To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
środa, 30 maja 2012
„Śpieszmy się kochać ludzi…

 …tak szybko odchodzą.”

spieszmy sie kochac ludzi

13:33, oszin13
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 maja 2012
I po herbacie…

Na nic protesty! Nadszedł kres labowania z komunijnymi gośćmi, objadania się ciastami i tortami (nawet w środku nocy!), tudzież degustacji wyrobów około-alkoholicznych w domowych pieleszach! Goście już wyjechali - pozostawiając nam jako przypadkową pamiątkę kilka sztuk garderoby, unosząc zaś w sercach niezatarte wspomnienia (tak nas przynajmniej zapewniali, mamy nadzieję że nie jeno przez grzeczność!) Czas sprzątać poimprezowy bałagan, składać balowe namioty, nadrabiać zaległości w praniu, prasowaniu i tym podobnych pasjonujących czynnościach. Słowem - powrót do przeszłości.

*  *  *

Zaliczyliśmy kolejny milowy krok w życiu rodziny - komunię Oliwki. Do sprawy podeszliśmy na luzie i bezstresowo, bo jako doświadczeni rodzice wiemy, że nie ma co się spalać na szczegółach, kiedy do ogarnięcia są priorytety. Bazując na naszych naturalnych talentach organizacyjnych, przygotowaliśmy sobie zawczasu imprezowe zaplecze gastronomiczne, a w sobotni poranek skupiliśmy na wyprawieniu rodziny do kościoła na czas (co nie było łatwe biorąc pod uwagę wysyp głów do wyfiokowania). Ale zdążyliśmy! - zostawiając za sobą fryzjersko-konfekcyjne pobojowisko. I nie bez dumy powiem, że prezentowaliśmy się zupełnie elegancko! A na widok Oliwki w białej sukni wilgotniały oczy (ech, do tej pory wilgotnieją - teraz na wspomnienie…). Powzruszaliśmy się więc zdrowo podczas pierwszokomunijnej ceremonii, zwłaszcza że dzieci brały w niej czynny udział, czytając, śpiewając, przynosząc dary. A kiedy pod koniec mszy polskie dzieciaki (w sumie piątka, z czego dwoje naszych) zaśpiewały chóralnie „Barkę”, po prostu odpadliśmy i sięgnęliśmy zbiorowo po chusteczki! Na szczęście kolega Benek okazał się mniej podatny na wzruszenia i nagrał występ z pozycji ukrytej (przed księdzem) kamery. Mamy więc teraz pamiątkę i wzruszamy się domowo, a nawet internetowo - podaję link: http://www.youtube.com/watch?v=hbNPP2nVNkM.
Po zakończeniu ceremonii komunijne dzieci zostały procesyjnie wywiedzione z kościoła w kierunku pobliskiego Centrum Pastoralnego, gdzie dyrektor ich szkoły wraz z kadrą nauczycielską przygotowali poczęstunek dla rodziców i gości. Poszliśmy więc ich śladem kusząc się na kawę i herbatę, a Oliwce udało się nawet załapać na krojenie szkolnego tortu! W zaułku sali bankietowej pan fotograf wykonywał profesjonalne sesje zdjęciowe na okoliczność i przyznam, że nawet ustawiliśmy się w kolejkę do tychże, ale ostatecznie zrezygnowaliśmy. W zamian za to wróciliśmy do kościoła, gdzie obfotografowaliśmy się do woli pod ołtarzem, w różnych składach i konfiguracjach (po obróbce obiecuję przesłać zdjęcia zainteresowanym członkom rodziny).
A potem wróciliśmy do domu, gdzie spokojnie oddaliśmy się biesiadzie i innym atrakcjom. Oliwka była tak podekscytowana, że nawet zapomniała o komunijnych prezentach! Na szczęście my pamiętaliśmy, wyciągnęliśmy je więc w odpowiednim momencie. Radości nie było końca!

