To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
piątek, 27 maja 2011
Hakunamatata!

What a wonderful day! W kalendarzu piątek, a za oknami nareszcie słoneczny poranek – siekące deszcze i porywiste wiatry lubię (oglądać zza szyby), ale ileż można! Prognoza pogody nie pozostawia wprawdzie wątpliwości co do przelotności słońca (!), tym bardziej więc apeluję: carpe diem!
Dla dzieciaków to także wyjątkowy dzień - oprócz tego, że piątek. Tutek, przebywający czasowo na szkolnej wycieczce pławi się pewnie właśnie w basenie, ubrany w same kąpielówki i nowiutkie pływackie okulary. Przed nim jeszcze atrakcyjny lunch i seans filmowy – zdrajca, pójdzie na film „Thor 3D”, a planowaliśmy obejrzeć go razem! Ale co tam matka i jej pragnienia…
Oliwka nie wraca dziś po szkole do domu, jeno udaje się od razu do domu serdecznej koleżanki, co by spędzić z nią popołudnie – w domu spodziewam się jej dopiero wieczorem.
Zuzka – przeciwnie – przyjmuje dziś serdeczną koleżankę we własnym domu, a nawet we własnym łóżku, urządzają bowiem piżama party do jutrzejszego popołudnia. W planach naleśniki z bitą śmietaną, nocny maraton filmowy, prace plastyczne, robienie bransoletek przyjaźni i inne atrakcje, które wpadną do nieletnich głów po drodze.
Czupurek – póki co pozostaje bez planów, ale kto wie co nam przyniesie dzień.
Będzie się działo!

 *  *  *

Zauroczona pracami pani Moniki Konieczko postanowiłam zmaltretować książkę – czyli ogólnie mówiąc przekształcić jej treść w formę, co w praktyce sprowadza się do pozbycia się treści. Technika nie wydaje się trudna do opanowania, tutorial autorki pokazuje ją w zachęcający sposób. Dla mnie jednak najtrudniejszym krokiem okazał się wybór ksiązki do – nie bójmy się tego słowa – zniszczenia. Taki już „pieprzony los bibliotekarza”, że każde słowo pisane chce zachować. Wędrowałam wczoraj po sklepach charity, oglądałam stoiska z książkami za grosik i czułam się, jakbym miała wskazać przyjaciela na szafot. Wszystkie okładki były piękne, a każda kusiła treścią, jakby błagała o litość.
Trzeba było obrać jakąś metodę selekcji. Pani Konieczko maltretowała miękkie Harlequiny, ja jednak – jako początkujący kat - postawiłam na twardą okładkę. Możliwie jak najmniej atrakcyjną, żeby nie było mi żal. Sięgnęłam po pierwszą niepozorną granatową oprawę, otworzyłam stronę tytułową – „Trzej muszkieterowie”! Wydanie z 1933 roku. Przecież nie dokonam mordu na Dumasie! Zmieniłam sklep. W kolejnym, analogiczna sytuacja – z udziałem Kiplinga. Odstawiłam książkę, sięgnęłam po następną – Joseph Conrad, reprint z 1920. Makabra - jestem pewna, że tak wygląda bibliofilskie piekło.
Wkurzyłam się porządnie, w zasadzie sama na siebie. Przecież nie mogę winić ludzi, że darują innym klasykę! Zdesperowana przegrzebałam kosz z książkami przecenionymi, uszkodzonymi, zapomnianymi. Znalazłam wśród nich jedną jedyną w twardej oprawie – tytuł nic mi nie mówił, na okładce nie było autora. Na wszelki wypadek nie zaglądałam do środka, uradowana uiściłam opłatę (całe 20 pensów!) i powędrowałam do domu. Dopiero dziś rano obejrzałam książkę dokładnie, i wiecie co? – kupiłam Dickensa! Fatum, los, przeznaczenie. Nie sądzę abym znalazła w sobie siłę na jej zniszczenie – najprędzej powiększy prywatną bibliotekę. A sztuka poczeka na inną okazję. Może faktycznie lepszy będzie jakiś Harlequin z gatunku „wyskoczył z wąskich dżinsów, a później zdjął adidasy” – przynajmniej niewielu będzie po nim płakać…

 *  *  *

Zuzka pouczyła ostatnio Olę w temacie poprawności językowej – chodziło o język polski. Grzechem Oliwki było powiedzenie ROZKAZOWAĆ miast ROZKAZYWAĆ. Zuzka była zbulwersowana. Najpierw zrobiła wykład siostrze, później przyszła do mnie wylać resztę żalu.
- Mamo, jak ona może źle mówić po polsku!
- Każdy robi błędy. Przecież ty też na pewno nie znasz wszystkich słów polskich czy angielskich – odpowiedziałam.
Zuzka nie była przekonana.
- Gdyby mówiła źle po angielsku to bym zrozumiała, bo to nie jest jej ojczysty język. Ale ona nie może źle mówić po polsku. Przecież jest POLACZKĄ!
No tak, my – Polaczki – nigdy nie robimy błędów! To nasza polaczkowa cecha narodowa.

