To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
sobota, 30 lipca 2011
Superdzieci

Przypomniało mi się, więc uprzejmie donoszę.
Ostatnio znajoma mama kilkumiesięcznego bobasa zagadnęła mnie w jakiejś niemowlęcej sprawie.
- Nie wiem, moje dzieci tego nie miały – odparłam, nie mogąc pomóc jej w rzeczonej kwestii.
- Ach, te twoje dzieci – skwitowała znajoma mama z lekkim niedowierzaniem w głosie – I kolek nie miały, i dentystę lubią, i szkołę kochają!
- Kiedy to wszystko prawda! – broniłam się, w imieniu dzieci.
Mam superdzieci! Wszystkie razem i każde z osobna! A najnowszym tego dowodem jest fakt, że moja Zuzanna, dumna posiadaczka konsoli DSi, sama z siebie założyła sobie na tę konsolę blokadę rodzicielską, poważnie ograniczając jej (i swoje) możliwości! Jakby tego było mało, ustaliła hasło dostępu do blokady, po czym była uprzejma je zapomnieć. Nie potrafi także poprawnie odpowiedzieć na pytanie-podpowiedź („Twój ulubiony film” :)) Sytuacja jest o tyle śmieszna, że teraz ja – rodzic właściwy – muszę kontaktować się z Biurem Obsługi Klienta Nintendo, udawać, że zapomniałam hasła i też nie potrafię podać tytułu ulubionego filmu, celem odblokowania konsoli. Póki co jestem na etapie mailowania z BOK, potwierdzania własnej tożsamości, wysyłania numerycznych kluczy etc. Okazuje się, że dużo prościej jest zablokować konsolę, niż ją odblokować.
Wszystkie te ciągnące się procedury mają oczywiście sens w NORMALNYCH okolicznościach – kiedy to małolat stara się przebić przez założoną przez rodzica blokadę, a nie odwrotnie. W przypadku moich dzieci sprawy mają się zwykle inaczej.
Ktoś musi zawyżać statystyki…

01:27, oszin13
Link Dodaj komentarz »
Dotarliśmy…

… do nerwowego momentu pakowania SAMYCH NIEZBĘDNYCH RZECZY na pokład naszego wehikułu. Odkładaliśmy ten moment jak długo się dało, ale że dłużej już się nie da, trzeba chwycić byka za rogi. Powoli ogarniamy sytuację, ustawiając stosy ubrań, robiąc ostatnie zakupy i skwapliwie odhaczając (na licznych spisach) rzeczy załatwione. Dziś na przykład zakupiliśmy ostatnie suweniry, w tym AUTENTYCZNY kamień Blarneya dla znajomego studenta, opatrzony stosownym certyfikatem gwarantującym  posiadaczowi dar krasomówstwa i irlandzkiego szczęścia. Przed obroną jak znalazł – wtedy każda pomoc się przyda (co wiemy z autopsji). A po wynikach poznamy, czy kamień był naprawdę autentyczny!

