To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
piątek, 27 czerwca 2014
To już lato!

Tak, tak! Noc Kupały się skończyła, wianki odpłynęły w siną dal – zapewne w poszukiwaniu kochasia, który odszedł w tym właśnie kierunku… Przed nami jeszcze ostatni dzień szkoły, uroczysta pizza i… WAKACJE!!! Z punktu widzenia dzieci – głównie spanie do późna. Z punktu widzenia matki – żadnych mundurków, zajęć pozalekcyjnych, codziennego pakowania lunchboxów lub organizowania drobnych na szkolne obiadki. Żadnego ściągania zaspanych postaci z łóżek i wykrzykiwania aktualnych wskazań zegara co 5 minut. Luuuzzz i tylko jedna osoba do porannego ogarnięcia – JA! 

A potem będą wakacyjne kluby, urodzinowe imprezki, letnie podróże i inne atrakcje, na które już się cieszę! I dużo słoneczka – oby!!!!

*  *  *

Nasze dziewczynki jak zwykle nie zawiodły nas w kwestii szkolnych nagród. Oliwka została wyróżniona za szczególne zasługi na polu matematycznym (co było dla nas pewnym zaskoczeniem, bo dotychczas rokrocznie zdobywała laury w dziedzinie literatury), natomiast Julkę doceniono za jej zaangażowanie w życie klasy i wyjątkową opiekuńczość w stosunku do kolegów. Obie dziewoje zgarnęły także dyplomy za 100% obecność w szkole, przytulając dodatkowo koperty z banknotami dziesięciofuntowymi – nagroda specjalna Dyrektora. Pełna radość!
Na szczególną uwagę zasługuje jednak wyczyn Catherine Hendron, dziewczynki, która nie opuściła ANI JEDNEGO DNIA w szkole przez całe 8 lat – wliczając w to przedszkole! Oczywiście były zdjęcia do lokalnej gazety, gratulacje od dyrektora, ciepłe słowa dla obowiązkowej mamy (bo za każdym sukcesem stoi jakaś mama!) i… gratyfikacja w postaci okrągłej stówki w kopercie!
Tylko pozazdrościć – wyniku, oczywiście, wyniku! :)

Zuzka także przytargała do domu kilka dyplomów za szczególne osiągnięcia, a jakże. Mignęła nam nimi tylko przed oczami, bo zaraz następnego dnia musiały wrócić do jej szkolnej teczki personalnej. Nawet nie zdążyliśmy się w nie szczególnie wczytać. Nie dyplomy były jednak ważne - najważniejszą w całej sytuacji okazała się NAGRODA za owe osiągnięcia! Była nią możliwość pójścia do szkoły po cywilnemu, czyli BEZ MUNDURKA! I to w dzień, kiedy klasy ósme szły do kina! ŁAŁ! Po prostu… ŁAŁ! Zuzka oszalała ze szczęścia, a zestaw cywilnych ciuszków został przez nią pieczołowicie wybrany i złożony obok łóżka już poprzedniego dnia. 
Jak to łatwo uszczęśliwić dwunastolatkę, kto by pomyślał! :)

Zupełnie się tego nie spodziewając (ha, ha, ha), zdobyliśmy też laury w sztuce szkutniczej! Nasz statek Wikingów okazał się najzacniejszym pośród reszty klasowej flotylli, a Oliwka odebrała zań nagrodę pieniężną! Nauczeni doświadczeniem sprzed kilku lat, kiedy to Ola przejęła kasę (całe 10 funcików) za zwycięski projekt Titanica, zrobiony NASZYMI rękami, spisaliśmy zawczasu cyrograf na byczej skórze. Oliwka solennie obiecała, że w przypadku wygranej podzieli się z nami zyskami. Kiedy więc nasza szóstoklasistka wróciła do domu z informacją o sukcesie Wikingów, wyciągnęliśmy ręce po NASZĄ część nagrody. Oliwka przyoblekła oblicze w uśmiech Giocondy i nie bez satysfakcji powiedziała:
- Niestety, w tym roku nagroda pieniężna ma postać KARTY UPOMINKOWEJ do księgarni! Przecież jej nie potnę na kawałki dla was!

