To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
wtorek, 31 grudnia 2013
Szczęśliwego Nowego Roku życzy Kominiarz!

Dzięki uprzejmości pieca centralnego ogrzewania i przy udziale czyszczącego go Pan Konserwatora, dzieci mogły tuż przed Nowym Rokiem w praktyce poznać właściwości fizyczne sadzy. I przyznam, że nawet mnie, dziouchę na wsi chowaną, zaskoczył fakt jak SZYBKO się ta sadza roznosi i jak NIEŁATWO się jej pozbyć z podłogi i sprzętów wszelakich. Oczywiście największym roznosicielem czarnego świństwa okazał się pies – a trzeba nam było kupić czworonogowi gustowne paputki pod choinkę! 
Dla równowagi w przyrodzie, dziewczynki postanowiły wieczorem upichcić samodzielnie bananowe naleśniki - i całość kuchni pokryły mączną kołderką. A na sam koniec – zupełnie przypadkowo – spadła im na podłogę miska z masą naleśnikową. 

Szczęśliwego Nowego Roku życzą więc: Kominiarz, Kucharka i Sprzątaczka! Wespół w zespół!
Ale nic to! – grunt że piec znowu hula jak należy i ciepełko po domu się roznosi! Tylko naleśników żal…

*  *  *

Nie bez dumy oznajmiamy, że zasialiśmy w Matim ducha rycerskości – i to w klasycznym, sienkiewiczowskim wydaniu! Trochę przez nas zachęcony, trochę przymuszony, zasiadł był z nami w święta do oglądania „Pana Wołodyjowskiego” i… złapał bakcyla! Na drugą część filmu stawił się już sam z siebie, bez przypominania! Po seansie wypytał szczegółowo o wszystkich bohaterów i każdego z osobna – najbardziej przypadł mu do gustu nie Mały Rycerz, ani nawet krwawy Azja Tuchajbejowicz, ale rubaszny Zagłoba :) Trzeba nam teraz kuć żelazo póki gorące i pędzikiem kupować „Trylogię” - najlepiej w wersji papierowej, jako odskocznię od elektroniki! Przeglądamy więc chyżo oferty internetowych księgarni w kraju i zagranicą - póki duch rycerski Tutka nie opuści!

 

*  *  *

Z serii „Świąteczne podpuszczanie”:

- Tutek, kupiłeś prezenty dla dziewczyn? – zagaiłam dyskretnie.
- Nie – odparł Tutek. – Ale mam świetny pomysł!
- Jaki?
- Wyprodukuję dla nich specjalne vouchery, upoważniające do godzinnego korzystania z mojego laptopa. Po jednym raz każdą!

Skąpstwo godne przysłowiowego Poznaniaka, a Mati przecież z centralnej Polski, z miasta Warszawy pochodzi!

Aliści z poświątecznej pespektywy dodać muszę kąśliwie, że nawet obiecanych voucherów nie wyprodukował… Sknerus jeden!

*  *  *

Wieczorem zajrzałam do synowskiego pokoju.
- Tutek, kąpiesz się dzisiaj?
- Być może! Tak! Na pewno! Czemu nie?! – wystrzelił odpowiedzi Mati i nawet nie oderwał wzroku od ekranu laptopika.

Znaczy potwierdził chęć wzięcia kąpieli. Nawet kilka razy! Tak sobie to tłumaczę!

*  *  *

Julka przydreptała do mnie z OGROMNĄ pretensją.
- Mamo! Dziewczyny mówią do siebie po angielsku i ja nic nie rozumiem! Powiedz im, że mają mówić po polsku!!!

Ba! Ileż to razy prosiłam!... Ale z drugiej strony patrząc, ulubionymi bajkami Julki są ostatnio programy ΑΚΑΤΑ ΜΑΚΑΤΑ, nadawane po grecku - o ile mogłam się zorientować z charakteru skomplikowanego alfabetu podpisów pod filmikami na Youtube! Julka patrzy w nie jak urzeczona, choć zakładam (może mylnie :)) że niewiele kuma – jak i my wszyscy. Ale w sumie nie zdziwimy się, kiedy któregoś dnia nasza Julencja zacznie mówić do nas w kompletnie obcym języku ;)

13:30, oszin13
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 grudnia 2013
Pokolędujmy!

