To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
wtorek, 26 czerwca 2012
Czytanie ze zrozumieniem

Bardzo mnie kiedyś ubawiła historia SZALENIE UZDOLNIONEJ córki koleżanki z pracy. Wybitna ta jednostka (córka, choć i o koleżance można by książkę napisać), jadąca na samych piątkach w szkole, podczas jednego z egzaminów nie doczytała była dokładnie treści zadania i napisała pracę wybitną, ale na kompletnie inny niż zadany temat. Skutkiem czego nie tylko zadziwiła komisję egzaminacyjną, ale i nie uzyskała należącej się jej jak psu żarcie piątki. Matka była oburzona - głównie zachowaniem komisji.
- Jak oni mogli?! - spazmowała, wypłakując się na naszych ramionach - Przecież znają moją Krysię i wiedzą, że jest dobrą uczennicą. A że źle przeczytała polecenie?... To przecież drobiazg!
Drobiażdżek, można by rzec. Właściwie do dziś nie wiemy, po co szanowna komisja w ogóle Krysię fatygowała. Przecież znając jej możliwości mogli postawić tę piątkę awansem!

Ale wracając do czytania ze zrozumieniem, warto je mieć jeśli korzysta się z zasobów bibliotecznych. A nie wszyscy, jak się okazuje, mogą się takową umiejętnością wylegitymować. Opowiadano mi ostatnio historię studenta, któren pojawił się w bibliotece z pretensją, że placówka czynna jest tylko w poniedziałki, piątki i soboty.
- A co z wtorkami, środami i czwartkami?! - awanturował się osobnik.
- Ale o co właściwie chodzi? - próbowała dociec indagowana na tę okoliczność Kierowniczka Działu Udostępniania. - Przecież pracujemy przez 6 dni w tygodniu!
- Taaak? To dlaczego piszecie Państwo, że jest inaczej?! - tu oburzony student wskazał tablicę z godzinami otwarcia, gdzie stało: „poniedziałek - piątek 8.00-19.00, sobota 8.00-15.00”.
Właściwie należało by natychmiast zapytać, dlaczego student przywędrował do biblioteki w środku dnia, a nie o 8.00 lub 19.00, ale że wszystkim dookoła opadły po jego logicznym wywodzie szczęki, pewnie nigdy się tego nie dowiemy.

I jeszcze jeden kwiatek - świeższy, bo zerwany wczoraj. Wraz z początkiem lipca rusza Wakacyjny Klub, w tym roku inspirowany egzotycznymi podróżami. Organizatorzy wydrukowali moc ulotek informujących, że w dniach 2-6 lipca zapraszają na „Dziecięcy Rejs” (Kids Cruise) po Siedmiu Morzach na Super Statku OASIS. Klub będzie miał siedzibę w jednej z wynajętych na tę okazję szkół, w planach oczywiście wiele atrakcji, a koszt tylko 5 funtów za osobę. Więc zapraszają! I wyobraźcie sobie, że zgłosiły się aż 3 OSOBY DOROSŁE z zapytaniem czy i one mogłyby się na ten rejs załapać, bo cena jest BARDZO przystępna jak na tygodniowe pływanie statkiem po morzach i oceanach. A i atrakcje gwarantowane!
Gwarantuję, że organizatorzy „rejsu” jeszcze trzymają się za brzuchy ze śmiechu ;)) Oto jest siła reklamy!!!

*  *  *

Zuzka wróciła od koleżanki bardzo podekscytowana.
- Oliwka! Czy ty wiesz, że w poniedziałek przyjeżdża do nas cyrk?! Będą słonie i małpy! I konie! I klowni!
- Tak? - zainteresowała się Oliwka. - A będą tam jakieś przekąski?

Hmmm, nie od dziś wiadomo, że nie to ładne co ładne, ale to co się komu podoba.

