To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
wtorek, 31 lipca 2012
Chleba i igrzysk!

Z powodzeniem realizujemy od kilku dni rzymską ideę ‘Panem et circenses’, dostarczając dzieciakom zarówno świeżych wyrobów piekarniczych, jak i sportowych emocji prosto z olimpijskich aren. W piątek wieczorem wytrwale obejrzeliśmy ceremonię otwarcia (na mnie osobiście nie zrobiła porażającego wrażenia, choć rozmachu nie mogę jej odmówić). Z rzeczy godnych zapamiętania - dwa nazwiska: Sir Kenneth Branagh (och…) i Rowan Atkinson oraz pomysł z królową (choć nie wykonanie), może jeszcze wykucie olimpijskich kółek…
Anyway, bardzo podobał nam się barwny pochód uczestników igrzysk z 204 krajów - dziewczynki wykrzykiwały co chwila „Co to za kraj?! Pierwszy raz o nim słyszę?!!”, a Elżbieta II z wyraźnym smutkiem liczyła ile straciła terytoriów mniej lub bardziej zamorskich. Oczywiście głośno komentowaliśmy egzotyczne kreacje i różne odleciane pomysły (czeskie kalosze - bomba!). Wreszcie na koniec przybył „nasz” ogień olimpijski - ten sam który widzieliśmy na ulicach naszego miasteczka kilka tygodni temu! I wciąż płonął! ;))) A potem siódemka młodych sportowców (w tym jedna Irlandka Północna!) zapaliła znicz - i wtedy wyjaśniło się po kiego grzyba dzieciaki w „strojach ludowych” targały na Wembley metalowe tuby! Bo to były elementy instalacji gazowej!!!! A myśmy zachodzili w głowę…
Już z samej soboty zaczęło się olimpijskie szaleństwo. Dzieciaki, a Oliwka w szczególności, śledzą sportowe zmagania, poznając nowe dyscypliny sportu i łamiąc język na nazwiskach uczestników. Póki co najbardziej podoba im się judo, podnoszenie ciężarów, pływanie i gimnastyka - no, i siatkówka, obowiązkowo, bo rodzice oglądają! Ale spokojnie, przed nami jeszcze cała lekkoatletyka! Będzie się działo!

*  *  *

Zuzka (przy współudziale koleżanek) wpadła na pomysł legalnego wyłudzenia kasy z rodzicielskiej kieszeni i przedstawiła nam listę kilkunastu rzeczy, które mogłaby wykonywać w domu za odpowiednią opłatą. Ojciec przeczytał uprzejmie Zuzkowe propozycje i odpowiednio (acz dyskretnie, żeby uczuć dziewczęcych nie urazić) je skomentował. Oto co ciekawsze przykłady (z oryginalną pisownią).

„spszontanie pokoju”
- Zuzka, nawet ja (znany dysortografik) wiem, że to się pisze inaczej!

„zmywanie naczyń”
- No co ty! Przecież mamy zmywarkę!

„mycie okien”
- Chcesz zabrać robotę panom od okien?!

„umyć auto”
- Coś ty, żeby zardzewiało?!

„spszątanie książek od rozmiary”
- Aaaa, czyli za encyklopedię zapłacimy więcej, a za <Poczytaj mi, mamo> mniej?!

„mycie dywanów”
- Skąd my ci weźmiemy dywany?!

I tak dalej, i tak dalej, w podobnym tonie, z „myciem rowerów”, „sprzątaniem toalet” i „czytaniem dla młodszych” włącznie.
Przestudiowawszy listę zapytaliśmy o cenę proponowanych usług. Zuzka powiedziała „50 pensów za wszystko!”, ojciec zgodził się natychmiast! ;)) Po ponownej kalkulacji Zuzka zmieniła cenę na „50 pensów za każde z zadań” i negocjacje zaczęły się od nowa. Ostatecznie zgodziłam się dawać Zuzi jakąś płatną robótkę od czasu do czasu - jej szczęściu nie było końca! Widocznie jednak termin „od czasu do czasu” ma dla mojej córki nieco inne znaczenie niż dla mnie. Od kiedy złożyłam moją niefortunną i mglistą deklarację Zuzka łazi za mną, zagląda przez ramię, obserwuje i co chwila z uśmiechem pyta: „Masz coś dla mnie?”
Niedługo oszaleję…

*  *  *

Nasza Oliwka zaskakuje nas niejednokrotnie - od czasu do czasu (sic!) także językowo. Otóż ostatnio, przygotowując pod maminym okiem swoją ukochaną jajecznicę, spytała:
- Mamo, czy mogę ROZPRZESTRZENIĆ masło?!
I od razu przypomniał mi się akademicki kolega, który razu pewnego pragnął UZURPOWAĆ w kosztach obiadu…

Julka także pochwaliła się nam ostatnio znajomością polszczyzny (a nawet staropolszczyzny!), ale ponieważ był to przykład łaciny podwórkowej, z przyzwoitości jej tu nie zamieszczę. Kontakty z elokwentną koleżanką odcisnęły swoje piętno…

22:00, oszin13
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 lipca 2012
Niespodzianka!

