To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
wtorek, 30 grudnia 2014
Spleen…

I po świętach! W pasie nam przybyło, z lodówki ubyło, a i portfel świeci pustkami. Czyli – tradycji stało się zadość! Dzieci nadal mają przerwę w szkole, więc siedzą w domu i nawet – ha, ha – zdają się być znudzone elektroniką! Dlatego codziennie po śniadaniu (baaaardzo późnym, bo w końcu mamy wolne i możemy wyspać się do woli), urządzamy sobie partyjkę scrabble, już to w polskiej (Matt i ja), już to w angielskiej (Zuza i Ola) wersji. Bo w końcu ileż można gapić się w ekrany!

Wszystkie zaplanowane na świąteczny czas atrakcje udało nam się doprowadzić do szczęśliwego zakończenia. Indyk udał się wyśmienicie (nadzienie pieczarkowo-boczkowe z dodatkiem cebuli, palce lizać!) Piekł się, bestia, ze cztery godziny, a resztkami dałoby się napaść jeszcze ze dwie rodziny, dlatego drugi dzień świąt przechrzciliśmy z Boxing na Leftovers Day. Ciasta też nam zdecydowanie wyszły – serniczek pochłonęłam osobiście, struclą makową zajął się Pierwszy Mąż, na co dzień osobnik raczej antyciastowy :) Reszta obżarstwa niech pozostanie milczeniem.

Prezenty, podrzucone nie wiedzieć kiedy pod świąteczne drzewko przez Mikołaja, zostały przyjęte entuzjastycznie, czyli były trafione! Zuzka i Julka zostały w tym roku obdzielone tematycznie, gadżetami z Tolkiena i „Frozen”. Zuzka powiększyła zasób osobistej biżuterii o naszyjnik Arweny i PRAWDZIWY pierścień z elfickimi znakami (widać przetrwał żar Mordoru…) Julka stała się mamą pluszowej Elsy, opatrzonej imieniem i nazwiskiem właścicielki, a nawet sama stała się Elsą za sprawą stosownego kostiumu. Oliwka od tygodnia twardo chodzi w swojej „spartańskiej” koszulce i zaczytuje się w książce o najdziwniejszych dziwach świata. Matt przytulił (między innym) nieco środków na swoją pierwszą dorosłą wakacyjną wyprawę, ojciec może z dumą ubierać osobistą bluzę z kendockim motywem, a ja… zrobiłam się NIECO ekskluzywna, odkąd pachnę jak Lady Million. Dla każdego według zasług i zainteresowań.

Z pozostałych rzeczy donosimy, że nie było żadnego wigilijnego cudu - pies NIE zaczął mówić ludzkim głosem, a dzieci NIE zaczęły używać w domu wyłącznie języka polskiego. Przynajmniej nie w tym roku…

Za to – oczywiście i przede wszystkim – narodził się nam Zbawiciel!

*  *  *

- Mamo, jak się mówi „łeb” po polsku? – napadła mnie znienacka Julka.
- „Łeb”?! – zastanowiłam się – To będzie „głowa”!
- Nie! – zaoponowała Malutka - Taka inna „łeb”! Pająka!
- Aaaa – zrozumiałam swoją pomyłkę – TAKA „łeb” to po polsku „sieć”!

*  *  *

Śród okołoświątecznego relaksu przed telewizorem, napadł nas z Pierwszym Mężem Czupurek.
- Dlaczego oglądacie NIENORMALNY film?
- Jak to?! – zdziwiliśmy się, bo film (tytułu nie pomnę) wydawał nam się jak najbardziej normalny i odpowiedni do rodzinnego oglądania.
- Jakiś pan coś ciągle mówi! Nie możecie oglądać normalnie?! – sprecyzowała Julka i wtedy zrozumieliśmy.
- Niestety, Juleńko, nie mówimy po angielsku tak dobrze jak ty, więc ten pan, czyli LEKTOR, pomaga nam zrozumieć film!

Każdy ma swój wzorzec normalności – nasz zdecydowanie mówi po polsku…

*  *  *

Siedziałam sobie przy komputerze i konstruowałam wpis na bloga, kiedy zaczepił mnie Mati.
- Wiesz, że Tolkien TAK napisał całego „Władcę Pierścieni”? – rzucił.
- Jak?! – zdziwiłam się nieco, ale porównanie do SAMEGO Tolkiena mile mnie połechtało - W postaci bloga?! 
- Nie, dwoma palcami! – ściągnął mnie na ziemię Pierworodny - To się nazywa „pecking typing”!