*  *  *

A teraz poimprezowe smaczki:
*** W piątek wieczór mieliśmy odebrać komunijny tort. Mój mąż czekał w pogotowiu na telefon od pani cukierniczki, specjalnie nie sięgając po piwo, bo trzeba będzie jechać. Pani zadzwoniła koło 19-tej, nie mogłam się z nią jednak nijak dogadać bo płakała w słuchawkę! Chwilę zajęło mi uspokojenie kobitki i wydobycie z niej informacji. Okazało się, że pani zrobiła dla nas piękny tort, dokładnie go obfotografowała (do swojego portfolio) i właśnie niosła go w kierunku lodówki, kiedy owo cudo rozpadło się jej w rękach! Wyobrażam sobie, że MOGŁA się zdenerwować. Zadzwoniła więc z przeprosinami i informacją, że oczywiście zrobi kolejny, ale spodziewa się że skończy późno w nocy, więc odebrać go możemy dopiero w sobotę rano. Cóż było robić, zgodziliśmy się! Ale było warto - Oliwkowy tort prezentował się naprawdę pięknie. A jak smakował…, ech!

*** W wielkiej tajemnicy przed dziećmi zamówiliśmy na sobotę dmuchany zamek - potem z drżeniem serca wysłuchiwaliśmy prognoz pogody. A tam niezmiennie - deszcz, deszcz i jeszcze raz deszcz. I marne szanse na przejaśnienie. Mamy chyba jednak pewne koneksje w niebie, bo w okolicach soboty przestało plumkać i się przejaśniło. Zamek więc przyjechał i został rozłożony jeszcze przed naszym wyjściem do kościoła (i z niespodzianki nici!). Właściciel dmuchanej atrakcji zapytał o której ma przyjechać po odbiór - odpowiedzieliśmy, że koło 21-szej.
- Wiecie, dziś jest mecz Chelsea, a ja jestem wielkim fanem - odparł pan - więc pewnie nieco popiję. Przyjadę po zamek w niedzielę rano.
Spoko luz, nam w to graj! Dzięki futbolowym zapędom pana nasze dzieciaki miały nocne zamkowe manewry z fluorescencyjnymi latarkami w roli głównej, a następnego dnia rano dodatkowe skakanie w piżamach.
W niedzielne południe pan od zamku zadzwonił z informacją, że aktualnie przebywa w szpitalu (Chelsea wygrało!), więc nie będzie w stanie odebrać swojej własności. Obiecał za to pojawić się w poniedziałek rano! W ten oto sposób zyskaliśmy skaczącą niedzielę kompletnie gratis!
W poniedziałkowy poranek zamek został szczęśliwie odebrany.

Uroczyście oświadczam, że kochamy pana od zamków! A nasze dzieci na pewno!
Teraz musimy tylko sprawdzić kalendarz rozgrywek piłkarskich (ze szczególnym uwzględnieniem meczów Chelsea) i zamawiać skaczące zamki!

*** Jako dowód na to, że „gdzie kucharek sześć tam dwanaście cycków” udało nam się wraz z szanowną szwagierką najpierw nie dosolić makaronu do rosołu (to ja), a potem kompletnie nie posolić ziemniaków (to ona). Podałyśmy więc komunijny obiad bardzo zdrowy i w żaden sposób nie podwyższający ciśnienia. I tak miało być!

*** Jako się wcześniej rzekło, po ceremonii urządziliśmy sobie małą sesję zdjęciową. Rzecz działa się w kościele, bardzo się więc staraliśmy zachowywać przyzwoicie, czego nie można było powiedzieć o innej - „konkurencyjnej” - rodzinie, która wpadła na podobny pomysł ze zdjęciami. To, że mieliśmy ich bezustannie w kadrze to właściwie pan Pikuś - rzecz w tym, że oni włazili właściwie wszędzie! Z uwzględnieniem miejsc dla zwykłego śmiertelnika zakazanych. Oblegli ołtarz, wleźli na mównicę, próbowali otworzyć tabernakulum! Obserwowałam ich kątem oka, spodziewając się, że wkrótce wydłubią Ciało Chrystusa lub napoczną wino mszalne! Nie wiadomo jak skończyłaby się ta eskapada, gdyby nie grzmiący głos, jaki niespodziewanie potoczył się po kościele. Nie, nie była to żadna boska interwencja - raczej jak najbardziej ludzka! Okazało się, że kościół posiada dyskretny monitoring, a ksiądz proboszcz właśnie stracił cierpliwość dla nonszalancji swoich owieczek.
Na wszelki wypadek zmyliśmy się z kościoła w ekspresowym tempie, nie będąc pewnymi czy i my nie uchybiliśmy czymś niestosownym powadze miejsca. I tyle nas widzieli!

