To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
sobota, 29 czerwca 2013
Ile mamy lat?

No właśnie, ile mamy lat? Tyle, na ile się czujemy! Ja na ten przykład właśnie obchodzę urodziny „mickiewiczowskie” (żeby nie powiedzieć „dziadowskie” :), ale czuję się - na CO NAJMNIEJ 10 lat mniej. I sama nie wiem jak to się dzieje, że dzieci mi rosną w tempie obłędnym, a ja się starzeję jakoś dużo wolniej… :) Zresztą razem z szanownym małżonkiem, i tak metrykalnie nieco młodszym. 
Ale nie narzekamy na ten stan rzeczy – wręcz przeciwnie, „dobrze nam z tym, bez dwóch zdań”!

*  *  *

Braliśmy wczoraj rodzinnie udział w wyjątkowej imprezie charytatywnej. Nasi przyjaciele, którzy w ubiegłym roku stracili tuż przed porodem dziecko, od kilku miesięcy organizują przeróżne akcje, zbierając dla fundacji SANDS fundusze na badania naukowe nad przyczyną wysokiej umieralności noworodków w NI. Ostatnio Andrew i Jo ostro pedałują – wzięli sobie bowiem za punkt honoru przejechanie rowerami Irlandię Północną z góry na dół, co też uczynili! Na finałowe 20 mil trasy zaprosili wszystkich chętnych „krewnych i znajomych królika”. Finisz był zwieńczeniem charytatywnej imprezy familijnej.
Mój Pierwszy Mąż z miejsca chwycił przynętę, wskoczył w rowerowe ciuszki, złapał wpisowe 10 funtów i zaciągnął się w skład kilkudziesięcioosobowego peletonu. Był tam jedynym obcokrajowcem, więc „tubylcy” (a zwłaszcza przedstawiciele PSNI :)) otoczyli go czułą opieką, nie dali zgubić się na pozornie prostej trasie i szczęśliwie doholowali do mety w lokalnym centrum handlowym.
Natomiast w tym samym czasie reszta rodziny – głównie kobieca - napaliła się na charytatywny Zumbathon, czyli maraton zumbowy, zorganizowany we wspomnianym centrum. Co prawda dziewczynki wykruszyły mi się gdzieś po drodze na parkiet i zniknęły w czeluściach dmuchanego zamku z dyskoteką, ale JA nie zrejterowałam! Dzielnie kręciłam biodrami na prawo i lewo przez bite półtorej godziny, podczas gdy nasza Hetty „ograbiała” gapiów z pieniędzy na szczytny cel! Przydała się na coś matczyna kondycja, ha!
Miło nam donieść, że dzięki wysiłkom Andrew, Jo i całej rzeszy wolontariuszy – biegających, pływających, pedałujących i kręcących biodrami – udało się w tydzień zebrać 3 tysiące funtów na rzecz fundacji SANDS „Pamięci Zacha McCreery”.
BARDZO się cieszymy, że mieliśmy w tym swój udział! A mój mąż tak rozsmakował się w turystyce rowerowej, że dziś dmuchnął jeszcze rekreacyjnie 16 kilometrów. I obiecał sobie czynić podobne wyprawy regularnie :)

*   *  *

Wraz z zakończeniem roku szkolnego, lokalni skauci także zawiesili działalność na okres wakacyjny. Ale wcześniej rozdali nagrody za całoroczną harcerską postawę. I właśnie nasza Zuzka została Cubsem Roku 2013, przytargawszy do domu wielką pamiątkową tablicę, a na niej blaszkę ze swoim nazwiskiem. Pośród kilkunastu nazwisk z lat poprzednich. Nagroda będzie stała u nas przez następny rok, zachęcając beneficjentkę do dalszej systematycznej pracy, już w szeregach Scautów.
Natomiast Oliwka została wybrana „Vice Beaversem Roku”, zajmując drugie miejsce w beaversowym gronie. I zapracowała na garść nowych sprawności, które będę musiała przyszyć do rękawa jej munduru. Nowego, bo od września Ola zajmie miejsce siostry w szeregach Cubsów.

