To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
środa, 30 marca 2011
Kształtujemy historię

W niedzielny wieczór, dokładnie 27-go marca, poddaliśmy się spisowi powszechnemu, czyli Censusowi. Jak na praworządnych mieszkańców tego kraju przystało. Spis ów jest organizowany jest na terytorium Wielkiej Brytanii co 10 lat, począwszy od roku 1801! I jest OBOWIĄZKOWY, co dla Irlandczyków, z którymi rozmawiałam oznacza, że mają oni MORALNY obowiązek wypełnienia spisu i wcale nie chodzi im o sankcje za niedopełnienie sprawy (bagatela, do 1000 funtów kary). Właściciel domu, w którym mieszkamy trzy razy się upewniał czy dostanie własny formularz do wypełnienia, bo jeśli nie to prosił o dopisanie go do naszego druku. Wreszcie przysłał szczęśliwego smsa, że dostał oddzielny formularz! Co zresztą było do przewidzenia, bo druki mają unikalny kod i  przypisane są do ADRESU, a nie OSOBY, a gość przecież też gdzieś mieszka…
Nie mogliśmy przegapić okazji wzięcia udziału w tym historycznym wydarzeniu (bibliotekarz-archiwista się we mnie odezwał!), zwłaszcza że przewiduje się rychły koniec tej formy spisu w związku z dostępem do elektronicznych źródeł informacji. Zatem mogła to być ostatnia okazja dotarcia do druków spisowych, które zresztą zachowałam dla potomności (znowu bibliotekarz-archiwista!), wypełniając formularz online. Przy okazji zostałam mile zaskoczona, bo formularz był przygotowany dla przeciętnej, 6-CIOOSOBOWEJ rodziny. Można rzec „na miarę szyty”! To zresztą drugie miłe zaskoczenie w tej kwestii, albowiem odkryłam ostatnio, że biblioteka Trinity College w Dublinie (muszę! muszę! muszę ją kiedyś odwiedzić!) przewiduje bilety rodzinne dla rodzin 2+4, a nie 2+2 jak reszta instytucji. Czyż to nie urocze? Takie małe a cieszy.
W ostatnich dniach otrzymaliśmy również korespondencję od EONI, czyli Electoral Office for Northern Ireland. Były to imienne karty do głosowania, z uprzejmym przypomnieniem, że wybory Parlamentarne odbędą się 5 maja, a nasz „polling station” czyli lokal wyborczy znajduje się w lokalnym community centre. I jak tu nie pójść na głosowanie? – po prostu moralny obowiązek! Pozostaje nam poczytać programy poszczególnych partii, przejrzeć sylwetki kandydatów (zdaje się, że nawet jakaś Polka startuje w wyborach – muszę to koniecznie sprawdzić), a potem wziąć elektoralnego byka za rogi i hajda na wybory!

*  *  *

Ze słownika (prawie) 3-latki:
- Molly, KAPCIE! – znaczy „Molly, KŁADŹ SIĘ!”,
- Chcecie OLAĆ? – znaczy „Chcecie POGRAĆ?”,
- Nie mogę SIADAĆ!” – znaczy „Nie mogę ZJADAĆ!”
A moje ulubione to „TOCHAMY SIĘ?”
Jasne, że się kochamy!

23:08, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 marca 2011
Elegancka sztuka garderoby