00:03, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 grudnia 2013
Życzymy wszystkim...

23:58, oszin13
Link Dodaj komentarz »
Wir przygotowań

Oficjalnie zakończyliśmy rok 2013! Hola, hola – tylko w pracy! Papierkologia została uporządkowana, rozpoczęte sprawy doczekały szczęśliwego zakończenia, ustalono grafik świątecznego karmienia rybek i… pożegnaliśmy się na ten rok. Czas było rzucić się w wir domowych przygotowań do świąt, zapiąć menu na ostatni guzik, dokonać ostatnich zakupów. Jeszcze wczoraj w kuchni rządził zapach bigosu, dziś jest bardziej słodko – pierniczki i makowce rulez! Oj, waga łazienkowa się po świętach załamie, ale co tam – podobno kochanego ciała nigdy za mało i tego się trzymajmy!

W międzyczasie, w ramach odskoczni, dla uczczenia pierwszego dnia zimy, wyprawiliśmy się z dziatwą do Belfastu, by wreszcie zrealizować wielkie marzenie dziewczynek i odwiedzić świat Build-a-Bear! Owocne to były odwiedziny, wyszliśmy ze sklepu bogatsi o dwóch nowych puchatych przyjaciół – misia Rainbow i zająca Trixie. Wraz z góóóórą ubranek. Oczywiście, tylko szczęście w oczach dziewczynek było bezcenne - za resztę trzeba było jednak zapłacić :) Ale uczciwie dodamy, że dziewczyny zgodnie z wcześniejszą umową sięgnęły też do własnych portfeli i uszczupliły zasoby kieszonkowego na dodatkowe misiowe gadżety. Próbowaliśmy namówić je jeszcze na szalony rodzicielski pomysł postawienia pudeł z misiami pod choinką aż do świąt, ale nie dały się skusić – i wcale im się nie dziwimy…

*  *  *

Spotkałam się ostatnio ze stwierdzeniem, że w szkole dziewczynek na Boże Narodzenie dzieci grają co roku to samo przedstawienie.
- Ależ skąd! – oburzyłam się do żywego. – Chadzam co roku na te przedstawienia i co roku grają co innego!
Po dłuższej chwili mego pierwszego męża napadła niespodziewana refleksja.
- Właściwie to ten ktoś miał rację! Co roku grają to samo!
- Ale jak to?! – oburzyłam się podwójnie, bo żeby tak mój własny mąż, jak ten Brutus?!
- No wiesz, na scenie pojawia się Maria, Józef, dzieciątko, pasterze i Trzej Królowie. Co roku to samo! Bo to przecież Bożonarodzeniowe przedstawienie!

No i, skubany, miał rację…

*  *  *

Zbieraliśmy się z pierwszym mężem do spania. Obok mnie, na kanapie, chrapały głowa przy głowie Julka i Molly – nasze dwie najmłodsze latorośle :)
- Zanieś jedną na górę do sypialni – poprosiłam męża i zażartowałam – Możesz wybrać, którą.
Na to mój mąż wziął na ręce psa i wyszedł…

Dowcipniś…

*  *  *

W niedzielny poranek, nad łóżkiem Matiego…

- Mati, masz jakieś lekcje do odrobienia? – spytałam lekko jeszcze zaspanego pierworodnego.
- Tak, ale zrobię je później… - odparł leniwie, zerkając łakomie na laptopika, co nie uszło mojej uwadze.
- Ok, więc wstań, zjedz śniadanie i idź na spacer z psem. – rzuciłam propozycję, z gatunku tych nie do odrzucenia.
- ALE JA MAM LEKCJE!!! – przypomniał sobie natychmiast Matt.

Taaa… Zupełnie jak: „Zenon, śpisz?”, „Nie!”, „To pożycz rower!”, „ŚPIĘ!” :)

*  *  *

Oliwka bawiła się z Molakiem na podwórku i BARDZO nie chciała, żeby Julka przyłączyła się do zabawy. Zagoniona z powrotem do domu młodsza siostra stała więc przy kuchennym oknie i obserwowała sytuację na podwórku, po czym przyszła do mnie z zatroskaną miną.
- Wiesz, mamo, myślę o Oliwce! – powiedziała.
- A co takiego myślisz? – spytałam.
- Myślę, czy nie jest jej zimno, bo bawi się na dworze i nawet nie ma rękawiczek!

