To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
środa, 26 marca 2014
Sponsor dnia

Zdaniem mojego Pierwszego Męża, czeka nas miła i wygodna starość – szczególnie w kwestii żywieniowej. Jeśli jej – owej starości - oczywiście dożyjemy! :) Oto bowiem nasze dziewczynki coraz śmielej rzucają się na podbój kuchni, szlifując kulinarne umiejętności i racząc nas efektami swoich zapędów. Póki co zjadliwymi, ale kto wie co będzie dalej?…

Sponsorem wczorajszych kotletów była Oliwka, która dokonała uroczystej panierki, zasypując przy okazji mąką połowę kuchni i oblepiając sobie niemiłosiernie palce. Ta sama Oliwka sponsorowała nam także niedzielne ziemniaki, pieczołowicie skrobane na kuchennej podłodze, oraz mufinki pieczone zupełnie nieoczekiwanie w… jajecznych wydmuszkach!
Zjedliśmy – i wciąż żyjemy! A do tego - jak by nie patrzeć – wyszedł z całości prawie kompletny obiad! Dorzuci się jeszcze jakąś jarzynkę i voila! Żyć, nie umierać!

Podczas, gdy Ola oddawała się szaleństwu godnemu ‘Hell’s Kitchen’, jej starsza siostra spędzała czas z nosem w gwiazdach. Dosłownie i… równie dosłownie! W poniedziałkowe przedpołudnie Zuza wizytowała, wraz z całą rzeszą uczennic klas ósmych, miejskie Obserwatorium Astronomiczne. Zgodnie z jej zeznaniami (innych nie mamy, ale nie mamy także powodów nie wierzyć), udało jej się podczas wycieczki błysnąć wiedzą astronomiczną, za co dostała brawa od zebranej młodzieży i zyskała szacunek przewodnika. Nazwisko O. do czegoś zobowiązuje, zwłaszcza że starszy brat przetarł był astronomiczne szlaki w TYM Obserwatorium jakiś czas temu. 
Zwieńczeniem wizyty było zrobienie rakiety i własnoręczne wysłanie jej „ad astra”. Zdaje nam się jednak, że Zuzkowy obiekt kosmiczny nie podbił przestworzy – jego zmięte szczątki zostały przytargane do domu w kieszeni szkolnej kurtki. Pewnie napęd był za mało atomowy… :)

Nie mieliśmy jednak okazji omówić z Zuzanną problemu napędu jej rakiety, bowiem po powrocie ze szkoły pojawiła się w zasięgu naszego rodzicielskiego wzroku jedynie na kilka chwil. Akurat tyle by wyskoczyć z mundurka, przebrać się w wystrzałowy ciuch, zgarnąć plecak z przekąskami, naciągnąć ojca na kilka euro na drobne wydatki i wypaść… na koncert The Wanted do Dublina (z uprzejmym supportem The Vamps)! A wszystko to w O2 Arena, drugiej co do wielkości zamkniętej sali koncertowej w na obu wyspach. Na szczęście NIE MY musieliśmy ją do Dublina dostarczyć, tylko opiekunowie ich „zespołu folklorystycznego” United Stars. MY musieliśmy jedynie zaufać, że w rozhisteryzowanym tłumie nastolatek, nasza latorośl się nie zawieruszy! A poza tym została nam do spicia ‘śmietanka’ – siedzenie do północka i czekanie na powrót córki marnotrawnej, a następnego dnia leczenie jej chorego gardła, zdartego od chóralnego śpiewu z kilkunastotysięcznym tłumem! :) Ale zdaniem zachrypłej córki – warto było!

Life – and live!

*  *  *

- Człowiek ma 32 zęby – stwierdziłam w luźnym nawiązaniu do niedawno przeczytanego „Z powrotem”.
- Naprawdę?! 32?! – zdziwiła się Oliwka. – To tyle samo co liter w polskim alfabecie! NIE-SA-MO-WI-TE!!!

Dla mnie niesamowite było to, że Ola WIE ile liter liczy polski alfabet, co mi zresztą zaraz udowodniła, nazywając je wszystkie po kolei od a do ż! Bez oszibki!