I to by było na tyle w kwestii zarabiania na produkcji statków dla potrzeb placówek oświatowych…

*  *  *

Wraz z szanownym małżonkiem szczęśliwie ukończyliśmy kurs! Nie, nie PRZEDmałżeński – nawet nie POmałżeński. Kurs pierwszej pomocy medycznej, ze szczególnym uwzględnieniem uczenia innych. Oprócz wielu praktycznych informacji jak CPR czy defibrylacja, dowiedzieliśmy się też na przykład, że gumowego pół-człowieka czyli fantoma można złożyć z wymiennych części (jak karabin), a jego twarz wymyć w zmywarce. Zaiste, ciekawy to był kurs.

*  *  *

Któregoś popołudnia ze zdziwieniem zauważyliśmy dziecięcy tłumek w przedpokoju. Tutek siedział przy kompie, otoczony siostrami, i tworzył im konta w Minecrafcie. Rozczulił nas ten widok troskliwego brata, poświęcającego swój cenny czas by pomóc młodszemu rodzeństwu.
Przy najbliższej nadarzającej się okazji nie omieszkaliśmy dokonać rodzicielskiej pochwały synka.
- Eeee tam. – zbagatelizował sprawę Mati. – Udało mi się nawet zarobić cztery funty!
- Jak to?! Wziąłeś od sióstr pieniądze za usługę? – obraz altruistycznego synka pękł w naszych głowach jak bańka mydlana.
- Za założenie konta trzeba zapłacić osiemnaście funtów – wyjaśnił nasz biznesmen – Zapłaciłem więc z własnego konta 36 funtów, a dziewczynom kazałem zwrócić mi po dwudziestce. To chyba uczciwe!

Taaak. A ileż to jęków słyszeliśmy ostatnio od dziewczynek, że MUSIMY dawać im więcej kaski, bo ZBIERAJĄ na wakacje. Zbierały, zbierały i część już wydały!

*  *  *

Z cyklu pytań filozoficznych: Dlaczego ta herbata tutaj siedzi i nic nie robi?! – spytała Oliwka zaglądając do filiżanki.

No właśnie, dlaczego?!

*  *  *

Julka przybiegła do mnie bardzo zaaferowana.
- Mamo, znasz ten grzybek? – spytała.
- Jaki grzybek? – nie bardzo kojarzyłam.
- No ten grzybek z łazienki!
Oczom mojej wyobraźni ukazała się zagrzybiona łazienka, chwytająca w swoje pleśniowe macki niewinne dziecko. Tylko nie bardzo wiedziałam GDZIE ta łazienka jest i JAK moje dziecko do niej trafiło?!
- Ale o co chodzi? – dopytywałam się.
- No o ten grzybek, którym czeszesz nam włosy! Właśnie go znalazłam!

Grzybek – grzebyk, żadna różnica, zwłaszcza dla sześciolatki!

*  *  *

- Oooo! – spazmowała Zuzka po powrocie ze szkoły – Julka siedzi na iPadzie! Na pewno już bardzo długo! I na pewno mi go nie odda!
- Skąd wiesz, że nie odda? Może nie będzie tak źle? Zacznij od tego, że ją poprosisz! – zaproponowałam.
Zuzka pomknęła schodami w górę i po kilku chwilach wróciła z iPadem pod pachą.
- No widzisz! - triumfowałam. – Nie taka siostra straszna, prawda?
- Prawda. – potwierdziła Zuza. – Poprosiłam ją, żeby oddała mi iPada jak skończy się jej bajka i już go mam!
- Czyli jednak źle oceniłaś młodszą siostrę. A właściwie gdzie ona jest?
- Siedzi w waszym pokoju i płacze. – odparła Zuzka.
- Dlaczego?!
- Bo jak skończyła się bajka na iPadzie, to po prostu go jej zabrałam!

Jak nie siłą argumentu, to argumentem siły!