*  *  *

Na zakończenie roku szkolnego przedszkolaki i szkolniaki z klas 1-2 wzięły udział w Peppa Pig Picnic.
- I wiesz?! – opowiadała mi później podekscytowana Julka. – Na nasz piknik przyszła prawdziwa świnka!
- Naprawdę prawdziwa?! – dopytywałam cię. – Taka na czterech nogach?
- Tak! Miała dwa prosiaczki, ale zostawiła je w domu z tatusiem. I przyszła na nasz piknik!
- Oooo, to zrobili wam prawdziwą frajdę! – powiedziałam, podziwiając inwencję organizatorów, którzy połączyli przyjemne z pożytecznym i pokazali dzieciom najprawdziwszą trzodę chlewną na tematycznym pikniku. – I co ta świnka robiła?
- Tańczyła z Mrs. Mackle! – odparła beztrosko Julka.

Coś mi się zdaje, że ta świnka była jednak „prawdziwa inaczej”…

*  *  *

Mati kupował mi urodzinowy prezent.
- Kolczyki? – spytała pani ze sklepu.
- Tak. – odparł Mati.
- A długo ze sobą chodzicie? – padło pytanie, które wyraźnie zakłopotało Matiego. Padł ofiara swojego poważnego wyglądu. Co prędzej wyjaśnił więc, że prezent ma być nie dla dziewczyny, a dla mamy.
- Ale wiesz, mamo – opowiadał mi potem Matt – wybrałem ci taki MŁODZIEŻOWY DIZAJN!

Hmmm, dobre i to! A kolczyki rzeczywiście piękne!

00:27, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 czerwca 2013
„Zapisany mam terminarz…

…jakby go obsypał mak! Tak, tak, tak…” – tak wygląda nasz rodzinny kalendarz pod koniec czerwca. Codziennie biegamy – skądś, dokądś, z powodu, w sprawie, przywożąc, odwożąc, przewożąc… Kuuuupa z tym roboty i wymaga nie lada logistyki, więc ilekroć (po raz kolejny) uda nam się wszystkiego dopilnować i wszędzie zdążyć, myślimy o sobie ciepło, doceniając własne zdolności organizacyjne. W końcu nikt nas tak nie doceni jak my sami, prawda?

Na froncie szkolnym sprawy nabierają tempa, mimo (a może z powodu) zbliżającego się końca roku szkolnego.
W czwartek Julka została oficjalnie pasowana na pierwszaka, otrzymując z rąk dyrektora szkoły okolicznościowy certyfikat i honorowy medal. I adieu, przedszkole! Od września – witaj szkoło! Julka puchnie z dumy i nie może się doczekać, szczególnie nauki pisania, bo jej przyjaciele z podwórka już pisać umieją, a ona jeszcze nie. Za to doskonale „czyta” z zagryzmolonej maziajami kartki – i to w dwóch językach :)

W piątkowy poranek odbyliśmy wyprawę do szkoły dziewczynek na ceremonię rozdania nagród. Jak co roku, warto było! :) Oliwka została doceniona za zdolności literackie, Zuzka za wybitną działalność ekologiczną (nagroda tyleż cenna co krucha, bo szklana). Spodziewamy się, że w niedalekiej przyszłości Zuzka zasili szeregi Greenpeace, PRZYKUWAJĄC się w proteście do jakiegoś miejsca – póki co, to my musieliśmy WYKUĆ jej imię na podstawce nagrody. Na wieczną rzeczy pamiątkę.
Wyrwawszy się koło południa ze szkolnych progów, ruszyliśmy z szybkością błyskawicy do… dealera samochodowego. Albowiem nareszcie skończyły się ojcowskie męki i zmieniliśmy samochód! Czule pożegnawszy nadgryzionego zębem czasu poprzednika, który w zasadzie nigdy nas poważniej nie zawiódł, przywitaliśmy w rodzinnym gronie młodszego następcę. Załatwianie formalności zajęło nam większość popołudnia, ale udało się skompletować potrzebną dokumentację! Jednak na pełnię rodzinnej radości z nowego nabytku nie starczyło już czasu – po powrocie do domu trzeba było niezwłocznie spakować Zuzę i odwieźć na skautowski camping do Gosford Forest Park. A także tenże camping od podstaw zbudować :) 
Do domu wróciliśmy późnym wieczorem, zmęczeni nieludzko, i natychmiast padliśmy jak sfora psów Pluto. 

