To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
piątek, 30 marca 2012
Psie sprawki

Powoli wracam do żywych. Jeszcze nie jest bardzo dobrze, ale już jest znośnie. Antybiotyk działa, syropki rozchodzą się po organizmie, w dziedzinie kaszlu przeszłam do fazy starego gruźlika. Głos mam jeszcze bardziej Janis Joplin niż mój własny, ale w ogóle mogę mówić, co jest sukcesem. Będę żyła - i bardzo dobrze, bo trzeba na cito załatwić parę odwlekanych spraw, na przykład psią kontrolną wizytę weterynaryjną.

Nie zasypując gruszek w popiele wyprawiliśmy dziś rano dzieci do szkoły, po czym wpakowaliśmy Paszczaka do samochodu (ku jego wielkiemu niezadowoleniu, ale za to zgodnie z radami psiego guru, Cesara Millana) i pojechaliśmy do kliniki na psie MOT. Była to nasza pierwsza wizyta kontrolna od szczenięcia, więc sami byliśmy ciekawi nas (sz)czeka (i ile nas to będzie kosztowało?!) Molak rozglądał się niepewnie po poczekalni, spode łba zerkając na silnie zdenerwowanego psią obecnością kocura, który z wrażenia wbił się pazurami we właściciela. Atmosfera stawała się gęsta… Na szczęście wkrótce wezwano nas do gabinetu. Sympatyczna pani doktor z miejsca rozpłynęła się nad pięknie błyszczącą Molakową sierścią, po czym rozpoczęła egzaminowanie reszty psiej fizjonomii. Sprawdziła wagę, obejrzała uszy, osłuchała serce, zmierzyła temperaturę (zgadnijcie gdzie?!) Pies nieco się zaniepokoił - szczególnie po mierzeniu temperatury! - a była to dopiero gra wstępna przed mękami właściwymi! Wkrótce bowiem w ruch poszły strzykawki, mniejsza ze szczepionką i DUUUŻO większa z mikrochipem. Tę drugą lekarka troskliwie chowała za plecami, żeby przypadkiem pies jej nie zobaczył, ale bólu nie dało się już ukryć. Po ukłuciu pies wyraźnie się obraził na niedobrą panią doktor, i wcale mu się nie dziwię! Szczęśliwie był to już prawie koniec wizyty. Dostaliśmy jeszcze tabletki na odrobaczenie, maść na Molakową nogę i garść informacji na temat ewentualnej sterylizacji, którą podstępnie rozważamy za plecami naszej suczki. Zaraz po wyjściu z gabinetu obrażony pies dał dyla w kierunku znienawidzonego samochodu, tak szybko jak to było tylko możliwe. Mnie nie dane było uciec - musiałam uiścić opłatę za psie „przyjemności” (na szczęście niezbyt dużą).

Następna wizyta szczęśliwie za rok!

*  *  *

Ola i Julka pojechały z nami ostatnio do sklepu (staramy się z całej mocy unikać dziecięcego towarzystwa na cotygodniowych zakupach, nie zawsze jednak się da!) Oczywiście nie obyło się bez ciągłego brzęczenia, dyskutowania, przekrzykiwania się etc. w wykonaniu małolat. Ojciec powoli dostawał białej gorączki, upominając towarzystwo raz po raz  - bezskutecznie. Wreszcie zamilkł złowieszczo.
Niezrażona niczym Julka rozmawiała sama ze sobą, mrucząc pod nosem. Oliwka za to usiłowała do niej zagadać.
- Julka! Julka! Julka! Julka! Julka! Julka! Julka! Julka! Julka! Julka!
- Co?... - odezwała się wreszcie Julka.
- Nie wiem, już zapomniałam o co chciałam spytać! - wrzasnęła Ola.
Julka wróciła do pasjonującego monologu, a po chwili znów odezwała się Oliwka.
- Ach, przypomniałam sobie! Julka! Julka! Julka! Julka! Julka! Julka! Julka! Julka! Julka!
- Co?...
- Chciałam ci powiedzieć, żebyś przestała gadać!