W życiu jest tak, że ZAWSZE i KAŻDEMU – nie wyłączając bibliotekarek w stanie uśpienia i gospodyń domowych - może przytrafić się nieoczekiwane Wielkie Wyjście, jakieś zaproszenie na raut czy inna okazja do wdziania kostiumu i szpilek. C’est la vie, chciałoby się powiedzieć. Dlatego spośród wielu „must have” składających się na wyposażenie kobiecej szafy, „the very must have”  to sztuka garderoby w postaci eleganckiego garnituru lub garsonki. Niech sobie wisi i czeka na okazję, nawet jeśli miałaby czekać na swoje pięć minut miesiącami, albowiem „nie znacie dnia ani godziny”.
W myśl powyższej (ukutej na poczekaniu) złotej myśli i mój szary kostiumik doczekał się odkurzenia i wprowadzenia na salony. I to nie byle jakie, bo PARLAMENTARNE! Muszę się bowiem pochwalić, że dostałam zaproszenie na spotkanie z Panem Nelsonem McCauslandem, Ministrem Kultury, Sztuki i Rekreacji w Parlamencie Irlandii Północnej. Dzięki uprzejmości znajomych oferujących transport oraz wyrozumiałości męża, który wziął wolny dzień żeby zapewnić opiekę nad dziećmi, mogłam skorzystać z zaproszenia i spędzić czwartkowy wieczór w Stormont, czyli siedzibie Northern Ireland Assembly. A co!!! Oto gorąca relacja.

Okazją do spotkania z Panem Ministrem były zbliżające się Igrzyska Olimpijskie w Londynie, które to doniosłe wydarzenie zainspirowało wiele organizacji młodzieżowych działających na terenie NI do krzewienia rozwoju talentów wszelakich (sportowych i nie tylko) wśród dzieci i młodzieży oraz uzyskania prawa do używania oficjalnego znaczka Igrzysk. Program nosi nazwę „Inspired by London 2012” i bierze w nim udział prawie 50 projektów z całego kraju. Jednym z takich projektów jest OASIS Youth Afterschool Club, działający przy Craigavon Intercultural Programme, a jednym z czynnie działających w nim wolontariuszy jestem ja! Stąd osobiste zaproszenie od Ministra w celu reprezentowania naszego Klubu! Grunt to znać odpowiednich ludzi… i trochę się wysilić.
Do Stormont wyruszyliśmy w silnym 5-cioosobowym składzie – wszyscy odpowiednio wystrojeni i w imprezowych nastrojach. Przepisowo spóźnieni (jak na VIP-ów przystało, ha, ha), z fasonem zaparkowaliśmy samochód i wyruszyliśmy ku piętrzącemu się na wzgórzu budynkowi. Jeszcze krótka kontrola osobista przy bramie wejściowej i już po chwili mogliśmy się rozkoszować panoramą miasta leżącego u naszych stóp i monumentalnością budynku za naszymi plecami. Zaraz też nagabnęliśmy pałętającego się w okolicy reportera BBC z prośbą o pstryknięcie nam pamiątkowej fotki – zupełnie jak japońscy turyści… Teraz byliśmy gotowi wejść do środka – ahoj, przygodo!
Zaraz na progu wielkiego hallu spersonalizowano nas imiennymi plakietkami (moje nazwisko, zdawałoby się zupełnie niewinne, jak zwykle stanowiło dla tubylców nie lada wyzwanie), poczęstowano lampką wina i mogliśmy spokojnie wtopić się w tłum. Zewsząd słychać było uprzejmy „small talk”, wymienialiśmy uśmiechy, ściskaliśmy ręce. Wśród gości kręciły się kelnerki z butelkami wina w rękach, grał kwartet smyczkowy (od razu skojarzył mi się Titanic – w końcu w Belfaście go zbudowano). Grupa artystów cyrkowych cieszyła oczy popisami gimnastycznymi. W oczekiwaniu na pojawienie się gospodarza, podano aperitif – maleńkie kanapeczki o przeróżnych smakach. Andrew – stary WYJADACZ imprezowy – pochłonął ich 19 (sic!), mnie udało się przełknąć zaledwie jedną. Zanadto byłam zajęta podziwianiem architektury wnętrz.
Punktualnie o 7.00 pm Pan Minister wygłosił BARDZO WAŻNĄ PRZEMOWĘ na okoliczność spotkania; stałam w 1-szym rzędzie, więc miałam okazję dokładnie go sobie obejrzeć (i zapamiętać, może kiedyś będzie okazja do odświeżenia znajomości :)). Tuż po Ministrze głos zabrali zaproszeni goście honorowi – były mistrz świata w boksie, Barry McGuigan i juror brytyjskiego X Factora, Louis Walsh. Szczególnie ten drugi rozbudzał emocje tłumu – w końcu nigdy nie wiadomo kiedy odkryją w nas gwiazdę! Starałam się nawet namówić kolegów do zaśpiewania czegoś znienacka w obecności p. Walsha – a nuż mają w sobie faktor X! Nie zdecydowali się jednak na popisy wokalne, ale w zamian pstryknęliśmy sobie z VIP-ami pamiątkową fotkę, co by dzieciom w domu pokazać z kim się jada kolacyjki…
Po części oficjalnej zaproszono nas na „finger buffet” – zupełnie niezły, mimo obaw Hetty – a dodatkowo zorganizowano wycieczkę po obu salach Parlamentu, dla „nowicjuszy”, jako i ja. Oczywiście, nie odmówiłam sobie tej przyjemności. Uśmiechnięta Pani Przewodnik uraczyła nas dykteryjkami z parlamentarnych sal i kuluarów, bardzo ciekawymi. Zdradziła nam także, że PODOBNO dotknięcie ściany w jednej z sal zapewnia szczęście! Nie wiadomo tego na pewno, bo nikt z dotykających nie wrócił, żeby się pochwalić wynikami, ale sądząc po stopniu zniszczenia ściany w fartownym miejscu, wielu dało losowi szansę. Nie mogłam być gorsza – na wypadek gdyby jednak działało…
Powoli zbieraliśmy się do wyjścia. Każdy z uczestników bankietu dostał na pożegnanie eleganckie pudełeczko z mufinką opatrzoną godłem Igrzysk Londyn 2012 (bardzo smaczną, mniam!) i ruszyliśmy w drogę powrotną. Zmęczeni, ale szczęśliwi – ja na pewno!
Elegancki kostiumik wrócił do szafy, przynajmniej na jaki czas, bo kto wie…