*  *  *

- Co tam w szkole? – zagadnęłam Julkę, jak co dzień. Jednak zamiast zwykłej entuzjastycznej relacji, usłyszałam krótkie: „Źle”.
- Ooooo!!! – zdziwiłam się, bo zaiste było to dla mnie coś nowego. Czyżby nasz Czupurek – wzór cnót uczniowskich – coś był zbroił?
- Dlaczego?!
- Bo Marcel znowu bił dzieci, a Emilias przeszkadzał w lekcji! I obaj poszli za to do Pana Dyrektora! – odparła Julka smutno.

Wyczuwam u mojej córki spore zapędy socjalne – żeby tylko nie so-cja-lis-ty-czne!

*  *  *

Tymczasem innego dnia…

- Mamo! Mam dla ciebie niespodziankę! – krzyknęła rozpromieniona Julka po powrocie ze szkoły.
- Tak?!
- Tak! Jest w moim plecaku!
Sięgnęłam więc do Julkowego plecaka i znalazłam… ulotkę informującą, że w klasie wykryto przypadek wszy i w związku z tym uprasza się rodziców o przejrzenie dziecięcych włosów.
- I TO jest ta niespodzianka?!
- Tak! – entuzjazm Julki nie tylko nie zmalał, ale zdawał się wręcz narastać. - Bo musisz mi sprawdzić głowę!!!

 Takie małe, a cieszy (chociaż może gryźć)!

00:47, oszin13
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 marca 2014
Ta-dam!!!

Meine Damen und Herren, Madams and Monsieurs, Ladies and Gentlemen!

Oto prezentujemy najświeższe ze świeżych video na Youtube! Dzieło młodych artystów z United Stars - w tym Zuzki, która śpiewała i kręciła teledysk.

Zapraszamy!

18:07, oszin13
Link Dodaj komentarz »
Irlandzka wiosna

Wiosna nam się zaczyna – jeśli nie do końca na zewnątrz, to w sercach na pewno. Na ubiegłotygodniowym festiwalu tańca nasza Polska Irlandzka Tancerka Oliwka rozbiła bank z medalami i przytargała ich do domu aż sześć! W większości brązowe, ale trafił się i jeden złoty! Nie ma co narzekać, zwłaszcza że był to jej pierwszy festiwal tańca, a do tego stała się ewidentną ofiarą… rajstopek! Nie chcąc, by publiczność oglądała jej desusy (co mogło się zdarzyć przy wymachach nogami), Ola założyła do tańca rajstopy miast skarpetek. I te właśnie rajstopy były uprzejme bezczelnie zjeżdżać w dół podczas występów, więc Ola zajęta była głównie ich komicznym podciąganiem. Widać jednak Pani Sędzina oceniająca tancerki, miewała w przeszłości podobne problemy techniczne, skupiła się bowiem na Oliwkowym tańcu i stąd medalowe efekty!

Za rok będziemy mądrzejsi, a dziś - nieustająco gratulujemy!

 

