To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
środa, 30 grudnia 2015
Przednoworoczne porządki

- Mamo, ja już nie mogę z tą Oliwką wytrzymać! – żaliła się Zuzka – Albo się na mnie obraża, albo strzela focha i się nie odzywa. Jak żyć?
- Co się dziwisz? – spytałam – Jest nastolatką! Burza hormonów i te sprawy...
- Nastolatką?! – oburzyła się Zuzka – Mamo! Ona ma dopiero JEDENAŚCIE lat! Formalnie nawet nie jest nastolatką! JA jestem nastolatką, bo mam TRZYNAŚCIE lat!
- To prawda! I właśnie dwa lata temu byłaś taka sama jak twoja siostra. A dziś jesteś o dwa lata starsza i NIECO mądrzejsza!

‘Zapomniał wół...’ w wersji klasycznej. I tylko mamy pamiętają...

*  *  *

Około 6.30 po południu, Oliwka objawiła się przede mną z nieco zaskakującym komunikatem.

- Mamo, idę teraz do swojego pokoju, posiedzę tam i poczekam na siódmą. Wtedy ‘usiadę’ na iPad.
- Ale nikt nie korzysta teraz z iPada, więc nie musisz czekać do siódmej. Po prostu weź go wcześniej!
- Eee, nie! Taki mam plan i będę się go trzymać! – oznajmiła Oliwka i bohatersko pomaszerowała do swojego pokoju.

Znałam kiedyś, dawno temu, AŻ TAK zaplanowanego człowieka. Dzięki organizacji życia i uporowi został Doktorem Sztuk Pięknych. Kto wie, do czego dojdzie w życiu nasza Oliwka?...

*  *  *

W naszej kuchni, do niedawna, odbywała się codziennie rano gorąca dyskusja na temat: ‘Kto pierwszy powinien dostać śniadanie?’
- Dziś ja! – krzyczała Zuzka.
- Nie, bo ja! – przekrzykiwała ją Oliwka.
- Ja! Ja! – Julka nie była gorsza.
Zmęczona codziennymi dyskusjami i pamiętaniem kto był pierwszy poprzedniego dnia, wymyśliłam Salomowe wyjście. Korzystając z tego, że dziewczynki zajmują przy stole zawsze te same miejsca, ustaliłam, że śniadania będą podawane w kolejności zgodnej z ruchem wskazówek zegara, począwszy od Zuzki. 

Wszyscy byli zadowoleni i nareszcie zapanował spokój przy stole – na kilka dni. Na początku grudnia konflikt wybuchł na nowo. Tym razem pytanie brzmiało: ‘Kto powinien wydłubywać czekoladki z rodzinnego kalendarza adwentowego?’ Ale ja byłam już bardziej doświadczona i mądrzejsza! Z miejsca więc ukułam zasadę – czekoladki dostarcza osoba, która dostaje śniadanie jako DRUGA!

Konflikt został zażegnany, a ja zostałam z zostawionym na przyszłość asem w rękawie – TRZECIĄ osobą w kolejce. :)

*  *  *

Po długich latach zapuszczania włosów, Zuzia nieoczekiwanie podjęła męską decyzję i poprosiła bym skróciła jej NIECO fryzurkę. Ciachnęłam tu i tam i wyszła nam z tego zupełnie nowa, poważniejsza Zuzanna. Zadowolona z nowego wizerunku – a to najważniejsze!
Walcząc ze splątany włosami Julki, zapomknęłam jej o możliwości użycia nożyczek.
- Widziałaś nową fryzurę Zuzi? A może i tobie podetniemy nieco włosy?
- Mnie?! – zdziwiła się Jula żywiołowo - JA obetnę włosy dopiero jak będą takie długie, jak u Roszpunki!
- O, to jeszcze sporo czasu. – pochwaliłam się znajomością twórczości Andersena - I co? Masz zamiar, jak Roszpunka, wciągać chłopaków na włosach do swojego pokoju?
- OCZYWIŚCIE! – odparła ze stoicki spokojem moja siedmiolatka.

Zdaje się, że przyjdzie nam przeszkolić psa na okoliczność wałęsania się Julkowych absztyfikantów po naszym ogrodzie...

*  *  *

- Mamo, wybierasz się gdzieś? – zapytała mnie znienacka Julka, kiedy pracowałam na komputerze.
- Nie, dlaczego? – zdziwiłam się.
- Bo na komputerze napisane jest ‘Pay & Go’, czyli płacisz i idziesz. Tylko dokąd?

A ja tylko doładowywałam Zuzce telefon – czyli PŁACIŁAM, a moje fundusze WĘDROWAŁY na jej konto. I już ich nie zobaczę... :(

*  *  *

A tak w ogóle - wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! 


21:09, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 grudnia 2015
I po świętach...

