To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
sobota, 27 kwietnia 2013
Wiosenne porządki

Wraz z wiosennym powiewem, przyszła pora na wiosenne porządki – także te na głowie. Pod wpływem emocji (i namowy pani fryzjerki), zdecydowałam się na działania radykalne i zafundowałam sobie krótką fryzurkę. Sądząc po reakcjach pierwszego męża, tudzież opinii publicznej, nie jest źle, przyjdzie się więc przyzwyczaić do porannych „kogutów” na głowie. Ale jak chce się być piękną, trzeba cierpieć…

A propos „kogutów” byłyśmy ostatnio z Julką na przedszkolnej wycieczce – Julka z racji bycia przedszkolakiem, a mama z racji woluntarnej gorliwości :) Pojechaliśmy na farmę do Tannaghmore Gardens, gdzie bywaliśmy prywatnie nie raz. Jednak tym razem, uprzejmy pan opiekujący się farmą, przygotował dla przedszkolaków specjalne atrakcje i wpuścił nas na „zaplecze”, do miejsc nie pokazywanych zwiedzającym. Dzieciaki miały możliwość obejrzenia jajecznych inkubatorów, dotknięcia świeżo wyklutych puchatych pisklaków i kaczuszek, przytulenia małych króliczków, wlezienia do kaczej zagrody i potrzymania w drżących rękach świeżo zniesionego gęsiego jaja. Jednak największą atrakcją okazała się jednodniowa (czarna) owieczka - oczywiście nie uniknęliśmy chóralnego „baaa, baaa, black sheep”… 
Ze zwierzaków większego formatu były jeszcze maciory, kucyki, osiołki i koziołki, którym wepchnęliśmy w pyski tonę marchewek. Dzieciakom buzie się nie zamykały z zachwytu – mam nadzieję, że pani przedszkolanka zrobiła kilka zdjęć na pamiątkę… Fajnieśmy się bawili, mimo że pogoda była nieco kapryśna i udało nam się zmoknąć i zmarznąć. Dzieciaki wróciły z wycieczki wykończone i dorośli padali z nóg, ale fajnie było wrócić wspomnieniami do dzieciństwa na wsi…

*  *  *

Lubimy, wraz z pierwszym mężem, robić duże cotygodniowe zakupy bez dzieci (ku rozpaczy tych ostatnich). Wysyłamy dziatwę do placówek oświatowych, a sami buszujemy po sklepach, wypełniając potem kuchenne szafki oraz lodówkowe półki. I obserwujemy reakcję nieletnich…
- Trzeba sprawdzić czy jest towar! – krzyknęła niedawno Oliwka wpadając ze szkoły, rzucając plecak na podłogę i pędząc w stronę lodówki.
- Alleluja!!! – dało się po chwili usłyszeć z wnętrza chłodziarki głos pełen zachwytu.

Widać rekonesans wypadł nad wyraz pomyślnie :)

*  *  *

Wracaliśmy sobie spokojnie ze szkoły, kiedy dopadł do nas zziajany Reghan, klasowy kolega i osobisty przyjaciel Oliwki.
- Wiecie co?!  - zwrócił się do dziewczyn głosem pełnym ekscytacji - Ozzy Osbourne wrócił do narkotyków! W wieku 65-ciu lat!!! Muszę koniecznie kupić „Daily Mirror”!

I pognał w kierunku sklepu, a my zostałyśmy zdumione. Ba, ja to NAWET wiedziałam kim jest Ozzy, ale reszta towarzystwa nie miała o istnieniu rzeczonego Osbourne’a bladego pojęcia…

*  *  *

W BBC leciał właśnie wywiad z Robertem Redfordem.

- Mamo, kto to jest? – spytała Zuzka.
- Robert Redford.
- ?!
- Znany aktor!
- Ja tam go nie znam – odparła uczciwie Zuzia.
- Nie martw się. – uspokoiła ją Ola. – Po prostu MY nie żyłyśmy w czasach, kiedy ten pan był sławny!

