To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
sobota, 26 kwietnia 2014
Everybody else’s father

Jest taki fragment książki Roba Parsonsa „What Every Kid Wished Their Parents Knew…”, w którym autor opisuje zjawisko “Każdego Innego Ojca” – osoby istniejącej jedynie w wyobraźni dziecka i będącej argumentem w procesie targowania się w rodzicami. Na zasadzie: „Mogę spać u Boba?”, „Nie!”, „A ojciec kolegi to się zgadza!”. Skonfrontowany z bardziej wyluzowanym „innym ojcem” rodzic mięknie i zgadza się na wszystko, żeby tylko nie wyjść na wapniaka.
Dowód na istnienie ww. zjawiska w codziennym rodzicielskim kieracie mieliśmy ostatnio sami.

Tutek wybierał się na sobotni wypad do kolegi Liama, którego rodzice wyjechali na weekend, zostawiając syna samemu sobie w pustym domu.
- Hmmm – pomyśleliśmy po cichu. – Trzeba podziwiać odwagę rodziców, którzy zostawiają 17-latkowi pustą chatę i jeszcze pozwalają zaprosić kolegów. My byśmy się pewnie nie odważyli…
Jakoż w piątkowy wieczór Tutek sfrunął do nas z wysokości swojej sypialni z zapytaniem czy przypadkiem nie mógłby NOCOWAĆ u kolegi z wolną chatą.
Byliśmy sceptyczni, zaczęliśmy więc zadawać pytania.
- Kto tam jeszcze będzie?
- Taki kolega, którego kiedyś poznaliście.
- I on też nocuje?
- Tak. Jego rodzice już się zgodzili.
- Aha. A rodzice Liama o wszystkim wiedzą?
- Oczywiście!
- I się zgadzają?!
- Tak.
- OK. Skoro tak to poproś kolegę Liama o numer telefonu do rodziców, my się z nimi skontaktujemy i upewnimy, że macie pozwolenie.
Tutek pokopytkował na górę, celem internetowego skontaktowania się z kolegą. Jakoż po chwili pojawił się znów.
- Liam mówi, że jego rodzice JUŻ WYJECHALI, są gdzieś na rodzinnej uroczystości i nie bardzo da się z nimi skontaktować. W zamian za to może podać komórkę do dorosłej siostry, która mieszka nieopodal.
- OK. To poprosimy. – odparliśmy. – I jeszcze dokładny adres.
Po chwili Tutek dostarczył nam żądane dane, a my – skonfrontowani z widokiem „innego ojca”, czyli rodziców Liama, zostawiających mu pusty dom i dających pozwolenie na balangę trzech nastolatków – udzieliliśmy synowi błogosławieństwa na nocowanie u kolegi.
Uskrzydlony Mati poleciał na górę by podzielić się dobrą nowiną z pozostałymi uczestnikami imprezy. Po kilku chwilach zjawił się znów na dole.
- Akcja została odwołana – poinformował nas.
- Tak?! Dlaczego?! – spytaliśmy (nie bez pewnej ulgi ;))
- Rodzice Liama SIĘ DOWIEDZIELI!!!

Ha, ha. Czyli jednak nie jesteśmy Nieżyciowymi Wapniakami, tylko Odpowiedzialnymi Rodzicami! Dobra nasza!

14:18, oszin13
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 kwietnia 2014
Były sobie święta…

Jaja, jaja i po jajach! Tegoroczne święta Wielkanocne odeszły w mroki dziejów. I jak co roku, życie kręciło się wokół jedzenia… Gonitwa za czekoladowymi zajączkami zakończyła się sukcesem (czyli konsumpcją zajączków). Ostatnie kawałki wielkanocnego serniczka zasilają właśnie moje ‘oponki’ :) Po „mega-dobrym” serniku na zimno zostało jedynie wspomnienie młodocianych konsumentów. Umęczona czterdziestoma dniami cukierkowego postu Zuzka, zaraz po wielkanocnym śniadaniu rzuciła się na zapasy cukierków, a Ola nareszcie oddała się lodowej rozpuście…
Do spałaszowania zostały jeszcze resztki mężowskiej sałatki drobnosiekanej, ale jestem pewna że i z nią damy sobie wkrótce radę!

