To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
piątek, 24 czerwca 2011
Siła przyzwyczajenia

Przyzwyczajenie to druga natura. Podpisuję się pod powyższym i służę przykładem. Wczoraj rano, po wyprawieniu dziewczynek do szkoły, wpadłam do pokoju Matiego rycząc wesoło: „Na tańcach ją poznałem, długowłosą blond…” W przelocie chwyciłam koszule do prania, z rozmachem otworzyłam okno do wietrzenia i wtedy dobiegł mnie dziwny szmer (że też w ogóle go usłyszałam śród własnego pienia!) Coś poruszało się za moimi plecami… Odwróciłam się błyskawicznie i słowiczy głos uwiązł mi w gardle, albowiem odkryłam, że… mój syn, który zwykle o tej porze bywał w szkole, przewraca się niespokojnie w łóżku! Because WŁAŚNIE ZACZĄŁ WAKACJE I USIŁUJE SPAĆ! Wycofałam się jak niepyszna, tym razem na palcach. A Tutek spał dalej, nic go to nie ruszyło…

*  *  *

Tutek zakończył był rok szkolny - z wielką pompą. Pompa była dosłowna, bo w drodze ze szkoły kilku dowcipnych inaczej kolegów zaczęło obrzucać się bombami wodnymi w szkolnym autobusie. Pani kierująca pojazdem zrobiła zgrabny i zdecydowany zwrot, objechała najbliższe rondo i po prostu wróciła do szkoły. Wezwany naprędce wicedyrektor wybrał na chybił trafił kilku „szczęśliwców” celem sprzątnięcia pojazdu, po czym wyłuskał taśmy z autobusowych kamer cctv, co by zidentyfikować sprawców właściwych. Winni mają „w nagrodę” dostać listowne zaproszenie na osobistą audiencję w gabinecie dyrektora, koniecznie w towarzystwie rodziców.
Wypytany przez nas na okoliczność zajścia Mati zeznał, że był jeno biernym świadkiem i absolutnie nie brał udziału w wodnej rozróbie. Z taśmami prawdy jest jednak tak, że nie wiadomo jak mogą zostać zinterpretowane w niesprzyjających okolicznościach. Kiedy więc następnego dnia rano listonosz niespodziewanie dostarczył list zaadresowany bezpośrednio do Matiego, nasz syn zadrżał. Nie odważył się otworzyć koperty, czekając do mojego powrotu z Zuzkowych występów na festiwalu tańca irlandzkiego. Na szczęście podejrzana korespondencja okazała się jedynie formularzem zgłoszeniowym na obóz młodzieżowy w Belgii. Mati odetchnął pełną piersią. I przyznam, że ja też!

00:44, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 czerwca 2011
Prize Day

W piątek, wraz z ojcem, puchliśmy z dumy, jak na rodziców nietuzinkowych dzieci przystało. Nasze dziewczynki odbierały bowiem nagrody za szkolne osiągnięcia. W tym roku obie zabłysły w dziedzinie „Literacy”, czyli ogólnie mówiąc Angielskim. Zuzanna, oprócz wspomnianej „literackiej” nagrody, zgarnęła jeszcze wyróżnienia artystyczne za śpiewanie w chorze, tańczenie w zespole i rzępolenie na skrzypcach. A Oliwkę ominęła nagroda za 100% obecności w roku szklonym – dosłownie o „jeden dzień” (wizyta w Konsulacie, kurczę blade!). Na otarcie łez i dla uczczenia innych szkolnych osiągnięć, poszłyśmy we trzy po szkole na duuuuże ciacha do ulubionej cukierni!

 *  *  *

Oliwka występowała na rozdaniu nagród z nieco nieobyczajnie wyeksponowanym środkowym palcem lewej dłoni – bynajmniej nie z braku szacunku dla grona pedagogicznego! Bawiąc się kilka dni wcześniej na skwerku, była uprzejma wsadzić rzeczony palec miedzy sztachety płotu, za którym mieszka olbrzymie psisko. A psisko skorzystało z okazji i kłapnęło szczękami. Na szczęście rana jest dość powierzchowna i obyło się bez szwów - i zastrzyków, bo bydlę okazało się szczęśliwie szczepione. Ale strachu się nieco najedliśmy. A ja, jako Matka-Polka z harcerskim doświadczeniem, popartym kursem First Aid, zawodowo wiążę bandaże.

