To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
niedziela, 29 kwietnia 2012
Trochę straszno, trochę śmieszno…

Chciałabym bardzo móc napisać, że ostatecznie pokonaliśmy wstrętnego rotawirusa, ale jeszcze nie mogę, a może nie chcę zapeszyć?... Pół ubiegłego tygodnia Julka leżała odłogiem, a kiedy wreszcie podniosła się z upadku, choróbsko dopadło Oliwkę i Zuzkę. Cyrk na kółkach normalnie! Na dzień dzisiejszy sytuacja wydaje się być pod kontrolą, choć nie do końca, bo teraz choruje pies! Na szczęście nie jest to grypa żołądkowa, a skaleczona łapa (przydał się kurs First Aid i harcerskie doświadczenie ;)), ale niemoc jest niemoc, zwłaszcza że rekonwalescentka namiętnie ściąga sobie opatrunek i wylizuje łapę nie dając jej szans na zabliźnienie.
A mnie coś ucho ostatnio pobolewa …

*  *  *

Z przyjemnością donoszę, że wykonany przez nas wespół w zespół statek Wikingów zajął zaszczytne trzecie miejsce w klasowym rankingu. Nagrodą była duuuża tabliczka czekolady, którą komisyjnie wtrąbiliśmy nie licząc kalorii (tym chętniej, że czekolada sama w sobie wspomaga podobno procesy trawienne, zaburzone u nas ostatnio).
We are the champions!

*  *  *

Zuzka biedziła się niedawno z zadaniem matematycznym. Pytanie brzmiało: jaką długość ma bok kwadratu, którego obwód wynosi 14 cm.
- To niemożliwe - orzekła wreszcie. - 7 nie dzieli się na 2!
- Pomyśl inaczej - podpowiedziałam. - Jeśli masz 7 paluszków i dwóch przyjaciół, to po ile paluszków dostanie każdy z nich?
- Po trzy! - odparła Zuza.
- Aha, po trzy, to będzie sześć. A co zrobisz z siódmym paluszkiem?
- WYRZUCĘ!

I po sprawie!

*  *  *

Wiem, że dzieciaki lubią uroczyste śniadania, w odpowiedniej oprawie, takie z pokrojoną wędlinką, warzywami, jajkami w majonezie, sałatką oraz specjalną zastawą. Dlatego kiedy tylko mam czas i ochotę - czyli zwykle w niedzielne poranki - przygotowuję uroczyste śniadania bez okazji. Dzieci ustawiają talerze, czekamy na wszystkich domowników, a potem zjadamy wspólne rodzinne śniadanie.
Tak było i dziś. Dzieciaki piały z zachwytu.
- Mamo, czy z okazji moich urodzin też może być takie uroczyste śniadanie? - spytała Oliwka, której urodziny, notabene, są już za tydzień.
- Pewnie że może być - odpowiedziałam.
- A z okazji MOICH urodzin też może być HISTORYCZNE śniadanie? - spytała natychmiast Julka.

Kto wie, może kiedyś moje śniadania przejdą do historii…

*  *  *

Wędrowałyśmy z dziewczynkami ze szkoły, Oliwka pchała wózek ze śpiącą Julką (na własne żądanie!)
W pewnym momencie stwierdziła:
- Fajnie tak mieć Julkę!
„Oooo…” chciałam powiedzieć z uznaniem dla siostrzanych uczuć, ale Oliwka dodała:
- I najlepiej kiedy śpi!
- Dlaczego?
- Bo wtedy nie gada i nie marudzi!

Ciche, nie narzucające się młodsze siostry od zawsze były w cenie…

*  *  *

Tata siedział na kanapie chrupiąc paluszki. Obok niego, w charakterze sępów, warowały dwie starsze córeczki i ochoczo sięgały po paluszkowe słoności. Paluszków niebezpiecznie ubywało…
- Hej - zbuntował się tata - paluszki są dla mnie, bo ja nie palę!
- Ja też nie palę! - odparła niczym nie zrażona Ola i skubnęła kolejnego paluszka.

*  *  *

- „Nazywam się Stacey i mam 42 lata” - wyznała uczestniczka amerykańskiej wersji X Factor.
- Nieźle - skwitowałam nie bez zazdrości - pani wygląda na 20 kilka lat!
- No właśnie! - poparła mnie Oliwka - A jest przecież taka stara!