12:20, oszin13
Link Komentarze (1) »
wtorek, 24 maja 2011
List

Dostaliśmy list ze szkoły Matiego. Zdaje się, że niezależnie od tego czy jest się rodzicem urwisa czy geniusza, koperta z logo szkoły zawsze wzbudza emocje. Jakie? – zależy co znajdziemy w środku. NASZ list był tyleż miły co nieco zaskakujący. Otóż wychowawczyni naszego Tutka poinformowała nas pisemnie, iż obserwacja zachowania klasy 10D przeprowadzona od świąt Wielkanocnych wykazała, że nasz syn jest wyjątkowo grzeczny, dobrze wychowany i – tu cytuję – „to przyjemność mieć go w swojej klasie”. Jakież to miłe ze strony szkoły, nieprawdaż? Za oknami szaleje wiatr i leje deszcz, pranie smutno moknie na sznurku, pies bezustannie czyha na kostki domowników, Julka biega wokół z krzykiem, słowem codzienna szara rzeczywistość, a tu nagle taka radosna wiadomość – mamy dobrze wychowanego syna! Trud i nieprzespane noce się opłaciły! I od razu człowiekowi lepiej, słoneczniej na duszy! Nie jestem tylko pewna czy Mati będzie równie hurraoptymistyczny. Z listu wynika bowiem, że nagrodą za dobre zachowanie klasy – oprócz listów pochwalnych przesłanych rodzicom – są dodatkowe zajęcia sportowe! A naszemu Tutkowi raczej daleko do sportowego entuzjasty. I czy opłaca mu się być takim grzecznym?

13:19, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 maja 2011
Postrzyżyny

Moi dwaj panowie odbyli wczoraj ojcowsko-synowskim spotkanie na szczycie. Impreza odbyła się za zamkniętym drzwiami łazienki, gdzie obaj panowie oddali się kultywowaniu staropolskiego obyczaju znanego od czasów Piasta Kołodzieja. Nie znam szczegółów – i wcale mi do nich nie pilno – grunt, że w wyniku mentorskiej opieki ojca i zabiegów pielęgnacyjnych w wykonaniu Matiego, ten ostatni  stracił swój pierwszy młodzieńczy puszek z twarzy, a jego buźka jest teraz gładka jak pupcia niemowlęcia. Przynajmniej do czasu…

*  *  *

Posiadanie utalentowanej artystycznie córki owocuje różnymi, czasem niespodzianymi, atrakcjami. Ot, chociażby grupowe zdjęcia szkolne - oprócz jednego klasowego, muszę zakupić dodatkowe trzy: chóru, grupy tańca irlandzkiego i sekcji smyczkowej. Na szczęście oprócz wydatków są i jaśniejsze strony talentów Zuzy – na przykład kontakt z KULTURĄ.
W zeszłym tygodniu byliśmy z Zuzką na imprezie pod tytułem „Przynieś swój instrument i zagraj” w szkole muzycznej. Zuza, której do codziennych ćwiczeń nie jest pilno, zabrała z zapałem skrzypce i powędrowała na warsztaty. Dzięki temu, na zakończenie imprezy, mieliśmy okazję wysłuchać jednominutowego (!) koncertu, będącego  owocem godzinnych ćwiczeń młodych muzyków. Dobrze, że się nie spóźniliśmy, bo diabli wzięliby koncert…

W sobotę natomiast uczestniczyliśmy w uroczystości przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej – Zuzka śpiewała chórze szkolnym podczas mszy. Bywam także regularnie na bierzmowaniach (na szczęście raz do roku) – to dzięki roztrzepaniu mojej córki, która nie zawsze jest pewna czy jej chór akurat śpiewa czy nie. Zwykle NIE!, ale Zuza na wszelki wypadek stawia się w kościele w przepisowym mundurku szkolnym. Ku zdziwieniu dyrektora szkoły – a właściwie może uznaniu, że pilna uczennica zakłada mundurek także w niedzielę. A matka zyskuje opinię nadgorliwej…

*  *  *

Pozostając przy tematach religijnych, moje dziewczynki co wieczór pilnie modlą się przed snem. Zuza i Ola z zapałem odmawiają swoje modlitwy, Julka ogranicza się do znaku krzyża, zakończonego efektownym zamachem nad głową (aureola czy co?) Sam krzyż, choćby i z aureolą, przestał jej jednak wystarczać. Zaczęła domagać się własnej modlitwy. Spróbowałyśmy nawet, ale niezbyt jej szło powtarzanie. Julka jednak nie spoczęła na laurach – zaczęła pilnie przysłuchiwać się modlącym się siostrom i co nieco zapamiętała. Teraz modli się tak:
- I odpuść nasze winy, i odpuść nasze winy. Amen.
Widać „winy” okazały się najłatwiejsze… 

*  *  *

Pewnego dnia Ola i Zuzia starały się namówić psa do zejścia ze schodów. Ten jednak nie chciał opuścić wygodnego miejsca na półpiętrze. Ola nie dawała jednak za wygraną i wreszcie udało jej się zwabić psa na dół. Zbiegła uradowana po schodach i zawołała do siostry:
- Zuzia, pies idzie! ZBAWILIŚMY GO!
Hmmm, tylko czy pies chciał być zbawiony?

