To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
środa, 15 maja 2013
Sport i rekreacja

Po zdecydowanie relaksacyjnym zakończeniu ubiegłego tygodnia, z nową siłą oczekiwaliśmy śmiałych wyzwań. A na te nie trzeba było długo czekać - przyszły wraz z poniedziałkiem, kiedy to klasa Oliwki wybrała się na prawdziwą „zagraniczną” wycieczkę. Pojechali faktycznie ZA GRANICĘ, bo do hrabstwa Kildare w Republice Irlandii, na zaproszenie szkoły partnerskiej o wdzięcznej nazwie Scoil Mhichil Naofa (czyli po ludzku St. Michael’s School). Oliwka była tak podekscytowana wyprawą, że obudziła się (i mnie, oczywiście) w poniedziałek o piątej rano!
- To mój pierwszy samodzielny wyjazd zagraniczny! – tłumaczyła swoją niecierpliwość z roziskrzonymi oczami.
Samodzielny znaczy bez rodziny, jak rozumiem :)

Główną atrakcją wycieczki była wizyta obu szkół w Causey Farm, miejscu oferującym wiele atrakcji na świeżym powietrzu, ze szczególnym uwzględnieniem kolektywnego taplania się w błocie (bo w końcu nic tak nie integruje jak wspólny brud :-D). Co też chmara nieletnich chętnie czyniła, pod dyktando miejscowych przewodników.
- Właźcie, właźcie! – zachęcali ponoć organizatorzy. – To świetnie robi na cerę!
Zabawa musiała być nieziemska – Oliwka przywiozła na „skitranym” w plecaku ubraniu tyle błota, że śmiem wątpić, czy cokolwiek zostało na irlandzkiej ziemi. Dość powiedzieć, że spodnie dresowe trzeba było przed włożeniem do pralki siedmiokrotnie płukać, a koszulki i bielizna nadają się już tylko do kosza (że o gruntownym praniu plecaka i wypłukiwaniu błota w wnętrza gumiaków nie wspomnę)!
Oliwka przyglądała się znikającemu w odpływie ściekowym błocku z niejakim smutkiem, wzdychając:
- Ech, to błoto to była moja jedyna pamiątka…
I właściwie miała rację, bowiem w ferworze błotnej zabawy zabrakło już czasu na odwiedzenie sklepów i wydanie specjalnie zorganizowanych na okoliczność wyjazdu pięciu euro.
I musimy teraz tę zagraniczną walutę od Oliwki odkupić – po godnym kursie, ma się rozumieć…

Wspomnianym spodniom dresowym, cudem wyrwanym z błotnych szponów, nie dane było jednak odpocząć. Ledwie obeschły nieco przez noc, już zostały z powrotem wciągnięte na cztery Oliwkowe litery. I powędrowały – razem z Oliwką i resztą dziewczynek – do szkoły na Dzień Sportu.
W tym roku Dyrektor postanowił przechytrzyć kapryśną irlandzką pogodę i miast organizować zawody sportowe pod koniec roku szkolnego, zwołał je w połowie maja. WYJĄTKOWO ZIMNEGO MAJA, dodajmy! Miał jednak chłop trochę farta, bo było wprawdzie zimno, ale deszcz spadł tylko raz. Więc w sumie mogło być gorzej :)
Dziewczynki radziły sobie w zawodach nienajgorzej – spodziewamy się nawet kilku medali na Rozdaniu Nagród – a ja kursowałam między boiskami, starając się uczestniczyć w rywalizacji trzech klas równocześnie. Sama nie wiem jak, ale udało się – mam na to dowody w postaci zdjęć! Ba, w tak zwanym międzyczasie zostałam nawet wciągnięta w konkurencje rodzicielskie, już to biegając z przeszkodami i skacząc na piłce, już to rzucając kaloszem na odległość. Nie udało mi się wskoczyć na podium, muszę za to niezwłocznie udać się do gabinetu okulistycznego, bo straciłam okulary… ;)
Dziewczynki za to bawiły się doskonale, do tego stopnia, że wieczorem zorganizowały sobie w domu ciąg dalszy zawodów – rzut gumką do włosów na odległość. Dla oznaczenia linii startu posłużyła im psia smycz…
A pies w tym czasie spokojnie zajmował kanapę…

*  *  *

Przeglądając w szkole ulotkę zapowiadającą Dzień Sportu, zastanawiałam się właśnie czy Julka ma w domu jakieś sportowe obuwie w dobrej kondycji, kiedy usłyszałam jak nauczycielka informuje jedną z mam:
- Jutro mamy Dzień Sportu więc zamiast mundurka proszę ubrać dziecko w strój sportowy. Wie pani: jakiś dres, kurtkę i kalosze!