Jak to człowiek beztrosko wklepuje sobie fakty z życia do komputera i nawet nie wie, że jest trybikiem w machinie historii. Poza tym, że - oczywiście - nieodmiennie mówi prozą!

*  *  *

A tak poza tym – jutro Sylwester! A pojutrze Nowy Rok! Oby nam się udało zrealizować wszystkie plany; okej, chociaż połowę; no dobra, choćby część! I będzie dobrze!


20:01, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 grudnia 2014
Happy Christmas!

WS

13:01, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 grudnia 2014
Standardowe Umiejętności Matczyne

Nareszcie!!! Praca zawodowa została szczęśliwie odwieszona na kołek do następnego roku, nadszedł czas makowców, bigosów, pierogów i sałatek. Boże Narodzenie! Jakoś udało nam się w tym roku zupełnie zgrabnie ogarnąć coroczny świąteczny bałagan. Prezenty dla gawiedzi – skompletowane i nawet zapakowane – czekają na swój czas w sekretnym miejscu. Opłatek, w towarzystwie garstki siana, pyszni się na kominku. Z zakupów świątecznych zostały nam tylko drobiazgi, a gar bigosu schładza się w ogrodzie. Spodziewam się, że przez ciasta i pieczenie też przejdziemy jak burza, tylko jeszcze suszone grzybki halucynogenne do postnych pierogów trzeba nam zdobyć.
W ramach nowinek technicznych postanowiłam w tym roku wziąć się za bary z… indykiem, którego rokrocznie przynosi mi z pracy Pierwszy Mąż. Zwykle lekko go rozmrażam – indyka, nie męża! – i porcjuję. Tym razem postanowiłam upiec bydlę w całości i podać, irlandzkim zwyczajem, na obiad w pierwszy dzień świąt. Obowiązkowo z konfiturą żurawinową i – równie obowiązkowo – BEZ lokalnego farszu. Będzie się działo!

*  *  *

Z przyjemniejszych niż garowanie w kuchni zajęć, zaliczyliśmy już część naszych kulturalnych imprez:
- wysłuchaliśmy koncertu nie-do-końca-kolęd w szkole Zuzki. Uczucia mamy mieszane, zwłaszcza na temat rzępolącej niemiłosiernie orkiestry młodych muzyczek, zagłuszającej skutecznie chór. Ostatecznie jednak chórowi udało się zaśpiewać „Stille nacht” na zupełnie przyzwoitym poziomie, czym uratował swoją reputację i nasz wieczór;
- odhaczyliśmy wizytę w kinie, wysyłając Zuzkę, Matiego i Oliwkę na „Hobbita”, a resztę rodziny na ”Paddingtona”. Świetnieśmy się bawili, pod pozorem rodzicielskiego uszczęśliwiania dzieciarni. Nie mogę wiele powiedzieć o „Hobbicie”, ale przygody małego misia z Najciemniejszego Peru polecam!;
- dopełniliśmy dorocznej tradycji i obejrzeliśmy świąteczne przedstawienie w szkole Oliwkowo-Julkowej. Jak zwykle, na BARDZO wysokim poziomie artystycznym i dopięte na ostatni guzik w kostiumie. Tegorocznym motywem przewodnim były święta dookoła świata i faktycznie było na co popatrzeć. Nasze dziewczynki błyszczały na scenie, a w naszych rodzicielskich oczach błyszczały łzy wzruszenia
:-);
- skonsumowaliśmy – a dokładnie JA skonsumowałam – koncert Belfast Community Gospel Choir i był to zaiste niezapomniany wieczór! 80-ciu amatorów na scenie, pod wodzą niezwykle energetycznej dyrygentki, wkręciło nas w genialną świąteczną zabawę, okraszoną gospelowym klimatem. W antrakcie zakupiłam sobie nawet płytę na pamiątkę, by zachować fragment tej magii na święta. Próbka ich talentu do obejrzenia na: http://www.bcgc.biz/