Taaak, stara… W moim wieku!

*  *  *

Julka zapatrzyła się uważnie w twarz taty i widać spodobało jej się to co zobaczyła, bo powiedziała z czułością:
- Inne taty są gołe, a ty jesteś ubrany - bo nosisz okulary!!!

19:55, oszin13
Link Komentarze (1) »
wtorek, 24 kwietnia 2012
Rewolucje, rewolucje!

Zwykle to październik był miesiącem rewolucji - przynajmniej w historii Rosji. W historii naszej rodziny rewolucyjny okazuje się kwiecień. Niektóre z owych przewrotów mają się już ku końcowi, niektóre trwają w najlepsze, a są i takie co się dopiero zaczynają… I trzeba nam z tym żyć!

Szaleństwo dziecięcej przerwy wielkanocnej na szczęście mamy już za sobą! Nieletni powędrowali do szkoły, ochoczo, a jakże, choć gdyby spytać Matiego, miałby pewnie inne zdanie na ten temat. I to tyle dobrych wiadomości, bo tak dla równowagi - Julka wytrzymała w przedszkolu tylko jeden dzień. Od wczorajszego wieczora walczy z biegunką i dlatego została w domu. Czyli kiszka z tzw. rodzicielskiej wolności (kiszka - dosłownie!!!)

Nasze kuchenne rewolucje zakończyły się sukcesem i od kilku dni jesteśmy dumnymi posiadaczami nowej lodówki („takiej ładnej, amerykańskiej…”) Dziewczynki tak przeżywały nowy zakup, że zapisały sobie w osobistym pokojowym kalendarzu notatkę „New fridge!” pod datą dostawy (po angielsku, niestety…) Potem było już tylko przemeblowywanie, podziwianie, obwąchiwanie (to pies!), podłączanie, regulowanie, zapełnianie i… wydeptywanie nowych ścieżek w kuchni, bo człowiek jak koń, wędruje utartymi drogami do niewłaściwych kątów. Ale spokojnie, przyzwyczajamy się!

Nie wnikając zbyt szczegółowo w powody kierujące moim mężusiem, uroczyście oświadczam, że postanowił on zerwać z nałogiem i od ponad tygodnia nie pali! Trzymamy kciuki!!!

 

*  *  *

Trochę z myślą o przyszłej pracy, a trochę w ramach tak zwanego samorozwoju, uczestniczę od jakiegoś czasu w kursie o tajemniczej nazwie „Self-Advocacy and Positive Wellbeing Measures in a Family Setting”. O co kaman? Uczymy się jak być „adwokatem” - broń Boże, nie w sensie prawnym, raczej w relacjach międzyludzkich, gdzie „adwokat” jest przedstawicielem samego siebie lub innej osoby. Czyli jak być asertywnym, określać swoje potrzeby, negocjować, dbać o zdrowie psychiczne, podejmować decyzje. Jak docierać do decyzyjnych ludzi, obnażać ukryte zagrożenia, odczytywać ludzkie emocje, reprezentować ludzi nie mogących reprezentować samych siebie etc. BARDZO rozwijający i ciekawy kurs. A że i lektorzy prowadzą zajęcia w interesujący i dowcipny sposób, wędruję na nie z wielką chęcią. A w lipcu egzamin!!!

*  *  *

W ramach podnoszenia średniej przeczytanych książek na jednego Polaka, zamówiłam kilka nowych (polskich) pozycji do domowej biblioteki. Dostawy spodziewam się w połowie maja. Póki co wodzę więc wzrokiem po własnej półeczce z książkami, skąd uśmiechają się do mnie grupowo Prokop i Hołownia, będący jednakże aktualnie w czytaniu przez mojego osobistego małżonka. Muszę czekać (oby nie na godota), a w tak zwanym międzyczasie zaznajomiłam się z twórczością M.K. Piekarskiej i nie bez przyjemności połknęłam „Klasę Pani Czajki” i „LO-terię”. Polecam rodzicom nastolatków, w szczególności mieszkańcom warszawskiej Saskiej Kępy ;))

*  *  *

Nasza Oliwka jeszcze nie zdecydowała kim zostanie gdy dorośnie. Przebąkuje coś na temat zawodu weterynarza (drżyjcie, domowe zwierzaki!) lub astronoma (!). Ja jednak wróżę jej karierę w dyplomacji, a utwierdziłam się w swych poglądach po jej ostatnim tekście.
Szukając czegoś na ząb tuż przed obiadem (co nie jest przez mnie mile widziane), Ola zanurzyła głowę w szafce z pieczywem, po czym zwróciła się do mnie słowami:
- Czy jako dobra mama, którą niewątpliwie jesteś, pozwolisz mi na zjedzenie nie jednego, a dwóch croissantów?