A w sobotę… nawet nie mogliśmy sobie dłużej pospać – obowiązki wzywały! Konkretnie skautowskie obowiązki, bo z samego rana trzeba było dostarczyć z kolei Oliwkę na wspomniany wcześniej camping, razem z resztą grupy Beaversów (na szczęście postawione poprzedniego dnia namioty wciąż stały, więc odeszło nam budowanie obozu :)) Pozbywszy się połowy potomstwa, wyposażeni jedynie w Julkę, ruszyliśmy na imprezę sportowo-wikingową do lokalnego centrum handlowego. A że pogoda była paskudna, sportu zażyliśmy raczej niewiele. I Wikingów też oglądaliśmy niestety z oddali. Za to strzeliłyśmy sobie z Julką fotkę na zbożny cel :)

Niedzielny poranek powitał nas smsem wzywającym po odbiór zziębniętych, przemoczonych, ale pełnych radości skautów. I znów nici z leniwego wylegiwania się w łóżkach – może na emeryturze?...
 

*  *  *

- Mamo! Co to za kartki? – zapytała Julka, wskazując wystawkę na kominku.
- To są kartki na Dzień Ojca, które tata dostał od Mateusza, Zuzi i Oliwki. – odpowiedziałam.
- A JA?! – spytała malutka z wyraźną pretensją w głosie.
- Ty przecież też masz dla taty laurkę! Przyniosłaś z przedszkola i powiesiliśmy ją na lodówce. Zapomniałaś?!
- Ok, już pamiętam! – rozpromieniła się Julka. - A teraz TY pamiętaj, żebym dała ją tacie. Uwaga! Przesyłam ci myśl! – powiedziała, po czym dotknęła paluszkiem swojej głowy i „rzuciła” myśl w moim kierunku…
-Teraz będziesz pamiętać! – powiedziała z przekonaniem.

I faktycznie, pamiętałam. Sama nie wiem skąd…

18:21, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 czerwca 2013
Ojciec incognito

Dziewczynki kupiły ojcu na Dzień Ojca zestaw wąsów na każdą okazję. Tu wersja a la Hercules Poirot! :)

13:20, oszin13
Link Dodaj komentarz »
Coś się kończy…

…i coś się zaczyna. Mamy wyczekiwany finisz roku szkolnego – Tutek siedzi już w domu od kilku dni, zakończywszy swoją przygodę z egzaminami GCSE fizyko-francuskim doświadczeniem (wbrew obawom, szkoła nadal stoi :)) Dziewczynkom zostało jeszcze kilkanaście dni do wakacji, więc nadchodzący czas mają naszpikowany atrakcjami typu wycieczki, rozdania nagród, dyskoteki, kręcenie dvd klas siódmych i promocja do pierwszej klasy przedszkolaków. Już się sporo dzieje, a będzie się działo jeszcze więcej…

Z drugiej strony, Zuzka przeszła już egzaminy wstępne do nowej szkoły, w przyszłym tygodniu ma jeszcze rozmowę kwalifikacyjną. I od września zaczyna swoją przygodę z gimnazjum!
A ja? – też zaczynam nowy etap w życiu, ale o tym póki co sza. Jak zacznę na dobre, to się pochwalę. Dociekliwym powiem tylko, że mąż wciąż ten sam! :)