Rozleniwiliśmy się w te święta łokrutnie! Odpoczywaliśmy i jedliśmy, a potem dla odmiany jedliśmy i odpoczywaliśmy – wszystko pod pozorem świąt. Mieliśmy co prawda huczne plany spacerowe, ale marna pogoda za oknem skutecznie nas z nich wyleczyła. W ten sposób udało nam się spędzić prawdziwie domowe święta – i z pewnością przytyć tu i tam.
I tylko pies mógł być nieco rozczarowany takim obrotem sprawy, ale cóż mogliśmy poradzić, biedne żuczki!

*  *  *

Jeśli prawdziwe są wyniki, że najbardziej wyczekiwanym prezentem pod choinkę są książki, doskonale wpisujemy w te badania, bo – oprócz różnych różności – każdy z nas dostał na Gwiazdkę przynajmniej jeden ksiązkowy egzemplarz. Przekonaliśmy się też, że Święty Mikołaj wie o nas więcej niż byśmy się spodziewali! Że tata trenuje kendo i przyda mu się zestaw kendockich akcesoriów. Że Oliwka bardzo ucieszy się z onesie w kształcie Pikachu. Że Zuzka z przyjemnością wskoczy w świąteczny sweterek sygnowany lamą i lwem – znakami rozpoznawczymi Dana i Phila. Że Julka z lubością przeczyta opowieść o przygodach sióstr z Krainy Lodu, którym dzielnie pomaga dziewczynka o imieniu... Julka. Że Tutek nie pogardzi elektronicznym gadżetem, a nawet – co najbardziej przerażające – że mama-gapiszon zgubiła swoją mp3-kę i przydałaby jej się kolejna! Chyba trzeba przeszukać dom, bo a nuż Mikołaj ma poutykane po kątach nadajniki i prowadzi naszą permamentną inwigilację!
Jednak nie gorzej niż Święty Mikołaj, z analizą naszych osobowości poradziła sobie Oliwka, która w ramach prezentu obdarowała nas własnoręcznie przygotowanymi serduszkami.

 

A tak prezentują się nasze Świąteczne Wygłupki:

 

*  *  *

Chyba ulubionym prezentem Julki była spersonalizowana książka z serii ‘Frozen’, w której występują ona sama oraz jej rodzeństwo. Jednak po głębszej analizie tekstu, w głowie Malutkiej (głęboko wierzącej w istnienie i działalność Świętego Mikołaja) pojawiła się niejasność.

- Mamo, od kogo właściwie dostałam tę książkę?
- A dlaczego pytasz? – grałam na zwłokę.
- Bo myślałam, że od Mikołaja, ale tu jest napisane ‘Od mamy i Taty’!

I tu nas miała! Trzeba było szybko coś pościemniać...

21:41, oszin13
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 grudnia 2015
Merry Christmas!

23:30, oszin13
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 grudnia 2015
Świąteczne przygotowania...

...ruszyły z kopyta! Nareszcie można się zabrać za pichcenie bigosu, pieczenie
ciast, lepienie pierogów, szykowanie sałatek – cały ten świąteczno-kulinarny
zgiełk. Już się na to cieszę! Znajoma wysunęła wprawdzie pomysł skorzystania z
usług kateringowych, ale to nie dla mnie! Ja tam lubię poczuć w kościach trudy świątecznych przygotowań - bez spiny, na luzie, dla przyjemności. By przedreptać cały dzień, a wieczorem móc opaść na kanapę, z kolorową gazetą w dłoni i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku w sercu. A potem zebrać zachwyty najbliższych – ‘my precious!’ ;)

*  *  *

Znalazłam w necie informację, że J.K.Rowling jest matką trójki dzieci. Teraz rozumiem skąd u niej pomysły na takie gadżety jak Zmieniacz Czasu - żeby móc ogarnąć wszystkie dziecięce imprezy, potrzeba zaiste magicznych zdolności! A mnie właśnie taki Zmieniacz Czasu BARDZO by się przydał ostatniej niedzieli! Mogłabym i posłuchać występu artystów śpiewających z towarzyszeniem Zuzkowego chóru, i obejrzeć taneczne wygibasy Julki. Ale ponieważ póki co, nie posiadam Czasozmieniacza (gwoli ścisłości, nawet go posiadam, ale moja replika, przywieziona jako pamiątka z Warner Bros. Studio, jakoś nie działa..), musiałam wybrać tylko jedną z imprez. W ten sposób spędziłam kulturalny wieczór w katedrze w Armagh, a Julkowe popisy obejrzałam z playbacku.