*  *  *

Szczęśliwy kamień z Blarney przydałby się pewnie i nam samym – jako oręże do walki z przedwyjazdowymi przeciwnościami losu. Kiedy udało nam się uporać z nieplanowanymi wydatkami, nastały czasy problemów administracyjnych. Przykłady? – prosszzzz.
Do tej pory czekamy na dwa dziecięce paszporty, które – według twórców ustawy – powinny były zostać dostarczone w przeciągu 2 miesięcy od daty złożenia wniosków, czyli 3 tygodnie temu! W poniedziałek (6 dni do wyjazdu) postanowiliśmy działać i chwyciliśmy za telefon. Konsulat w Edynburgu milczał jednak jak zaklęty. Zaczęliśmy już podejrzewać atak terrorystyczny w Szkocji! 6 godzin i 40 połączeń później (po nauczeniu się na pamięć tekstu automatycznej sekretarki w obu wersjach językowych), udało nam się nareszcie chwycić żywego człowieka po drugiej stronie drutu telefonicznego. Szalenie miły pan nawet się przejął naszym problemem, jednak wyjaśnił nam, że w tym tygodniu nie spodziewają się przesyłki paszportowej z Polski, więc wybijmy sobie z głowy wyjazd (tum dum dummmmm). Na szczęście mieliśmy plan B! Poprosiliśmy pana – skoro się już przejął - o przekopanie konsularnych archiwów i wydobycie zeń mojego prywatnego paszportu, który czekał tam gdzieś grzecznie na wykreślenie dzieci, wraz z nadejściem ich własnych paszportów. Pan się wywiązał, odnalazł rzeczony dokument, wsadził do koperty „special delivery” i wysłał jeszcze tego samego popołudnia. A następnego dnia rano (!) pani listonoszka zajechała z gracją pod nasz dom, dostarczyła przesyłkę i odzyskałam paszport. Można? Można. Poczta konsularna rządzi się, jak widać, własnymi prawami. A nasze dziewczyny, którym od dawna marzyły się własne paszporty, muszą jeszcze wstrzymać się z bólami. Za to mogą spokojnie opuścić wyspę.

*  *  *

Zostawienie kilku ważnych przedwyjazdowych spraw na ostatnią chwilę zemściło się na nas okrutnie, albowiem pewnego ranka nasz niezawodny komputer był uprzejmy nieoczekiwanie umrzeć. Bez ostrzeżenia! Odkręcenie obudowy jednostki centralnej ujawniło pół tony kurzu i awarię zasilacza, okraszoną dodatkowym urwaniem kabelków włącznika w trakcie oględzin (jam ci to, nie chwaląc się, uczyniła). Zorganizowany naprędce znajomy fachowiec przejął sprawę, sprowadzenie części musiało jednak nieco potrwać. W domu nastały nerwowe dni, bo Homo Civilisativus bez Internetu czuje się bezradny. Połączenia promowe, adresy kempingów, konta bankowe, poczta, portale społecznościowe – wszystko poza zasięgiem! Trzeba było sprowadzić posiłki wyposażone w laptopa i na chybcika pozałatwiać najważniejsze z ważnych spraw!
Na szczęście nasz komputer – wyposażony w nowy zasilacz, aliści z kabelkami od włącznika smętnie sterczącymi z obudowy - jest już znowu z nami, dzięki czemu mogę pisać te słowa. Być może ostatnie przed wyjazdem ;( A że w trakcie naszych wakacji komputer przejdzie, oprócz naprawy włącznika, lifting oprogramowania, muszę jeszcze pozgrywać na płyty archiwum rodzinnych zdjęć. A jest tegoooo. Odmaszerowuję więc do innych odpowiedzialnych zadań.
Do następnego wirusa!

00:05, oszin13
Link Komentarze (1) »
czwartek, 21 lipca 2011
I po imprezie!