Znaczy się JA w TYCH czasach żyłam. Chyba jestem jakaś taka z innej epoki…

*  *  *

Z serii „Julka drąży temat”, rozmowa na temat szpitali.
- A ja byłam w szpitalu?
- Tylko kiedy się rodziłaś.
- I zbadali czy jestem zdrowa?
- Tak.
- I czy ty jesteś zdrowa?
- Tak.
- I czy nie masz w brzuszku jeszcze jednego dziecka?
- W zasadzie tak, ale wiedzieli że będzie jedno.
- No tak, ale skoro urodziłaś już tyle dzieci: i Zuzię, i Mateusza, i Oliwkę, i TATĘ!...

Hola-hola! Kogo urodziłam to urodziłam, ale za tatę nie biorę odpowiedzialności!!!

*  *  *

- Nie było pomarańczowego soku? – pyta Tutek szykując sobie śniadanie i wymachując kontenerkiem z sokiem.
- A to nie jest pomarańczowy? – dziwię się, bowiem jestem przekonana że takowy kupiłam.
- Nie! To jest tropikalny.
- Myślałam, że pomarańczowy. Taki ma kolor.
- Właśnie! – bezlitośnie triumfuje Tutek. – Sok pomarańczowy ma kolor ŻÓŁTY, a tropikalny jest POMARAŃCZOWY.

Jakie to proste! Następnym razem jednak dokładniej przeczytam etykietę!

12:06, oszin13
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 kwietnia 2013
Andy Warhol skonsumowany jest!

Nareszcie, myśląc o artyście Warholu, możemy powiedzieć „veni, vidi, vici”! Po wielu przesuniętych terminach dotarliśmy bowiem na wystawę prac wyżej wymienionego – niemal w ostatniej chwili, bo ekspozycję zamykają za kilkanaście dni. Czas nas więc naglił, a i dzieci, obryte teoretycznie z „życia i twórczości” ww., przestępowały z nogi na nogę i dopytywały się o wyjazd. Ale koniec końców udało się! W ostatnią niedzielę daliśmy nura w odmęty pop-artu, między portrety Liz Taylor, a Marylin Monroe, mając po lewicy oblicze Mao, po prawicy Lenina, za plecami tapetę w żółte krowy, a nad głowami srebrne balonowe chmury. I jeszcze symbol dolara, i hamburger, i Campbell, i woda Perrier, i wiele wiele innych warholowych wizji. Faaaajnie było – jedyne czego nam, „koneserom”, zabrakło to oblicze słynnego „Banana” – ale już się czepiamy na siłę… :) 
Przy okazji wystawy można też było nabyć mocno ilustrowane kompendium wiedzy o Warholu  - BARDZO ciekawe w treści i formie, ale… niestety dość drogie. Z żalem w sercu nie kupiliśmy, ale od kilku dni systematycznie przeszukujemy zasoby internetowych portali aukcyjnych :) Na otarcie łez nabyliśmy sobie w galeryjnym sklepiku magnesik z puszką Campbella, który pyszni się teraz na kuchennej lodówce. Na pamiątkę!
 

*  *  *

Jak to nigdy nie wiadomo skąd przyjdzie do nas nauka – i jaka! Dzięki kolekcjonerskim zapędom mojego ojca, stałam się ostatnio specjalistką od elementów szkockiego stroju ludowego! Ze szczególnym uwzględnieniem SPORRANÓW, czyli mniej lub bardziej ozdobnych torebek, dyndających Szkotom w okolicach klejnotów rodowych ;) Prywatny mój rodziciel, po obejrzeniu bliżej nieokreślonego programu telewizyjnego, zobaczył bowiem oczami wyobraźni swej, właśnie „takie cuś”, wiszące na ścianie w sypialni. Obok głowy dzika! I zadzwonił do mnie z zamówieniem. Ustalenie nazwy, przeznaczenia i rodzajów owego „czegoś” zajęło mi parę chwil, zwłaszcza że opis mojego ojca brzmiał dosłownie: „takie coś co im wisiało podczas tańca irlandzkiego” :) Teraz wiem już co zacz, intensywnie poszukuję odpowiedniego fasonu, z właściwej skóry, z wystarczającą liczbą dyndających kutasików. I jak znajdę, zakupię, zawiozę i osobiście powieszę na ścianie przeznaczenia. A sporranową wiedzę zachowam do grobowej deski! ;)