Kalosze, owszem, posiadamy! W końcu w tym kraju to podstawa!!!

01:28, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 maja 2013
Dopieszczania ciąg dalszy…

Za oknami mai nam się maj, a pogoda jak w bollywoodzkim filmie – czasem słońce, czasem deszcz, na zmianę po kilka razy w ciągu dnia. Jak zwykle nic nie można zaplanować, a już w żadnym wypadku uzależniać czegokolwiek od pogody. W poszukiwaniu alternatywnych zasobów pozytywnej energii biegam sobie raz w tygodniu na zumbę i pilates – i rozciąąąągam stare kości jak się da. Najpierw w rytmie samby, potem muzyki relaksacyjnej. Mięśnie może i bolą, ale poziom endorfin osiąga wręcz niebezpieczne pułapy!
Z korzyścią dla wszystkich ;)

Na domiar DOBREGO, w ubiegły czwartek nasze babskie spotkanie w Womens World odwiedziło „mobilne spa”, z dziewczynami z zaprzyjaźnionych zakładów kosmetycznych. Mogłyśmy zrobić sobie paznokcie, zafundować odlotową fryzurę, poddać masażom karku lub oddać stopy we władanie specjalistce od refleksologii. Na rachunek sponsora :)
W związku ze sporą liczbą chętnych, udało mi się załapać na połowę atrakcji. Najpierw pani masażystka wymasowała mi stopy (przydał się świeży pedikiur :)) – hmmmm, było przyjemnie, nie powiem :) A później zafundowałam sobie żelowy manikiur w najmodniejszym stylu sezonu (z paznokciem serdecznego palca w innym kolorze).
Ogólnie mówiąc, podopieszczałyśmy się nieco, a przy okazji wspomogłyśmy słuszną sprawę. Okazało się bowiem, że honorarium jakie nasza babska organizacja wypłaciła kosmetyczkom, zostanie przekazane na cele charytatywne dla głodującej Afryki. Jak to nigdy nie wiadomo, jakie korzyści może przynieść masaż refleksologiczny…

*  *  *

Po raz kolejny nasza domowa Fundacja Spełnionych Marzeń stanęła na wysokości zadania, z czego jesteśmy niezmiernie dumni :) W związku z dziewiątymi urodzinami naszej Oliwy, zabraliśmy w ubiegłym tygodniu familię (a Oliwkę w szczególności) na rejs śladami Titanica – rejs ma się rozumieć wirtualny, bo przecież oryginał łajby leży sobie spokojnie na dnie Atlantyku – i odwiedziliśmy muzeum Titanic Quarter. Wrażenia – niezapomniane! Mimo wietrznej pogody, Oliwce uśmiech nie schodził z twarzy – jak i reszcie rodzeństwa. No, może z wyjątkiem Matiego, który miał w sobotnie przedpołudnie inne zobowiązania i Titanica odwiedzi w terminie bliżej nieokreślonym. Pewnie z gromadą innych kostropatych wyrostków. Zobaczymy jakie przywiezie wrażenia…

Nasz Matt jest już zresztą wolny, jak taczanka na stepie, od szkolnych obowiązków. Zakończył regularny rok akademicki i w progach Alma Mater musi pojawiać się tylko na egzaminy, średnio 2-3 razy w tygodniu. Po wcześniejszych domowych powtórkach materiału :) Póki co porządnie się wysypia, sporadycznie przegląda wyciągnięty z plecaka stos notatek i udaje że korzysta z komputera w celach naukowych. W ostatnich latach ta metoda przynosiła rezultaty, musimy więc wierzyć że i tym razem tak będzie…

*  *  *

- Kto wpadł ma ten pomysł? – indaguję Julkę, w związku z jakimś niezbyt mądrym występkiem.
- Agnieszka! – odpowiada Julka, bez mrugnięcia okiem wrabiając koleżankę.
- A ty nie masz swojego umysłu?
- Mam! – odpowiada Malutka i dumnie dodaje - I mam tam pomysły! Złe i dobre!

Uhm, z przewagą tych złych.

*  *  *

- Ale się wyspałam! – oświadcza Julka, gramoląc się rano do naszego łózka. – Nie zmrużyłam oka!
- Co to znaczy? – dopytuję się, czując że nie wszystko rozumiem.
- To znaczy, że nie otwierałam oczu przez całą noc!

Mimo niejakiej pomyłki semantycznej, i tak jesteśmy pod wrażeniem zasobu słownictwa niespełna pięcioletniej Julki.

*  *  *

Julka przyniosła z podwórka dramatyczne wieści.