*  *  *

Tutek potrzebował skontaktować się z biurem EMA w sprawie swoich przyszłych wpływów na konto z tytułów naukowych. Niechętnie bo niechętnie, sięgnął wreszcie po telefon i wykręcił numer wspomnianego biura, ale wkrótce okazało się, że nie jest w stanie przebrnąć przez zagadkę Sfinksa w postaci elektronicznej sekretarki i klawiszy wyboru. Litościwie ruszyłam więc z odsieczą i przedarłszy się przez gąszcz opcji, dotarłam do żywego operatora. Pani wyspowiadała mnie z imienia i nazwiska, stopnia pokrewieństwa, adresu, daty urodzenia, numeru referencyjnego, a na koniec powiedziała:
- Teraz proszę mi podać odpowiedź na sekretne pytanie.
- Nie znam odpowiedzi, ba nie znam nawet pytania! – odparłam szczerze.
- Pytanie brzmi: Mój ulubiony kucyk! – podpowiedziała pani po drugiej stronie kabla.
Mój ty Boże! Ten Tutek ja cos wymyśli…
- Nie wiem jaki jest ulubiony kucyk mojego syna! – wyznałam w desperacji, pani jednak walczyła dalej.
- Może macie państwo kucyki w domu i jeden jest ulubionym?
- Nie, proszę pani. – powiedziałam dobitnie. - ZDECYDOWANIE nie mamy w domu kucyków! Mój syn fascynował się rok temu filmem o kucykach pony, więc zapewne chodzi o ulubioną postać. Oddzwonimy.
- Dobrze – z wyraźną niechęcią zgodziła się pani operatorka i się rozłączyła.

Nagabnięty na okoliczność ulubionych kucyków Tutek najpierw się obśmiał, a potem rzucił do notatek sprzed roku, z których na szczęście wydłubał interesujące go imię! Tak wyposażony mógł nareszcie załatwić sprawę…

Konia, konia, królestwo za konia! – krzyczał kiedyś Ryszard III.
Niech będzie i kucyk! – dodam od siebie. :)

18:55, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 czerwca 2014
Przeżyć czerwiec

Czerwiec, jak co roku, oferuje nam moc niespodzianek, zobowiązań i wyjść. Głównie szkolnych, ale w tym roku zdarzają się też służbowe, samochodowe, zdrowotne, a czasem kompletnie niespodziewane. Musimy tę plątaninę zdarzeń i okazji jakoś ogarnąć, choć nie jest łatwo, bo zdrowie już nie to, a i czasu nie da się naciągnąć ponad 24 godziny. Póki co – jesteśmy w połowie miesiąca, a przed nami jeszcze dwa zabiegane tygodnie – wycieczki, campingi, rozdania nagród. Ech, byle do lipca – wtedy zaczniemy odliczać dni do wakacyjnej przygody…

*  *  *

Jeśli jeszcze nie jesteśmy szeroko znani ze swoich „szkutniczych” umiejętności, to z pewnością niedługo będziemy. Podążając zresztą śladem Big Brothera Witolda, któren znany jest w pewnych kręgach jako „budowniczy tratw” z wielopokoleniowym doświadczeniem :) – oto dowód: http://pl.wikinews.org/wiki/2009-07-03:_%22Tratw%C4%85_na_ratunek_klimatowi%22_-_kampania_Polskiej_Zielonej_Sieci. Nagą prawdę znają tylko nieliczni…

Wracając do naszych sukcesów na polu, po skonstruowaniu kilka lat temu zacnej repliki Titanica i zupełnie niezłej figurki statku Wikingów (obie jednostki pysznią się na naszej lodówce), przyszedł czas na… powtórkę z rozrywki. Oto bowiem Oliwka, omówiwszy w klasie materiał na temat życia i zwyczajów Wikingów, zażądała od nas skonstruowania wojowniczej łodzi. Wykorzystanie statku starszej siostry nie wchodziło w grę, niestety, i trzeba było zacząć pracę na nowo. Najpierw był research w sieci, rozrysowanie planów i zdobycie materiałów, czyli… opakowania płatków śniadaniowych, a już po kilku dniach płatkowe pudełko zamieniło się w piękną jednostkę pływającą – z załogą!

https://scontent-a-lhr.xx.fbcdn.net/hphotos-xpf1/t1.0-9/10371957_735147823195434_451147419583512052_n.jpg

 

W poniedziałkowy poranek dumna Oliwka zaniosła stateczek do szkoły, gdzie trafił na honorowe miejsce na wystawie.

Tego samego dnia po południu, Zuzka wyciągnęła ze szkolnego plecaka „coś”, nad czym pracowała na Technologii od jakichś trzech miesięcy.
- To jest kadłub Titanica. – wyjaśniła nam. – Ze śrubą i pokładem. Teraz trzeba mu dorobić resztę, no wiecie, kominy i takie tam. Żeby było widać, że to jest Titanic.
- Aha! – zainteresowaliśmy się niemrawo. – A na kiedy?
- NA JUTRO! Ale to nie mój pomysł, tylko Pana od Technologii!

