To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
piątek, 29 kwietnia 2011
Refleksje poświąteczne

Ile uwagi może skupić na sobie jedno, szczególnie chore dziecko? Matematycznie rzecz biorąc niedużo, szczególnie w rodzinie wielodzietnej. W naszym przypadku ¼, teoretycznie. Jednakże biorąc pod uwagę, że do łóżka kładzie się eteryczny typ księżniczkowy, a choróbsko to grypa, owa skromna jedna czwarta urasta do nieskończoności.
Zuzka od ponad tygodnia leży plackiem z wszelkimi objawami grypy. Tydzień temu byliśmy u lekarza, który dał nam nadzieję na „lekkie sezonowe przeziębienie”. Niestety, od tego czasu wiele się zmieniło w objawach i kondycji pacjentki – na gorsze. Zagrypiona Zuzka była główną świąteczną atrakcją, a obok koszyka ze święconką ustawiliśmy pojemnik z lekarstwami. Plus dwa termometry pracujące 24/7 oraz cebulę bezustannie oddającą honorowo sok na syropek cebulkowy. Najgorsze już za nami, zbiliśmy temperaturę, Zuza odzyskała nieco sil witalnych. Dwa dni temu ponownie odwiedziliśmy lekarza – diagnoza brzmiała „zapalenie gardła” i skończyło się na antybiotyku, bo do wirusów grypy dołączyły bakterie, a Zuza kaszle na potęgę. Przeżyjemy i to, jakem Matka Polka, najwyżej nie pojedziemy na ślub księcia Williama :) Może nam wybaczy, w tej sytuacji.
Mimo Zuzkowej niedyspozycji, święta jednak się odbyły. Dzięki nieobecności jednej z dziewczynek uniknęliśmy większych bitew w kościele podczas święcenia pokarmów – koszyk ze smakołykami postawiliśmy uczciwie pomiędzy Julką i Oliwką, żeby każda mogła trzymać swoją stronę. Nasz plan nie do końca się jednak powiódł i po kilku przepychankach surowy ojciec przejął koszyk niezgody, co by uchronić niedzielne śniadanie przed katastrofą.

                                                            *  *  *

Z ostatniej chwili

Jak przewidywałam, William i Kate pobrali się BEZ naszej obecności w Westminster Abbey. Dzielnie towarzyszyliśmy im przed telewizorami i musimy przyznać, że oboje – a panna młoda w szczególności – wyglądali wspaniale. Udało nam się wyłowić z tłumu zaproszonych gości kilka znajomych twarzy, na przykład Kardynała Seana Brodiego, którego znamy z bierzmowania Mateusza, a który jest głową kościoła katolickiego Irlandii. Ma się te znajomości...
Zuza miewa się o wiele lepiej, nawet wychodzi już na dwór. To i dobrze, bo czeka nas jutro wyprawa do Belfastu i spotkanie z Konsulem w sprawach paszportowych, a obecność Zuzki jest raczej pożądana. Za to zdaje się, że krążące po domu wirusy grypy upatrzyły sobie kolejną ofiarę i jam ci jest! Czuję się podle, łykam proszki profilaktycznie, co by zdusić chorobę w zarodku. Próbuję się nie poddawać – dziś po południu, na wpół przytomna na ciele i umyśle, odbyłam wizytę dentystyczną z Matim jako pacjentem i resztą piekielnej czwórki w charakterze osób towarzyszących. A w pokoju stos prania czeka na wyprasowanie. Może znaleźć jakiś telefon do przyjaciela ? Póki jeszcze jestem w stanie wykręcić numer...