 *  *  *

Wstyd przyznać, ale mimo prawie siedmioletniego pobytu na irlandzkiej ziemi, nigdy nie uczestniczyliśmy w paradzie z okazji Św. Patryka! Dlatego w tym roku postanowiliśmy wypełnić tę lukę, pojechać 17-go marca na największą paradę do Dublina i dołączyć do pół milionowej widowni! Wycieczka udała nam się znakomicie, bośmy się też do niej solidnie przygotowali.
Przede wszystkim wydaliśmy niemałą sumkę na całą górę zielonych ozdób i świętopatrykowych gadżetów (żeby móc spokojnie wmieszać się w tłum) – chyba najbardziej okazale prezentował się nasz ojciec rodziny, z wysokiej czapce Lepreuchana i z ryżym zarostem! 
Zaraz potem – przewidując przyszłe problemy z zaparkowaniem samochodu - wykupiliśmy online miejsce parkingowe w samym sercu Dublina. Byliśmy BARDZO zadowoleni z własnej przemyślności! Nie przewidzieliśmy tylko jednego - policyjnej blokady dróg na okoliczność parady :) Chyba tylko nasz urok osobisty sprawił, że w miarę sprawnie udało nam się dotrzeć do „naszego” parkingu! Jechaliśmy wolno od patrolu do patrolu, machając przed policyjnymi nosami wydrukowaną rezerwacją, a uprzejmi stróże prawa przestawiali dla nas zapory, puszczali pod prąd i nawet pozwolili przejechać pustą jeszcze trasą przejścia parady – zebraliśmy za to oklaski od zgromadzonych tłumów! :) 
Zostawiwszy bezpiecznie samochód, znaleźliśmy sobie stojącą miejscówkę obok stanowiska fotoreporterów – przodem do czoła parady - i byliśmy gotowi chłonąć widowisko. Wkrótce okazało się, że to co braliśmy za „czoło parady” okazało się jej końcem, musieliśmy więc NIECO poczekać, aż artyści pokonają kilkukilometrową trasę i dotrą pod nasze nosy. Zmarzliśmy, zdrętwieliśmy, ale się w końcu doczekaliśmy i musimy powiedzieć, że warto było! Kolorowy korowód orkiestr, tancerek, aktorów i monstrualnych platform przedefilował tuż obok nas, a nasz ojciec rodziny, zaopatrzony w kamerę na wysięgniku, nakręcił był zgrabny film z tego wydarzenia! Dlatego po paradzie, obiadku, spacerze po mieście i obfotografowaniu się z Molly Malone, kiedy już wróciliśmy do ciepłych domowych pieleszy, rozsiedliśmy się wygodnie w salonie i… jeszcze raz obejrzeliśmy dublińską paradę! Tym razem ze szczegółami i na spokojnie!

A do tego mamy dowód na taśmie, że VENI, VIDI, VICI!

*  *  *

Mimo swoich (tylko) siedemnastu lat, Mati doczekał się zupełnie zacnego zarostu, którego zazdroszczą mu koledzy. Sam Matt uważa jednak swój zarost za dopust boży, głównie dlatego że wymaga pielęgnacji i – co tu kryć – golenia. Przynajmniej co kilka dni. Jako odpowiedzialni rodzice, uporczywie pierworodnemu o tym obowiązku przypominamy, niestety, nie zawsze z oczekiwanym skutkiem.
Ostatnio Matt zupełnie pięknie nam zarósł, unikając ostrza maszynki pod pozorem wcielenia się w postać Lepreuchauna – brodacza z irlandzkich legend – z okazji święta Patryka. W swej dobroci, przymknęliśmy nieco na tę ekstrawagancję rodzicielskie oko.
Święto jednak minęło, a następnego dnia trzeba było pójść do szkoły!
- Ogol się! – zażądaliśmy.
- Eeee, nie! – zaparł się Tutek. – Mnie się ta broda bardzo podoba.
- Czekaj, czekaj! – użyliśmy ostatecznego argumentu. – Niech no tylko spotka cię Pan McAlary!
Dodać należy, że rzeczony Pan McAlary jest ulubionym belfrem Matiego. Uczy tylko klasy młodsze, co nie przeszkadza mu zwracać baczną uwagę na prezencję i schludność również starszych uczniów. Ze szczególnym uwzględnieniem ulubionych BYŁYCH wychowanków. :)
- Będę go unikał! – krzyknął Mati i zarośnięty jak trza powędrował do szkoły.
Jednak tego dnia Matt nie miał szczęście – mimo prób uniknięcia spotkania z ulubionym nauczycielem, został przez zeń nakryty, porządnie obsobaczony i wrócił do domu z wyrokiem.
- Muszę się ogolić! – obwieścił w drzwiach. – Mam się jutro stawić przed lekcjami przed Panem McAlarym! Zagroził, że jak nie będę ogolony, nie wpuści mnie do szkoły!
- A ma prawo to zrobić? – spytałam, uśmiechając się mimowolnie pod nosem.
- Nie wiem, ale wolę nie sprawdzać! – odparł Mati i powędrował do łazienki.