*  *  *

Ojciec rodziny zafundował wczoraj dzieciakom nie lada atrakcję, nieoczekiwanie przynosząc do domu maleńką puchatą kaczuszkę. Na szczęście jedynie wypożyczoną w celach dydaktycznych od innego ojca. Radości było co niemiara. Dzieciaki stanęły oko w oko z dziką przyrodą, ze zdziwieniem stwierdzając, że przyroda jest mięciutka, pływająca i bezzębna! I zdecydowanie nie jest brzydkim kaczątkiem. Małolaty – łącznie z Tutkiem – były zachwycone, a pies (wstyd powiedzieć) umknął w popłochu i zaszył się w kąciku, udając że śpi!

*  *  *

Dla Matiego rozpoczął się czas egzaminów. Dziś ma cztery, jutro trzy, a pojutrze – WAKACJE!
Dziewczyny pękną z zadrości...

11:46, oszin13
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 czerwca 2011
Wakacje last minute

Nie każdy może wpaść na pomysł samochodowej włóczęgi po Europie z czwórką dzieci na miesiąc przed planowaną wyprawą! Nie każdy, chyba jedynie tak szaleni rodzice jak my. I z przyjemnością stwierdzam, że kilka dni temu zapadły stosowne wakacyjne decyzje. Europo – czekaj na nas w sierpniu! Polski także nie pominiemy, żeby nie było…
W związku z powyższym, jesteśmy od paru dni w stanie amoku przedwyjazdowego, próbując nadgonić czas i na bieżąco robić rekonesans rzeczy załatwionych i wymagających załatwienia. Przeglądamy oferty promów, przeczesujemy eurokempingi, sprawdzamy stan plenerowego wyposażenia. Pewności siebie dodaje nam fakt, że dwa lata temu odbyliśmy podobną podróż i przeżyliśmy. Pomni błędów z poprzedniego, męczącego wyjazdu, staramy się tym razem podejść do sprawy bardziej rekreacyjnie. Niestety, wiąże się to z koniecznością zabrania większej ilości wyposażenia niż poprzednio. Ojciec rodziny rwie włosy z głowy zastanawiając się gdzie on to wszystko upchnie?!
Korzystając z chwilowego słońca, dokonaliśmy wczoraj próbnego rozstawienia nowego 6-ciosobowego namiotu. Obiekt ma 3 kabiny, więc Zuzka z Oliwką przygotowały rozdział kwater, z którego wynika, że czekają mnie upojne noce z Czupurkiem zamiast z własnym mężem :( Próba czasowa nie wypadła źle – Mati z ojcem zwinęli obozowisko w ciągu pół godziny.
Rodzina jest podekscytowana wyjazdem, tylko pies nie jest świadom, że nie będziemy mogli go ze sobą zabrać. Znając jego awersję do podróży, byłaby to dla niego mordęga. Znajomi właściciele czworonogów polecili nam już miły hotel dla zwierzaków, ale znaleźli się także chętni do przejęcia opieki nad Molakiem na czas naszej nieobecności. Jeśli tylko mają dostateczną ilość butów do obgryzienia i miejsce w łóżku to czemu nie? Któregoś dnia podjedziemy do nich, dokonamy prezentacji stron i zobaczymy co z tej znajomości wyjdzie.

 *  *  *

Oliwkowe rozmowy egzystencjalne.
Ola: Mamo, czy Molly zostanie u nas na zawsze?
Ja: Tak.
Ola: Może zostać u nas do końca życia?
Ja (nieco rozczulona dziecięcą miłością): Oczywiście.
Ola: To dobrze.

(…a po chwili…)
Ola: A jak umrze to wyrzucimy ją do śmieci!

Zdaje się, że widok martwej rybki spływającej w sedesie nadal tkwi w jej pamięci. A skoro pies nie zmieści się do sedesu…

12:10, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 czerwca 2011
Wakacje za pasem!