Udało nam się utrzymać wszystko w tajemnicy i nie wygadać się przed dziećmi, zwłaszcza że nie byliśmy pewni powodzenia projektu. Bo niby wszystko było zapięte na ostatni guzik i powinno się udać, ale przecież wiele mogło się po drodze wydarzyć i nie dojść do skutku. Na szczęście dobre duchy czuwały i sprawiły, że w czwartkowy poranek, kiedy nasze dzieci otworzyły oczy, ujrzały pochylającą się nad nimi… babcię z Polski! Ależ zrobiły miny!!! Bo niby skąd? Jak? Kiedy?! I zrobiliśmy im siurpryzę, że hej! A babcia przyleciała z niezapowiedzianą (dla niektórych) wizytą - mimo podeszłego wieku i z bagażem chorób. Babcia globtroterka! Teraz dzieciarnia - a Julka w szczególności - pławi się w cieple babcinego towarzystwa. Szczęściarze!

*  *  *

Korzystając z okazji, że i ona ma swoją babcię w zasięgu wzroku i dotyku, Julka pochwaliła się koleżance zza płota, która swoją babcię ma na stałe na miejscu.
- A moja babcia jest piękna! - rzuciła Julka, co miało znaczyć że babcia koleżanki piękna nie jest.
- A moja babcia jest piękniejsza, bo nosi okulary! - koleżanka odbiła piłeczkę.
- Moja babcia też nosi okulary! - krzyknął Czupurek. - Tylko teraz zgubiła i nie może znaleźć!

*  *  *

Przechodząc obok budynku Job Centre, Oliwka powiedziała nagle:
- Ten budynek jest jak cmentarz…
- Dlaczego?! - spytałam zdumiona, bo Job Centre kojarzył mi się z różnymi rzeczami - praca, zasiłki, zaświadczenia, ale żeby cmentarz?...
- Tam też mogą wchodzić tylko psy przewodniki! - odpowiedziała Ola, wskazując na tabliczkę: „No dogs allowed except guide dogs”.

Niby logiczne, ale dlaczego na przykład nie kościół albo sklep, gdzie obowiązują podobne zasady?...

*  *  *

Urządziłam sobie ostatnio wieczór wspominkowy z YouTube. A że wzięło mnie akurat na wspominanie czasów kiedy człowiek był piękny, młody i słuchał depeszów, założyłam słuchawki na uszy i hajda na Depeche Mode! Na początek ukochany kawałek „Walking in my shoes” (masterpiece!), potem całe Black Celebration (też ukochane), a dalej to już na wyrywki. Nuciłam sobie pod nosem, wymachując przy tym plastycznie rękami w takt perkusji, co oczywiście wzbudziło niechybnie zainteresowanie nieletnich. Wkrótce przykleiła się od mnie Oliwka i zaczęła podśpiewywać pod nosem wyświetlane na ekranie słowa, kompletnie nie słysząc melodii. Postanowiłam dopuścić ją do interesu (jako dobra matka, kształtująca gusta muzyczne młodego pokolenia), odłączyłam słuchawki i po chwili obie wyśpiewywałyśmy „Shake the Disease” (cicho, żeby ojca nie obudzić) - do czasu kiedy Oliwka bezceremonialnie wpakowała się na moje krzesło komputerowe i dobitnie powiedziała:
- Mogę teraz ja SAMA pośpiewać?!


To się nazywa wysadzić kogoś z siodła. Już nawet powspominać nie da się bezkarnie i w spokoju…

*  *  *

Kiedy tata wraca rano z pracy, wita dzieciaki słowami „Dzień dobry, dzieci-śmieci!”. Odpowiada mu chóralne „Dzień dobry, Królu-Lulu!”. Kiedy wkrótce potem tata idzie spać, rzuca w kierunku dzieciarni uprzejme „Dobranoc!” (co znaczy oczywiście „Spokój tam, bo idę spać!”), a dzieci odpowiadają interlingwistycznie:
Julka: Dobranoc, tatusiu!
Zuzka: Adieu, arrivederci, praszczaj! (cytując “Dziewczynę i chłopaka”).
Oliwka: Auf Wiedersehen! (kompletnie nie wiem skąd…)

A potem zapada międzynarodowa cisza - MINUTA ciszy.

