To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
niedziela, 19 kwietnia 2015
Zasada suspensu

Nasz Tutek bawi się ostatnio w Hitchcocka – dosłownie i w przenośni. Zgłębiając w szkole przedmiot zwany Moving Image Arts, Mati zobligowany został do nakręcenia własnego filmu – począwszy od wizji reżyserskiej, przez scenariusz, zdjęcia, post produkcję, aż do premiery. Na przygotowanie dzieła miał cały rok szkolny, a efekt końcowy powinien ujrzeć światło dzienne (i oblicza egzaminatorów) z końcem kwietnia. Zegar nieustająco tyka, a tymczasem nasz Tut jest jeszcze ze swoim filmem w głębokim lesie – trochę z powodu opieszalstwa, trochę ze zbyt wybujałych ambicji w knuciu intrygi i doborze obsady oraz nieco, (ale niewiele) skutkiem tzw. obiektywnych trudności. Stąd też suspens narasta mimowolnie, choć Tut, pisząc scenariusz, inspirował się nie tyle „Psychozą” Hitchocka, co „Ocean’s Thirteen” Soderbergha… :) 

Póki co, dziś ma paść ostatni klaps, a reszta… to już wyścig z czasem. Nieustająco motywujemy debiutującego reżysera i zań trzymamy kciuki – w końcu Spielberg, Jackson i Lucas też kiedyś zaczynali…

* *  *

Oliwka zniknęła nam ostatnio z rodzinnego firmamentu na całe trzy dni, wybywając na doroczną wycieczkę klas siódmych do Shannaghmore. Spodziewaliśmy się, że świetnie będzie się tam bawiła – i nie pomyliliśmy się! Natomiast kompletnie zaskoczyła nas… siostrzana tęsknota! Wraz z wyjazdem starszej siostry, nasza mała Julka zapadła na tajemniczy ból brzucha, objawiający się szczególnie rano przed wyjściem do szkoły. Znając podobne przypadki psychosomatycznych zachowań w rodzinie, podeszliśmy do sprawy na spokojnie. Jula dostała paracetamol i powędrowała do szkoły, a pani nauczycielka została poinformowana o sytuacji. Jak można się było spodziewać, Julka spokojnie przetrwała dzień w szkole, by następnego ranka znów zapaść na dolegliwość.
Tajemnicza choroba minęła jak ręką odjął dopiero w środę po południu – kiedy Oliwka wróciła z wycieczki! Aż nie chce się nam myśleć, co będzie się działo we wrześniu, kiedy Ola pójdzie do nowej szkoły?...

A żeby rodzinnej tradycji zabierania dziwnych pamiątek z Shannaghmore stało się zadość – patrz poprzedni wpis i przypadek Garego – Oliwka przytargała z wycieczki… dwukilogramowy kamień! ZAPEWNE mniejszych nie było…

*  *  *

Oddając się od jakiegoś czasu nowemu hobby, jakim jest kendo, nasz ojciec rodziny dzielnie walczył ze swoimi słabościami, regularnie wymachując bambusowym mieczem w towarzystwie sobie podobnych pasjonatów. Teraz zaś przyszedł czas na ocenę postępów w nauce i egzamin z kendockich umiejętności. Miło nam donieść, że podczas ostatniej sesji egzaminacyjnej w Dublinie, nasz ojciec osiągnął zamierzony cel, czyli zdobył czwarte kyu, co jest nie lada wyczynem, jeśli się pamięta, że zaczął ćwiczyć dopiero kilka miesięcy temu! Nasz rodzinny kendoka wrócił dziś na rodziny łono obolały i zachrypnięty, ale szczęśliwy, z bagażem wspomnień okraszonych smakiem japońskiego sake…

Droga miecza jest jednak wyboista, a do przejścia jeszcze spory kawałek… 

*  *  *

Matt przyznał się ostatnio, że ilekroć zamawiają z chłopakami pizzę z Domino’s, wpisują w okienko „Dadatkowe informacje” jakieś szalone prośby do załogi pizzerii. Niestety bezskutecznie, bowiem żadna ze zmian nie podjęła rzuconej rękawicy!
Ostatnio jednak, dość nieoczekiwanie, Matt i koledzy doczekali się odpowiedzi na swoje żądania! Zamawiając pizzę online, jako dodatkowe uwagi wpisali prośbę: „Podaj nam sekretny przepis na Kraboburgera!”
Do dostarczonej jakiś czas potem pizzy, dołączona była karteczka:
 

 Grunt to poczucie humoru! A rozbawiony klient to zadowolony klient!