W ten prosty sposób, na mocy nauczycielskiego autorytetu, Matt stał się na powrót gładko-golony. Co nas nawet cieszy, więc chylimy czoła! :)

*  *  *

- Dziewczyny! – krzyknęłam w kierunku moich trzech młodocianych Gracji, a było to dokładnie 15 marca. - Wiecie jaki dziś jest dzień? Kojarzycie idy marcowe?
- Nie! – usłyszałam, a zabrzmiało to jak „Dajże, matka, spokój!”.
- A więc Juliusz Cezar… - zaczęłam.
- Ja wiem! – przerwała mi Zuzka. - Przepowiedziano mu, żeby się strzegł się idów marcowych! I go zabili tego dnia!
- Czyli kiedy?
- 15 marca!

A już prawie uwierzyłam, że nie wiedzą… Nieustający szacun dla moich dzieciuchów!

*  *  *

Członkowie samorządu szkolnego – w tym nasza Oliwka – odwiedzili niedawno biuro burmistrza.
- I wiesz o co zapytał nas burmistrz? – zdawała mi później relację Ola. – Spytał, kto widział video „Happy” z jego udziałem?! I tylko ja się zgłosiłam!
- Widać pan burmistrz jest bardzo zadowolony ze swojego występu. – skwitowałam. - A spytałaś go może, czy widział CIEBIE w tym video?
- Eeeee, nie pomyślałam… - przyznała Ola i chyba jednak było jej trochę żal, że przegapiła okazję na zaskoczenie burmistrza. :)

*  *  *

- Na samym początku spotkania, burmistrz zapytał czy wszyscy jesteśmy z Portadown? – opowiadała dalej Ola. - Wszyscy potwierdzili i tylko JA zaprotestowałam, ale chyba tego nie zauważył...
- A właściwie dlaczego zaprotestowałaś? Przecież też jesteś z Portadown.
- Nie! – oburzyła się Oliwka. - Bo ja jestem z Polski!

 Ech, serce rośnie!


13:19, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 marca 2014
Cause we are happy! :)

Tyle znajomych twarzy!!!

10:45, oszin13
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 marca 2014
Lejdis, czyli zalety gołego Chińczyka!

Oj, dzieje się, dzieje w naszym zakręconym rodzinnym życiu! Tyle wydarzeń do opisania, a czasu jak zwykle brak, kruca bomba! Więc chociaż skrobnę pokrótce, za to w kolejności chronologicznej (tu ukłony dla znajomej absolwentki historii)…

Tegoroczny Międzynarodowy Dzień Kobiet udał nam się jak nigdy! W czwartkowe przedpołudnie, babski wyż na ponad dwie godziny zawładnął głównym holem centrum handlowego. Można było zrobić sobie pazurki, obstalować fryzurę, zakupić ręcznie robioną biżuterię, sprawdzić poziom stresu, nauczyć się wyczarowywać goździki z chusteczek, a także najeść specjałów kuchni europejskiej na narodowych stoiskach! Tyle dla ciała – a dla ducha? Proszzzzz bardzo - tomik poezji emigracyjnej! W wersji drukowanej, deklamowanej oraz śpiewanej! Do wyboru, do koloru! I myśmy ci to, nie chwaląc się, napisały! Tymi ręcami!!! :)

Nieobiektywnie oceniając, polskie stoisko narodowe było po prostu NAJLEPSZE (skromnie dodam, że maczałam w nim palce, udostępniając prywatne zbiory pamiątek z „dalekiego kraju” i piekąc szarlotkę)! Świeżo przygotowane sałatki, domowe pasztety, chałupniczo wędzona kiełbasa, ciasta i inne specjały, ściągały tłumy ciekawskich. Zawartość półmisków kurczyła się z zawrotnym tempie, a załoga stoiska wysłuchiwała pochwał konsumentów (i zbierała prośby o podanie przepisów – na szarlotkę też, ha, ha!)
Po prostu jesteśmy the best, żeby nie powiedzieć „to co nasze jest, najlepsze jest bo nasze jest!”.