Rok szkolny powoli się kończy, prace domowe też, na placu boju zostały jedynie przyjemności – dzień sportu, rozdanie nagród, klasowe wycieczki, festiwal tańca irlandzkiego. Panie zaczynają już wakacyjne porządki w klasach, więc spodziewam się, że dziewczyny (Zuza szczególnie) naniosą do domu kupę niepotrzebnych nikomu skrawków papieru i zadrukowanych kartek, pęczki kredek, stare foldery. Wszystko do wykorzystania w długie wakacyjne miesiące, kiedy trzeba będzie organizować dzieciakom alternatywę dla telewizji i komputera. Damy radę! Ja też mam w zanadrzu kilka pomysłów i nowych materiałów, ale o tym póki co sza!

 *  *  *

We wtorek mieliśmy ostatni tegoroczny Afterschool Club, a na nim totalne szaleństwo! Babeczka odpowiedzialna za zajęcia plastyczno-ruchowe poszła na całość i udostępniła dzieciakom 5-ciolitrowe wiadro konfetti do zabawy! Szalona! Sala gimnastyczna tonęła w papierowych kółeczkach, a dzieciaki wyglądały jakby miały łupież. Moje długowłose dziewoje naniosły tyle cholerstwa we włosach, że do dziś nie udało mi się wszystkiego posprzątać. Mimo kilkakrotnego odkurzania!
Dzisiaj był natomiast ostatni OTT Klub, zakończony rodzinnym barbecue. Następne spotkania klubowe we wrześniu, choć na pewno ktoś coś zorganizuje dla dzieciaków w wakacje. Muszę trzymać rękę na pulsie…

*  *  *

Oliwka została pogryziona przez psa. Niegroźnie, oczywiście, ale faktem jest, że Molly zahaczyła zębem Oliwkową rękę i polały się łzy. Na otarcie tychże wydostałam z zakamarków domowej apteczki specjalny plasterek w całuski, co by zarysowanie na ręce opatrzyć. Zuzka zzieleniała z zazdrości i natychmiast zażądała takiego samego plasterka! Ba, plasterek plasterkiem, ale skąd wziąć na poczekaniu ranę?
- To proste – przyszła jej w sukurs Oliwka, szepcząc konfidencjonalnie – Złap psa, bij go tak długo po nosie, aż cię ugryzie, a potem mama da ci plasterek!
Hmmm, można rzec - dziecinnie proste!

00:40, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 czerwca 2011
Ciągle pada…

Pada, pada, znowu pada. Wczoraj lało cały dzień, dziś też ma padać. I tak do końca tygodnia. Aż trudno uwierzyć, że w piątek mieliśmy tu niemal tropikalne upały! Żar wściekły lał się z nieba, że trudno było wytrzymać – jak w jakiej Afryce, nie przymierzając.
Jako remedium na upał postanowiliśmy uruchomić  w ogrodzie basen, ku radości naszych pociech, tęsknocie sąsiedzkich dzieci i zgryzocie ich rodziców (jęki małoletnich były aż nadto słyszalne). Woda w akwenie była oczywiście zimna, bo lana prosto z węża ogrodowego, ale czy taka błahostka może być przeszkodą w zabawie? Oczywiście nie! Dlatego na dzień dzisiejszy uczestnicy piątkowej szampańskiej basenowej zabawy śląpają nosami i pokasłują głucho. Ale pewnie warto było! Zwłaszcza, że był to pierwszy i jedyny występ TEGO basenu w tym roku – pies, początkowo przestraszony i nieufny, wreszcie zatopił w nim swoje szczenięce zęby, kończąc całą zabawę i pokazując kto tu rządzi.
Może to i dobrze, że pogoda się zepsuła. W ten sposób zyskaliśmy czas na poszukiwania kolejnego, bardziej psoodpornego basenu.