*  *  *

W związku z ewentualnym dopływem gotówki z puli EMA, Mati musiał założyć własne konto bankowe. Rozpoczęliśmy więc procedurę wypełniając formularz online, by następnie stawić się z przesłanymi papierami i dokumentem tożsamości w lokalnym oddziale banku. Miła pani za biurkiem wzięła do ręki Tutikowy paszport, spojrzała na zdjęcie, porównała z siedzącym przed nią szesnastoletnim klientem i powiedziała:
- Nie jestem pewna czy to ten sam człowiek! Kiedy było robione to zdjęcie?
- Osiem lat temu, ponieważ paszport jest 10-letni. – odpowiedziałam uprzejmie. – I nie mamy, niestety, żadnego bardziej aktualnego dokumentu ze zdjęciem.
- Muszę poradzić się przełożonych – odpowiedziała pani i rzuciła się do telefonu.
Ostatecznie jednak, posiłkując się moją kartą bankową, kartą do głosowania, tym samym adresem i nazwiskiem, pani zgodziła się zaświadczyć, że Tutek to Tutek i pobiegła skserować papiery.
- Hmmm, może powinienem był się ogolić… - mruknął do mnie Matt, drapiąc się po zarośniętej brodzie.

Ba! Gdybyż golenie działało AŻ TAK odmładzająco! Można by na tym zbić kokosy!

*  *  *

- O, patrz! „Kopciuszek” na kasecie na vhs! – krzyknął Matt, wskazując na półkę w jednym ze sklepów charity. – Pamiętam! Mieliśmy taką kasetę w domu!
- Owszem. – odparłam – Ale że ty pamiętasz?...
- No pewnie! – zapewnił mnie Matt. – Nawet rozmawiałem ostatnio z kolegą i powiedziałem, że mieliśmy „Kopciuszka” na vhs, a on spytał czy disneyowskiego, powiedziałem że nie. I rozpoznał tę wersję dopiero po piosence!

Gdyby mnie kto pytał, w życiu nie zgadłabym o czym też mogą rozprawiać szesnastolatkowie, spotykając się wieczorami…

*  *  *

Z niedawnej wizyty u babci w Szumowie, Julka zapamiętała głównie szczeniaczki. Z wizyty u babci w Siedlcach – coś zgoła innego.

- Cześć, Babciu! – krzyknęła Julka do słuchawki, rozmawiając z babcią telefonicznie. - A jak tam BALKON?

Rzeczy oczywiste dla jednych, bywają zachwycające dla innych…

*  *  *

Mieliśmy kilka dni temu okazję uczestniczyć w irlandzkich obchodach Bożego Ciała - na uroczystą mszę zaproszono świeżo upieczonych Komunistów i Konfirmantów, w strojach organizacyjnych. Z powodu marnej pogody, ksiądz odwołał przejście na cmentarz i zarządził procesję wewnątrz kościoła.
Kiedy przewędrowaliśmy już całą drogę i usiedliśmy w ławkach, tuż obok nas przedefilował ksiądz, niosąc pod baldachimem monstrancję. Julka otwarła usta ze zdumienia.

- Oooooo! – wyszeptała podekscytowana. – Popatrz, mamo! CYRK!

Faktycznie, przy odrobinie wyobraźni baldachim może uchodzić za mobilny namiot cyrkowy! ;) Tylko kim wtedy będzie ksiądz?!

*  *  *

Nasza niestrudzona Hetty z Womens World, zaprosiła nas ostatnio na wycieczkę do muzeum emigracji. Dokładnie – Omagh Folk Museum, upamiętniającego wielką migrację Irlandczyków do Ameryki pod koniec osiemnastego wieku i później. Wielce to była pouczająca wycieczka w przeszłość i muszę kiedyś zabrać w to ciekawe miejsce całą naszą familię. Póki co pojechałam z Julką, wypożyczoną natenczas z przedszkola.
Julka zaglądała w każdą muzealną dziurę, przymierzała dawne stroje, zakupiła cukierki w kolonialnym sklepie rodem z „Dzieci z Bullerbyn”, wlazła na „statek do Ameryki” i ganiała bogu ducha winny drób na zabłoconym podwórku jednego z muzealnych domostw, przedrzeźniając przy tym piejącego jak nakręcony koguta.
Jednak największe wrażenie zrobił na Julce… wystawiony w gablocie ogromny gar do gotowania zupy.

