To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
sobota, 30 marca 2013
Zaczynamy świętowanie!

WESOŁEGO ALLELUJA!

11:10, oszin13
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 marca 2013
Wiosna, ach, to ty?!

Wiosna szaleje, choć tylko w kalendarzu! Za oknami króluje raczej chłodne przedwiośnie (z ukłonem w kierunku klasyka). Nie tak dawno NAWET zobaczyliśmy rano śnieg na trawniku, co jest o tyle dziwne, że w bardziej północnej Północnej Irlandii… zamknięto szkoły z powodu śnieżyc (!) U nas spadło zaledwie kilka płatków na krzyż – i nie wiadomo czy się z tego cieszyć czy nie :)

Niezależnie od pogody, dzieciaki pokończyły szkoły, a za kilka dni Wielkanoc! Najwyższy czas brać się za produkcję bab i serników (do mazurków jeszcze nie dorosłam). W sobotę święcone, w niedzielę śniadanie, w poniedziałek  śmigus! A jak dobrze pójdzie, to po drodze jeszcze jakiś rodzinny wypad kulturalny… Trzeba się ruszać, żeby się nie roztyć, he, he!

*  *  *

Tutek szczęśliwie powrócił był na rodziny łono, z londyńskich wojaży. Oczywiście finansowo pusty jak werbel Rolling Stonesów („Ech, mamo, nawet nie wiesz jakie to jest drogie miasto!”), ale za to z niezatartymi wspomnieniami. I plikiem zdjęć w aparacie, z których wynika, że Matiemu udało się między innymi przeniknąć do hinduskiej świątyni, wdrapać na London Eye, a potem zanurkować w podziemia Londyńskiego Lochu, odwiedzić mieszkańców Oceanarium, zwiedzić wzdłuż i wszerz stadion Wembley. Do kompletu miejsc ciekawych wybitnie, dołączyły jeszcze budynek brytyjskiego Parlamentu oraz Museum of Imigration and Diversity na 19 Princelet Street (otwarte dla zwiedzających tylko przez kilka dni w roku). No i oczywiście London Tube – ze szczególnym uwzględnieniem stacji Paddington! Ech, aż mu zazdroszczę tych przeżyć…
Nasz „Wuj Matt z Podróży” nie przesłał nam wprawdzie na domowy adres okolicznościowej pocztówki dla „drogiego siostrzeńca Gobo”, przywiózł za to obowiązkowy zestaw suwenirów dla domowników i przyjaciół. A na lodówce pojawił się nowiutki magnes z Big Benem :)

Jako się nieco wcześniej rzekło, Tutek miał jeszcze w tym tygodniu w planach camping w okolicach gór Mourne. Jednak w związku z mało wiosenną aurą, organizatorzy w ostatniej chwili zrezygnowali z eskapady. Nie chcieli ryzykować wyciągania uczestników spod śniegowych pierzyn jak, nie przymierzając, owiec. W zamian za to niedoszli „letnicy” udali się do kina, a potem przesiedzieli całą noc w ciepłych okolicznościach klubu grając, gadając i dokazując. Kto ich zresztą tam wie co jeszcze robili – w każdym razie Tutek wrócił rano…

*  *  *

Po eksploracji koszyka ze słodkościami, Julka pojawiła się przede mną, ukrywając za plecami szeleszczącą niemiłosiernie torebkę jej ulubionych pianek (czyli „aszmalołów”).
- Mamo! Zgadnij, co mam za plecami?
- Aszmaloły! – odpowiedziałam bezbłędnie.
- MAMO!!! – zdenerwowała się Julka. – Nie możesz od razu odpowiadać! Jeszcze raz - co mam za plecami?
- Ciastka?... – zaryzykowałam.
- Nie!
- Cukierki?...
- Nie!
- Orzeszki?...
- Nie!
- To nie wiem. – poddałam się.
- No przecież ASZMALOŁY! – Julka zdenerwowała się jeszcze bardziej. – Mamo, spróbuj jeszcze raz - co mam za plecami?
- Cukierki?...
- Nie!
- Ciastka?...
- Nie!
- Aszmaloły?... – spytałam niezdecydowanie.
- TAAAKKKKK!!! – wykrzyknęła nareszcie usatysfakcjonowana Julka.