A potem zaczniemy przed-wakacyjne odchudzanie… Słowo harcerza! ;)

*  *  *

Tuż przed świętami, w ramach 3-dniowych praktyk zawodowych, Tutek zdobywał doświadczenie w pracach biurowych w mojej firmie. Czyścił pamięć komputerów, robił zapasowe kopie danych, obsługiwał firmowe konto na Ebayu i takie tam. Muszę obiektywnie (sic!) stwierdzić, że do pracy podchodził sumiennie i wszystko skrzętnie notował z zeszycie praktyk – nawet firmowe brunch’e, he, he. Ale szczególnie mu się podobała nasza luźna biurowa atmosfera.
- Fajnie jest tam u was! – mówił potem. – Śmiejecie się, dowcipkujecie i wcale wam to nie przeszkadza w pracy!
„Bo my tak sobie żartujemy, choć czasem bywamy poważni”, jak mawiał klasyk, którego pozdrawiam ;) A Mati tak się rozochocił, że zgłosił się nawet na ochotnika do świątecznego karmienia rybek w biurze!

W związku z poważnym i profesjonalnym podejściem do pracy, na czas praktyk zawodowych Tutek musiał porzucić ukochaną abnegację i od poniedziałku do środy wskoczyć w poważniejsze ciuszki. Szczyty elegancji zarezerwował jednak na czwartek, kiedy to stawił się w szkole na swoją udawaną rozmowę o pracę! Na tę szczególną okoliczność życiową, Matt założył swoje JEDYNE porządne spodnie, JEDYNĄ elegancką koszulę, sportową marynarkę (ciut już przyciasną :) i ojcowski krawat. Obowiązkowo się ogolił (ha, ha) i tak przygotowany pomknął się „sprzedać”.
Nie wiem czy to nad wyraz schludny wygląd czy też bezcenna zawartość umysłu zadecydowały, dość że Tutkowi poszło całkiem nieźle! Po całodniowym maglowaniu (ustnym i pisemnym) przez Komisję Egzaminacyjną, uzyskał 45 punktów na 50 możliwych, z czego był bardzo kontent.
- To świetny wynik, synu! – pochwaliłam szczerze, ale nie byłabym rodzicem gdybym zaraz nie zapytała: A właściwie dlaczego nie dostałeś 50?!
– Bo komisja wyszła z założenia – wyjaśnił Matt - że jako 17-latkowie po prostu NIE MOŻEMY zdobyć maksymalnej liczby punktów!

W końcu nie od dziś wiadomo, że na szóstkę umie Pan Bóg, na piątkę nauczyciel, na czwórkę nieliczni, a reszta to trójkowi :) Czyli życie pędzi, a w dziedzinie szkolnictwa nic się nie zmieniło!

20:52, oszin13
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 kwietnia 2014
Bo jeszcze zapomnę! :)

23:19, oszin13
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 kwietnia 2014
Piaski Sahary

Zupełnie niedawno i kompletnym przypadkiem rzucił mi się w oczy nasz własny samochód - w jakiejś takiej wyjątkowo umorusanej odsłonie.
- Ki czort! – zagadnęłam pierwszego męża – Co to za brudne deszcze teraz padają?! Żeby tak zapaskudzić samochód!
Zanim ktokolwiek zdążył zarzucić nam zaniedbania kosmetyki samochodowej, wyszło na jaw, że wiele się nie pomyliłam w kwestii tajemniczych brudnych deszczy. Okazało się bowiem, że zbiorowo, razem z resztą zachodniej Europy, padliśmy ofiarą… chmury piasku znad Sahary! O zasięgu kilku tysięcy kilometrów! Szybko się więc samo-rozgrzeszyliśmy z konieczności mycia samochodu! 

Tylko Beduinów nam żal - aż strach pomyśleć jak ICH musiało zasypać! :)

*  *  *

Dzięki muzycznemu zaangażowaniu najstarszej z córek, dane nam było uczestniczyć w prawdziwych Music Awards! Wszystko było jak należy - czerwony dywan, kreacje, kolorowe koktajle na powitanie, skandujące tłumy, flesze, a nawet after-party. No i przede wszystkim… GWIAZDY (niektóre tak zblazowane, że trudno je było namówić do występu na żywo!) Nazywając rzecz po imieniu: Zjednoczone Gwiazdy, czyli United Stars. Nasza Zuzanna robiła za konferansjerkę, a reszta młodych ludzi prezentowała talenty wokalne, już to w grupowo, już to indywidualnie. Na sam koniec młodzi ludzie otrzymali z rąk BARDZO WAŻNYCH OSOBISTOŚCI certyfikaty potwierdzające świeżo nabyte umiejętności w dziedzinie komponowania piosenek i kręcenia teledysków. Finał imprezy stanowił zbiorowy wygłup piosenki z „Przyjaciół” w wykonaniu szóstki z OASIS (czyli także moim własnym, po tym jaki koledzy wrobili mnie w występ „last minute”). Chwila wstydu przed liczną publicznością i… już można było rozpocząć poimprezowy bankiecik! :)