To się nazywa manipulacja! Czyż mogłam jej odmówić?! Pal sześć obiad!

*  *  *

I jeszcze cytat znaleziony ostatnio na jednym z blogów, który ujął mnie wyjątkowo.


Jak mawia Pan Józef spod Babiej Góry: „Spaść z wierchu na pysk, to każdy głupek potrafi. Ale wyleźć znowu na ten wierch, to trza mieć jaja!”


Święta prawda, Panie Józefie!

13:27, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 kwietnia 2012
Szukajcie, a znajdziecie!

Proście, a będzie wam dane! I znów się sprawdziło! Albowiem mój wspaniały Pierwszy Mąż nie pozostał (mimo przeciwności pogodowych) głuchy na potrzeby własnej żony, upublicznione ostatnio na blogu. I… zakupił mi wymarzoną lodówkę!!! Dokładnie taką jaką chciałam! Czyż nie jest to kochany egzemplarz mężusia?! I do tego mój!
Lodówka dojedzie za kilka dni, a do tego czasu rodzinnie przemeblowujemy kuchnię, co by wygospodarować przestrzeń, gdzie może się owo cudo zmieścić. Nie mamy zbyt wielkiego wyboru, opróżniliśmy więc jedyny podchadziaszczy kąt i czekamy. Z niecierpliwością :))
A mnie chodzi po głowie pytanie - czy mój stary, nieco szczerbiony na urodzie kuchenny telewizor będzie dobrze się prezentował na nowej lodówce?...
Niektórych to jednak trudno zadowolić, naprawdę!

*  *  *

Udało mi się niedawno wprawić w zdumienie panią pielęgniarkę w przychodni zdrowia. Z powodu lapsusa językowego, z którego sama śmiałam się jeszcze długo.
Powędrowałam z Julką na szczepienie. Malutka nie mogła się doczekać wizyty w przychodni - moje dzieci jakoś dziwnie lubią odwiedzać lekarzy wszelkiej maści, pewnie dlatego, że nie mają zbyt często okazji… Na wszelki wypadek jednak nie objaśniałam Julce szczegółów wizyty, taktycznie pomijając strzykawki, igły i kłucie. Czupurek siedział grzecznie, obserwując wypełniającą papiery panią pielęgniarkę, kiedy nagle przypomniał sobie o czymś.
- Mamo, ale dostanę naklejki?!
No tak, przecież za bycie grzecznym u lekarza dostaje się naklejkę „Dzielnego Pacjenta”. Jako troskliwa matka postanowiłam się jednak upewnić, więc zapytałam pielęgniarkę. Niestety, wskutek chwilowego zaćmienia umysłu, miast zapytać o „stickers”, spytałam o „stitches”, czyli ni mniej ni więcej tylko „szwy chirurgiczne”!
- Czy Julka dostanie szwy?
Pielęgniarka mocno się zdumiała - dziecko przyszło na szczepienie, a matka pyta o szwy! Na czym?!
- Jakie szwy?! - padło pytanie.
- No takie z napisem „Dzielny pacjent”! - brnęłam dalej, nieświadoma własnej ignorancji.
- Aaaa, naklejki!!!
Chyba się zarumieniłam…
- Nie, nie mam naklejek, mam za to certyfikat „Dzielnego Pacjenta”! - odparła pogodnie pielęgniarka, nie dając po sobie poznać rozbawienia.
Jestem pewna, że śmiała się z tego do końca dnia - na szczęście za moimi plecami!
A certyfikat Julka dostała, bo była naprawdę dzielna!