Ech, nie ma lekko…

*  *  *

- Mamo, mogę dostać jeszcze jedną gumę? – pyta Julka, przeżuwając PACZKĘ gum, czyli pięć na raz.
- Nie! – odmawiam zdecydowanie.
- A dwie?...

Ta to się umie targować, nie ma co!

*  *  *

Oglądamy razem „Zabójczą broń”. Na ekranie bohater negatywny skuwa Mela Gibsona.
- Mamo, dlaczego tego pana złapali za MIGDAŁKI?! – pyta z przejęciem Julka.
- To są KAJDANKI, Juleńko. – odpowiadam tłumiąc śmiech.
- Acha… - wzdycha Julka, kompletnie nieświadoma potencjału własnego lapsusa.

00:08, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 marca 2013
Ale jesteśmy sprytne dziewczyny!

Uwaga! Chwalimy się! Oto nasze najnowsze dzieło - prezent dla Zuzkowej koleżanki na jutrzejsze urodziny. Chociaż pomysł nie był nasz (dzięki, Vaida!), wykonanie już tak. Ssssmakowite, nie?


18:06, oszin13
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 marca 2013
I ciągle coś…

Powoli tracę nadzieję na normalność i brak choroby w rodzinie. Permanentnie ktoś jest chory, ktoś pokasłuje i ktoś narzeka! Jak tylko Julka wygrzebała się ze szkarlatynowego uścisku, padło na Oliwkę. Gorączka, kaszel, dreszcze i powiększony węzeł chłonny. Nawet odwiedziliśmy gabinet lekarski, ale doktor nic konkretnego nie znalazł. Zalecił dużo picia i Paracetamol, a jakże! Tymczasem Oliwę ewidentnie coś żre. Chyba czas sięgnąć po jakąś ciemną medycynę ludową… I czekać.
Oliwka rozłożyła się nam na łopatki tuż przed swoim scenicznym debiutem na szkolnym Festiwalu Tańca Irlandzkiego. Cóż było robić – mimo spazmów i rozpaczy nie poszła i nie zatańczyła. Za to starsza siostra wręcz przeciwnie – właśnie poszła i zatańczyła (po raz ostatni zresztą, bo przecież wkrótce opuszcza szkołę)! I zgarnęła garść medali, a za największy sukces uważa fakt, że oceniająca tancerzy adiustatorka ani razu nie wspomniała o tym, że Zuzka uporczywie zawija lewą nogę do środka! Różne bywają miary sukcesu…

*  *  *

Jako posiadaczka jednego, a do tego jeszcze młodszego brata, z wielkim zainteresowaniem obserwuję stosunki panujące w naszym domowym babskim piekiełku. Siostry „Sisters” czasami się biją, czasami na siebie donoszą, ale czasami kochają się ponad miarę, przytulają i wymieniają własnością prywatną :) Szczególnie dwie starsze, bo Czupurek, jako rodzinna maskotka, kręci się im pod nogami i z pasją próbuje zauczestniczyć w ich „dorosłych” zajęciach.
Nie dalej jak kilka dni temu musiałam nieletnie towarzystwo rozdzielać i serwować karne odcięcie od kompa za wzajemne kuksańce podczas gry w Club Penquin, a już następnego dnia przy śniadaniu bestie założyły siostrzany kramik z haiku i wspólnymi siłami ułożyły siedem wierszyków, skrupulatnie przeliczając sylaby i podśpiewując:
„’Coz we are sisters,
we work together
to make haiku
about Club Pinguin!”

- Jeszcze wspólnego Nobla dostaniecie! – zażartowałam.
- Nie, jeszcze nie! – odpowiedziała poważnie Oliwka, układając karteczkowy stosik z wierszykami. - Mamy za mało wierszy, dopiero siedem.
- Tak? A ile musicie mieć na Nobla?
- Dziesięć!!!