*** Jednym z Oliwkowych marzeń komunijnych był własny telefon. I jedna z cioć to marzenie spełniła, fundując Oli różową komórkę! Mimo protestów Zuzki, która wszem i wobec głosiła, że „to niemożliwe żeby młodsza siostra miała komórkę przed starszą!” Cóż było robić?! Pod ostrzałem argumentów postanowiliśmy wyposażyć i starszą siostrę w podobny aparat (na wszelki wypadek w innym kolorze). Plus zestawy startowe dla każdej z nich. Karty SIM zostały niezwłocznie zainstalowane, uruchomione i zaczęło się szaleństwo. W nagrodę za rodzicielskie zasługi przez dwa następne dni otrzymywaliśmy od dziewczyn miłosne smsy i odbieraliśmy „szalenie ważne i nie cierpiące zwłoki” rozmowy zza ściany. Byliśmy cierpliwi i wyrozumiali - taki to już nasz rodzicielki los. Ciekawi nas tylko czy za kilka lat, gdzieś w środku szalonej imprezy, nasze dziewczynki też przyślą nam zapewnienia, że wciąż nas kochają… Raczej wątpimy!

*** Oficjalny fotograf obsługujący Komunię przesłał nam wzór zdjęcia, na którym Ola otrzymuje z rąk księdza Ciało Chrystusa. Julka spojrzała na zdjęcie czujnym wzrokiem, po czym się rozpromieniła i wykrzyknęła:
- Ooooo, to książę daje Oliwce cukierka!!!

 *  *  *

Wracająca ze spaceru Julka była już mocno zmęczona i marudziła. Wędrowałyśmy w kierunku szkoły, żeby odebrać dziewczynki. Do tego było okropnie gorąco.
- Chodź, malutka - pocieszałam Julkę. - Jak dojdziemy do szkoły zdejmiesz sobie skarpetki i będzie ci chłodniej.
- Nie mogę zdjąć aspetek! - zaprotestowało dziecko. - Pan dyrektor nie pozwala!
- Jak to?!
- No tak! Słyszałam jak powiedział „aspetki - NO!”

Myślę, że pan dyrektor szkoły nawet nie wie jak wielki wpływ wywiera na życie przeciętnego szarego przedszkolaka.

*  *  *

Julka gramoliła się obok ojca na kanapie, wyposażona we własną poduszkę i z wyraźnym zamiarem zainstalowania się tam na dłużej. Jednak ojciec zajmował zbyt dużo miejsca, by mogła spokojnie zalec u jego boku.
- Tato! ODSUŃ CIAŁO! - zażądała wreszcie zniecierpliwiona.

A słowo stało się ciałem i ciało się odsunęło!

Ola

01:25, oszin13
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 14 maja 2012
Fanaberie gwiazdy

Przyznaję się bez bicia - grzeszę! Od kilku dni z powodzeniem stosuję dietę wysokotłuszczową, głównie burgerową. Powodzenie tej diety nie polega bynajmniej na spadaniu (kilogramów), raczej na wzroście - głównie poczucia winy. Ale co zrobić, taką mam ostatnio dziejową konieczność… W piątek dzieciaki namówiły mnie na hamburgery zamiast ryby - uległam (nie bez przyjemności). Wczesnym sobotnim popołudniem miałam wolontaryjny lunch (burger z frytkami), a zaraz po nim Oliwkowe oparty urodzinowe (znów burgery, i chipsy, i mnóóóstwo bitej śmietany na torcie jako dodatek). W niedzielę fast-foodów nie było, była za to góra popcornu na familijnym wypadzie do kina. I cola. HORROR! Szczególnie jeśli spytać wątroby.
Ale przyjemność grzeszenia - bezcenna ;)))