*  *  *

Oliwka przyszła do mnie z pytaniem.
- Mogę zjeść loda przy komputerze?
- Nie możesz! - odparłam.
- Ooooo! A dlaczego TY możesz jeśc loda w salonie?!
- Bo ja na pewno nie nabrudzę - odparłam ze stoickim spokojem.
Oliwka była oburzona. Przez chwilę widać było, że szuka właściwego słowa, mogącego w pełni oddać jej uczucia w związku z tak jawną niesprawiedliwością. Wreszcie znalazła, zmrużyła oczy i przez zaciśnięte zęby rzuciła:
- ZDZIERSTWO!!!

Bardzo CENNY komentarz…

12:22, oszin13
Link Komentarze (2) »
sobota, 23 czerwca 2012
Teatrzyk „Zielona Gęś” ma zaszczyt przedstawić…

…sztukę żartobliwą z podziałem na role, pod tytułem „Szkolne perypetie”.

Akt 1.

Oliwka wróciła ze szkolnej wycieczki bardzo podekscytowana. Nie ma się co dziwić - wizyta w Planetarium musiała wywrzeć na niej, jako przyszłej pani astronom, niemałe wrażenie. I wywarła! Ola miała okazję zabłysnąć astronomiczną wiedzą, którą sypie jak z rękawa, zamęczając otoczenie (czyli na co dzień nas). Od razu zaprzyjaźniła się z Nickiem, muzealnym przewodnikiem.
Przy okazji nasza latorośl złożyła swojej wychowawczyni pewną deklarację:
- Powiedziałam mojej pani, że kiedy będę już słynnym i bogatym astronomem, odwiedzę ją na emeryturze w domu starców i dam jej tyle pieniędzy ile tylko będzie chciała! Pod warunkiem, że nie będzie to więcej niż 9 tysięcy!!!
Jak to dobrze mieć słynnych i bogatych byłych wychowanków - choćby i takich, którzy konkretnie nas wyceniają…

Kolejną atrakcją Oliwkowego wyjazdu była wizyta w Armagh Museum, gdzie w ramach zainteresowania historią Drugiej Wojny Światowej, dzieciaki wykonały papierowe modele masek przeciwgazowych (!) W pierwszym momencie myślałam, że były to twarze obcych zrobione na warsztatach w Planetarium - jak się później dowiedziałam, zielone oczy były wynikiem działania gazu ;))
Zapytana o wrażenia z muzeum Ola stwierdziła:
- Było bardzo fajnie! Na początek zobaczyliśmy model Einsteina!
- Model?! Einsteina?!! - żywo się zainteresowaliśmy. - A jak dokładnie wyglądał?
- No, to był Einstein, tylko że do pępka i bez rąk!
Zdaje się że był to „model” w wersji popiersiowej ;)

Ola wróciła z wycieczki, jako się rzekło szczęśliwa. Wygramoliła się z autobusu, obładowana bambetlami, wprost w moje ramiona.
- Masz wszystko? - zapytałam odruchowo, jak każda troskliwa matka.
- Mam wszystko! - odparła z dumą w głosie Ola. I zaraz dodała:
- Oczywiście oprócz 5 funtów, które wydałam z sklepie z pamiątkami na świecące naklejki!!
Sklepy z pamiątkami są, jak wiadomo, najważniejsze!

 

Akt 2.

Tutek zdobył właśnie szczyt szkolnej gorliwości! Nie bacząc na fakt, że zdał końcowe egzaminy w terminie zerowym i właśnie zaczął wakacje, wstał w czwartek rano, wskoczył w mundurek, zabrał plecak i… pojechał do szkoły, bo chciał się spotkać z kolegami! Niestety, zapomniał że koledzy właśnie tego dnia piszą egzaminy, które on napisał wcześniej, w związku z czym z koleżeńskich pogaduszek nici. Po dramatycznym smsie „Nie powinno mnie tu dzisiaj być!”, wskoczył w pierwszy autobus i wrócił na rodziny łono, nadgorliwiec jeden ;))

Akt 3.