No, to niewiele im brakuje. Chyba zacznę planować jak rozdysponować pieniądze od Szwedzkiej Akademii, bo jeśli zostawię ten temat samym zainteresowanym, gotowe się poważnie poturbować…

Rzeczone haiku układane były po angielsku, ale żeby wilk był syty i owca cała, po południu dziewczynki wyciągnęły nieoczekiwanie stos materiałów dydaktycznych do nauczania języka polskiego i mieliśmy w kuchni poniedziałkową filię Polskiej Szkoły Sobotniej. Musiałam lawirować wśród trzech pilnych uczennic, zaglądając przez ramiona, podpowiadając co jest na obrazku, tłumacząc zasady polskiej pisowni i takie tam. Ale przecież nie mogłam zagasić w dzieciach ducha narodowego! Jakem Matka-Polka!

*  *  *

Mając na uwadze spokój śpiącego w sypialni rodziciela, poprosiłam przechodzącą obok mnie Zuzię:
- Zuzieńko, skocz do waszego pokoju i poproś dziewczyny, żeby tak nie krzyczały, bo obudzą tatę!
- OK. – odparła Zuzia, po czym dziarsko wskoczyła na półpiętro i ryknęła w kierunku sypialni dziewczynek (sąsiadującej z naszą):
- ZAMKNĄĆ SIĘ TAM!!!

Dyskrecja została zapewniona…

*  *  *

Jak to życie niekiedy splata się z literaturą! Za sprawą Julkowej szkarlatyny wspominaliśmy ostatnio „Anię z Zielonego Wzgórza”. Dzięki londyńskim wojażom Matiego wypłynął temat Misia Paddingtona. A za Oliwkową filozofią bójki, do kompletu doszedł jeszcze „Mikołajek”, a konkretnie Ananiasz:
- Ja MOGĘ bić Zuzię, bo ona jest starsza! – stwierdziła ostatnio Ola. - Ale Zuzia NIE MOŻE bić mnie, bo jestem młodsza. I MAM OKULARY!

Wszystko wskazuje na to, że dopóki Zuzka nie straci wzroku, nie powinna stawać w szranki z Oliwką…

*  *  *

Siedząca na „chorobowym” Oliwka oglądała fragment mszy inaugurującej pontyfikat Papieża Franciszka. Jej szczególną uwagę przykuł widok niekończącego się potoku kardynałów i biskupów, ubranych jednako i wędrujących przez Bazylikę.
- Oooo, pochód klonów! – skwitowała niecodzienny widok Ola.

Nie bez pewnej racji…

15:49, oszin13
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 marca 2013
Habemus papam!

No i mamy Papieża! Jakoś w trymiga uwinęło się Kolegium Kardynalskie i wybrało spośród siebie kolejnego następcę Świętego Piotra. Jezuitę i Argentyńczyka, tym razem. Oczywiście obowiązkowo oglądaliśmy uroczystą transmisję z Rzymu. W oczekiwaniu na historyczne „habemus papam”, trzymaliśmy z pierwszym mężem rodzicielską straż przy kuchennym telewizorze. Mati twittował z koleżkami na tematy okołopapieskie (signum temporis!), a dziewczynki spokojnie oglądały swoje filmy, czekając na nasz znak-sygnał, gdyby nareszcie nowy papież pojawił się na balkonie (bo ileż można czekać!) 

Julka, dla której tłumy, flagi i ogólne napięcie skojarzyły się z wydarzeniami sportowymi, wpadała raz po raz do kuchni z pytaniem:
- KTO WYGRAŁ?!  - i dodawała szybko - NASZA czy INNYCH?!
Po drugiej czy trzeciej próbie tłumaczenia Julce powagi sytuacji, poddaliśmy walkę z jej nieświadomością i spokojnie odpowiadaliśmy:
- Nie wiemy kto wygrał, bo jeszcze się nie pojawił! – i dodawaliśmy - Ale na pewno NIE NASZA!