21:00, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Oliwkowe mądrości

W ramach rodzinnej rekreacji wybraliśmy się w sobotę do Lurgan Park. Właściwie odkryliśmy to sympatyczne miejsce po raz pierwszy, bo choć mieszkamy w niedalekiej okolicy jakiś czas, jakoś nie było nam tam po drodze. Ale park jest sympatyczny – polecamy i z pewnością odwiedzimy go jeszcze.
Wybraliśmy się, jako się rzekło rodzinnie, czyli z psem. Mój mąż, jako dumny właściciel szczenięcych czterech łap, wędrował z psiakiem uczepionym smyczy i zbierał zachwyty przechodniów. „Cute!”, „Awesome!”, „Gorgeous!” rozlegało się wokoło, a on puchł z dumy. Wprawdzie najczęściej zachwycali się rodzice z małymi dziećmi lub panie w wieku zdecydowanie pobalzakowskim i kształtach zdecydowanie rubensowskich (a on liczył na młode laseczki :), ale i tak było mu miło.
Wracając do domu, ukradkiem słuchaliśmy mądrości Oliwki, która siedząc na końcu samochodu przekomarzała się z Zuzką, a tego dnia miała szczególną wenę do opowiadania rzeczy odkrywczych. Oto wybrane z nich.

Zuza: Oliwka, baw się ze mną. Nie musisz patrzeć w okno - jeszcze tu przyjedziemy! Prawda, mamo?
Ja: Tak, NA PEWNO kiedyś jeszcze tu przyjedziemy.
Zuza do Oliwki: Słyszałaś, Ola? Zobaczysz wszystko następnym razem!
Ola: Nie! Mama powiedziała „na pewno”, a to wcale nie znaczy że przyjedziemy!
- Chyba tracę wiarygodność… - pomyślałam sobie cichutko.

Chwilę później…

Zuzia: Oliwka, no baw się ze mną! Nie patrz w okno!
Oliwka: Ja nie tylko patrzę w okno. Ja CZERPIĘ  ZE ŚWIATA PASJĘ!

Wreszcie po chwili…

Zuzka (po przekonaniu Oliwki do zabawy): Rzuć do mnie piłkę!
Ola: No dobra. Trzymaj, SIORA!

Po powrocie do domu Oliwka postanowiła wybrać się na rolki. Założyła je na nogi, sięgnęła po kask i oznajmiła:
- No dobra, potrzebne mi jeszcze OCHRONIARZE!

11:43, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 kwietnia 2011
Cultural Awareness Day

Braliśmy wczoraj udział w dorocznym Cultural Awareness Day w szkole Mateusza, co znaczy ze spędziliśmy wieczór w międzynarodowym towarzystwie. Impreza była jak najbardziej oficjalna, ze specjalnym udziałem burmistrza miasta Armagh. Uczniowie przygotowali specjalne postery na temat wybranych państw – Tutek robił Kanadę i Wielką Brytanię (w pośpiechu nie dokończył kolorowania flagi i w ten sposób zmienił wygląd Union Jacka bez porozumienia w Królową!) Na posterze na temat Polski umieszczono Prezydenta Komorowskiego, bramę z Auschwitz, Jerzego Dudka i szlachcica – jak to się różnie Polska ludziom kojarzy, szczególnie obcokrajowcom…
Impreza miała charakter kulturoznawczy, liznęliśmy więc nieco obcej, czasem nawet egzotycznej kultury. Udało nam się obejrzeć egipskie figurki (zakładam, że nie zginęły z żadnego grobowca w Dolinie Królów), delikatne chińskie parasole, zwiewne hinduskie sari, a nawet polski strój ludowy, nie wiedzieć czemu podpisany „Russia” (zawsze ci Rosjanie!) Hinduskie tancerki w bajecznych strojach wirowały na parkiecie, przedstawiciele Sobotniej Szkoły Litewskiej odtańczyli tańce ludowe znad Niemna, mieliśmy okazję obejrzeć wyczyny streetdancera - zdaje się też Litwina - a także „late but not least” grupę tańca irlandzkiego. Nawet Zuza miała swoje 5 minut, wywijając z Irlandkami figury we wspólnym tańcu. Oprócz strawy duchowej uraczono nas także specjałami ze wszystkich stron świata. Nie wiem dokładnie co zjadłam, ale było dobre! Do „kotleta” przygrywała uczniowska orkiestra, racząc słuchaczy muzyka lekką, łatwą i przyjemną, ze standardami jazzowymi w roli głównej. Organizatorzy bardzo się starali, żebyśmy mile spędzili czas i udało im się. Wróciliśmy do domu wprawdzie zmęczeni, ale w świetnych humorach. A po półgodzinnym odpoczynku moje dziewczynki wyruszyły na swój Klub OTT, jak co tydzień. Wieczorem padły jak betki… I o to chodziło! Dobry rodzic wie, że zmęczone dziecko to spokojne dziecko. A czworo zmęczonych dzieci to spokojny wieczór dla rodziców – tylko we dwoje. Nie licząc psa.