*  *  *

Przytrafił mi się ostatnio prawdziwy bareizm – i to najwyższych lotów, bo prosto z „Misia”. Pamiętacie, jak prezes Ochódzki chciał wysłać list do Londynu? Dla tych co nie pamiętają, link poniżej.

 http://www.youtube.com/watch?v=3Qi3tT2Xulk 

Otóż dostałam list – nie z Londynu, ale z Polski. List sam w sobie sympatyczny, bo z zaproszeniem na rodzinną imprezę. Jednak moja prywatna bratowa, którą podejrzewam o adresowanie koperty, napisała pod naszym adresem domowym skrót „N.I.”, w znaczeniu Northern Ireland. Żeby ułatwić życie poczciarzom. Widać jednak dla pracownika Poczty Polskiej skrót ten nie był zbyt czytelny, bo dopisał sobie obok rozwinięcie – „NOWA Irlandia”. W sumie dobrze, że nie Nowa ZELANDIA, bo wtedy nici z zaproszenia i wyjazdu na imprezę. Natomiast w kwestii „nowej Irlandii”, to o ile pamiętam Polska miała nią być, w którejś z wyborczych obietnic. :)

Bo przecież „nie ma takiego miasta jak Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój!”

*  *  *

Z Julkowych mądrości...

- Ja jestem bardzo mądra – stwierdziła pewnego razu Julka.
- Tak? A dlaczego?
- Bo mam w głowie WSZYSTKIE rzeczy!

Chodząca encyklopedia…

*

Jedną z ulubionych nauczycielek Julki jest Mrs. Carson, która opiekuje się grupą przedszkolaków od wtorku do piątku. I właśnie we wtorek, kiedy odbierałam Julkę z przedszkola i chciałam zapłacić za obiady, zapytałam moją córkę:
- Czy Mrs. Carson jest dziś w szkole? Nie widzę jej na sali.
- Jest! – odpowiedziała Julka. – Widziałam jej samochód na parkingu.

Widać Mrs. Carson traktowana jest przez swoich małych podopiecznych jako tak oczywista oczywistość, że nawet jej nie zauważają…

*

- Juleńko, jak ma na nazwisko twoja koleżanka Gabriela? – spytałam ostatnio Czupurka.
- Gabriela nie ma nazwiska! – odpowiedziała poważnie Julka. – Ona ma tylko imię: Gabriela!

*

- Mamo, spójrz! – krzyczy Julka wyginając się przede mną w jakieś niemiłosierne wygibasy. – Tak robią dziewczyny ŁADNE!
- Aha. – odpowiadam. - A ty jesteś dziewczyna ładna?
- Cała rodzina jest ładna! – kwituje Julka.

Chyba zmienimy nazwisko na Ładni...

15:07, oszin13
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 08 kwietnia 2013
Odrobina wiosny…

Były sobie święta, przyszły i poszły! W pasie przybyło centymetrów, w lodówce ubyło zapasów. Ale nic to, bo za oknami wiosna na całego!!! A może i lato za jednym zamachem? Kto go tam wie, irlandzkie lata bywają nieprzewidywalne – a bywa że w ogóle ich nie ma ;) W każdym razie nie narzekamy, nawet zimny wiatr i przygruntowe przymrozki nie zepsują nam radości ze słoneczka. Czas obmyślić trasy rodzinnych wypadów – nawet zagranicznych! SZCZEGÓLNIE zagranicznych :)