*  *  *

Do grona, jakże szerokich, Standardowych Umiejętności Matczynych, niezbędnych do codziennego zarządzania wesołą gromadką dzieciaków i osobistym mężem, doszła mi jeszcze jedna. Profesjonalne wiązanie HAKAM!
Mój Pierwszy Mąż poświęca od jakiegoś czasu dwa wieczory tygodniowo na zajęcia kendo, czyli bieganie z drewnianym kijem, wydawanie z siebie okrutnych okrzyków i walenie przeciwników po głowach z szybkością światła. Mimo, iż ćwiczy niezbyt długo, podążanie drogą miecza wychodzi mu tak dobrze, że otrzymał zgodę na noszenie stroju organizacyjnego czyli hakamy właśnie. Zakupiwszy rzeczony komplecik,
w okrutnie farbującym kolorze indygo, stroi się weń przed treningami. A że wiązanie hakamy jest sprawą równie prostą, jak japońska ceremonia parzenia herbaty, śpieszę mu z pomocą. Dla lepszej ilustracji problemów, z jakimi borykamy się w trakcie naszych hakamowych zabaw, tutorial online:

https://www.youtube.com/watch?v=5RXAA6hMXJI

                                                                                  *  *  *

I znów przez przypadek dotknęliśmy historii! Podczas naszych wakacyjnych wędrówek po Europie, wpadliśmy przypadkiem i na chwilę do Llanfair­pwllgwyn­gyllgo­gery­chwyrn­drobwll­llanty­silio­gogo­goch, miejscowości o drugiej co do długości nazwy na świecie. Ostatnio okazało się także, że jeden z murali, na które natknęliśmy się na berlińskich ścianach, został namalowany przez słynnego włoskiego artystę-graficiarza, Blu, zostawiającego swój podpis na ścianach całego świata, w tym polskich.
Dowody? Nasz album rodzinny:
ber

oraz inne źródła:
http://www.laboiteverte.fr/les-peintures-murales-de-blu/

*  *  *

- Jakim ja jestem idealnym mężem! – rozpływał się nad swoimi zaletami Pierwszy Mąż.
- Aha! – przytaknęłam, bo nie wypadało inaczej. - Gdybyś tylko mógł, ożeniłbyś się sam ze sobą! 

Hmmm… - zadumał się małżonek, zapewne rozważając w myślach tę kusząca perspektywę.
Jaka szkoda, że póki co małżeństwa homoseksualne w wersji auto, są niedopuszczalne! – przebiłam mydlaną bańkę jego marzeń.

Swoją drogą, ciekawe czy wytrzymałby sam ze sobą długo?...

*  *  *

- Mamo, czy możesz mi zrobić kanapeczkę? – zapytała mnie Julka.
- Z czym? – zażądałam detali.
- Z masłem i MJUTEM!  - sprecyzowała Julka.

Kanapeczka w sam raz dla Misia o Bardzo Małym Rozumku…

14:56, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 grudnia 2014
Święta za pasem!

Nadszedł grudzień, niby zimowy, ale bardziej deszczowy. Czas na pustoszenie kalendarzy adwentowych, dekorowanie choinki, ustalanie świątecznego menu i wpadanie w depresję z powodu braku prezentów dla najbliższych. Tegoroczne „must have”, marzenie każdej dziewczynki, czyli śpiewająca lalka Elsa z „Frozen”, to zabawka, której ABSOLUTNIE nie da się już nigdzie kupić! Rodzice małych dziewczynek są zdesperowani, wylewając żale na portalach społecznościach. Wskutek prawa popytu i podaży wyrósł nawet lalkowy czarny rynek i w sieci pojawiły się oferty sprzedaży obiektu dziecięcego pożądania z czterokrotną przebitką cenową! Zgroza!
Na szczęście nasz domowy Mikołaj oparł się zbiorowej paranoi i znalazł salomonowe wyjście z sytuacji (grunt to kreatywność, ale to tylko z NASZYMI dziećmi da się załatwić). Póki co, trwamy w rodzicielskim samozadowoleniu, bo owca pozostaje cała. Czy wilk będzie syty, dowiemy się 24-go grudnia wieczorem...