- Mamo! Zobacz, zobacz! – zawołała. - KOCIOŁ CZAROWNICY!!!


A że dalej znaleźliśmy jeszcze wielką szafę, wszystko się zgadzało! Była Czarownica, stara szafa… i tylko Lwa nigdzie nie było. Był za to Miś Molly, wystający z Julkowego plecaka. W zastępstwie lwa ;)


13:12, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 czerwca 2013
A może nad morze?...

Jak się już niejednokrotnie przekonaliśmy, irlandzka pogoda bywa kapryśna i nieprzewidywalna. Zwykle pada, wieje i jest beeee, więc narzekamy na pluchę. Ale aktualnie jest „nie-zwykle”, bo aura zdecydowanie nas rozpieszcza! Od dobrego tygodnia żar wściekły z nieba się leje. Słoneczko grzeje, wiaterek wieje, lato! Nareszcie można było wyciągnąć z szaf letnie ciuszki, odsłonić nieco kochanego ciałka (nigdy dość) i złapać opaleniznę! Co też chętnie czynimy, łapiąc chwilę, bo już od jutra deszcz, deszcz, deszcz…

Sprawdziwszy weekendową pogodę, pędzikiem odwołaliśmy wszelkie towarzyskie zobowiązania i w sobotę rodzinnie wyjechaliśmy w plener. Naszym celem była początkowo plaża, ale udało nam się przekonać ojca rodziny do nadłożenia drogi i zahaczyliśmy też o tereny górzyste (i doliniaste). Odwiedziliśmy Glenariff Forest Park, słynny z malowniczych wodospadów i… rudych wiewiórek, szczególnie bliskich naszym polskim sercom, bo irlandzkie wiewiórki, zamieszkujące miejski park, są szare.
Niestety, z powodu pozimowych remontów, część malowniczej wodospadowej trasy była zamknięta dla zwiedzających, więc wiewiórek ostatecznie nie wytropiliśmy. Zeszliśmy za to do koryta górskiej rzeki, podziwialiśmy kilkudziesięciometrowe sosny szumiące nad naszymi głowami i maleńkie leśne dzwonki uśmiechające się z traw. Obfotografowaliśmy się na tle imponujących wodospadów i nawdychaliśmy leśnego powietrza jak dzicy. A pies Paszczak buszował w krzakach i aportował kłodę większą od siebie, u samego podnóża wodospadu. Oczywiście nie obyło się bez harcerskich wspominek i obozowych opowieści w wykonaniu Naczelnego Harcerza Rodziny, czyli ojca-rodziciela, a i ja dorzuciłam swoje trzy grosze…
Za trudy wędrówki po leśnych ostępach, dzielna rodzina została nagrodzona biwakowym posiłkiem w bardzo malowniczych okolicznościach, na polanie w widokiem na rozległą dolinę… Ech, piękne to było miejsce! Aż nie chciało nam się stamtąd ruszać, cóż, kiedy morze wzywało, plażowy pasek kusił, a stroje kąpielowe popiskiwały w torbach! Obiecaliśmy sobie jednak, że jak tylko „wiewiórkowy szlak” zostanie ponownie oddany do użytku, spakujemy sprzęt turystyczny i zakotwiczymy w tym lesie na dłużej. Da Bóg, jeszcze w te wakacje :) Póki co, okolicznościowy magnesik powiększył lodówkową kolekcję :)
Pożegnawszy góry, ruszyliśmy na poszukiwanie piaszczystych plaż. Wybór padł na Castlerock, gdzie faktycznie zakotwiczyliśmy na dłużej. Dzieciaki, przebrane zawczasu już w samochodzie, z miejsca pobiegły w kierunku zimnych fal (brrr!), a pies zwabiony patyczkiem rzuconym w głąb morza, zdecydowanie pokochał mokre okoliczności przyrody. I jeszcze puszczaliśmy latawca, i budowaliśmy zamki na piasku, i grillowaliśmy – generalnie spędziliśmy miłe popołudnie na plaży. I tylko piasek był wszechogarniający i wściubiał swój żółty nos w najskrytsze zakamarki turystycznej lodówki. Ale w końcu „sam człowiek tak chciał”…