11:45, oszin13
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 kwietnia 2011
Dziecięce troski

OLIWKA lubi gromadzić swoje skarby w jednym, bezpiecznym miejscu – podobnie jak Zuza zresztą. Nie wiem czy jest to syndrom dziecka z rodziny wielodzietnej czy po prostu cecha osobowościowa (kwestię tę zostawiam psychologom behawioralnym). Niezależnie od przyczyny Oliwka gromadzi ważne dla siebie rzeczy w najbezpieczniejszym miejscu jakie znalazła, czyli pod poduszką.
Przez jakis czas patrzyłam z przymrużeniem oka na kolekcję mojej córki, pewnego dnia zauważyłam jednak, że „podpoduszkowy” stos rozrósł się do niepokojących rozmiarów i sprawił, że Oliwka została zepchnięta na krawędź łóżka. Czas było przeciąć węzeł gordyjski. Zmierzyłam się z problemem i odkryłam tajemnice podpoduszkowych czeluści, bacznie obserwowana przez właścicielkę kramu. W wyniku nalotu skonfiskowałam kilkanaście książek, kilka czasopism, garść plastikowych naszyjników, a nawet pamiątkowego cukierka, którego Ola dostała ode mnie za laurkę - miesiąc temu. Na samym dnie skarbca odkryłam jednak prawdziwy rarytas – starą Oliwkową piżamę w misie, paskudnie rozdartą na kolanie (bez wątpienia ze starości), z której właścicielka dawno wyrosła. Pamiętam, że jakiś czas temu odłożyłam ciuszek do lamusa, jak się jednak okazało, Oliwka znalazła dla niego godniejsze miejsce, ukrywając go pod poduszką. Kiedy sprawa się wydała, zaczęły się spazmy. Na nic zdały się moje namowy, żebyśmy oddali piżamkę potrzebującym dzieciom, albo co gorsza, wyrzucili – Ola płakała rzewnymi łzami i przekonywała mnie, że z pewnością poradzę sobie z dziurą na kolanie, a wtedy piżamka odzyska dawny blask (i magicznie się powiększy…) Po kilkunastu minutach dyskusji wypracowałyśmy kompromis: na prośbę Oliwki stara piżama w misie została uroczyście zapakowana w reklamówkę i schowana na dnie szafy, gdzie czekać będzie aż moja córka dorośnie. Jako dorosła osoba nauczy się cerować, pięknie zaszyje dziurę na kolanie, a historyczna piżamka zostanie przekazana jej osobistym dzieciom.
Mówią, że moda co jakiś czas zatacza kolo. Da Bóg, i wyblakle piżamkowe misie kiedyś wrócą do łask…

ZUZĘ dręczyły ostatnio dylematy moralne.
- Mamo, zrobiłam coś złego – wyznała mi pewnego dnia.
- Tak? – zaciekawiłam się.
- Znaleźliśmy z Kubą (to jej 8-letni kuzyn) pamiętnik jego cioci i przeczytaliśmy kawałek.
Zadrżałam. Zważywszy, że ciocia ma 18 lat i sama w tym wieku pisałam pamiętnik, mogłam sobie wyobrazić treści w nim zawarte…
- To faktycznie bardzo nieładnie – odpowiedziałam.
- No wiem – skruszyła się Zuzka, szczerze, jak mi się zdawało – Zwłaszcza, że znaleźliśmy w tym pamiętniku kilka brzydkich słów. Pomyśleliśmy nawet, że powinniśmy o tym powiedzieć jej mamie, bo przecież nie można używać brzydkich wyrazów!
- I co?
- Nic, nie powiedzieliśmy w końcu – odparła Zuzka, w której duszy wyraźnie walczyły ze sobą jej własne i cudze grzechy.
Okazuje się, że zasłona dymna z wulgaryzmów może paradoksalnie ustrzec młode umysły przed demoralizacją. Kto by pomyślał…