17:55, oszin13
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 marca 2011
Łapy, łapy, cztery łapy…

Dlaczego dotąd nie mieliśmy psa, choć dzieci skamlały o niego od dawna? Doskonale wiem dlaczego. Przyczyna tkwiła głównie we mnie. Wychodziłam z założenia, że pies to dodatkowa udręka na moją biedną głowę, jak dodatkowe dziecko – a tych mam pod dostatkiem; że oprócz niewątpliwie wielu przyjemności trzeba będzie stawić czoła jeszcze większej ilości codziennych obowiązków i „ciemnych stron mocy” jak pogryzione rzeczy, nasikane kałuże, psie kupki; że pies będzie „rodzinny”, a obowiązki głównie „moje”. Teraz, kiedy mam już psa w domu, mogę z całą stanowczością powiedzieć – MIAŁAM RACJĘ!
Teraz bardziej optymistycznie... Pies chowa się świetnie, a dom jeszcze stoi w stanie (prawie) nienaruszonym. Rodzina chętniej przebywa na zewnątrz, bo zawsze pod pretekstem opieki nad Molly można ich wystawić za drzwi. W kwestii nieprzespanych nocy, przyznam że idzie ku lepszemu, choć pierwsza noc na to nie wskazywała. Psina jest ogromnie towarzyska i najchętniej spałaby na naszych kolanach, więc budziła się dość często, wyjąc przeraźliwie i drapiąc w drzwi. Zrywaliśmy się do niej na przemian, w trosce o spokój domowników i sąsiadów. Wejście do kuchni zaczynało się od zbadania terenu w celu wykrycia i unieszkodliwienia „min”,  potem było już tylko przytulanie. I tak kilka razy w ciągu nocy. Powiem nie bez dumy, że nawet Mateuszowi zdarzyło się zauczestniczyć w nocnym rytuale, ze sprzątaniem po psie włącznie, co jest nie lada wyczynem z jego strony. Z dziewczynek najbardziej zaangażowana jest Julka – rozpłaszcza się obok psa na podłodze, budzi go i wpycha mu na chama zabawki do mordki. Kładzie też duży nacisk na dyscyplinę, wynosząc psa za ogon (!) ze stref zakazanych. Pies odwdzięcza się po psiemu, obgryzając jej pięty i ciągnąć za kuncki (o, zgrozo!)
Życie ze szczeniakiem jako żywo przypomina mi życie z niemowlakiem, więc jestem NIECO zmęczona. Muszę jednak przyznać, że mój pierwszy mąż też się zaangażował i chętnie wstaje, wychodzi, wyprowadza (czego nie zaobserwowałam w kontaktach z niemowlakami J) Jednym słowem czuje ODPOWIEDZIALNOŚĆ – wobec psa, bo dzieci jakoś same się wychowały…