Nasz tegoroczny summer club uważa się od wczoraj za zakończony. Ostatnią porcją atrakcji była wizyta graczy z drużyny futbolu amerykańskiego Craigavon Cowboys i ćwiczenia z ich trenerem. Chłopaki nie pojawili się wprawdzie w strojach organizacyjnych (zachodziła obawa, że z powodu szerokich ramion nie zmieszczą się w drzwiach wejściowych), ale i tak radości było co niemiara. Dzieciaki mogły porzucać „jajem”, poćwiczyć bloki i przejścia. W kąciku craftowym natomiast powstawały bindeezowe dzieła, a z kolorowych doniczek wypełnionych prawdziwą gliną wyrastały drewniane ludziki i papierowe kwiaty. Zabawa na całego, a jak się można było przy tym upaćkać!
Obładowana owocami swojej wyobraźni dzieciarnia powędrowała do domów, by późnym popołudniem spotkać się na nowo, tym razem  towarzystwie rodziców i rodzeństwa, na uroczystej gali podsumowującej nie tylko wakacyjny klub, ale cały rok działalności Oasis Youth Project. Gośćmi honorowymi byli nowy burmistrz Craigavon oraz pani z BBC Children in Need.
Na dobry początek obejrzeliśmy pokaz zdjęć ze wszystkich tegorocznych projektów, żywo reagując na widok znajomych twarzy uchwyconych sprawnym okiem fotografa w najmniej oczekiwanych momentach. Następnie wyświetlono film z występami sekcji hip-hopu.
- Dlaczego nikt mi nie powiedział, że będą kręcić z tego film! Poszedłbym na te zajęcia! – jęknął Mati, u którego parcie na szkło jest zdecydowanie większe niż umiejętności taneczne.
- Akurat – dałam upust złośliwości – pamiętam jak wymawiałeś się, że jesteś zmęczony po wuefie, że nogi cię bolą… Twoja strata!
Po porcji mniej lub bardziej oficjalnych przemówień nastąpiło rozdanie pamiątkowych dyplomów i certyfikatów, okraszone uściśnięciem ręki burmistrza (grunt to ściskać WŁAŚCIWE ręce!) i sesją fotograficzną – nieskromnie powiem, że oboje z Matim mieliśmy tę okazję, jako czołowi wolontariusze (!) Dzieciaki też dostały pamiątkowe dyplomy i górę słodkości. Na koniec części oficjalnej zostałam jeszcze nieoczekiwanie wyciągnięta przed szereg, jak kliniczny przykład matki trójki klubowych uczestników i wolontariusz w jednym, co by podzielić się z publicznością jakąś rodzicielską refleksją. Oczywiście po angielsku, żeby nie było wątpliwości. Nie cierpię publicznych wystąpień, a co dopiero w obcym języku! Stres był wielki, coś tam powiedziałam, nie bardzo pamiętam co, ale chyba nie zrobiłam zbyt wielkiego obciachu, bo moje dzieci wciąż są ze mnie dumne. Szczęśliwie wkrótce potem nastąpił bankiet, czyli najmilsza część uroczystości. A potem uściski, uśmiechy, pożegnalne zdjęcia. I życzenia miłych wakacji. Spotkamy się pewnie we wrześniu na nowej porcji Afterschool Clubu.
Teraz czekają nas nowe rodzinne wyzwania – pierwsze pt. „Jak wysłać Tutka do Belgii i o niczym nie zapomnieć”, a potem „Jak ogarnąć wszystko przed wyjazdem na wakacje i funkcjonalnie zapakować samochód”. Będzie się działo!

*  *  *

Wędrując wczoraj rano do klubu, usłyszałam za plecami taką dyskusję.
Ola: Widziałaś sky diving w telewizji?
Zuza: Co to jest sky diving?
Ola: No wiesz, jak ludzie spadają z góry i lecą w dół.
Zuza: Aaaaa, wiem! Ale to nazywa się BANJO!
Po pierwsze primo nie „banjo” a „bandżi”, a po drugie primo nie chodziło o „bandżi” tylko o „spadochroniarstwo” po prostu. I prawie wszystko jasne.

12:19, oszin13
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 lipca 2011
"American dream"