- Wiesz, mamo! W ogródku Agnieszki umarł ptak! Ale to nic! Agnieszka mi powiedziała, że jutro przyjdzie PUK i go zabierze. I ptak będzie znowu żył!

Ponieważ rzeczony PUK skojarzył mi się bezbłędnie z Przedsiębiorstwem Usług Komunalnych, mogłam sobie wyobrazić, że ów PUK zabierze martwego ptaka. Ale że z powodu interwencji PUKu ptak znowu będzie żył?...
Wyjaśnienie zagadki okazało się prozaicznie proste. PUK wcale nie były PUKiem, tylko… Bogiem. Który przyjdzie, zabierze martwego ptaka i ten ożyje w niebiesiech!

Dorośli to miewają niekiedy ciasne umysły…

14:54, oszin13
Link Komentarze (1) »
piątek, 03 maja 2013
Artystyczne eksperymenty

Jako doświadczeni rodzice czwórki dzieci, widzieliśmy już w swoim życiu wiele. Nasze uzdolnione plastycznie i otwarte na nowe wyzwania artystyczne pociechy malowały już chyba wszystkim – i NA wszystkim. Kredkami na kartkach, mazakami na twarzach, długopisami na ścianach, kredą na asfalcie i farbami na namiocie. Okazuje się jednak, że starsze rodzeństwo nie wyczerpało wszystkich możliwości, zostawiając najmłodszej kilka nieodkrytych obszarów badawczych. I właśnie ostatnio Julka wpadła na genialny pomysł malowania… ostrym kamieniem! Ale na czym by tu pomalować?... Po rozejrzeniu się po okolicy, Julka złożyła swój artystyczny podpis na… boku rodzinnego samochodu! Na szczęście NASZEGO rodzinnego samochodu (bo w okolicy było też kilka innych do wyboru).
Powodów, dla których ojca rodziny nie trafił po odkryciu malowidła szlag na miejscu, mogę się tylko domyślać… Stawiam na dwa – po pierwsze, samochód jest dość wysłużony i ojciec właśnie intensywnie rozgląda się za nowszym. I po drugie – na szczęście JESZCZE NIE ZNALAZŁ nowszego, bo wtedy to na całej długości JEGO boku pojawiłby się malowniczy zawijas! :)

Przy odrobinie dobrej woli, da się to podciągnąć pod definicję „szczęścia w nieszczęściu”… :)

*  *  *

Tutek dostał ze szkoły rozpiskę letniej sesji – bity miesiąc egzaminów prawie dzień w dzień, a niekiedy nawet dwa dziennie.

- Rano fizyka, po południu francuski… – oznajmił Tutek, podając mi kartkę.
I dodał:
- Jak będę miał szczęście, to francuskiego nie będę już zdawał…
- Jak to?! Dlaczego? – spytałam, pomna Tutkowych „francuskich” przebojów.
- Bo może na fizyce wysadzę szkołę w powietrze?… - odparł optymistycznie Matt.

*  *  *

Po wieczornym powrocie od kolegi, Mati wpadł do mnie do salonu – i jak szybko wpadł, tak szybko zakręcił się na pięcie z okrzykiem:
- Oooo, przepraszam!
- Hej! O co chodzi?! – zapytałam szczerze zadziwiona.
- Widzę, że oglądasz film dla dorosłych, więc wychodzę!
- Synu! Na Boga! Jest dwudziesta pierwsza i pełen zestaw dziecięcy w okolicy! Przypuszczasz, że oglądałabym w takich okolicznościach film dla dorosłych, gdybym nawet chciała? Za kogo mnie masz?! – odparłam zaskoczona.
Mimochodem zerknęłam jednak na ekran telewizora, a tam… pyszniły się w wielkim zbliżeniu i  całej okazałości chłopięce genitalia!
Albowiem właśnie skończyła się „Seksmisja” :)

*  *  *

- Dostaliśmy od cioci zaproszenie na Jędrusiową komunię! – poinformowałam Julkę po południu.
- Tak? A kto je dostarczył? – drążyła temat nieletnia (w swoi stylu zresztą).
- Pewnie listonosz. – odparłam.
- Ale PAN listonosz czy PANI listonoszka?
- Nie wiem! Nie było mnie przy tym. Po prostu znalazłam list w drzwiach!
- Eee tam. Na pewno to był PAN listonosz. – stwierdziła Julka z przekonaniem.
- Skąd to wiesz?! – spytałam zaintrygowana.
- Mamooo… Przecież Jędruś to chłopak!!!

W życiu nie powiązałabym Jędrka z listonoszem – ewentualne śledztwo w sprawie pozostawię szanownemu szwagrowi… :)

17:01, oszin13
Link Dodaj komentarz »