W Julkowym przedszkolu miała miejsce Graduation Ceremony, czyli pasowanie na pierwszoklasistę. Promocję dostały wszystkie dzieci - oprócz Julki, bo ona, tegoroczny przedszkolak „na doczepkę”, dopiero od września zacznie swoje przedszkole właściwe. Dlatego ceremonia nie bardzo jej dotyczyła. Na szczęście szkoła potraktowała sprawę indywidualnie i zrobiła wszystko, żeby Julka nie czuła się pominięta. Czupurek nie dostał wprawdzie medalu i innych gadżetów „pierwsza klasa”, wręczono mu za to specjalny certyfikat ukończenia grupy przedszkolnej i dopuszczono do oficjalnego gazetowego zdjęcia (trzeba będzie w przyszłym tygodniu przejrzeć uważnie lokalną prasę). Wisienką na torcie była torba z książeczkami dla dzieci - prezent od lokalnej biblioteki dla wszystkich przedszkolaków. Radości nie było końca, bo Jula uwielbia torebki wszelkiej maści! A TA torba jest teraz NAJWAŻNIEJSZA NA ŚWIECIE!

 

Akt 4.

Dla Zuzki był to też pracowity szkolny tydzień, choć i pełen atrakcji. Wycieczka szkolna, festiwal tańca irlandzkiego, występy chóru, skrzypce, flet, rozdanie nagród etc. W ramach relaksu i odpoczynku od szkolnych trudów, w piątkowy wieczór Zuzka powędrowała z koleżankami do kina na „Smerfy”. Kino mieściło się w… szkole - seans był organizowany przez Komitet Rodzicielski ;) Ale wyjście jest wyjście - Zuzka wystroiła się więc jak należy, a młodsza siostra Julia pożyczyła jej jedną ze swoich drogocennych torebek. Złotą, wyjściową!
Jak widać czasem i młodsze siostry się przydają.

 

EPILOG

Tegoroczne rozdanie szkolnych nagród udowodniło, że nasza rodzina literaturą stoi. Do blogującej mamy i piszącego brata dołączyły obie dziewuszki, które dostały nagrody za osiągnięcia literackie - Zuzka drugi, a Ola trzeci raz w karierze! Plus wysyp wyróżnień za chóry, tańce i inne tego typu działalności na rzecz szkoły. Trzeba było należycie uczcić rodzinne talenty! Dlatego z okazji rozdania nagród przygotowałyśmy z Julką czekoladowy tort wuzetkowy z truskawkowym akcentem. Chłodził się całą noc w lodówce i dziś rano po śniadaniu uszczknęliśmy nieco z jego okrągłości. Zasłużyliśmy!

11:26, oszin13
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 czerwca 2012
Już za parę dni…

Wakacje zbliżają się milowymi krokami - wprost czuć już ich zapach i smak. Nie mamy póki co skrystalizowanych wakacyjnych planów (może poza Summer Clubem), ale - jak pokazało ubiegłe lato - jesteśmy otwarci na pomysły last minute. Zwłaszcza, że ostał nam się zeszłoroczny biwakowy ekwipunek! Jeśli więc będziemy mieli fantazję i dopisze pogoda, może i w tym roku wyruszymy na podbój świata. Jeśli nie, pozostaje nam rękodzieło artystyczne w czterech domowych ścianach, co wcale nas nie przeraża. Albowiem mamy kilka pomysłów na deszczową nudę, a rekonesans zasobów sklepu papierniczego wypadł nad wyraz pomyślnie :) 

Nie zginiemy - jak co roku zresztą!