A tu jeden z „babskich” wierszy, w wersji śpiewanej. Autorzy tekstu, muzyki i wykonania – ZNANI są mi osobiście. Nazwisk jednak póki co nie podaję, poczekam aż trafią na listy przebojów :)

 

*  *  *

Za trudy i znoje przygotowań do Dnia Kobiet, czekała naszą wolontaryjną brać miła nagroda – sponsorowany weekend w trzygwiazdkowym hotelu Whistledown! Nad brzegiem jeziora Carlingford, u stóp gór Mourne i w bezpośrednim kontakcie z Morzem Irlandzkim. Weekend BEZDZIETNY i BEZMĘŻOWY – ojcowie mieli okazję się wykazać, ha, ha - za to relaksacyjny, imprezowy, taneczny, spacerowy i bardzo, bardzo smakowity. Do tego nieco alkoholiczny i całkowicie babski (jeśli nie liczyć grupowo wyimaginowanego gołego chińskiego masażysty :))
Tak się bawią wolontariuszki Womens World (na wyjeździe integracyjnym) – ale o tym sza!

Albowiem co się stało w Vegas, zostaje w Vegas!
Oprócz opryszczki! :D

*  *  *

W czwartkowy wieczór zorganizowaliśmy rodzinne wyjście na imprezę CURBS – organizacji skupiającej kluby młodzieżowe z naszego miasta. Podziwialiśmy wspólne artystyczne dokonania młodych ludzi, ale najgoręcej kibicowaliśmy oczywiście OASIS, a konkretnie grupie United Stars, w którym spełnia się artystycznie nasza Zuzanna. Podczas imprezy zaprezentowano najnowsze „dziecko” grupy – piosenkę „I’m happy”, wyprodukowaną we współpracy z zespołem Microlip, do której dzieciaki napisały tekst (a Zuzka współtworzyła też teledysk! :) Artyści wypadli genialnie, a sama piosenka wyjdzie na singlu, dostępnym do kupienia na ITunes pod koniec marca – dochód ze sprzedaży zasili wybrany przez członków klubu cel charytatywny.

Ogólne szaleństwo imprezy udzieliło się i nam, staruszkom;) Wzięliśmy więc ochoczo udział w tanecznym performance, wyginając się przed kamerami w rytmie „Happy” Pharrella Williamsa i udając, że kumamy co nieco z hip-hopu! Na koniec zaliczyliśmy jeszcze mini-koncercik Microlip, tańcząc pod sceną (ze szczególnym uwzględnieniem Oliwki i Julki). Faaaajnie było!

Filmu z wczorajszej imprezy jeszcze nie ma w sieci – chłopaki z BNL Production pewnie nad nim ślęczą - służę za to ubiegłorocznym, też zgrabnym:

 

 oraz zacnym kawałkiem muzycznym Microlip:


*  *  *

Dzisiaj od samego rana zgoła inne rytmy zaprzątają nam głowy, z okazji Festiwalu Tańca Irlandzkiego, w którym bierze udział Oliwka. Po raz pierwszy zresztą, bo zeszłoroczny festiwal niefortunnie przechorowała. Szykujemy się na wielkie emocje i wzruszenia - wzięłam nawet specjalnie dzień wolny w pracy, żeby móc podziwiać podskoki i obroty młodszej latorośli! Ufam, że Ola pójdzie w ślady starszej siostry i da z siebie wszystko. Oczywiście, zdam relację!
Póki co – próbka maminej poezji, z dedykacją dla polskiej irlandzkiej tancerki:

*  *  *

Snując wakacyjne plany, rozmawialiśmy sobie o Włoszech, które przecież są półwyspem…
- Zapomniałam jak jest półwysep po angielsku? - zwróciłam się do Matiego. - Penistula?

Mati omal nie zakrztusił się kawałkiem pizzy ze śmiechu.

- Mamo! PENINSULA! – poprawił mnie pierworodny i z politowaniem mruknął pod nosem – PENIStula, ha, ha, powiedz to tacie!

 A to złośliwiec jeden! Po kim on to ma?!

13:30, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2