Koncert był (jak można się było spodziewać) wspaniały! Największą uwagę kilkutysięcznej publiczności skupili oczywiście trzej goście specjalni – Liam Lawton,
śpiewający irlandzki ksiądz, Karl McGuckin, baryton oraz Fra Fee, tenor, znany
m.in. z ‘Les Miserables’. Ale towarzyszący im chór St. Catherine’s College doskonale
ich uzupełnił. Śpiewano kolędy – tradycyjne i te bardziej współczesne, napisane
przez Liama Lawtona – czytano fragmenty Ewangelii i osobiste refleksje.

Było magicznie i... piekielnie zimno! Chyba zbyt rzadko bywam na koncertach w
Katedrze, bo absolutnie nie byłam przygotowana na panujące tam warunki
atmosferyczne. Na początku koncertu nonszalancko zdjęłam płaszcz i otuliłam się
li jedynie szalem. W antrakcie przeprosiłam się z płaszczem, a pod koniec imprezy
błogosławiłam fakt posiadania rękawiczek! Za to dwie miłe panie, siedzące obok
mnie, z pewnością sa stałymi bywalczyniami katedralnych ław – tuż po pierwszej pieśni
wysupłały z przyniesionych przez siebie reklamówek poduszki, na których
wygodnie się rozsiadły, nastęnie rozłożyły sobie na kolanach gruby pled, a w
antrakcie wyciągnęly paczkę cukierków na przegryzkę! Następnym razem będę
przygotowana!
Marzliśmy więc kolektywnie w imię Wyższej Sztuki, a najbardziej chyba biedni
artyści, prężący się na schodach prezbiterium w eleganckich garniturach, zmarznięci
na kość, usiłujący od czasu do czasu dyskretnie wytrzeć nos czy pochuchać w
ręce. Dlatego nie dziwi fakt, że zaraz po koncercie, mimo burzliwych owacji na
stojąco, śpiewacy zniknęli w czeluściach garderób i tam pozostali, przytuleni
zapewne do źródeł ciepła. I na panewce spaliły plany chórzystek, z których co
najmniej połowa została zauroczona chłopięcą urodą Fra Fee, by dopaść go po
występie i zdobyć autograf lub choćby pstryknąć selfie. Pozostały im tylko
wspomnienia wspólnego kolędowania i... program na pamiątkę ;)

*  *  *

- Mamo, śpię dzisiaj na dole i będę oglądał film do późna! – oświadczył któregoś
wieczora Mati.
- Okej – zgodziłam się.
- A czy mogę się wieczorem napić piwa? – kontynuował Matt.
- Synu, jesteś dorosłym człowiekiem – wyjaśniłam. – Jeśli masz ochotę napić się
piwa, kup sobie i się napij! Nie ma problemu!
- Jak to?! To mam sobie kupić?! Nie mogę po prostu wziąć piwa od taty?! –
zdziwił się mój ‘dorosły’ syn.

Przydałoby się w ogródku takie lemoniadowe (lub piwne) drzewo...

*  *  *

Z zainteresowaniem obserwowałam Matiego, szykującego sobie samodzielnie jajecznicę.
- Czemu bierzesz wszystko tak delikatnie, w dwa palce? – zapytałam zaintrygowana.
- Staram się zachować czystość! – wyjaśnił mi Mati.
- Tak?! Jakoś nie zauważyłam, żebyś się ostatnio częściej kąpał!
- Nie muszę! – odparł Matt – Bo ja się po prostu NIE BRUDZĘ!

Dlaczego do tej pory nie dostrzegłam, że Mati jest CYBORGIEM?...

12:23, oszin13
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 grudnia 2015
Szalona lokomotywa

Mój Pierwszy Mąż – prywatnie ojciec czwórki dzieci – ze zdziwieniem stwierdził ostatnio, że bardzi się mylił, oczekując spokoju na stare lata. Życie go bowiem nauczyło, że duże dzieci wymagają więcej zachodu niż małe! Nie zmienia już wprawdzie pieluszek i nie przeżywa wyżynających się zębów, za to dowozi, odwozi, przewozi swoje odchowane pociechy w najróżniejsze miejsca i na najrozmaitsze imprezy, próbując upchnąć coraz to nowe występy i atrakcje w rodzinnym terminarzu. A pociechy z lubością angażują się w kolejne projekty, rzucając rodzicom wyzwania logistyczne. Najbliższe takie wyzwanie czeka nas w niedzielę, kiedy Julka i Zuzka będą występować artystycznie, wprawdzie o tej samej godzinie, ale w dwóch różnych miastach! Dlatego rozdzielamy rodzicielskie siły! Ojciec jedzie oglądać (i koniecznie uwieczniać) taneczne pokazy Czupurka. Ja udaję się na koncert ‘Candlelight Christmas’ do Katedry w Armagh, gdzie Zuzka wraz ze swoim szkolnym chórem będzie towarzyszyć występom Liama Lawtona, Karla McGuckina i Fra Fee - trzech lokalnych śpiewaków (światowej sławy!).
Doceniając zaangażowanie naszych pociech, nie możemy jednak doczekać się czasu kiedy, po serii tych kulturalnych uniesień różnej maści, będzie można nareszcie spokojnie... wpaść w wir przedświątecznych przygotowań! ;) Dobrze, że chociaż prezenty zostały już ogarnięte – dzięki Bogu za sklepy internetowe z dostawą do domu!