*  *  *

Julka nie wie jeszcze, że można nie przyznać się do winy, wie już jednak jak uniknąć konsekwencji, kiedy człowiek się nieopatrznie przyzna. Miałam z nią ostatnio taką rozmówkę.
Ja: Kto upaćkał lodem dywan w pokoju?
Julka: To ja zrobiłam.
Ja: Aha. No to co, teraz dostaniesz w pupkę?
Julka (po namyśle): To chyba Oliwka zrobiła. Albo Tutik. Tak, to Tutik zrobił!
I żeby dodatkowo uprawdopodobnić swoją wersję śledczą, pobiegła do nieświadomego Mateusza, siedzącego przy komputerze ze słuchawkami na uszach, i wykrzyczała wskazując na niego oskarżycielsko paluszkiem:
- Ty jesteś głupi, bo naśmieciłeś w pokoju.
Osobiście wątpię, żeby Mati w ogóle zauważył jej akcję.

*  *  *

Zdolność Julki do konfabulacji sprawia, że jej zeznania trzeba przesiewać przez gęste sito. Ostatnio przewróciła się o własne nogi. Podniosła się z płaczem i natychmiast zeznała:
- Mamoooo!  Oliwka mnie pobiła!
Całe szczęście, że widziałam cała akcję na własne rodzicielskie oczy.

*  *  *

I jeszcze facecja językowa, która rozbawiła mnie do łez. Czatowałam ostatnio ze znajomym Irlandczykiem, który bardzo chce nauczyć się polskiego, bo generalnie jest bardzo polskokolubny. Pisałam więc do niego po polsku, a on odpisywał zupełnie zgrabnie w naszym języku. Byłam pełna uznania – do czasu kiedy odkryłam, że używa internetowego tłumacza! Sprawa się wydała, kiedy żegnając się ze mną napisał (pisownia oryginalna!): „Wybaczają mnie muszę udawać się mój papa zapotrzebowania niektóra pomoc z podniesieniem mebla
Cóż było robić – WYBACZAJĄ MU!

12:51, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 maja 2011
Oto my - dla Facebookoopornych

Oto my

17:12, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 maja 2011
Party time

Ach, spokojny niedzielny poranek... Mąż poza domem, dzieci śpią, pies zaszył się w kąciku i też chrapie. Piję kawę, wcinam ostatni kawałek czekoladowego tortu i delektuję się ciszą. Niewiele takich chwil mam ostatnio, wiec każda z nich jest bezcenna.
Oliwkowa impreza urodzinowa należy już do historii (stąd tort – resztki!) Przeżyliśmy najazd dzikiego międzynarodowego towarzystwa. Pies został przezornie wysłany na dłuuugi spacer, Mati wycofał się na bezpieczne towarzyskie pozycje do domu kolegi (choć miał pomysł zamknięcia się na 2 godziny w łazience – co w jego wykonaniu jest normą!), na placu boju zostałam tylko ja. I Zuzka, która wcieliła się w rolę mistrza ceremonii – witała gości, brutalnie odbierała od nich prezenty i dyrygowała ruchem. I cały czas miała oko na „jej” pudło stacjonujące w ogrodzie! A pudło, jak zresztą przewidziałam, zostało natychmiast dostrzeżone i oblężone przez dzieciarnię. Włażono doń i wyłażono bezustannie – byli i tacy co nawet zrezygnowali z jedzenia na rzecz siedzenia w pudle. Na szczęście pogoda, choć kapryśna, pozwalała dzieciakom szaleć na zewnątrz. Ci, którzy akurat nie zajmowali pudła skakali na trampolinie, huśtali się na huśtawkach, grali w piłkę, przeskakiwali za nią przez płoty (ku zgrozie sąsiadów-ogrodników), jeździli na rowerach, dom wiec nie poniósł wielkich strat. Z głośników leciała Hannah Montana, wokół walały się resztki urodzinowych wystrzałowych poppersów, a chmara dzieci wspólnie dekorowała tort urodzinowy. Myślę, że było fajnie – zgodnie zresztą z zeznaniami samej jubilatki.
Następna impreza w lipcu, mam nadzieję, że nieco mniej huczna boć to dopiero 3-cie urodziny.

Oho, słyszę głosy na schodach. Czas kończyć pisanie i robić śniadanie – jak mówi poeta.

10:32, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2