*  *  *

Tutek uczęszcza na sobotnie zajęcia z astronomii. Bardzo go boli, że musi w weekend wcześnie wstawać i jechać do szkoły, ale cóż, egzamin tuż tuż. Tutikowe zajęcia dodatkowe angażują także ojca, któren również musi wstać i odwieźć delikwenta do szkoły. Taka rola ojca! Aby jednak nie eksploatować zbytnio rodziciela i jednocześnie dać Matiemu nieco wolności ustaliliśmy, że Tutek będzie wracał po zajęciach sam, autobusem. Taki eksperyment rodzicielski nam się zamarzył.
W ubiegłą sobotę wręczyłam więc Matiemu 10 funtów - na bilet autobusowy i niewielką rozpustę po zajęciach - i ojciec odwiózł go do szkoły, po czym spokojnie oddał się innym ważnym sobotnim zajęciom. Niestety, nasz gapiowaty syn był uprzejmy zgubić pieniądze (wysunęły mu się z kieszeni spodni, bo przecież nie chciał dźwigać portfela!), w związku z czym nie miał na bilet autobusowy, nie miał na rozpustę, a ojciec i tak musiał po niego pojechać. W nagrodę za szczególne „zasługi dla rodziny” Tutik nie dostał w ubiegłym tygodniu kieszonkowego. Bardzo go to zabolało, bo zbiera na laptopa i każdą tygodniówkę wrzuca do zamkniętej hermetycznie puszeczki.
W tę sobotę Mati także jedzie na zajęcia z astronomii. Znów spróbujemy wypuścić go na wolność, nasza strata! Warto przecież próbować, zwłaszcza że już widzimy postęp! Mati przemyślał ubiegłotygodniową sytuację i wyciągnął wnioski.
- Mamo, mam dwie prośby! - zwrócił się do mnie wczoraj.
- Tak?!
- Po pierwsze, daj mi w sobotę portfel, żebym znów nie zgubił pieniędzy! A po drugie - czy możesz mi wypłacić wcześniej tygodniówkę - na wypadek gdybym jednak zgubił pieniądze?!
Asekurant, ale dobrze kombinuje…

13:43, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 marca 2012
Daliśmy radę!

Mimo ostrej niedyspozycji matki, zabiegania ojca, braku czasu Zuzki i tysiąca innych przeszkód - daliśmy radę wspólnymi siłami zbudować wcale zacny statek Wikingów! Nie będzie Wiking pluł nam w twarz i dzieci nam… cokolwiek :)

statek wikingow

13:41, oszin13
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 marca 2012
Ja wiedziałam, że tak będzie!

Aha, aha. Wiedziałam! Zatulała się do mnie chora Oliwka, smarkała mi w twarz, kaszlała i przy okazji sprzedała cały zestaw wirusów. Teraz chorujemy razem! Od wczoraj czuję się rozbita jak kotlet schabowy, z dodatkowymi atrakcjami typu gorączka, dreszcze, bolące gardło. I w tak odmiennym stanie świadomości pojawiłam się wczoraj wieczorem w kościele na Pierwszej Oliwkowej Spowiedzi, bo jak mus to trza i nie ma pomiłuj! Ja, niezbyt przytomna, stałam u stóp ołtarza, Ola, zakaszlana, odczytywała księdzu swoje grzeszki z ukrytej za pazuchą mundurka karteczki, a ksiądz dobrodziej słuchał, pociągając raz po raz nosem, bo też był zakatarzony. Dream team! Ale przetrwaliśmy i oczyściliśmy z grzechów liliową duszyczkę!
Po powrocie do domu marzyłam już tylko o ciepłym łóżeczku.
Matki muszą chorować szybko!

11:32, oszin13
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 marca 2012
Wiosna, ach, to ty!

Dziś jest pierwszy dzień z reszty naszych wiosen! Należałoby Marzannę albo inne jakieś paskudztwo wrzucić w nurty rzeki, żeby zimę skutecznie odegnać (nawet proponowaliśmy Matiemu, ale nie chciał się poświęcić). Należałoby - ale po męczącym weekendzie i nieprzespanej ostatniej nocy nie miałam na takie hece ani chęci, ani sił. W kwestii wypędzania czegokolwiek, stawiam na pozbycie się wreszcie Oliwkowej gorączki i uporczywego kaszlu. Popołudniowa konsultacja lekarska zaowocowała antybiotykiem, co w tutejszych okolicznościach medycznych znaczy jedno: nie jest dobrze. Ale zakładamy, że będzie lepiej…
Mimo braku truchła Marzanny i w obliczu innych przeciwności losu, jednak udało nam się wykorzystać nieco długi weekend i godnie tę wiosnę przywitać. Ruszyliśmy z posad sprawę rewitalizacji trawnika, połataliśmy zszarganą wiatrami siatkę trampoliny, umyliśmy okna, przesadziliśmy kwiatki. Czyli początek zmian nastąpił. A i wiosna dopiero się zaczyna!

 *  *  *

Posiadanie licznego potomstwa gwarantuje nam, rodzicom, nieustanny ruch w dziecięcym interesie. Jeśli akurat przypadkowo żadne z dzieciuchów nie choruje, to i tak nie narzekamy na nudę, bo codziennie trzeba kogoś gdzieś lub skądś przywieźć, podwieźć, odwieźć, odebrać, dostarczyć etc. Ewentualnie pomóc w lekcjach. Samo życie! Czasem jednak trafiają nam się prawdziwe wyzwania, przy których zwykłe wyczarowanie kostiumu na cito to „Pan Pikuś”. Aktualnie na tapecie mamy wykonanie repliki statku Wikingów! To znaczy teoretycznie Zuzka ma tę replikę wykonać, ale przecież nie bez rodzicielskiej pomocy! A rodzice, póki co, nie mają nań pomysłu. Wpatrujemy się w stos kartonów, tudzież okolicznościową literaturę i próżno próbujemy wysilić umysły. Nie tracimy jednak pogody ducha! Zuza ma jeszcze tydzień na oddanie pracy - może w tym czasie przyśni nam się cudownie pan Adam Słodowy i łaskawie oświeci nasze udręczone umysły :))