Kilka dni później, fale śpiewaczego talentu wyniosły Zuzę na szerokie wody festiwalu sztuk wszelakich, gdzie wraz ze swoim szkolnym chórem zdobyła puchar w gimnazjalnej kategorii wiekowej. Gratulujemy!
Tego samego dnia wieczorem, wyskoczywszy ze szkolnego mundurka, wschodząca gwiazda sceny stawiła się na cotygodniowej zbiórce United Stars. A że był to wieczór piosenki disneyowskiej, Zuzka zaprezentowała zgromadzonej śpiewaczej gawiedzi piosenkę z filmu „Kraina lodu” w… 25 językach! Tekst wkuwała przez kilka dni – nie było łatwo, ale się zawzięła i nie poddała, zbierając po występie słuszne laury za wysiłek.
W ten sposób, zupełnie niepostrzeżenie i kompletnie nieświadomie, nasza Zuzka zasiliła szeregi filomatów, filaretów i innych poetów romantycznych głoszących hasło: „Mierz siły na zamiary”. Jeśli jej tak zostanie – świat stoi otworem!

*  *  *

Po kilkudniowej nierównej walce z grypą żołądkową, Tutek nareszcie wrócił był do szkoły. I chyba nawet się za nią stęsknił - nie na tyle jednak, żeby się przed wielkim powrotem porządnie ogolić! A że los bywa najczęściej okrutny i przewrotny, zaraz drugiego dnia Tutek natknął się przed lekcjami na swojego ulubionego nauczyciela, Pana McAlarego, zapalonego przeciwnika brodaczy. I tym razem nie było wykrętów – Pan McAlary po prostu nie wpuścił zarośniętego ucznia do szkoły! Nie na tym jednak koniec! Nauczyciel wyjął z kieszeni banknot dwudziestofuntowy, wręczył Tutkowi i zażądał natychmiastowego udania się ‘na miasto’ i zakupienia sprzętu golącego (najlepiej w rozsądnej cenie!) Skruszony Mati, uginając się pod ciężarem odpowiedzialności za nauczycielską krwawicę, ruszył na poszukiwania i znalazł jednorazową golarkę w atrakcyjnej cenie 99 pensów za sztukę. Przy pomocy rzeczonego narzędzia ogolił się był nawet niezgorzej w szkolnej łazience, wykorzystując mydło w charakterze pianki do golenia :) Wypiękniony ad hoc, stawił się ponownie przed Panem McAlarym i przeszedłszy pomyślnie testy gładkości, mógł udać się na zajęcia. Operacja „ZAROST” kosztowała Pana McAlarego niecałego funta, Tutka zaś jedną lekcję życia i dwie lekcje fizyki.
Od czasu ‘brodatej’ przygody, Tutek głosi pogląd o wyższości tradycyjnej golarki nad elektryczną.
I wie, że macki byłego geografa sięgają daleko…

*  *  *

Oliwka grzebała rano w swoim szkolnym plecaku, czegoś zawzięcie szukając. Grzebała, grzebała i wygrzebała z samego dna… kopertę, a w środku pieniądze!
- Oooo! – zdziwiła się. – Co to?! Kaska?!
Tak, to była prawdziwa kasa! Pięć funtów, które Oliwka zebrała od nas wszystkich z przeznaczeniem na charytatywną… loterię bożonarodzeniową! Dzięki Bogu jest prawie Wielkanoc, a my wciąż czekamy na wyniki świątecznej loterii!

I coś mi mówi, że nie wygraliśmy… :(

*  *  *

Znając słabość swoich wnuków do pudrusków, Babcia z Polski przesłała dzieciakom cukierkowe zapasy.
- O nie! – załamała się Zuzka, widząc pokaźną siateczkę pełną ulubionych smakołyków. - A ja zrezygnowałam ze słodyczy na post! I nie mogę ich jeeeśćććć!
- A ja zrezygnowałam TYLKO z lodów! – zjadliwie szepnęła Oliwka i z triumfującą miną przejęła pękatą torbę.

Szósty zmysł cukierkowy, po prostu!

*  *  *

Zuzka opowiadał mi historię z książki, którą niedawno czytała.

- I wtedy przychodzi chłopiec i krzyczy: Myśliwiec!!!
- Jak to?! – zdziwiłam się nieco, bo wydawało mi się że historia działa się w lesie. Wolałam się więc dopytać. - Widzieli samoloty przez gałęzie drzew?
-Jakie samoloty?! – zdziwił się z kolei Zuzka. – Chłopiec krzyknął: HUNTER!

Czyli ‘myśliwy’, a nie ‘myśliwiec’ - i wszystko jasne. A już mi przez chwilę staropolszczyzną zaleciało… ;)

*  *  *

A tu wklejam link do "Let it go" w wersji multilingwistycznej. Wklejam i się rozklejam, bo po prostu nieustająco podziwiam wysiłek mojej córki! :)


20:43, oszin13
Link Dodaj komentarz »