Pozytywnie zmęczeni dotarliśmy pod wieczór do domu. Pies padł na swoje posłanie bez sił i ducha, reszta rodziny leniwie rozlazła się po kątach. I tylko niezmordowana Julka wskoczyła w czyste ciuszki i pognała na podwórko.
Ta to zawsze ma dodatkowe zapasy sił :)

Upalną niedzielę spędziliśmy już na własnym podwórku, strzelając z wodnych pistoletów, chlapiąc się w baseniku, wylegując z książką na słońcu i buszując w rozstawionym przez ojca namiocie.
Dla każdego coś dobrego, czyli relaks po relaksie ;)

*  *  *

Jakoś udało mi się w natłoku ostatnich wydarzeń zgubić gdzieś istotną informację. Otóż – mamy nowego członka rodziny! Jest biały, futrzasty, ma na imię Molly i… wcale nie jest psem :) Jest MISIEM! Jego mamusia – Julka – powołała go do życia w sklepie „Build-A-Bear” tuż przed Dniem Dziecka, na wycieczce dla maluchów. Miś ma certyfikat urodzenia, unikatowy numer, twarzowe ubranko, błyszczącą torebkę i różową komórkę :) A Julkowe siostry z miejsca się w nim zakochały! I, oczywiście, zażądały własnych misiów! Nie pomogły sugestie, że hello, może są już za stare?! Póki co stanęło na tym, że kobiety zbierają kasę (bo taki osobisty miś, a szczególnie jego akcesoria, jednak MAŁE CONIECO kosztują) i tworzą misie wirtualne na stronie producenta.
Zyskaliśmy na czasie…

*  *  *

Julka rozłożyła się na piknikowym kocu i westchnęła:
- Nooo, nareszcie ELAKS!
- A co to jest elaks? – spytaliśmy podstępnie.

- Elaks jest wtedy jak leżymy i się OPALUJEMY!

*  *  *

Rozmowy prosto z drogi.

- Ooo! – krzyknął Mati (widocznie widząc coś interesującego za szybą samochodu).
- Ooo! – krzyknęłam i ja, właściwie nie wiedzieć czemu.
- Co? – zainteresowała się Zuzka.
- Co? – zainteresował się Mati.
- Nie wiem! – przyznałam się bez bicia.

*  *  *

Wracaliśmy sobie do domu po męczącej górsko-plażowej wyprawie, podziwiając wiejskie okolice zachodniego Ulsteru, kiedy przez uchylone okna samochodu wpadł do środka „swojski” zapaszek obornika.
- Co tak śmierdzi?! – skrzywiła się Zuzka.
- To z pól. – odpowiedziałam, niejako usprawiedliwiając członków rodziny.
- A co jest SPUL?!

Właśnie – ktoś spotkał kiedyś SPULA?!

*  *  *

Matt walczy dzielnie z ostatnimi egzaminami SCSE – jeszcze cztery i wakacje!
- Na egzaminie z biologii było pytanie o nazwisko uczonego, który badał fermentację. I za nic nie mogłem sobie go przypomnieć! Ale pod koniec egzaminu mnie olśniło. Przypomniałem sobie reklamę piwa!
- Tak?! – zadziwiłam się nieco.
- Tak! PASTERYZOWANEGO!

I kto by pomyślał… 

*  *  *

Po dogłębnej analizie i obserwacji, Julka odkryła włosy na swoich nogach.
- Mamo, mamo, patrz! – krzyknęła. – DORASTAM! 

11:33, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2