*  *  *

Pamiętam jak jeszcze w podstawówce, w ramach zadania szkolnego, musiałam przeprowadzić wywiad ze swoim tatą. Pamiętam to, może nie jakby to było wczoraj, ale nie AŻ TAK BARDZO dawno temu. Siedzieliśmy sobie przy stole, ja zadawałam pytania i skrupulatnie notowałam odpowiedzi (żeby je potem przepisać do zeszytu „na czysto” :)), a tata odpowiadał.
Tymczasem czas płynie, dziś mam własne dzieci i ostatnio to JA udzielałam wywiadu – mojemu prywatnemu synowi, w ramach jednego z jego rozlicznych działań pozaszkolnych. A że i czasy nieco się zmieniły, nie siedzieliśmy przy stole pilnie notując, tylko staliśmy na ulicy w centrum miasta. Tutek zadawał pytania zza kadru, ja odpowiadałam, a Tutkowi koledzy pilnie… filmowali i sprawdzali jakość dźwięku! Bo to był wywiad multimedialny ;)! Starałam się opanować tremę i mówić w miarę sensownie, a jak mi to wyszło, zobaczymy po montażu :) (zdaje się, że będzie co wycinać!)
Ech, życie celebryty nie jest usłane różami, mówię wam…

A tak w ogóle, jak ostatnio uczciwie podliczyłam, nasz Mati bierze aktywny udział w aż pięciu niezależnych projektach pozaszkolnych – grupie antyrasistowskiej, Drop-In Clinic, Forum Młodych, multikulturalnym projekcie BOSS i projekcie filmowym. Kilka razy w tygodniu gdzieś pędzi, wyjeżdża, wychodzi i musi dobrze gospodarować popołudniami, żeby starczyło ich jeszcze na lekcje, gry sieciowe, tweetowanie z koleżkami i życie rodzinne. W sumie to nawet nie możemy rodzicielsko narzekać – miast tkwić przed komputerem dziecko udziela się społecznie, zacieśnia przyjaźnie, rozszerza horyzonty. Ale że zawsze można się do czegoś przyczepić i my znaleźliśmy dziurę w całym - żałujemy że żaden z Tutkowych projektów nie ma korzeni sportowych. Bo ruchu nigdy za mało!

*  *  *

Przy okazji wędrówek po mieście, zrobiliśmy „napad” na polski sklep – ja udałam się w kierunku wędlin, a dzieciaki ku stoisku z napojami. Każde wybrało sobie po ulubionym napoju, Julka wygrzebała soczek z wizerunkiem Barbie.

- Mamo, czy ten soczek SMAKUJE jak Barbie? – zapytała nagle malutka.
- Poczekaj, spytamy pani ekspedientki! – odpowiedziałam i podstępnie (bo co się będę sama męczyć) zwróciłam się do sprzedawczyni:
- Proszę pani, dziecko pyta czy ten soczek smakuje jak Barbie?
- Oczywiście – odparła uśmiechnięta sprzedawczyni. – Jak Barbie o smaku pomarańczowym!

To dopiero podejście! Nasz klient, nasz per Pan!

*  *  *

- Co tam robiliście ciekawego na waszym klubie? – spytałam ostatnio mojego syna.
- Mamy teraz taki nowy pomysł. – objaśnił Matt. - Porobiliśmy zdjęcia i teraz będziemy je skeczować!
- To znaczy, że zrobicie z nich śmieszne historyjki obrazkowe? Takie SKECZE? – starałam się błyskotliwie uprzedzić dalsze wyjaśnienia syna.
- Nie! To znaczy, że przerobimy je na szkice. Czyli SKETCHe. – odparł Mati ze złośliwym uśmieszkiem.

Nooo, cooo! Już nie można się pomylić?!

19:16, oszin13
Link Dodaj komentarz »