*  *  *

Dziewczynki przytargały wczoraj ze szkoły formularze zamówień na szkolne fotografie. I nie bójmy się wielkich słów - trwoga mnie ogarnęła! Nie w temacie samych fotek, bo te wyszły nieźle, ale powaliła mnie cena! Dwanaście i pół funta za jedną sztukę! Pal sześć, jeśli mielibyśmy zapłacić tylko za fotki klasowe - choć i tak byłoby to prawie 40 funtów! Ale przecież mamy córki aktywistki, co to żadnym klubem zainteresowań nie gardzą, w związku z czym dochodzą nam jeszcze zdjęcia: szkolnego chóru (Zuza i Ola), grupy instrumentalnej (Zuza), samorządu szkolnego (Zuza), drużyny netballu (Zuza) i eco commitee (Zuza i Ola). Jakby nie liczyć - 12.50 razy 8 (w porywach do 10), czyli co najmniej stówka z kieszeni! Granda i rozbój w biały dzień! Do zapłacenia na cito do czwartku!
Hmmm, trzeba będzie obmyślić strategię i rozpocząć negocjacje z dziewuszyskami… Już wiemy, że nie będzie łatwo.

*  *  *

Idące z duchem czasu szkoły wykorzystują nowoczesne kanały do kontaktu z rodzicami uczniów. Wczoraj dostaliśmy smsowy komunikat ze szkoły Tutka:
„Jutro odbędzie się dzień sportu. Uczniowie klas 11 powinni spędzić ten czas w domu, ucząc się do nadchodzących egzaminów końcowych”.
Nasz uczeń klasy 11-tej ucieszył się z dnia wolnego, jednak zdecydowanie odmówił nauki. I nawet nie możemy z człowiekiem w tej kwestii polemizować, bo jego oceny A i A* z egzaminów wytrącają nam z rąk argumenty.

*  *  *

- Kocham Cię! - wyznaje mi Julka, śród wspólnej produkcji ciasta naleśnikowego.
- Tak? - rozczulam się. - A dlaczego?
- JESTEŚMY RODZINĄ! - odpowiada rezolutnie Julka.

To prawda... 

*  *  *

Zuzka wpada do kuchni w ramach obiadowych przeszpiegów.
- Naleśniki!!! - wydaje z siebie okrzyk radości.
- Naleśniki. - potwierdzam. I proponuję. - Chcesz jednego?
- Czy ja chcę?! - dziwi się Zuzka. - JA NALEGAM!!!

 No, skoro nalega…

10:24, oszin13
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 czerwca 2012
YYYhhhaaaa!

Za oknami wiatr szaleje! I pada! I drzewa łamie! Dziki Zachód normalnie (choć do końca nie potrafię wykazać proweniencji tego skojarzenia ;)! Ale się dzieje! Miał nosa dyrektor szkoły, że wczoraj na szybko zorganizował dzień sportu - dziś porwałoby mu dzieci prosto z bieżni! Ale co za rekordy szybkości dało by się wypracować!!!