Hurra! Pierwszy Dzień Wiosny za nami! Teraz może być tylko cieplej (oby). Ulegając sile pogańskich guseł i zabobonów, postanowiliśmy utopić Marzannę, czyli wykonać ”traditional drowning of a straw dummy symbolizing Winter”. I wszystko się zgadza, tylko skąd tu wziąć słomę? W myśl zasady „nie matura lecz chęć szczera…” nasza Marzanna została wykonana w technice 2D z papieru pakowego i wyposażona z designerską bibulastą suknię młodej projektantki Zuzanny O. I popłynęła jak ta lala!

10:02, oszin13
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 marca 2011
Mamy psa!

Taaak. Trochę na bazie braku telewizji, a trochę z powodu bycia „fajnymi rodzicami”, daliśmy się w końcu namówić na zrobienie tego milowego kroku i kupiliśmy psa. Malutki, czarny labrador z białą skarpetką na przedniej łapce. Nazwaliśmy ją Molly – skojarzenia z Molly Malone jak najbardziej nieprzypadkowe! Właśnie śpi sobie słodko na posłaniu w kuchni, umęczona miłością dzieciaków – własnych i okolicznych. I trochę obżarta, bo każde z dzieci raczyło ją garścią psich chrupek, w ramach powitania. Przed nami pierwsza noc. Oj, coś mi się zdaje, że się nie wyśpię, zupełnie nie wiem czemu… A biorąc pod uwagę fakt, że śpię na piętrze, a pies zajmuje kuchnię, pewnie będę nocować w połowie drogi, na schodach.
Jutro Dzień Świętego Patryka, patrona Irlandii – całej, bez względu na podziały religijne, polityczne i narodowościowe. Będzie zielono – podobno w Stanach Zjednoczonych, gdzie połowa mieszkańców ma irlandzkie korzenie, rzeki stają się tego dnia zielone. I króluje Guinness. Oby tylko było ciepło, to atrakcji nie zabraknie. Moje dziewczynki już czekają na założenie specjalnie na ten dzień spreparowanych koszulek z koniczyną i czapek, które zrobiły na Afterschool Clubie.
Jeśli już o dziewczynkach mowa to miałam ostatnio dyskusję z Oliwką, która nieustannie zadziwia mnie elokwencją i giętkością języka.

Sytuacja wieczorna:
- Oliwka, idziesz się kąpać?
- Jeszcze nie wiem, ale jak podejmę decyzję to ci powiem – odpowiada Ola.
…pół godziny później…
- Czy już podjęłaś decyzję?
- Jeszcze nie.
…kolejne pół godziny…
- Mamo, mogę się już wykąpać!
- Niestety, jest już za późno, wykąpiesz się jutro. Teraz idziesz spać.
- DLACZEGO MI NIE POWIEDZIAŁAŚ, ŻE MAM TAK MAŁO CZASU NA PODJĘCIE DECYZJI!!! – wykrzyczała moja córka.

I dla odmiany sytuacja poranna:
- Oliwka, chcesz płatki na śniadanie?
- Jak najbardziej – odpowiada luzacko Oliwka.