Możemy więc śmiało powiedzieć, że niczego nam tak nie brakuje jak wolnego czasu, a JEŚLI uda nam się go nieco wykroić, okazuje się, że... piec cieknie i musimy ratować kuchnię przed powodzią. I u drzwi, zamiast Mikołaja, pojawia się miły pan z oznajmieniem: ‘Wesołych Świąt życzy Hydraulik!’

*  *  *

Trafiła mi się niedawno okazja zrobienia dobrego uczynku – nie tak wprawdzie spektakularnego jak ten z ‘Vabank 2’, ale też zacnego. Znajoma znajomej organizowała ciepły przedświąteczny posiłek dla bezdomnych w Belfaście, a ponieważ było wśród nich trzech Polaków, poproszono mnie o przygotowanie dla nich typowego polskiego obiadu. Na wynos, a raczej na ‘donos’. Pomyślałam: ‘Czemu nie?’ i w niedzielny poranek rzuciłam się do odgrzewania zupy ogórkowej, gotowania ziemniaków z koperkiem, smażenia schabowych i szykowania mizerii. Wszystkie specjały (uzupełnione o pudełko polskich czekoladek) zostały spakowane, odebrane przez znajomą znajomej i dowiezione na miejsce akcji. Potrzebujący się najedli (mam nadzieję, że smakowało :)), a mnie pozostało równie sycące uczucie dobrze spełnionego obowiązku. I podziękowania od setki osób na Facebooku :)

Fajnie jest robić dobre uczynki!

*  *  *

Mimo zdecydowanego oporu wobec golenia pach, wyrażanego niejednokrotnie głośno i jednoznacznie, Zuzanna musiała jednak ulec i pozbyć się zimowego nadmiaru :) Wszystko z powodu swoich występów scenicznych i konieczności wrzucenia na grzbiet ulubionej ‘małej czarnej’ bez rękawów. Walczyła wprawdzie dzielnie, próbując dobrać do sukienki różnej maści sweterki, ale ostatecznie skapitulowała i, złorzecząc pod nosem, zniknęła za drzwiami łazienki.

Czyli jesień jesienią, a okazja czyni... zgolenia ;)

*  *  *

Jak nauczyło nas życie, rodzic musi być zawsze czujny, albowiem nigdy nie wiadomo co, i o której godzinie, przypomni się jego latorośli. Świeży przykład powyższej zasady mieliśmy nie dalej jak wczoraj, kiedy Oliwka, o godzinie 22-giej, PRZYPOMNIAŁA sobie, że prezent dla jej koleżanki w ramach Secret Santa, potrzebny jest na DZIŚ, a nie (jak utrzymywała do niedawna) na JUTRO! Przetrawiwszy tę szokującą wiadomość, ruszyliśmy do przeglądu rzeczy zakupionych ‘na wsiaki słuczaj’ i skompletowaliśmy zgrabny prezent książkowo-piśmienniczy, nie przekraczający dopuszczalnego budżetu. Oliwka wprawdzie kręciła nieco nosem, twierdząc że koleżanka, którą wylosowała, lubi tipsy (!), ale TAKIEJ pozycji nie mieliśmy akurat na stanie. ;)

Za to na stanie, od wczoraj, mamy prawdziwy szkocki kilt! Nówka, kupiona ‘na wszelki wypadek’ po bardzo okazyjnej cenie. Po kiego grzyba nam kilt? Wersja oficjalna, głoszona przez Pierwszego Męża, jest taka, że skoro mamy w domu strój krakowski i hinduskie sari, możemy (a nawet POWINNIŚMY!) mieć też kilt – w końcu nigdy nie wiadomo, jakich kostiumów będą potrzebować dzieci.
Wersja nieoficjalna, ukuta przeze mnie, jest taka, że posiadanie szkockiej garderoby było od dawna marzeniem Pierwszego Męża, więc po prostu skorzystał z nadarzającej się okazji. ;)

Jakakolwiek była geneza nietuzinkowego zakupu, muszę przyznać, że Pierwszy Mąż prezentuje się w kilcie całkiem okazale, niczym Rob Roy jakiś. I jak na dumnego szkockiego górala przystało,
nie zgodził się, niestety, na sesję zdjęciową - dysponuję więc jedynie obrazkiem z imprezy sylwestrowej sprzed wielu lat, kiedy za kilt robiła moja spódnica w szkocką kratę...



16:05, oszin13
Link Dodaj komentarz »