dni, ale już teraz mamy kupę roboty z przygotowaniem imprezy – malujemy banery, szykujemy materiały, przenosimy ławki, ustalamy menu i szukamy diabła tkwiącego w szczegółach. A ponieważ razem z Matim jesteśmy głęboko zaangażowani w organizację imprezy, zrywamy się bladym świtem, budzimy dziewczynki, zabieramy je ze sobą do miejsca zakotwiczenia Klubu i „zmuszamy” do pomocy. Oczywiście żartuję z tym zmuszaniem, bo one same rwą się do pracy, traktując całą sprawę jako dobrą odskocznię od wakacyjne nudy i wyróżnienie - w końcu przy tej okazji poznają kilka zakulisowych tajemnic zarezerwowanych tylko dla leaderów. A tym człowiek ważniejszy, im więcej wie!

*  *  *

- Oooo! – wykrzyknął niespodziewanie Matt, podczas projekcji filmu z popularnym polskim lektorem. - To taki lektor WSZĘDZIE ZNALEZIONY!
- To znaczy jaki?! – spytałam, próbując znaleźć w głowie jakieś proste tłumaczenie wyrażenia „wszędzie znaleziony” z angielskiego na nasze.
- Słyszę go w każdym filmie, który oglądam! – wyjaśnił Matt. – Czyli mogę go wszędzie znaleźć!

*  *  *

Podczas spaceru z psem, natrafiliśmy na jednym z parkowych drzew na niezwykle obfitą kolonię grzyba.
- Ten grzyb to pasożyt! – pośpieszyłam z wyjaśnieniem.
- Co to znaczy? – dopytywała się Oliwka.
- To znaczy, że żyje na drzewie i wyciąga z niego soki!
- Nieeee! – przerwała mi Julka z przekonaniem. - To są takie schody! Dla WIEWIÓRKÓW!

21:10, oszin13
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 lipca 2013
I mamy wakacje!

Skończyły się szkolne męki! Nastał czas laby i lenistwa, spania do południa i snucia się w piżamach jak najdłużej się da. Oczywiście wszystko to w wykonaniu dzieciaków, bo dla nas, dorosłych, czas wakacji ma jednak NIECO inny wymiar – kombinowania, planowania, organizowania, upominania oraz nieustannego otwierania i zamykania drzwi frontowych przed watahą dziecięcych przyjaciół.
C’est la vie! 

Dlatego trzeba koniecznie gdzieś wyruszyć! Na tegoroczne wakacje wstępnie przygotowaliśmy trasy eksplorujące piękno wyspy, na której żyjemy. Na szczęście mamy dusze wagabundów i niestraszne nam spanie w plenerze, byle pogoda dopisała. Wystarczy więc sprawdzić BBC Weather, podjąć decyzję, wybrać punkt, spakować sprzęt turystyczny do samochodu i hajda!
Oprócz mniej niż bardziej zaplanowanych wypadów rodzinnych, czeka nas w tym roku jeszcze Wakacyjny Klub, czyli tydzień pod hasłem Superbohaterów i Czarnych Charakterów. Łykamy go rodzinnie - dziewczynki jako uczestniczki, a my z Matim w charakterze leaderów. Albowiem nasz nastoletni synek zasilił szeregi wolontaryjne. Został szczegółowo sprawdzony przez AccessNi, zaakceptowany i nawet… zarobił już swoje pierwsze w życiu pieniądze – właśnie na pracy wolontaryjnej! Całe 20 funtów – wypisane na pierwszym w życiu czeku, wkrótce wyląduje na pierwszym w życiu koncie bankowym. Ech, te wszystkie pierwsze razy…
Matt też ma swoje własne plany na wakacje (całe szczęście, bo komputer się powoli przegrzewa) – cotygodniowe spotkania uczestników projektu BOSS, z połączonych protestancko-katolicko-imigranckich klubów młodzieżowych. I wyjazdy w ciekawe miejsca, z obowiązkowymi wizytami w McDonaldzie, KFC lub innym Subwayu :)
A na wrzesień któryś z Mateuszowych rozlicznych projektów planuje kolejny wypad do Londynu! I Tutek już się nań zgłosił! Jak tak dalej pójdzie, Matt będzie wkrótce lepiej znał Londyn niż Belfast! I jeszcze przyjdzie mu do głowy „zdradzić” Queen’s University na rzecz, ja wiem, University of London?...
Póki co, cierpliwie czekamy na rozwój wydarzeń…

*  *  *

W niedzielny poranek Julka przydreptała do mojego łóżka ze skargą na starszą siostrę.
- Mamo, Zuzia ogląda na dole film!
- Taaaak?... – spytałam nieco sennie. - Jaki film?
- No, jest tam jeden jest duży i ma duży pistolet, a drugi jest mniejszy i ma mały pistolet. – wyjaśniła szczegółowo Julka.
- „Faceci w czerni”? – skojarzyłam nie wiadomo skąd, chyba pod wpływem wizualizacji Willa Smitha stającego do walki z kosmitami z małym pistolecikiem.
- Nie wiem, ale Zuzia powiedziała, żebym sobie poszła, bo to nie jest film dla mnie. A ja się wcale nie boję!
- „Ja się nie boję braci Rojek, rym-cym-cym” – zanuciłam pod nosem znaną skądś melodię.
- Właśnie! – podchwyciła Julka. - Bracia! W tym filmie są też bracia!
Znaczy „Faceci w czerni” odpadali…
- He, he. Może jeszcze bracia Daltonowie! – zachichotałam i zwlekłam się z łóżka zaintrygowana. Zeszłyśmy z Julką na dół. 
W salonie, rozparta plastycznie na kanapie, Zuzia oglądała… przygody Lucky Lucka! Bracia Daltonowie właśnie uciekli z więzienia… :) 
I wszystko się zgadzało!

*  *  *

Wychodziłyśmy z dziewczynkami na babską wyprawę do Lidla.
- Czy możemy zabrać ze sobą psa? – spytała Zuzia.
- Coś ty! – przerwała jej Wszystkowiedząca Wiedźma Ple-Ple Oliwka – Psów nie wpuszczają do sklepów! Z wyjątkiem psów PRZEWODNICZĄCYCH!

Tacy Przewodniczący to zawsze mieli jakby lepiej – a Pierwsi Sekretarze to już w ogóle!

*  *  *

Julka nigdy jeszcze nie była w cyrku i bardzo chciała pójść. Wymyśliliśmy więc z pierwszym mężem, że w ramach Julkowej niespodzianki urodzinowej zabierzemy rodzinę do cyrku. Oczywiście do dnia urodzin obowiązuje tajemnica, tylko czy aby wszyscy mają ochotę na cyrk?!
- Synu – nagabnęłam Matiego konfidencyjnym szeptem. – Chciałbyś iść do cyrku?
- Sam nie wiem – odparł Matt. – Jeszcze nigdy nie występowałem przed tak dużą publicznością!

 Taaaa, oto co znaczy niestereotypowe myślenie!

11:30, oszin13
Link Dodaj komentarz »