Kluby wakacyjne to świetna sprawa. Dzieciaki wychodzą z domu, nie siedzą z nosami przed telewizorem, nie biją się o komputer. W zamian za to integrują się bawiąc i bawią integrując. Do tego ktoś inny niż rodzice przejmuje nad nimi opiekę i odpowiedzialność (ku uciesze rodziców, oczywiście!). Dlatego chwała ludziom, którym chce się takowe kluby organizować, bo sprawa to niełatwa i wymagająca kreatywności, cierpliwości, zaangażowania. Wiem to z pierwszej linii frontu, albowiem moje dzieciaki – w liczbie dwóch plus jedna klubowa maskotka plus jeden nieletni wolontariusz – uczestniczą od kilku dni w połączonych klubach wakacyjnym i biblijnym. Każdego ranka, kiedy ojciec wraca z pracy i kieruje się w stronę łóżka na zasłużony odpoczynek, dzieciaki bez mrugnięcia okiem (ZASPANYM okiem, w przypadku Matiego) zrywają się z posłań, pałaszują śniadanie i hajda w drogę do klubu. Zysk jest obopólny – ojciec może spokojnie spać, a my się bawimy. Wszyscy pięcioro, albowiem ja zasilam grupę 11 leaderów - wolontariuszy oddelegowanych do poskromienia niesfornej gromady klubowiczów. A gromadka to niemała, bo licząca od 45 do nawet 64 dzieciaków. Do tego 9 narodowości, więc językowa wieża Babel murowana. Nie wszyscy mówią po angielsku, a jeżeli już, to niejednokrotnie trzeba się mocno wysilić, żeby zrozumieć o co delikwentowi chodzi – pobił kogoś, został pobity, czegoś potrzebuje, szuka toalety, chce do mamy? Dzieci są na szczęście kreatywne - jak nie potrafią powiedzieć, ciągną za ubranie, pokazują palcem, robią sugestywne miny. A ty się człowieku domyślaj, w końcu jesteś dorosły…
Nasz tegoroczny klub nosi nazwę „American dream” i w tej tematyce się obracamy. Jedną ze ścian sali gimnastycznej zamalowaliśmy w gigantyczną amerykańską flagę, zorganizowaliśmy „American Diner” czyli jadłodajnię, gdzie obowiązkowo podaje się hot-dogi, frytki i nuggetsy. Na drzwiach kuchni przyczepiono komunikat podpisany przez samego prezydenta Obamę, informujący, że każdy niegrzeczny uczestnik trafi na Alaskę. Dzieciaki, podzielone na drużyny Los Angeles, Miami, Chicago i New York, rywalizują ze sobą zbierając punkty dla swoich miast, budując drapacze chmur z pudeł, ćwicząc cheerleaderskie układy wraz z instruktorką prawdziwych cheerleaderek, tańcząc line dancing, robiąc mapę świata przy użyciu ziemniaczanych pieczątek etc. Dla każdego coś się znajdzie – jak nie dekorowanie piórników to malowanie plastikowych bransoletek. Bo towarzystwo trzeba czymś zając przecież. Wczoraj poszliśmy dodatkowo na wycieczkę do Straży Pożarnej – dzieciaki myszkowały po strażackim wozie, przymierzały ciężkie hełmy i lały wodę z prawdziwego węża. A kiedy puszczono pianę – oniemiały! Mokre, ale szczęśliwe wróciły do domów. Tego dnia każdy chciał być strażakiem – nawet leaderzy!
Niestety, nic co dobre nie trwa wiecznie i nasz "americam dream” też już jutro się kończy. Nic to, cośmy się przez ten tydzień nabawili to nasze. Jutro rano czeka nas jeszcze ostatnia porcja atrakcji, a po południu – uroczyste zakończenie klubu z wręczeniem dyplomów i podsumowanie współzawodnictwa. I będzie co po wakacjach wspominać.

21:32, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 lipca 2011
Wakacyjny duch

Uff, jak gorąco! Żar wściekły  normalnie leje się z nieba!
Taaa… Pewnie są na Ziemi miejsca, gdzie powyższe słowa są jak najbardziej prawdziwe. Niestety, nie u nas – tutaj króluje typical Irish weather, czyli deszcz, wiatr, zimno. Z gorących nastrojów pozostają nam jedynie uliczne zamieszki, które ciągną się na styku protestanckiej i katolickiej dzielnicy od tygodnia. Ot, młodzież się bawi, a policja i okoliczni mieszkańcy cierpią. Na szczęście mieszkamy na tyle daleko od zaangażowanych militarnie miejsc, żeby móc spać spokojnie. Jeśli nie liczyć policyjnych śmigłowców krążących nad domami. Mój prywatny mąż nawet poskarżył się był onegdaj swojemu serdecznemu koledze, mieszkającemu na spokojnych kontynentalnych ziemiach.
- Od dwóch dni helikopter wisi mi nad domem i hałasuje.
- To po prostu zadzwoń na policję – poradził usłużnie kolega.
- TO jest policja! – odparł spokojnie ojciec rodziny.