19:57, oszin13
Link Dodaj komentarz »
Życie bez telewizji

Czy da się żyć bez telewizji, szczególnie polskiej i szczególnie za granicą? Na wyczuwalną wątpliwość co do retoryczności pytania odpowiadam – nie jest łatwo, ale da się! I nie jest to li tylko czcza przechwałka, lecz solidne, empirycznie sprawdzone twierdzenie, któremu mocy sprawczej nadała (i póki co wciąż nadaje, niestety) nasza rodzina. Albowiem miesiąc temu popsuł nam się dekoder Cyfrowego Polsatu.
Dekoder miał swoje lata i właściwie nie tylko MÓGŁ, a wręcz POWINIEN był dokonać żywota. Miło z jego strony, że nie zawiódł oczekiwań, jednakże fakt pozostaje faktem, że pozostaliśmy nieutuleni w żalu i pozbawieni telewizji. Do tego – poza granicami ojczystego kraju, a co za tym idzie bez możliwości osobistego załatwienia sprawy w którymś z wielu jakże przyjaznych klientowi przedstawicielstw CP.
W domu nastała błoga, pozbawiona telewizyjnych atrakcji rzeczywistość. Dzieci zaprzestały skakania po kanałach i dyskusji na temat wyższości Hanny Montany nad iCarly, dzięki czemu poranne zakładanie mundurków szkolnych idzie im o niebo sprawniej. Filmy zaczęliśmy wyświetlać na dvd w ramach domowej kinoteki (seria z Harrym Potterem zyskała prawie tytuł „zdartej płyty”). Na komputer obowiązują zapisy, ze ściśle określonym czasem użytkowania. Ulubione seriale ściągamy z Internetu, a X Factor oglądamy na Youtube – w wybranych fragmentach, bez reklam i mocno „odtłuszczony”. Da się? – da ! Pozostaje tylko pytanie jak długo?
Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta, a kwestia niewykorzystanego abonamentu cyfrowej telewizji nie polepszała sprawy. Trzeba było więc przedsięwziąć kroki, najlepiej w kierunku poprawy sytuacji. Przedsięwzięliśmy więc co następuje:
- zdobyliśmy DZIAŁAJĄCY numer do Biura Obsługi Klienta – co nie było sprawą łatwą, albowiem na numery infolinii nie da się zadzwonić spoza RP,
- gruntownie przemaglowaliśmy przypadkowego pracownika BOK na okoliczność zaistniałej sytuacji i możliwości zdobycia nowego dekodera BEZ konieczności złożenia osobistego podpisu (gimnastykował się biedaczek prawie godzinę, przepraszając co chwila i prosząc o cierpliwość, a na samym końcu rozmowy uprzejmie zapewnił, iż „nasi konsultanci dostępni są 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu”),
-  załatwiliśmy oryginalny druk upoważnienia dla osoby trzeciej do załatwienia z CP spraw wszelakich,
- przesłaliśmy ww. druk do CP,
- odczekaliśmy przepisowe 1.5 tygodnia i ponownie zadzwoniliśmy do BOK w celu omówienia szczegółów upgrade’u umowy,
- zawróciliśmy w głowie teściowej w Polsce, co by przesyłkę z dekoderem przejęła, papiery podpisała, a następnie całość przesłała do nas.
Uff. Teraz czekamy na listonosza, a cała operacja – uwzględniając naszą opieszałość – zajęła nam miesiąc. Jeszcze tylko kilka dni - i całe szczęście, bo piekielna rodzinka powoli traci cierpliwość. Mój pierwszy mąż też staje się coraz bardziej drażliwy, bo tu i Małysz skakał, i Kubica się rozbijał, i Szpak śpiewał, a on miast śledzić relacje na żywo, grał z żoną w scrabble…
A tak na marginesie – rozmawiałam ostatnio z przyjacielem mojego męża, mieszkającym w Niemczech. Okazało się, że kolega Adaś – jak na prawdziwego przyjaciela przystało – całkowicie solidaryzuje się z moim małżonkiem. Również ogląda X Faktor w wydaniu Internetowym, albowiem również nie posiada czasowo polskiej telewizji – żona mu wyjechała na urlop do Polski, niestety razem z dekoderem.
To taka jakby trochę cyfrowa zdrada, czyż nie?

19:11, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2