MATI skończył swoje egzaminy. Na oficjalne wyniki przyjdzie nam czekać do sierpnia, teraz możemy jedynie ufać w zdolności naszego syna. A myśli tegoż koncentrują się ostatnio wokół nowej komórki. Właściwie niczego mu nie obiecaliśmy, a już na pewno że dostanie telefon po egzaminach - nie chcemy, żeby odniósł wrażenie ze uczy się dla prezentów, a nie dla siebie. Rozglądamy się jednak za jakąś korzystną ofertą dla niego, a Tutek przegląda modele komórek – niby przypadkiem.
Również „niby przypadkiem”, jak mniemam, opowiedział mi ostatnio pewną klasową historię.
- Mamo, wiesz że ojciec Anthonego Smitha obiecał mu 100 funtów nagrody za „wybitny” stopień z egzaminu z matematyki?
- Tak? – zainteresowałam się żywo. Słyszałam conieco na temat wybryków gagatka Smitha, znam także jego ojca.
- Tak. Za „bardzo dobry” dostanie 50 funtów, a za „dobry” 30.
- Aha. I co z tego wynika, twoim zdaniem?
- Wynika z tego – skonkludował mój syn – że nawet jeśli Anthony Smith okaże się kompletnie głupi, i tak na tym zarobi.
Oto nieubłagane prawa ekonomii i ich życiowa wykładnia. O ile rzeczony Anthony mówi prawdę…

JULKA bardzo sobie wzięła do serca wychowanie psa. Walczy z nim o każdą skradzioną skarpetkę i zabawkę, wyrzuca za drzwi za nieposłuszeństwo, krzyczy „Nie wolno!”. I oczywiście ucieka z krzykiem do mamy kiedy pies usiłuje kłapnąć ją zębami. Ale i tak ma najlepszy z całego rodzeństwa kontakt z psem – może chodzi tu o niewielką różnicę w wysokości?
Najbardziej bawią nas czułe zwroty, jakimi Julka obdarza psa. W chwilach szczególnej miłości mówi do niego PISIACZEK, kiedy na niego krzyczy woła PISISKO, a niekiedy nazywa go po prostu PADALEC. Bo tak go czasem nazywa jego pan.

22:30, oszin13
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 kwietnia 2011
Mocky exams

Dostaliśmy ostatnio wyniki próbnych egzaminów Mateusza: angielski bardzo dobry, matematyka wybitny. Oby tak dalej, bo w przyszłym tygodniu egzaminy właściwe!
W związku z tą szkolną korespondencją przeprowadziłam z moim synem rozmowę, nie odmawiając sobie przyjemności zasiania w nim ziarna niepewności:
- Synu – zaczęłam surowo - dostałam pismo od dyrektora twojej szkoły. Z wynikami egzaminów.
- Tak? – zainteresował się Mati – I co?
- No, nie wiem. Zupełnie nie wiem jak mam te wyniki interpretować…
- Dlaczego?
Ziarno zostało zasiane.
- A bo napisali tu, że jesteś bardzo dobry z angielskiego i wybitny z matematyki.
- Czyli wszystko jasne – rozpogodził się mój syn.
- Pewnie że jasne! Żartowałam. Gratuluję!
- To może za bardzo dobre wyniki w nauce dostanę nowy telefon? Może BlackBerry? – Tutek kuł żelazo póki gorące, nie ma co.
- Synu, gdybym ja miała Ci dawać nagrody za dobre wyniki w nauce, poszłabym z torbami! Już bardziej by mi się opłacało nagradzać twoje wybryki, bo jak dotąd miałeś jeden!
- Mamo, nie kuś mnie! – ostrzegł lojalnie Mateusz.
Chyba faktycznie nie będę go kusić…

12:51, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2