Mało czasu, kruca bomba, mało czasu. Wzięliśmy się jednak ostro do roboty, pracując już to wespół w zespół, już to na zmiany i tuż przed północą osiągnęliśmy zupełnie zacny rezultat. Titanic jak malowany!

Bo cóż to dla nas – budowniczych tratw, łodzi i innych transatlantyków!

*  *  *

Tuż przed wyjściem do szkoły, Oliwka po raz kolejny z zachwytem oglądała model statku Wikingów.
- Ależ piękny statek zrobiłam! – podsumowała.
- Ale bądźmy uczciwi! – wtrącił się tata. – Ten statek został zrobiony głównie przez mamę!
- Tak… - zgodziła się Ola. – Uczciwie mówiąc, mama TROCHĘ mi pomogła!

W moim odczuciu, to Oliwka TROCHĘ pomogła mnie! Uczciwie mówiąc :)

*  *  *

Tak się jakoś złożyło – i wcale na to nie narzekamy – że nasze dzieci uwielbiają chodzić do szkoły. Możemy śmiało używać groźby niepójścia do szkoły jako jednej z cięższych kar – zaraz po karnym niepójściu do dentysty :) Dlatego codziennie rano, kiedy ojciec wraca z pracy, Julka i Oliwka są już ochoczo gotowe do wymarszu. A ponieważ jest zwykle jeszcze wcześnie (szkołę otwierają dopiero o 8.45), ojciec spokojnie zasiada z poranną kawą do komputera i strzela partyjkę Candy Crash Saga. A dziewczynki krążą nad nim jak sępy.
- Tato, idziemy! Tato, spóźnimy się! Tato, samochód jest już otwarty! Tato, już czas!!!
Tak było i ostatnio. Ojciec, głuchy na dziecięce argumenty, wiedząc że ma jeszcze kilka minut, spokojnie kończył poziom ulubionej gry. A dziewczynki wywierały nań nacisk. Wreszcie, wyczerpawszy zwykłe argumenty, Oliwka postanowiła sięgnąć do pokładów rodzicielskiego sumienia i wypaliła:
- Tato! Czy nie interesuje cię NASZA EDUKACJA?!

Na takie dictum, ojcu nie pozostawało nic tylko niezwłocznie dopić kawę, włożyć w buty i wymaszerować - w towarzystwie zadowolonych córeczek.

*  *  *

Julka wróciła z podwórka ze spotkania z koleżanką ze strapioną miną.
- Gabriela powiedziała, że mogę należeć do jej klubu, jeśli zapłacę jej jednego funta. – pożaliła się.
- Powiedz tej swojej Gabrieli – zaperzył się Ojciec rodziny - że TY będziesz należeć do jej klubu, jeśli ONA zapłaci ci jednego funta, rozumiesz?
- Rozumiem! – ucieszyła się z dobrej rady Julka - Pójdę zaraz do Gabrieli i powiem, że ZAPŁACĘ jej funta, jeśli ona też ZAPŁACI mi funta!

Czyli faktycznie zrozumiała, chociaż jakby nieco połowicznie :)

*  *  *

Dziewczynki przyjechały z klubowego barbecue – Zuzka szczęśliwa, Oliwka zapłakana.
- Co się stało, Oleńko? – spytaliśmy.
- Wygrałam w konkursie butelkę lemionady. – wychlipała Ola. - Zostawiłam ją pod opieką Zuzi i stanęłam w kolejce po hamburgery dla nas trzech. A wtedy Zuzka poszła oglądać alpaki w Małym Zoo i moja butelka zniknęła!
Przesłuchana na okoliczność zajścia starsza siostra wszystkiego się wyparła.
- To nie była moja wina! Owszem, poszłam oglądać alpaki, ale poprosiłam koleżankę o opiekę nad lemoniadą. Więc to wszystko wina koleżanki!
- No niestety, Zuziu. – zawyrokował Salomon-ojciec. – Wina jest ewidentnie twoja. Jutro zabierzesz siostrę do sklepu i za własne pieniądze odkupisz jej lemoniadę.
- Za własne pieniądze?! – krzyknęła dramatycznie Zuzka i… też się rozpłakała.

Dzięki swojej salomonowej mądrości, z jednej płaczącej córki ojciec uzyskał… dwie płaczące córki. Zdaje się, że bokiem mu wyszły te biblijne zapędy… :)

21:14, oszin13
Link Dodaj komentarz »