21:38, oszin13
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 lipca 2012
Córeczki moich córeczek

Nasze lale

22:49, oszin13
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 23 lipca 2012
Mieliśmy stracha…

Na szczęście już po wszystkim! Nasz Tutek przeżył piątkową premierę „Mrocznego Rycerza”, co - jak wiadomo z portali informacyjnych - nie wszystkim na świecie się udało. Zdruzgotani doniesieniami z Denver pozwoliliśmy jednak Matiemu wyruszyć na zaplanowany kinowy wypad, mając nadzieję, że nasi rodzimi „bojownicy” nie wpadną na żaden wystrzałowy pomysł. Na szczęście nie wpadli i Tutek, jako rodzinny prototyp, przetarł rodzeństwu szlaki do samodzielnego oddalenia się z domu do odległego miasteczka, celem podziwiania uroków X-tej Muzy (choć spodziewamy się podobnych wyczynów w wykonaniu dziewczynek nie wcześniej niż za kilka lat!). A do tego miał być może ostatnią okazję obejrzenia „Mrocznego rycerza” w wersji full, bez planowanych cięć scen walki. Jak to historia dziwnie się toczy…

*  *  *

Lato z dziewczynami w pełni! Wczoraj cały boży dzień realizowałyśmy zarzucony kilka tygodni wcześniej projekt „Szmaciana Lalka”. Jakiś czas temu starsze dziewczynki własnoręcznie wykroiły i uszyły swoje szmaciane lale (pierwsze prace maszynowe!), a nawet zaczęły napełniać ich wnętrza, ale dopiero wczoraj wróciły do projektów. Musiałam więc na cito uruchomić rodzinną fabryczkę krawiecką. Dzięki zawartości starej poduszki lalki zyskały trzeci wymiar, przeznaczone na „szmaty” sukienki przerobiłyśmy na kreacje, włóczki zostały pieczołowicie zwinięte z motków w kłębki („Mamo, to skręcanie jest strasznie trudne! Naprawdę twoja mama też kazała ci to robić?!”) i posłużyły za fryzury. Jeszcze guzikowe oczy, czerwone uśmiechy i dwie nowe dziewczynki - Kasia i Ania - zasiliły rodzinne szeregi. To nie oznacza wcale końca pracy, bo już pojawiły się żądania wykonania szmacianki dla Czupurka, a poza tym wedle oceny Oliwki, jej lalka wymaga nadprucia i dopełnienia, bo „głowa jej za bardzo lata”, a i włosy, w wyniku intensywnego moszowania, też nieco straciły na urodzie. I tak w kółko…

*  *  *

O tym, że książka to najlepszy przyjaciel człowieka, nie muszę chyba przekonywać. I właśnie tego lata Zuzka odkryła SWOJEGO najlepszego przyjaciela - w postaci „Fabulous Girls’ Book”, czyli „Fantastycznej Książki dla Dziewczyn” (oczywiście w różowej okładce!) Poradnik ten zawiera kilkadziesiąt BARDZO MĄDRYCH i ABSOLUTNIE NIEZBĘDNYCH porad jak uczynić życie dziewczyny lepszym, fajniejszym etc. Od rzeczy jak najbardziej oczywistych („jak być fantastycznie pewnym siebie”, „jak wygrać konkurs talentów”), przez kosmetyczno-krawieckie („jak uszyć letnią spódnicę”, „jak zakładać sarong”, „jak mieć niesamowicie gładką skórę”), po nieco bardziej odleciane („jak stylowo chodzić z psem”, „jak unikać paparazzi”).
Lektura została wypożyczona z biblioteki, ale Zuzka już marudzi, żeby przekopać Amazona i kupić jej egzemplarz na własność, bo nie zdąży w pełni wykorzystać wszystkich książkowych zaleceń (ja myślę! skąd nagle wziąć jej pararazzi!) Póki co dziewczynki przeżyły już książkowe moczenie nóg w wodzie z płynem do kąpieli (dokładnie 10 minut!), nawilżanie i samodzielny pedicure. A dwa dni temu przerabiałyśmy rozdział „Jak mieć kaskadę kręconych włosów”, w wyniku którego nakręcałam włosy z trzech niewieścich głów na materiałowe papiloty wycięte ze starych spodni brata. Ale loki wyszły, zaiste, piękne ;)
Ech, ja też miałam w dziewczęctwie taką ulubioną książkę, wypożyczaną wielokrotnie z biblioteki, studiowaną i ukrywaną przed rodzicami w garażu, w starym zepsutym adapterze „Bambino”. To było „O dziewczętach dla dziewcząt”, a czasy były takie, że się z rodzicami nie rozmawiało o seksie. Trzeba było więc się samodzielnie doszkalać, najlepiej w tajemnicy! Muszę sprawdzić na necie, może wciąż tę książkę wydają…

*  *  *

Zuzka przeprowadzała z Oliwką ćwiczenia logopedyczne na głosce „sz”. Siedziały przed lustrem i powtarzały mniej lub bardziej „szeleszczące” wyrazy. Julka starała się też zauczestniczyć w zabawie, przycupnąwszy na schodku, ale została stamtąd przegoniona. Przyszła więc do mnie na skargę.
- Mamo, dziewczyny mówią żebym była cicho!
- To mów cicho - poradziłam, bo żal mi się zrobiło najmłodszej latorośli.
Uradowana dobrą rada Julka natychmiast pobiegła do dziewczyn i co sił w płucach wrzasnęła:
- CICHO!!!