*  *  *

Graliśmy z Matim w scrabble. On obmyślał kolejne słowo, a ja korzystałam z przerwy w grze i krzątałam się po kuchni. Dosiadła się do nas Ola, która przejęła kartkę z wynikami. Po chwili zapytała, bawiąc się ołówkiem:
- Mamo, mogę napisać „skory”?
- Tak, jest taki wyraz. „Skory” znaczy „chętny” - służyłam podpowiedzią, podziwiając jednocześnie, nie bez dumy, Oliwkowe słownictwo.
Po chwili wróciłam do gry, Mati wykonał ruch i trzeba było uzupełnić wyniki. Wzięłam więc od Oliwki kartkę i ołówek.
- Mamo, przecież to ja miałam pisać SCORY!!! - zaprotestowała Ola.

Ręce mi opadły i staropolszczyzna uleciała z głowy. A więc o takie SCORY jej chodziło… Sponglisz stosowany!

12:45, oszin13
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 kwietnia 2012
Poranne występki

Byłam na jakimś lotnisku. A może promie?... Raczej na promie, bo szukałam samochodu, obładowana bagażami. Znalazłam! Właśnie wpakowałam walizki do bagażnika, kiedy usłyszałam przejeżdżającą śmieciarkę. Kurczę, co jest?! Śmieciarka na promie?! Coś mi się zdecydowanie nie zgadzało… I nagle błysk olśnienia! Prom to tylko sen!!! Za to śmieciarka pod moim oknem to najprawdziwsza jawa! Jest środa, dzień wywożenia śmieci, a ja zaspałam i nie wystawiłam pojemników! Z szybkością błyskawicy wyskoczyłam z łóżka, w przelocie złapałam szlafrok i zbiegłam ze schodów. Chwilę nieprzytomnie mocowałam się z drzwiami, by za moment stanąć oko w oko z ubawionymi śmieciarzami. Machnęłam tylko, żeby zaczekali i poleciałam z włosem rozwianem do śmieciowego zakamarka. Nerwowo szarpnęłam brązowy kosz, który jak na złość był uprzejmy się zaklinować. Jeszcze bardziej rozbawiony pan śmieciarz, widząc moje zmagania z przyrodą nieożywioną, krzyknął litościwie, że szarpię niewłaściwy kosz - oni potrzebują zielonego! Porzuciłam więc niezwłocznie niewdzięczny brązowy pojemnik i pognałam ku śmieciarce z jego zielonym bratem. Uff, zdążyłam! Panowie opróżnili kosz, przyjaźnie pomachali mi na pożegnanie i zapowiedzieli, że wkrótce przejedzie śmieciarka od koszy brązowych. Powłócząc kapciami powlokłam się więc z powrotem do śmieciowego zaułka i zajęłam uwolnieniem brązowej bestii. I tak zastał mnie mój mąż wracający z pracy…
Miałam więc swoje poranne 5 minut osiedlowej sławy, choć z pewnością szlafrokowym „wejściem smoka” nie przebiłam Portugalczyka z naszej ulicy, któren jakiś czas temu usłyszał śmieciarkę będąc pod prysznicem. Skutkiem tego wyskoczył na ulicę w samym tylko ręczniku, a dodać należy że był to dzień wietrzny i deszczowy (czyli jeden z 270-ciu w irlandzkim kalendarzu). Portugalczyk ów gonił śmieciarkę, jedną ręką ciągnąc przepełniony kosz ze śmieciami, a druga walcząc z niesforną materią ręcznika. To był dopiero wyczyn olimpijski!

*  *  *

Uprawialiśmy z moim mężem ostatnio dialog salonowo-kuchenny. On siedział przed telewizorem w salonie, a ja krzątałam się po kuchni. I konwersowaliśmy.
- Misiu, będziesz jadł?! - wrzasnęłam w kierunku pokoju.
- Tak! - odkrzyknął mój mąż.
- Chcesz zupę?!
- Tak!
- Z chle…
- Tak! - odkrzyknął mój mąż, nie dając mi dokończyć.
W mojej głowie zakiełkowało podejrzenie, że zapatrzony w ruchome obrazki mój pierwszy mąż odpowiada machinalnie, nawet nie słuchając pytań. Postanowiłam więc zaryzykować:
- Kupisz mi nową lodówkę, taką z podwójnymi drzwiami w amerykańskim stylu?!
- Misiu, wcale cię nie słyszę! - odkrzyknął mój mąż - Jakiś problem na łączach, pewnie przez deszcz!...