20:02, oszin13
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 kwietnia 2015
Nieznośna ciężkość bytu

Odpuściłam sobie ostatnio prowadzenie rodzinnego bloga – na całe dwa miesiące. W końcu, kto autorowi zabroni?! A że życie rodzinne, mimo mojego lenistwa, toczy się dalej i obfituje w rozmaite wydarzenia, uzbierało się sporo zaległości w opisywaniu. Na pewno nie uda mi się wspomnieć wszystkich, wskażę więc chociaż niektóre, ku własnej pamięci i uciesze tłumu - w kolejności jak najbardziej niechronologicznej :)

*  *  *

Po trzech dniach spędzonych na łonie natury, podczas wyjazdu integracyjnego – przeplatanych licznymi telefonami do mamy - Zuzka zadzwoniła w niedzielne popołudnie po raz ostatni:

- Mamo! Zaraz wyjeżdżamy do domu, więc mam pytanie: czy mogę przyprowadzić Garego?
- Gary? – próbowałam na chybcika przelecieć w głowie listę uczestników wyjazdu, ale osobnika o imieniu Gary nie znalazłam. – To jakiś chłopak?
- Nie, mamo, to PATYK! – odparła Zuzka poważnie, z rozbrajającą szczerością.
- Zamierzasz przywieźć ze sobą kawałek lasu?! I co z nim zrobimy?
- Bo to nie jest jakiś zwykły patyk! – wyklarowała moja szalona córka - Jest OGROMNY! I nie martw się - będzie mieszkał w ogrodzie!

Dobrodusznie zgodziłam się na przybycie Garego, po cichu licząc na rozsądek kierowcy autobusu. I nie przeliczyłam się - na szczęście dla mnie, kierowca zdecydowanie odmówił przewozu pokaźnych rozmiarów drewna opałowego swoim wypieszczonym pojazdem.

Pozbyłam się więc Garego, zanim jeszcze go poznałam. Oto zbrodnia doskonała!

*  *  *

- Zuziu, pójdziesz do sklepu po jabłka? – zagadnęłam któregoś popołudnia. – Potrzebuję ich na jutro rano dla dziewczyn.
- Tak! Za chwilę! – odparła Zuzka nieobecnym głosem, śledząc jakieś ‘szalenie ważne’ video na Youtube.
Po chwili.
- Zuziu, niedługo będzie ciemno! Idź po jabłka!
- OK! Tylko video się skończy! – odpowiedział głos sprzed kompa.
Po kolejnej chwili.
- Zuzka, pamiętasz o jabłkach?
- Tak, tak, już idę po te jabłka. – odparła Zuzia, zwlekła się z krzesła i ruszyła po kurtkę. – Coś jeszcze mam kupić?
- Właściwie… weź jeszcze banany, mleko i jajka. Tu ci wszystko spisałam.
Zuzanna schowała kartkę do kieszeni i powędrowała w stronę sklepu.
Jakoż po kilkudziesięciu minutach wróciła z zakupami, ściskając w ręku bonus w postaci paczki chipsów.
- Jak tam? – spytałam biorąc od niej torbę – Wszystko kupiłaś?
- Prawie – odparła beztrosko Zuzka – Zapomniałam tylko o bananach! I JABŁKACH!

Zupełnie jakbym wysłała ją po „kawałek kiełbasy dobrze podsuszonej”…

*  *  *

- Mamo, nie otwieraj mi rano okna w pokoju, bo robi się zimno i ciężko mi wstać z łóżka! – poprosił ostatnio Matt.
- Ale muszę otwierać! – zaoponowałam. – Chcę przewietrzyć ci pokój!
- Mam na to sposób! – odparł Mati – Ustalmy, że ja będę spał całą noc przy otwartym oknie, w ty będziesz je rano zamykać! I będzie mi się lepiej wstawało!

Pokrętna logika? By może, ale stosujemy ten schemat i działa bez zarzutu! :)

*  *  *

Z cyklu „Chwytające za serce”:
Po rozdaniu wieczornych przytulasków i zamknięciu dziecięcej sypialni, zeszłam do kuchni. Dosłownie zaraz za mną w kuchni pojawiła się zapłakana Oliwka.
- Nie mogę zasnąć! – poskarżyła się.
- Ale przecież dopiero co przyłożyłaś głowę do poduszki! – nie kryłam zdziwienia.
- Tak, ale wyobraziłam sobie, że UMRZESZ i tak mi się smutno zrobiło. – wyjaśniła moja czuła, prawie 11-letnia córka i mocno się we mnie wtuliła.
- Nie mogę ci obiecać, że nigdy nie umrę. – powiedziałam ocierając jej łzy z policzka. - Ale NIE PLANUJĘ umierać w najbliższym czasie, więc możesz spokojnie iść spać.
Wyraźnie uspokojona Oliwka solidnie wydmuchała nos, zakręciła się na pięcie i szybciutko zniknęła za drzwiami sypialni, gdzie niezwłocznie zasnęła. A ja zostałam z refleksją nad przemijaniem.

Może i „memento mori” – ale na pewno „non omnis moriar”!

*  *  *

- Co to za srebrne kulki? – spytała Julka, wydłubując lśniące przedmioty z koszyka ze świeżo wysuszonym praniem.
- To kawałki folii aluminiowej, które wkładam do suszarki, żeby pranie się nie elektryzowało – wyjaśniłam i dodałam – Jak chcesz, to możesz je włożyć z powrotem do suszarki!
Zawsze chętna do pomocy Julka, ochoczo chwyciła kulki i wybiegła z pokoju.