 *  *  *


W sobotę zafundowaliśmy dzieciom imprezę wyjazdową. Polska Szkoła Sobotnia z pobliskiego miasta, niedawno uruchomiona, organizowała Dzień Dziecka dla polskich dzieci. Skwapliwie skorzystaliśmy więc z publicznego zaproszenia. Temat szkoły sobotniej jako pomysłu na edukację patriotyczną przerabialiśmy jakiś czas temu – z naszą ilością dzieci moglibyśmy spokojnie zapełnić pół klasy takiej szkoły! Nasze dzieciaki uczęszczały nawet dwa lata temu na sobotnie zajęcia. Pomysł wydawał się dobry, wizje pani Dyrektor były nieco nowatorskie, ale nie pozbawione sensu. Zarażeni ideą służyliśmy nawet własnym wizerunkiem w prasie polonijnej, propagując sens istnienia tego typu szkół za granicą. Niestety, wkrótce okazało się, że nasze wyobrażenia o kształcie szkoły bardzo się mijały z wizją pani Dyrektor szkoły sobotniej i po wymianie burzliwej mailowej korespondencji rozstaliśmy się (z odkopanym toporem wojennym). Nie wiem nawet czy tamta szkoła jeszcze funkcjonuje (osobiście wątpię). Od tego czasu powstały w okolicy inne – na pewno lepsze – polskie szkoły sobotnie, my jednak już się w nie nie bawimy. Uczymy dzieci w domu, co nie powstrzymuje nas od bywania na imprezach otwartych. A warto było się pofatygować, bo impreza była fajna – dziewczyny wyszalały się na dmuchanych zamkach, obfotografowały w samochodach policyjnych, z otwartymi ustami obejrzały pokaz magii („I jak ten pan zamienił gołębia w królika?! Przecież nawet nie miał rękawów!!”) Było sympatycznie i smacznie, albowiem bufet serwował polskie słodkie bułeczki i pączki. Czekamy na kolejne inicjatywy. Nie odmówimy uczestnictwa!

 *  *  *

Wczoraj, jako się rzekło, lało cały dzień, a że „w czasie deszczu dzieci się nudzą, to ogólnie znana rzecz”. W ramach walki z nudą dziewczyny postanowiły urządzić dzień robótek ręcznych. Tak się jakoś złożyło, że z okazji ostatnich OKAZJI dostały kilka robótkowych zestawów, do których nie miały czasu usiąść, a które teraz wyciągnęły na światło dzienne. Cóż robić, trza było wziąć byka za rogi i odkurzyć robótkowe talenta (ha, ha). Zuzka, korzystając z zestawu „First Knitting”, postanowiła udziergać torebkę z włóczki, koniecznie przy pomocy dołączonego narzędzia do ściegów francuskich. Narzędzie widziałam pierwszy raz w życiu, instrukcja obsługi tylko gmatwała sprawę. Od czego jednak mamy Internet? Przy pomocy Youtube i kilku tutoriali, udało mi się rozgryźć bestię i aktualnie mamy skończoną rączkę do torebki. Następny etap – robienie na drutach!
Oliwka podjęła się natomiast wyszycia jednorożca, haftem krzyżykowym. Kolorowy jednorożec  na pudełku – namalowany, nie wyszyty – kusił lekkością i złudną prostotą wykonania. Dołączona do zestawu plastikowa igła dawała się bardzo łatwo nawlekać, jednak przebicie jej przez płócienna materię, w dodatku w systemie „na krzyżyk”, to zupełnie inna sprawa.
- Mamo, ta igła jest jak delfin – wykoncypowała Oliwka – wyskakuje z wody i wskakuje do niej!
Przy pomocy delfiniej filozofii jakoś sobie poradziłyśmy i skończyłyśmy – póki co tylko chmurę, jako-tako. Jednorożec pozostaje nadal dziewiczo nietknięty...
Na placu boju pozostało jeszcze jedno pudełko - zestaw do robienia bransoletek z muliny. Czekając, aż dziewczyny sobie o nim przypomną, staram się przygotować i zgłębić tajemnice korzystania z dysku Kumihimo…

 *  *  *

Dyskusja przed snem, w trakcie głośnego czytania Brzechwy.
- Mamo, co to jest perliczka – pyta Zuzka.
- To taka mała kurka – odpowiadam, błogosławiąc wiejskie wychowanie i znajomość rodzajów drobiu.
- Jak to? – Zuza się dziwi - Mała kurka to przecież kurczak.
- Tak. Ale to jest kurka, która cały czas jest mała. Jak kucyk, który jest małym koniem.
- To prawda! Czytałam o tym w jednej książce! – wykrzykuje Oliwka, po czym zamyka oczy i recytuje z pamięci z szybkością kałasznikowa: „Ponies are not baby horses. They are small horses, and they can have foals of their own”.
Odszukałam dziś tę książkę na półce i sprawdziłam - zacytowała słowo w słowo. Fotograficzna pamięć zawsze w cenie.

12:23, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2