Sądząc po wieku aktualnego papieża (obu żył jak najdłużej), Julka pewnie będzie miała jeszcze w życiu okazję usłyszeć kolejne „habemus papam”. I to pewnie niejedną!
I kto to wie - może za którymś razem znowu wygra „nasza”! :))

*  *  *

W ramach refleksji na temat początku nowego pontyfikatu, Zuzka stwierdziła:
- Ależ tydzień nam się trafił!
- Dlaczego? – spytałam.
- W piątek będzie w szkole festiwal tańca irlandzkiego, jutro dostarczą nowe łóżko Julki, a dziś wybrali papieża!!!

Jakie to dziwne rzeczy mogą odcisnąć piętno na życiu nastolatki…

- Co ona tam wie o wydarzeniach! – skwitował siostrzaną refleksję Tutek. – JA to dopiero mogę coś na ten temat powiedzieć!

I faktycznie może, bo przez dwa najbliższe tygodnie sporo będzie się w jego życiu działo. Jeszcze dziś wieczorem wyjeżdża wspierać swoich „klubowiczów” na przeglądzie działalności młodzieżowej do pobliskiego Civic Centre, a jutro po szkole wybywa na trzy dni do Todd’s Leap, co by utarzać się nieco w błocie i zażyć rekreacji terenowej.
W niedzielę St. Patrick’s Day (plany zależne od pogody), we wtorek wieczorem spotkanie klubowe, a w środowy poranek wypad na cztery dni do Londynu z projektem antyrasistowskim. W programie zwiedzanie Londynu, wizyta w Parlamencie, London Eye, Westend, zwiedzanie świątyń różnych wyznań, a oprócz tego spotkania z londyńskimi klubami młodzieżowymi. Będzie się działo!
Po szczęśliwym powrocie z Londynu dwa dni w szkole, a potem trzydniowy camping z innymi żądnymi przygody (i nie bojącymi się chłodu) nastolatkami.
I Wielkanoc!

Całe szczęście, że w swoim wyjazdowym szaleństwie Matt nie zawali wiele szkoły – i że nie ma akurat w tych terminach żadnych egzaminów! Bo rodzicielskie serce krwawiłoby z rozdarcia między szkołą a rekreacją…

*  *  *

W ramach obchodów irlandzkiego Dnia Matki, zostałam obsypana prezentami. Czego tam nie było?! I laurki, i ramka na zdjęcie, i czekoladki, i kwiatki. I mnóstwo, mnóstwo przytulań. Właśnie podczas jednego z nich Julka nieoczekiwanie zaproponowała:
- Wiesz, mamo, myślę że powinniśmy mieć nie jedną, a 15 mam!
- Tak? – zdziwiłam się. – A po co?
- Jedna gotowałaby obiady, druga robiła nam kanapki, trzecia odpowiadała „Możecie!” kiedy pytamy czy możemy dostać lody…
Co do zastosowania pozostałej dwunastki Julka nie miała jeszcze sprecyzowanych planów, ale myślę sobie, że spokojnie znalazłaby się dla nich praca :)

*  *  *

Tuż przed wyjściem z domu, spytałam dla pewności:
- Julka, byłaś w łazience?
- Tak! – odpowiedziała Julka i dodała buńczucznie - NIE ZABRONISZ MI!
- Dlaczego miałabym ci zabronić? Przecież sama cię prosiłam, żebyś poszła!
- Tak – wyjaśniła Julka. - Poszłam, usiadłam, ale nie chciało mi się siusiu. Nie zabronisz mi!

Mam wrażenie, że chyba chodziło jej o „nie zmusisz mnie”, ale niech tam… Nie będę się kłócić!

*  *  *

- W naszej szkole ogłaszają konkurs poezji – napomknął mi ostatnio Mati.
- Ale trzeba pisać czy recytować?
- Pisać! I jest nagroda – 100 euro!
- No tak… - próbowałam ostudzić jego zapał. - Ale wiesz, że nie tak łatwo napisać dobry wiersz, szczególnie tak z marszu.
- Wiem. – przyznał Matt. - Ale jest nagroda!!!

 Nie ma to jak odpowiednia motywacja. Wszak niejedno wiekopomne dzieło powstało na zamówienie - lub po przejedzeniu honorarium…

11:54, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2