*  *  *

Podobno są takie chwile w życiu żółwia, że musi komuś przy***lić (nawet jeśli wypada na słonia). I są takie chwile w życiu matki, że musi być samolubna - wiem, bo właśnie wczoraj ja miałam taką chwilę. Postawiona przed wyborem: iść na dzień sportu, oglądać dzieciaki w akcji czy jechać na babską wycieczkę do słynnej irlandzkiej fabryczki porcelany Ballydougan Pottery, wybrałam egoistycznie! Bo co jest w końcu, kurcze blade! Na dni sportu chadzam regularnie od czterech lat, ten wczorajszy wyskoczył do tego jak Filip z konopi, bo dyrektor szkoły celował w pogodę. A babska wycieczka była zaplanowana od tygodnia - zwiedzanie fabryki, degustacja specjałów tamtejszej kawiarenki i warsztaty dekorowania ceramiki pod okiem samego właściciela manufaktury. Jeśli jestem więc marną matką - mea culpa, choć nie powiem, że mam wyrzuty sumienia ;))
W Ballydougan Pottery było cudnie! Zupełnie jak w innej epoce! Wraz z przekroczeniem progu romantycznej XVII-wiecznej chaty, wpadało się z głową w świat kruchych porcelanowo-papierowych cudeniek, unikalnych bibelotów, maleńkich ozdóbek (wszystko ręcznie robione i na sprzedaż, za NIEMAŁO!) Wokół unosiła się woń zapachowych świeczek i olejków, która od razu wprawiała w dobry nastrój. Z trudem przewędrowałyśmy przez długi korytarz, wiodący do kafejki, chłonąc te śliczności wszystkimi zmysłami i starając się, jak mityczni Argonauci, nie dać się zwieść ich syrenim śpiewom. Tuż za rogiem korytarza przywitały nas zgoła inne zapachy - parzonej kawy i świeżutkich bułeczek, pieczonych na miejscu. Weszłyśmy do kawiarenki „z duszą” - z sufitu zwisały drewniane świeczniki przystrojone kwiatami, w centrum stał prawdziwy kominek obstawiony porcelanowymi lampionami, w kącie cykał wielki drewniany zegar, a przy stolikach z dyskretnymi lampkami ludzie popijali poranną kawę i zjadali specjały tutejszej piekarni. Całość po prostu tonęła w morzu porcelanowych cudeniek ustawionych na każdej „rozsądnej” przestrzeni. I znów - jak rzeczeni Argonauci - musiałyśmy oprzeć się pokusie, przedefilować przed mącącymi nam w głowach pysznościami i zniknąć na zapleczu kawiarni, albowiem tam właśnie mieści się serce słynnej manufaktury. I tam, wśród setek przygotowanych do wypalenia dzbanuszków, świeczników, kubeczków, talerzy, czekał na nas właściciel całego tego bałaganu, Mr Sean O’Down.
Sympatyczny pan zrobił nam na początek krótki wykład na temat pochodzenia i produkcji porcelany, tudzież zasad jej zdobienia, a potem podarował każdej z nas kubek do samodzielnego wymalowania. Z lubością oddałyśmy się projektowaniu i dekorowaniu naszych kubeczków, podglądając projekty koleżanek i poprawiając własne. Jak dzieci!!! Mr Sean krążył między nami, zdradzając sekrety uzyskania głębszego rysunku, trzymania pędzelka do kaligrafii i doboru kolorów. Świetnieśmy się bawili, cytując Mikołajka. Tak świetnie, że zajęłyśmy zapracowanemu właścicielowi dwa razy więcej czasu niż zaplanował (i miał zapłacone, hi, hi) - ale nie narzekał, zapewne będąc pod wrażeniem naszych talentów artystycznych ;)
Wymuskane przez nas „mugs-to-be” zostawiłyśmy do wyglazurowania i ostatecznego wypalenia. Obiecano nam, że dostaniemy nasze dzieła za kilka dni. Liczymy na to!
Spełnione artystycznie, mogłyśmy się wreszcie oddać rozpuście i udać na zasłużoną kawę plus słodkości. Muszę powiedzieć, że latte pita z ręcznie robionej porcelanowej filiżanki smakowała faktycznie magicznie, a owocowa bułeczka z dżemem i bitą śmietaną rozpływała się w ustach. Mogłyśmy tak sobie siedzieć i siedzieć… Tymczasem czas płynął nieubłaganie i nasz bus już czekał na podjeździe. Obfotografowawszy się jeszcze obficie na tle niepowtarzalnych wnętrz, w wyśmienitych humorach wróciłyśmy do naszego miasteczka. Już nie tak malowniczego :(

Ballydougan Pottery

13:17, oszin13
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 czerwca 2012
Bardzo trudny koniec roku

Kurczę, ruch mamy w interesie jak nie wiem co! Codziennie coś się dzieje - jak nie wycieczka szkolna to koncert chóru, jak nie otwarcie szkoły po remoncie i wizyta Ministra Edukacji to inauguracja przedszkola, jak nie egzamin GCSE to postkomunijna msza! Kalejdoskop wydarzeń! Do tego mnożą się zamówienia na kolejne znicze olimpijskie - znicz we wtorek, znicz w piątek, znicz w poniedziałek. Strach otworzyć lodówkę!!! Noooo, ale jak ma się w grze czterech szkolnych czempionów…