*  *  *

Udało nam się szczęśliwie sfinalizować Zuzkowy Drama Club - odzyskaliśmy czwartkowe popołudnia do własnej rodzicielskiej dyspozycji, ale co się namęczyliśmy na premierze musicalu to nasze! Scenariusz był trochę za długi, nieletnich aktorów rzesza i kwestii do nauczenia od groma. Męczyło się więc towarzystwo na scenie, a widzowie pod nią. Obie grupy dawały jednak z siebie wszystko. Do tego piosenki śpiewane były na żywo, co okazało się fatalnym pomysłem (szczególnie dla naszych uszu). Ale przeżyliśmy - Tutek nawet orzekł, że w sensie komediowym to było całkiem niezłe! A musicalowe dzieciaki zyskały sceniczne doświadczenie. I może kiedyś zostaną wielkimi aktorami - będziemy się wtedy chwalić, że widzieliśmy ich pierwsze kroki na scenie…

Przy okazji ostatniej próby przed premierą „dzieła” nasza Zuza ujawniła pierwsze znamiona gwiazdorstwa, a może raczej gwiazdorzenia. Czekałam na nią pod salą prób, lekko się niecierpliwiąc, bo wszystkie dzieciaki już wyszły, a Zuzki ciągle nie było. Wreszcie ukazała się w drzwiach, z prawą ręka zgiętą, unieruchomioną i mocno przytuloną do boku. Za nią szła pani reżyser, trzymając Zuzkowy plecak.
- Przepraszam - powiedziała dając mi go - nie wiem co się stało, Zuzię boli ręka, nie da rady nic podnieść. Może trzeba będzie jechać do szpitala…
Zuzka wyglądała jak siedem nieszczęść. Chciałam choć ad hoc rzucić okiem na obolałą nie wiadomo dlaczego rękę, sprawdzić czy nie złamana, zwichnięta etc., ale Zuza nie dała się dotknąć. Cóż było robić, przejęłam wszystkie jej bambetle, mocniej złapałam smycz Paszczaka i doholowałam jakoś uszkodzoną aktorkę do domu.
A w domu, po wyciągnięciu od poszkodowanej szczegółów „wypadku” i dokładnych oględzinach ręki (przy pomocy lupy!) okazało się, że Zuzkę owszem boli, ale nie ręka, ani nawet dłoń, a środkowy palec, albowiem na jego wewnętrznym zgięciu ma MALEŃKĄ rankę. Psiknięcie wodą utlenioną i przetarcie wacikiem uzdrowiło naszą domową gwiazdkę całkowicie. I dobrze, bo kto wie czy z jej powodu nie musieliby przekładać premiery (założę się, że pani reżyser głowiła się nad zastępstwem przez pół nocy)!

*  *  *

Kilka dni później nakryłam Zuzię w łazience - siedziała na sedesie z puszką 7UP, a w kącie łazienki ukrywała się Oliwka z dziecięcą kamerą.
- Co wy tu robicie? - byłam szczerze zaintrygowana.
- Kręcimy reklamę 7UPa! - padła odpowiedź.
- NA SEDESIE?!
- Eee tam, udajemy że stoję - odparła Zuzka od niechcenia.

Niektórym z celebrities nie opłaca się wychodzić z domu bez odpowiedniej ilości zer na kontrakcie - widocznie Zuzce nie opłaca się wstawać z sedesu. Z jakiegokolwiek powodu…

*  *  *

Jak to mężczyzna może zaskoczyć! W ramach przemeblowywania samochodu, mój małżonek przytargał do domu swoją dawno nie używaną kamizelkę roboczą. Wymagającą zresztą natychmiastowego prania. Jednakowoż z kieszeni owej kamizelki wystawało coś białego i papierowego. Zaintrygowana zbadałam zawartość mężowskiej kieszeni i wyciągnęłam z  niej… stos niedostarczonych kolegom z pracy kartek świątecznych, które z taką pieczołowitością wypisywałam w okolicach Bożego Narodzenia, pod dyktando małżonka zresztą. Znalezisko odkryte nieco po niewczasie… Miast stać na kominkach lub zwisać z choinek, kartki spoczywały spokojnie od kilku miesięcy na dnie kieszeni.
Ha! Jest i dobra strona opieszałości mojego małżonka - wzgardzone przezeń kartki nie zostały „odatowane”! Spokojnie można będzie dostarczyć je za kilka miesięcy! Po prostu nówki!!!