 Coż, przynajmniej spróbowałam!

17:02, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Wielkanoc za nami!

Fajne mieliśmy święta! Zdecydowanie rodzinne i bardzo polskie. Było więc pieczenie wielkanocnych bab i serników, malowanie pisanek i przekładanie wafli. Było święcenie - nie jednej, a trzech święconek!
W niedzielny poranek podzieliliśmy się jajeczkiem, zjedliśmy uroczyste śniadanie, a potem pojechaliśmy na prawdziwą polską mszę! Fajnie było wysłuchać homilii w ojczystym języku - zwłaszcza, że była niegłupia - i pośpiewać wielkanocne pieśni. Kto wie, może w przyszłym roku wstaniemy jeszcze wcześniej i wybierzemy się na Rezurekcję?
Po popołudniu, nie zważając na nienajlepszą pogodę, powędrowaliśmy na rodzinny spacer, celem spalenia świątecznych kalorii. Zmarzliśmy na kość i zmokliśmy kolektywnie. Za to niewątpliwie dopieściliśmy Molaka, który nie odmówił sobie przyjemności zażycia rzecznej kąpieli i potwornie śmierdział szlamem, co go zdecydowanie uszczęśliwiało.
Celem rozgrzania zmarzlaków, po powrocie do domu urządziliśmy dzieciakom wielkanocne poszukiwanie czekoladowych jajek, pochowanych wcześniej w domowych zakamarkach. To już taka nasza doroczna tradycja. Zuchy-dzieciuchy dobrze się sprawiły, w mig odnalazły ukryte słodkości, a i ojciec załapał się na jedno jajo… Do końca dnia słychać było słodkie mlaskanie i szelest papierków.
W poniedziałek rano wyciągnęliśmy kolejnego asa z wielkanocnego rękawa! Zdecydowanie nadużywając władzy rodzicielskiej napadliśmy dzieciaki w łóżkach i urządziliśmy im Śmigusa-dyngusa. Pisku, zadziwienia, tudzież pomruków niezadowolenia było co niemiara! A ponieważ pogoda za oknem była też bardzo śmigusowa, nie ryzykowaliśmy kolejnego zmoknięcia i zostaliśmy w domu. Tylko ojciec rodziny, wiedziony poczuciem obowiązku, poszedł z psem na codzienny spacer. Za to tuż po jego powrocie, z lubością oddaliśmy się pijaństwu i hazardowi! To znaczy, nalaliśmy sobie po lampce wina (tylko dorośli!), wyciągnęliśmy scrabble i strzeliliśmy kilka partyjek.

Szkoda, że to już koniec świątecznego nicnierobienia… Choć teraz czeka nas nicnierobienie po-świąteczne!

*  *  *

Nasz ojciec dostał mandat. Niemiła sytuacja, tym bardziej że przewina była błaha, za to kara niemała. Do tego rzeczone pisemko przysłano akurat tuż przed świętami! Ojciec rodziny pół dnia chodził jak struty, rozpaczając nad nieoczekiwanym uszczerbkiem w finansach i szukając bratniej duszy.
- Synu - zwrócił się do Matiego - dostałem mandat i potrzebuję pieniędzy. Mogę liczyć na ciebie?
- Cóż - odparł Matt - Zbieram wprawdzie na laptopa, ale mogę ci oddać moją puszkę z oszczędnościami. Najwyżej zacznę zbieranie od początku…
Ojciec był wyraźnie poruszony dobrodusznością najstarszej latorośli.
- Dziękuję, synku, ale zostaw sobie swoje oszczędności! Ja tylko żartowałem!
- Ja też - odparł beztrosko Mati.

No to szach i mat!

*  *  *

Oliwka jak zwykle marudziła przy obiedzie.
- Mamo, zjem tylko rybę i surówkę! Ryżu nie chcę!
- Jeszcze do niedawna uwielbiałaś ryż! - zdziwiłam się - Coś się zmieniło?
- Kiedy dorastasz, życie się zmienia… - odparła Oliwka filozoficznie. 

Hmmm…

22:17, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2