- Suszarka jest czarna! – krzyknęła za nią Zuzka, na wypadek gdyby Julka pomyliła ją z (białą) pralką.

Po dłuższej chwili usłyszałyśmy dziwne dźwięki dochodzące zza ściany i nakryłyśmy Julkę, szamoczącą się przy szafce w hallu i bez sukcesu usiłującą wcisnąć pokaźnych rozmiarów foliowe kulki w wąsie szpary suszarki… do WŁOSÓW! Obowiązkowo CZARNEJ – w przeciwieństwie do BIAŁEJ, również dostępnej w szufladzie.

Możemy potwierdzić, że żaden sprzęt elektryczny nie ucierpiał podczas tych czynności. A co ważniejsze, nie ucierpiała też nasza mała odkrywczyni.

*  *  *

Jak trudne jest znalezienie ciekawego kostiumu na Dzień Książki dla jedenastolatki? Służę tegorocznym doświadczeniem.
Po przejrzeniu rodzinnego księgozbioru (lekką ręką licząc jakieś 700 pozycji), Oliwka sporządziła listę propozycji kostiumu, w jakim może celebrować Dzień Książki:
1. Gandalf – hmmm, a skąd weźmiemy brodę?
2. Ktoś z „Horrible Histories" – nieźle, nieźle, w końcu z 20 tomów da się wybrać jakąś interesującą postać, najlepiej kobiecą;
3. Frodo – really? Hobbit a być łatwiejszy od Gandalfa?
4. Pinokio – taaaa, pajac z długim nosem?;
5. Golum – nie skusiłam się na przystojnego Hobbita, to zaserwowano mi stanowczo mniej przystojnego stwora;
6. Zgredek – no comments po prostu.

Omijając zręcznie wszystkie tolkienowsko-rowlingowe postaci, skupiłam się na 20 tomach „Horrible Histories”. Niestety, żadna z moich propozycji nie przypadła Oliwie do gustu.
- A może Ellie Trinket z „Igrzysk Śmierci”? – judziła siostra Zuzanna.
- Skąd wezmę nagle wymyślną perukę! – stanęłam okoniem.
- Może Indiana Jones? Pożyczymy kapelusz od taty.
- Nie mamy książki! – marudziła Oliwka.
- Wiem! – krzyknęła Zuzka, doznając nagłego olśnienia. - Przebierz się za JEZUSA! I weź ze sobą BIBLIĘ – mamy ją w kilku wydaniach!
Mimo docenienia oryginalnego biblijnego pomysłu, nie zdecydowałyśmy się na AŻ taką ekstrawagancję. Problem jednak narastał, a czasu było coraz mniej. Na szczęście w pewnym momencie dostąpiłam objawienia (niewątpliwie dzięki boskiemu wstawiennictwu). Przypomniałam sobie, że ulegając swego czasu fascynacji materiałem, zakupiłam byłam w jednym z secondhandów indyjskie sari. Z zamiarem przerobienia go na oryginalne zasłony… ;)
- Zrobimy z ciebie Hinduskę! – oświadczyłam.
- A książka?
- Coś się znajdzie! – odparłam i ruszyłam na przegląd rodzinnej biblioteki. A kiedy wróciłam z książką o historii i kulturze Indii, sceptyczna dotąd Oliwka łaskawie zaakceptowała moją propozycję.
Pozostawało mi tylko jedno – ruszyć do Internetu na szybki kurs wiązania sari! I nauczyłam się, a kostium wyszedł nam jak ta lala! Indyjska, ma się rozumieć!

11044499_868603629849852_1834767155296345584_n

*  *  *

Tuż przed sobotnim seansem w telewizji…

- Idę po piwo! – oświadczył pierwszy mąż, zrywając się z kanapy i udając do kuchni, by naruszyć zasoby sekretnej, alkoholicznej szafki. Dobrze zaopatrzonej.
- Daj i mnie jedno! – krzyknęłam za nim.
- Mamo! – oburzyła się siedząca obok mnie Oliwka. - Jak możesz?!

A jednak mogę! I mit matki, jako chodzącej niewinności nieskalanej grzechem, ruuuunął jak długi!

 *  *  *

Julka przybiegła do mnie zaopatrzona w katalog zabawek. Z impetem otworzyła mi przed nosem stronę poświęconą „Frozen” i oznajmiła:

- Chcę to wszystko!
- Naprawdę? – zadałam pytanie z gatunku retorycznych.
- Tak! – odparła pewna swego Julka. - Może być POD CHOINKĘ!

Znaczy się, dostałam wyrok w zawieszeniu - na siedem miesięcy.

*  *  *

A jeśli już o świętach mowa – Wesołego Alleluja! Gwoli objaśnienia - na zdjęciu gniazdo wykonane własnoręcznie przez Oliwkę i poświęcne w Wielką Sobotę :) Na szczególną uwagę zasługuje jajo w elfickie napisy - autorstwa Zuzki :)

11064910_883752705001611_5729545444690161468_o

 

01:33, oszin13
Link Dodaj komentarz »