*  *  *

Podczas niedzielnego śniadania - zjadanego zresztą nieco pośpiesznie, bo tuż przed wyprawą do kina - Zuzka zaskoczyła nas wypowiedzianą znienacka kwestią.
- Wiecie, że we Francji psy są częścią posiłków?
Szczerze zaskoczeni wstrzymaliśmy oddechy. Francja jawiła nam się raczej jako kraj cywilizowany, nawet uwzględniając poprawkę na konsumpcję żabich udek! Ale żeby psy?!
- W jakim sensie? - zapytałam odzyskawszy przytomność.
- Po prostu psy uczestniczą w posiłkach razem z właścicielami!

Odetchnęliśmy - na wypadek gdyby przyszło nam kiedyś zabrać Molaka do Francji…

*  *  *

Oliwka może ma nienajlepszy wzrok (co stwierdzono podczas niedawnej wizyty u okulisty), ale za to świetny słuch (choć wybiórczy, niestety). I kiedy Zuzka coś nam z pasją opowiada, Ola strzyże uszami, przechwytuje informację, a później wmawia oniemiałej Zuzce, że to duchy wszystko jej opowiadają. Zuzka jednak nie daje się tak łatwo ocyganić.
- Taaak? Duchy? To dlaczego ja ich nie widzę?!
- Bo te duchy to jeszcze dzieci - odpowiada Oliwka. - I do tego są nieśmiałe!

Wygodne…

18:36, oszin13
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 maja 2012
Wspomnienia taksówkarza

Napadł mnie ten tekst dziś dwa razy - i to w dwóch wersjach językowych. Czyli musi to być palec boży! Cytuję więc bez oporów, bo tekst mi się podoba - tu za wspomnienia-taksowkarza.blog.onet.pl.

 "Taksówkarz z Nowego Jorku napisał:

Przyjechałem pod adres do klienta i zatrąbiłem. Po odczekaniu kilku minut, zatrąbiłem ponownie. Miał być to mój ostatni kurs tego wieczoru i pomyślałem, że wrócę do "bazy", ale zamiast tego zaparkowałem samochód, podszedłem do drzwi i zapukałem. "Minutkę!", odpowiedział wątły, starszy glos. Usłyszałem odgłos tak jakby coś było ciągnięte po podłodze...
P
o długiej przerwie, otworzyły się drzwi. Stała przede mną niska, na oko dziewięćdziesięcioletnia kobieta. Miała na sobie kolorową sukienkę i kapelusz z dopiętym welonem; wyglądała jak ktoś z filmu z lat czterdziestych.
U Jej boku była mała nylonowa walizka. Mieszkanie wyglądało tak, jakby nikt nie mieszkał w nim od lat. Wszystkie meble przykryte były płachtami materiału.
Nie było zegarów na ścianach, żadnych bibelotów ani naczyń na blacie. W rogu stało kartonowe pudlo wypełnione zdjęciami i szkłem.
"Czy mógłby Pan zanieść moją torbę do samochodu?", zapytała. Zabrałem walizkę do auta, po czym wróciłem aby pomóc kobiecie.
Wzięła mnie za rękę i szliśmy powoli w stronę krawężnika.
Trzymała mnie za ramię, dziękując mi za życzliwość. "To nic", powiedziałem, "Staram się traktować moich pasażerów w sposób, w jaki chciałbym aby traktowano moją mamę."
"Och, jesteś takim dobrym chłopcem" , odrzekła. Kiedy wsiedliśmy do samochodu, dała mi adres, a potem zapytała: "Czy mógłbyś pojechać przez centrum miasta?”
"To nie jest najkrótsza droga", odpowiedziałem szybko, włączając licznik opłaty.
"Och, nie mam nic przeciwko temu", powiedziała. "Nie śpieszę się. Jestem w drodze do hospicjum..."
Spojrzałem w lusterko. Jej oczy lśniły. "Nie mam już nikogo z rodziny", mówiła łagodnym głosem. "Lekarz mówi, że nie zostało mi zbyt wiele..."
Wyłączyłem licznik... "Którędy chce Pani jechać?"
Przez następne dwie godziny jeździliśmy po mieście. Pokazała mi budynek, gdzie kiedyś pracowała jako operator windy.
Jechaliśmy przez okolice, w której żyła z mężem jako nowożeńcy. Poprosiła bym zatrzymał się przed magazynem meblowym, który był niegdyś salą balową, gdzie chodziła tańczyć jako młoda dziewczyna.
Czasami prosiła by zwolnić przy danym budynku lub skrzyżowaniu, i siedziała wpatrując się w ciemność, bez słowa.
Gdy pierwsze promienie słońca przełamały horyzont, powiedziała nagle: "Jestem zmęczona. Jedźmy już proszę". Jechaliśmy w milczeniu pod wskazany adres. Był to był niski budynek z podjazdem, tak typowy dla domów opieki.
Dwaj sanitariusze wyszli na zewnątrz, gdy tylko zatrzymałem się na podjeździe. Musieli się jej spodziewać. Byli uprzejmi i troskliwi..
Otworzyłem bagażnik i zaniosłem małą walizeczkę kobiety do drzwi. Ona sama została już usadzona na wózku inwalidzkim.
"Ile jestem panu winna?" Spytała, sięgając do torebki.
"Nic", powiedziałem.
"Trzeba zarabiać na życie", zaoponowała.
"Są inni pasażerowie," odpowiedziałem.
I nie zastanawiając się kompletnie nad tym co robię, pochyliłem się i przytuliłem Ją. Objęła mnie mocno.
"Dałeś staruszce małą chwilę radości", powiedziała. "Dziękuję".
Uścisnąłem jej dłoń, a następnie wyszedłem w półmrok poranka .. Za mną zamknęły się drzwi - był to dźwięk zamykanego życia ..

Tego ranka nie zabierałem już żadnych pasażerów. Jeździłem bez celu, zagubiony w myślach. Co jeśli do kobiety wysłany zostałby nieuprzejmy kierowca, lub niecierpliwy aby zakończyć jego zmianę? Co gdybym nie podszedł do drzwi, lub zatrąbił tylko raz, a następnie odjechał?
Myśląc o tym teraz, nie sądzę, abym zrobił coś ważniejszego w całym swoim życiu.

Jesteśmy uzależnieni od poszukiwania emocjonujących zdarzeń i pięknych chwil, którymi staramy się wypełnić nasze życia.
Tymczasem Piękne Chwile mogą przydarzyć się nam zupełnie nieoczekiwanie, opakowane w to, co inni mogą nazwać rutyną. Nie przegapmy ich…"

08:30, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 maja 2012
Celebrations!

Kurczę, siedzi człowiek w domu i nie wie co się dzieje za oknami. A potem kupuje lokalną gazetę i czyta, że nikt inny tylko książę Karol wałęsał się w kilka dni temu po ulicach naszego małego miasteczka (z Camillą pod książęcą pachą!) - i nawet piekł chleb w lokalnej piekarni z okazji jej jubileuszu (piekarni, nie Camilli :) A była premier Nowej Zelandii przegrzebuje lokalne księgi parafialne w poszukiwaniu przodków swoich przodków… Po prostu wielki świat w naszych małomiasteczkowych zaułkach! Tu i teraz - a dokładnie w zeszłym tygodniu!
Na całe szczęście nie wszystko nas ominęło i też nieco liznęliśmy świata - jeśli nie wielkiego, to przynajmniej egzotycznego. Oto bowiem w piątkowy wieczór pławiliśmy się w portugalskich rytmach, śpiewając i tańcząc wraz z grupą wolontariuszek w wieku 50+, przybyłych wprost ze słonecznej Portugalii. Ot, taka wymiana międzynarodowa w ramach funduszy europejskich. Kobietki, ubrane w kolorowe chusty i stroje ludowe, jako żywo przypominały nasz rodzimy zespół „Jarzębina”, a trzeba powiedzieć że i głosy miały jak dzwony. Szczególnie najstarsza z nich, przesympatyczna Luisa, która mimo swoich 76-ciu (!)lat na karku chętnie wyśpiewywała nam najrozmaitsze portugalskie przyśpiewki i ocierała łzy, wzruszona owacyjnym aplauzem.
Po tańcach udałyśmy się na degustację typowych portugalskich dań - przepysznych! No może poza takim czymś puddingowatym, co można porównać do naszej jajecznicy na bardzo słodko. Wieczór upłynął nam w przyjacielskiej, międzynarodowej atmosferze, a z portugalskimi kobietkami spotkamy się znów już w najbliższą środę na craftowym przedpołudniu.