Nie ma więc co narzekać - trza BYWAĆ! I jeszcze dopisać do kalendarza imprez konkurs tańca irlandzkiego, dzień sportu i rozdanie nagród ;))) I trzy wycieczki!
Tylko tak zwane Matczyne Życie Osobiste schodzi na drugi plan (a jeśli nie, to gryzą Rodzicielskie Wyrzuty Sumienia, oj, jak gryzą…)

*  *  *

Dziś rano uroczyście „odebraliśmy” szkołę dziewczynek po remoncie generalnym! Były tańce (irlandzkie), śpiewy chóralne oraz wyciskające łzy z oczu wystąpienie watahy przestraszonych przedszkolaków. Po sukcesach w kraju i za granicą - głównie za granicą kraju! - piątka polskich dzieci odśpiewała po raz kolejny „Barkę” (tym razem mogliśmy podziwiać ich przody, a nie jedynie tyły z ukrytej kamery:) Były mniej lub bardziej dowcipne wystąpienia zaproszonych oficjeli - w tym Ministra Edukacji. Dyrektor kraśniał z dumy nad swoją odnowioną placówką edukacyjną, ale i też miał powody. Mogliśmy się o tym naocznie przekonać, wybierając się na wycieczkę po szkole w towarzystwie profesjonalnego przewodnika w osobie naszej Zuzki. Muszę przyznać, że szkoła zmieniła się nie do poznania i stanowi teraz marzenie każdego nauczyciela (o uczniach nie wspominając) - klasy są przestronne, jasne, z nowiutkimi meblami. W każdej jest tablica interaktywna i komputery dla nauczycieli. Wydzielono salę komputerową z trzydziestoma terminalami, jest przestronna biblioteka, sala wykładowa do użytku publicznego, sala konferencyjna, dwie klasy przedszkolne. I wszystko to zrobiono przebudowując wnętrze szkoły w czasie trwania roku szkolnego! Naprawdę, imponujące! Dyrektor ma powody do dumy!
Dodatkowo na pamiątkę wydarzenia szkoła otrzymała od jednego z gości autentyczną (jeśli wierzyć ofiarodawcy) XVI-wieczną kulę armatnią (kieszonkowej wielkości), pochodzącą z armady Sir Francisa Drake’a! To się nazywa historyczna pomoc naukowa!

Dla utrzymania równowagi ciała z duchem, wieczorem wybraliśmy się do kościoła. Z okazji trwającego właśnie w Dublinie Kongresu Eucharystycznego, ksiądz O’Dwyer odprawił uroczystą mszę, zakończoną procesją, wiedzioną przez tegorocznych komunistów. Takie trochę tutejsze Boże Ciało - gratka szczególnie dla dziewczynek, bo kolejna okazja do wskoczenia w białą suknię! Komunistów przyszło jednak niewielu - biorąc pod uwagę trzy szkoły - ale ze trzydziestka się uzbierała. Tajemnicą poliszynela jest, że Oliwkowa pani obiecała odpuszczenie dzisiejszej pracy domowej za stawienie się w kościele. Jak widać po dzisiejszej frekwencji, dzieciaki garną się bardziej do książek świeckich niż kościelnych. Dobre i to…

*  *  *

Szykuje nam się w wakacje kolejna kulturalna gratka! Pod przykrywką jubileuszu Jej Królewskiej Wysokości Elżbiety, nasze ulubione Ulster Museum sprowadza z Royal Collection 10 oryginalnych szkiców Leonarda - i nie są to rysunki DiCaprio z „Titanica”! Spodziewamy się słynnego „Studium głowy Ledy” i rysunków anatomicznych, ale póki co muzeum nie ujawnia tytułów złotej „dziesiątki”. W każdym razie, koniecznie trzeba się będzie wybrać na rendezvous z panem da Vinci!

23:01, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2