Nie wiem czy o to mi chodziło…

12:48, oszin13
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 lipca 2012
Tajemnica tureckiego golibrody…

Niezły tytuł na kryminał, he, he! Zwłaszcza, że podobno tureccy golibrodzi używają w pracy brzytwy, a gdzie śmiga brzytwa tam o wypadek nietrudno… Zapowiada się, że wkrótce będę miała na ten temat wiadomości z pierwszej ręki - a raczej z pierwszej brody! Mój prywatny małżonek został bowiem urodzinowo obdarowany przez dowcipne koleżanki z pracy voucherem na tureckie usługi fryzjerskie, czyli strzyżeniem na krótko z goleniem na gorąco (i ostro ;)) Jeśli przeżyje - naturalnie będę się cieszyć, jeśli natomiast zostanie ofiarą golibrody - napiszę kryminał i zostanę drugą Agatą Christie ;) Tak czy inaczej - wygrywam!

*  *  *

Nasz Tutik wybiera się na premierę „Dark Knight Rises” w towarzystwie szkolnych kolegów. Kupił już bilet online, zarezerwował kinową miejscówkę, nastraszył ojca, że na wyjazd zabiera jego kartę bankową ;) i codziennie kontaktuje się z koleżkami na necie, co by domówić szczegóły wypadu. Tymczasem grono niedoszłych kinowiczów z dnia na dzień się zmienia - jeden jedzie smutny, bo jego dziewczyna nie może jechać (chyba już zresztą była dziewczyna), drugiego natomiast nie puszcza mama. I właśnie w sprawie owego drugiego kolegi Mati ukuł złowieszczą, samospełniającą się przepowiednię, którą podzielił się ze mną (i koleżkami).
- Jeśli mama mojego kolegi będzie trzymała go z dala od znajomych, to na pewno w rezultacie on zacznie się gorzej uczyć w szkole, znajdzie potem gorszą pracę i będzie mu się potem gorzej wiodło w życiu!
Nostradamus by się uśmiał - zwłaszcza wiedząc, że u źródeł paskudnej przyszłości leżał zakaz wzięcia udziału w zbiorowym wypadzie do kina w wieku 15 lat ;)
Zdesperowany kolega, łapiąc się ostatniej deski ratunku, pokazał Mateuszowy wywód swojej mamie, która wprawdzie się ubawiła, ale jednak nie zmieniła zdania. A ponieważ kolega nadal nieustępliwie dyskutował z rodzicielskim werdyktem, dostał dodatkowy zakaz wyjazdu od swojego taty! I tyle na tym zyskał.

Tutek chciał dobrze, a wyszło… jeszcze gorzej!

*  *  *

- Wiem dlaczego nasza flaga jest niebieska! - zaskoczyła mnie ostatnio Oliwka.
- Hę?!!! - za Chiny Ludowe nie mogłam się w „biało-czerwonej” dopatrzyć niebieskich akcentów.
- No wiesz, brytyjska flaga - czerwona, niebieska i biała! To wszystko przez Szkocję! - odparła niewzruszona moim zdziwieniem Ola.

Okazuje się, że flagi jak dzieci - wszystkie są NASZE!

*  *  *

Zuzka zaskoczyła niedawno swoją koleżankę nieoczekiwanym pytaniem.
- Czy wiesz kto to jest Jerzy Kulej?!
- Nie! - odparła zagadnięta na okoliczność koleżanka (jak można było się spodziewać).
- To najlepszy polski bokser! Miał nawet reprezentować Polskę na Olimpiadzie, ale zmarł na zawał!
- Aha… - odparła koleżanka niepewnie.

No, z tą Olimpiadą to Zuzka nieco przesadziła, przyznaję, ale za wiedzę ogólną - szacuneczek!!!

*  *  *

- Zuzka, umyłaś ręce? - zagrzmiałam.
- Tak!
- Coś ściemniasz! Wsadziłaś na chwilę pod wodę i potem strzepnęłaś! Umyj dokładnie!
- Mamo! Nie mogę mieć zbyt czystych rąk, bo potem jedzenie dziwnie smakuje!

Zaskakująca zależność. Zwłaszcza, że Zuzka przymierzała się do zjedzenia loda - na patyku! A tajemnica dziwnego smaku tkwiła w... zapachu mydła!

21:25, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3