*  *  *

W sobotę od rana świętowaliśmy urodziny naszej Lisiej Mordki, czyli Oliwki. Późnym piątkowym wieczorem, kiedy wszyscy już słodko spali, ja z poświęceniem… nadmuchiwałam tuzin balonów, którymi obłożyłam po cichu jubilatkę, żeby zapewnić jej nazajutrz wyjątkowe przebudzenie. Efekt został osiągnięty! W urodzinowy poranek rozpromieniona i świeżo wygrzebana z balonowych odmętów Ola zeszła do kuchni, gdzie czekało już obiecane tydzień temu uroczyste śniadanie - początek atrakcji. Po śniadaniu było komisyjne dmuchanie świeczki, krojenie tortu, życzenia i - najważniejsze - prezenty! A kiedy opadły już pierwsze suwenirowe emocje, spakowaliśmy sześć par kąpielówek, stos ręczników, dmuchane rękawki i wyruszyliśmy do Aquaparku, gdzie wychlapaliśmy się do woli w ciepłej bąbelkowej wodzie. Zmęczeni (ale zdrowo!) musieliśmy uzupełnić zapasy energii. Rzuciliśmy więc dzieciom wybór kulinarny: KFC albo Mc (nie ma to jak odpowiedzialni rodzice, dbający o zdrową dietę latorośli!) Ostatecznie padło na McDonalda, gdzie też zakotwiczyliśmy na dłużej. A w tak zwanym międzyczasie dokonaliśmy jeszcze jednej ważnej rzeczy - odwiedziliśmy centrum handlowe, gdzie zafundowaliśmy Czupurkowi zabieg przekłucia uszu i wymarzone kolczyki!!! Radość była niebotyczna! Po powrocie do domu Julka spędziła wieczór przed lustrem - sprawdzała czy błyszczące w uszach kolorowe cudeńka aby na pewno pasują jej do kreacji na Oliwkową Komunię! Na szczęście pasują.
W ten oto sposób udało nam się upiec kilka pieczeni na jednym ogniu i uszczęśliwić dzieci hurtowo. I tylko Paszczak nie był zachwycony naszą eskapadą - bo musiał zostać w domu.

*  *  *

- Będę ciebie rysować! - zapowiedziała mi Julka, po czym zasiadła do stołu. Przygotowała papier i ołówek, zaczęła rysować, zasypując mnie serią pytań, rodem z bajki o Czerwonym Kapturku.
- Mamo, a masz dużą głowę?
- Mamo, a masz duże oczy?
- Mamo, a masz długie rzęsy?
- Mamo, a masz długie włosy?
Na wszystkie pytania odpowiadałam machinalnie  „Tak”, robiąc coś tam w kuchni, a Julka skrupulatnie uzupełniała rysunek. Po chwili ciszy zapytała:
- Mamo, a masz dużą pipkę?
Oj! ZONK! Tu mnie zaskoczyła! Do tej pory miałam wrażenie, że pozuję do portretu - teraz w mojej głowie zrodziło się podejrzenie, że Julka tworzy akt!
Na wszelki wypadek wymigałam się od odpowiedzi - i natychmiast zerknęłam na Julkowy rysunek. Plątanina kółek i kresek z ledwością mogła uchodzić za wyrób twarzopodobny. Żadnych szczegółów anatomicznych!
Odetchnęłam.

00:48, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2