*  *  *

Facecja dzisiejszego dnia: znajoma Portugalka udała się do lekarza z córką, która dostała jakiejś wysypki na nadgarstkach. Lekarz obejrzał obsypaną krostkami rękę, podrapał się po głowie, powiedział że nie wie co to może być, po czym… włączył Google Image i zaczął porównywać wyświetlone zdjęcia z ręką pacjentki! Moja znajoma oniemiała, niechybnie żałując że sama nie wpadła na ten jakże inteligentny pomysł. Zaoszczędziłaby czas i uniknęła fatygi, zwłaszcza że lekarskie poszukiwania nie przyniosły oczekiwanych rezultatów i diagnoza nie zapadła.
Właściwie wszystko opada…

21:36, oszin13
Link Komentarze (1) »
piątek, 16 marca 2012
Wolny czas

Przed nami długi weekend! I nie dość, że długi, to jeszcze naszpikowany okazjami. Bo to i St. Patrick’s Day, i Dzień Matki, a na okrasę bank holiday w poniedziałek. Zaplanowaliśmy sobie małe conieco na wolne dni, nie wiadomo tylko ile z tego wcielimy w życie. Pogoda ma nas w nosie, od rana za oknami plumka, kropi, mży i dżdży. Dodatkowo w rodzinnej chorobowej „rosyjskiej ruletce” aktualnie padło na Oliwkę, która od wczoraj walczy z gorączką i bólem brzucha. Mam nadzieję, że to tylko przeziębienie, a nie szkarlatyna, którą odnotowano ostatnio w szkole. „Jak nie urok to sraczka”, jak mawiała moja babcia.

Tutek natomiast jest w pełni zdrowy (przynajmniej na ciele :)) i w ramach długiego weekendu dziś wieczorem pojechał ze swoim Youth Clubem do Belfastu na hokejowy mecz Belfast Giants z Sheffield Steelers. Oczywiście w charakterze widza! I niech jedzie, zawsze to jakiś ruch dla naszego „szczupłego inaczej” syneczka! Szkoda tylko, że w związku z tym wyjazdem, ojcowski portfel jest „szczupły właściwie” ;)

*  *  *

Wyrwawszy się ze szponów nałogowego oglądania w Internecie „Londyńczyków”, powoli ogarniam bałagan organizacyjny przed Oliwkową Komunią. I nie bez dumy powiem - nie jest źle! Strój komunijny skompletowany, zaproszenia z Oliwkowym zdjęciem wydrukowane i rozesłane - część gości potwierdziła już nawet przylot, menu z grubsza zaplanowane, zastawa policzona. W przyszłym tygodniu zaś sama zainteresowana powędruje do pierwszej spowiedzi i będzie musiała wyszeptać grzechy wprost do ucha Ojca O’Dwyera. A Ola BARDZO NIE LUBI przyznawać się do błędów… Oj, będzie się działo!

*  *  *

Doszła mnie niedawno ze szkoły informacja, że chór szkolny wybierze się wkrótce na wycieczkę. W ramach nagrody za muzyczną oprawę tegorocznego bierzmowania.
- Wiecie już kiedy jedziecie? - spytałam młodszą z moich chórzystek.
- Tak, wiemy! - odparła Ola. - Pod koniec dnia przed latem!
Kurczę, mimo heroicznych wysiłków wyobraźni, nie potrafiłam tak zakręconego opisu dopasować do żadnej konkretnej daty. Wreszcie poddałam się i poprosiłam o „telefon do przyjaciela”.
- To znaczy kiedy?!
- No, w ostatni dzień przed pierwszym dniem lata! - pomogła usłużna Oliwka.
Czy nie byłoby łatwiej powiedzieć „ostatniego dnia wiosny”?

*  *  *

Zuzka, jako znany zwierzolub, celuje w kojarzeniu naszej domowej psiny ze zgoła innymi gatunkami. Wedle jej własnej klasyfikacji nasz Molak jest psem (Napadaczus Napadaczus, lol), ptakiem (wspomniany już kiedyś Paszczak australijski), rybą (Black Molly), a ostatnio kozą - od czasu jak Zuzka przyłapała ją na wyjadaniu ziarenek świeżo zasianej trawy.
Molly na razie się w sprawie koligacji rodzinnych nie wypowiada, ale jak tak dalej pójdzie, w Wigilijną noc możemy spodziewać się większej perory!

22:44, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3