*  *  *

W związku z załamaniem pogody trzeba było wpompować w dzieciaki nieco wakacyjnego ducha. Tutka, będącego mentalnie już w Belgii, do której wyjeżdża za tydzień, zostawiliśmy samemu sobie. Z dziewczynami natomiast urządziłyśmy wczoraj wieczór hennowych tatuaży. Zuza zażyczyła sobie na ramieniu czaszkę wystająca z korony (!) – nie znałam najstarszej z moich córek z tej strony, o podobne klimaty podejrzewałabym raczej Oliwkę. Po pertraktacjach udało mi się wynegocjować brak korony i ostatecznie kształt czaszkopodobny został szczęśliwie „zhennalizowany” na Zuzkowym ramieniu. Oliwka natomiast wymyśliła sobie zaskakująco skromny jak na nią wzorek – niezbyt wielkie serduszko nad kostką, wypełnione złotym i karminowym brokatem. Co też uczyniłam. Po pilnej obserwacji sióstr Julka także wybrała sobie odpowiedni wzór i nadstawiła rączkę do tatuażu. Wszystkie trzy są więc wytatuowane i zadowolone - o to chodziło. A że „gdzie drwa rąbią tam wióry lecą”,  okazało się po dokładnej obserwacji psa, któremu Oliwka sprzedała nieco złotej brokatowej mazi, machając wytatuowaną nogą. Pies błyszczy się teraz nieco bardziej niż zwykle, na szczęście na brzuchu.
Wpompowywanie wakacyjnego ducha przeciągnęło nam się do dzisiejszego ranka, bowiem zaraz po śniadaniu rozpoczęłyśmy produkcję kolorowych bransoletek. Dziewczyny komponowały wzory i cierpliwie nawlekały koraliki na żyłki. Julka poszła krok dalej – to co nawlokła z jednej strony, zdejmowała z drugiej, więc koniec roboty zastał ją z pustą żyłką. Pomoc mamy okazała się niezbędna, ale bransoletki wyszły nam pierwszoklaśne. Zuzka tak się rozpędziła, że zrobiła jeszcze naszyjnik, a teraz obmyśla wzór kolczyków.

*  *  *

Powoli zamykamy konkurs na wyjazdowe atrakcje, bo jakichś ram trzeba się jednak trzymać, nawet w szaleństwie. Póki co mamy w planach amsterdamskie kanały, biskupińskie chaty, angielskie klify, druidzkie kamienie, nadbałtyckie plaże i prehistoryczne stwory. Kolejność zwiedzania pozostaje do ostatecznego ustalenia. Musimy jeszcze zmieścić odwiedziny u rodziny w „tak zwanym międzyczasie”. Będzie interesująco. W zasadzie już jest interesująco, bo na brak przedwyjazdowych niespodzianek (szczególnie nieprzewidzianych wydatków) nie narzekamy. A przed nami jeszcze parę tygodni! Trzymamy więc obie ręce na pulsie wakacyjnego budżetu, codziennie go analizując i sprawdzając czy jeszcze zipie! Póki co nie jest źle – musi być, zwłaszcza że nie ma już odwrotu :)

*  *  *

Śniadaniowe rozmówki.
- Mamo, dolej mi jeszcze picia – prosi Julka, wymachując pustym kubeczkiem.
- Dolewka! – powtarza usłużnie Mati, na wypadek gdybym nie dosłyszała.
- Nie! – ostro protestuje Julka – Do kubecka!!!

21:56, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2