*  *  *

Święta świętami, a tymczasem miło nam donieść, że koniec starego i początek nowego roku zapowiada nam się niezwykle kulturalnie, ze zdecydowanym naciskiem na koncerty. Jeszcze w grudniu czarna muzyka, czyli koncert kolęd w wykonaniu Belfast Community Gospel Choir, wraz z rautem z okazji premiery płyty. Zaraz po nim, rodzinny wypad do kina na połączone siły Hobbita i Paddingtona.
Tymczasem w styczniu czeka nas wizyta w teatrze i doroczne panto – tym razem „Kopciuszek” - w wykonaniu naszej lokalnej trupy teatralnej (z niemałym trudem udało mi się załatwić bilety DOKŁADNIE na dzień Zuzkowych urodzin, więc kroi nam się wypad w imprezowym składzie).
Wisienką na naszym kulturalnym torcie będzie koncert Celtic Woman (whoop, whoop!), na który polowaliśmy z Pierwszym Mężem ze trzy lata, bo grupa na stałe koncertuje w Stanach. Tymczasem na początku roku dziewczyny wpadają na chwilę do Europy i przydybaliśmy je w Dublinie. Czeka nas więc z Małżonkiem kulturalna randka tylko we dwoje (nie licząc kilku tysięcy innych fanów). Byle tylko zima się nie namyśliła i nie zasypała nam dróg ;)

*  *  *

Na wspomnianą wyżej projekcję Hobbita czekamy wszyscy (może z wyjątkiem ojca), ale NAJBARDZIEJ czeka na nią nasza Zuzanna. Jako świeżo upieczona fanka twórczości mistrza Tolkiena, pożera aktualnie „Władcę Pierścieni”, nosząc dzielnie do szkoły cegłę  w postaci trzech tomów w jednym. Podziwiamy jej determinację tym bardziej, że nikomu z reszty rodziny (co przyznajemy ze wstydem) nie udało się skonsumować elfickiej trylogii. Dlatego wdzięczni jesteśmy niejakiemu Peterowi Jacksonowi za to, że skonstruował wcale zgrabne adaptacje „Władcy…” oraz „Hobbita” i relatywnie niewiele namieszał w koncepcji oryginału.
Oczywiście, oprócz zaczytywania się w języku elfów, nasza Zuzanna nie odmawia sobie także oglądania wspomnianych adaptacji. Po wielokroć! Lubi i podziwia kreacje wszystkich aktorów, ale szczególnym afektem pała do… Orlando Blooma (czemu się w sumie nie dziwię). Dlatego kiedy dowiedziała się, że z okazji premiery „Bitwy Pięciu Armii” można poprosić na tweeterze o autograf ukochanego aktora, niezwłocznie wysłała zapotrzebowanie na takowy. I dostała – oto dowód!

1417466869935_1

 Wydrukowałam jej ten skarb na papierze fotograficznym i wisi teraz nad jej łóżkiem. A koleżanki ponoć zzieleniały z zazdrości! ;)

*  *  *

Nasza Oliwka nie byłaby sobą, gdyby myślała prostolinijnie. Zawsze musi coś nawywijać, namotać i wykręcić. Z okazji zbliżającego się bierzmowania, obmyślała ostatnio swoje drugie imię.
- Wiem! – wykrzyknęła triumfalnie – Nazwę się OLIVIA! Przez „V”!
- Znaczy Oliwia Olivia?! Masło maślane trochę! – wyraziłam swoje zdanie.
- Okej, wymyślę coś innego! – obiecała Oliwka i zagłębiła się w żywoty świętych.
- Mam, mam! – krzyknęła za niedługo. – To jest to!
- To znaczy? – zaryzykowałam pytanie.
- Nazwę się OSBURGA! – odpowiedziała zdecydowanie Oliwka.

A ja myślałam, że ze swoją BERNARDETTĄ byłam oryginalna! Powodzenia życzę biskupowi z wypowiadaniem tego imienia podczas bierzmowania!

*  *  *

- Mamo! Możesz włożyć mi TEMPERÓWKĘ do buzi? – zaproponowała mi znienacka Julka.
- Temperówkę?! Po co?! – spytałam ze zgroza, bo przypomniałam sobie oglądany niedawno film z Eddiem Murphym jako kosmitą, który temperował ołówki w nosie.
- Żeby sprawdzić czy jestem chora! – odparła spokojnie Julka.

Aaaaa, o TAKĄ temperówkę chodziło! Przyznam, że mnie zaskoczyła! I prawie udało jej się pobić fantazję Oliwki, która we wczesnym dziecięctwie poprosiła mnie o „GOLĄCKE PODPASKE”, czyli… termometr pod pachę – w podobnym celu ;)))

00:20, oszin13
Link Dodaj komentarz »