Roztkliwiająca siostrzana troska, tylko czy aby nie odrobinę nieszczera?...

*  *  *

Byłyśmy właśnie z Zuzką bardzo zajęte w kuchni malowaniem kamieni (!), kiedy znikąd pojawiła się obok nas Julka z OGROMNĄ pretensją.
- Mamo! – wysyczała w moim kierunku - Mogłaś mi nie pozwolić się tym malować!!!
Nie bardzo wiedząc o co chodzi, spojrzałam na nią i ujrzałam na jej twarzy jeden z najbardziej futurystycznych makijaży świata, zrobiony oczywiście pokątnie, bez mojej wiedzy i zgody. Widocznie jednak efekt końcowy nie zadowolił mojej malutkiej makeup artist, więc musiała znaleźć kozła ofiarnego. I to właśnie JA byłam winna wszystkiemu…

Jak zwykle zresztą!...

00:18, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 grudnia 2013
Zalatany tydzień

Nadszedł czas totalnego zalatania, a już ostatni tydzień by MA-SA-KRYCZ-NY! Wysyp obiadów świątecznych, imprez choinkowych i spotkań okolicznościowych, a przede wszystkim PRÓB do choinkowego przedstawienia. Codziennie coś!!! Po prostu padaliśmy z nóg dostarczając, odbierając, uczestnicząc - i odliczaliśmy dni do sobotniej gali w Town Hall, która oznaczała kres naszych ponadludzkich logistycznych wysiłków. Aż wreszcie nadeszła – sobota i gala! I wszystko się szczęśliwie skończyło. Julka i Oliwka zagrały niepoślednie role w świątecznym przedstawieniu, Zuzka zawyła, znaczy pardon, zaśpiewała razem ze swoją grupą United Stars przebój One Direction, a na sam koniec gali Oliwka przeczytała po polsku wiersz Staffa „Gwiazda”, co było nie lata wyzwaniem zważywszy na niełatwe staffowe słownictwo („Co to znaczy starościeczka?” – „STAROŚWIECKA!!!”) Ale summa summarum nie zająknęła się i cała dumna zeszła ze sceny, a mamie zakręciła się w oku łza wzruszenia :) 

Ubiegłotygodniowe emocje nieco już opadły, teraz tylko czekamy jeszcze na relacje w lokalnej prasie! Przyznajemy się bez bicia, że jesteśmy z pierwszym mężem miłośnikami lokalnej gazety, zwanej przez nas (z racji sentymentu) „Tygodnikiem Siedleckim”. Kupujemy ją obowiązkowo w każdy piątkowy poranek i wertujemy od deski do deski. Mój pierwszy mąż zwykle przegląda pobieżnie zawartość, skupiając się głównie na zdjęciach i tytułach artykułów, i jeśli nie znajdzie w gazecie podobizny któregoś ze swoich dzieci, porzuca lekturę, mrucząc „znowu nic ciekawego nie ma, można spokojnie oddać do sklepu i zażądać zwrotu pieniędzy”. Rozbestwił się był po prostu, bo faktycznie, zdjęcia członków naszej familii pojawiają się w lokalnej prasie nader często :) Oczywiście, wszystkie fotki pieczołowicie wycinam i chowam w rodzinnym archiwum, jak na bibliotekarza przystało.
Tym, co mnie nieodmiennie zaskakuje podczas lektury naszego „Tygodnika…” jest dziennikarstwo, hmmm, śledcze (!) Nie wiem skąd redagujący biorą informacje, ale faktem jest, że żywo reagują na wszelkie światowe wydarzenia i sobie tylko znanymi kanałami wyłuskują z lokalnej społeczności ludzi w jakiś sposób z nimi powiązanych. Po trzęsieniu ziemi w Australii natychmiast znaleziono kogoś, kto AKURAT wtedy był w Australii na wakacjach, po tajfunie na Filipinach przeprowadzili wywiad z Filipińczykiem, który ledwo wyrwał się ze szponów żywiołu i szczęśliwie wrócił do naszego miasteczka na rodziny łono. Przy okazji rocznicy śmierci JKF okazało się, że jego osobisty kierowca, Bill Greer – ten sam, który wiózł prezydenta owego feralnego dnia – urodził się w „naszych” stronach i w latach dwudziestych wyemigrował do USA. Można się poczuć obywatelem świata! ;) Nie zdziwiło nas więc wcale, kiedy po katastrofie śmigłowca w Glasgow gwiazdami kolejnego wydania lokalnej gazety byli leaderzy i uczestnicy Zuzkowej wycieczki. Jak to można zaistnieć niespodziewanie :)
Czytajcie i podziwiajcie, ha, ha:

 http://www.portadowntimes.co.uk/news/local-news/youth-group-on-scene-of-helicopter-crash-1-5731253

*  *  *

Wszystkich zainteresowanych – ze szczególnym uwzględnieniem dziadków – informujemy, że udało nam się wypełnić rodzicielskie zobowiązania względem naszego utalentowanego synka i nareszcie dobiliśmy targu w kwestii nowego laptopika. Nie czekaliśmy z wręczeniem towaru do świąt, boć to przecież nie prezent mikołajowy, a solidnie wypracowana nagroda. Tutik jest oczywiście wniebowzięty – dziewczynki też, bo nagle główny komputer się zwolnił i można się do niego łatwiej dostać. Na wniosek rodziny, Mati stworzył nam jednak oddzielny login na swoim nowym cudeńku, co byśmy i my mieli możliwość skorzystania z jego dobrodziejstw (a już myśleliśmy, że będziemy musieli wycierać odciski palców z ekranu) Pierwszą ofiarą nowego Tutikowego osprzętu padł ojciec, który włączył go z niewinnym zamiarem obejrzenia wiadomości i… odpadł na widok Windowsa 8. Trzeba było przeprowadzić dodatkowe szkolenie dla rodziciela, bo dziewczynki jakoś nie zgłosiły problemu z rozgryzieniem obsługi ;) Inne pokolenie…

*  *  *

Największym niejadkiem w naszej rodzinie jest, niestety, Oliwka. Zdarza się jej grzebać w talerzu niemiłosiernie długo i przesuwać kotleta z miejsca na miejsce. Na takie okazje mam przygotowany wykład o dobrodziejstwach białka zwierzęcego oraz pomoce naukowe w postaci torebki kotletów sojowych.
- Skoro postanowiłaś wyeliminować mięso z diety, służę zamiennikiem – mówię przymilnie, podsuwając Oliwce pod nos suchy kawałek sojowego kotlecika.
Mylą się ci, którzy posądzają mnie o matczyną złośliwość i naigrawanie się z wegetarian – jadłam kotlety sojowe (dzięki uprzejmości koleżanki Anety S.) i zupełnie mi smakowały, więc przedstawiam ich zalety zupełnie szczerze (przynajmniej teoretycznie :))
- Nie chcę kotleta sojowego! – odpowiada Oliwka i zaraz jej schabowy lepiej smakuje.
- Ale dlaczego?! – dziwię się nieszczerze – Piłaś mleko sojowe, kiedy byłaś dzieckiem.
- Tak, tak! – przytakuje mi Julka. – Bo byłaś ZACZULONA na mleko!

*  *  *

- Mamo, wiesz że Nelson Mandela nie nazywał się naprawdę Nelson Mandela? – spytała mnie ostatnio Zuzka.
- Tak? – zdziwiłam się i zawstydziłam, że umknął mi jakoś ten fakt biografii wybitnego człowieka. – A jak się nazywał?
- Nie pamiętam – odparła beztrosko Zuzka i pozostawiła mnie ze znakiem zapytania.

I tyle z nauki – trzeba chyba sięgnąć do wujka Googla i ustalić KOMPLETNE imię N. Mandeli.

*  *  *

- Wyglądasz jak Asteriks! – śmiałam się ostatnio z Tutka, którego przydługie włosy, świeżo odsunięte od poduszki, sterczały malowniczo nad uszami. – Z tęgiego brzuszka przypominasz nieco Obeliksa, a z tęgiego umysłu Panoramiksa! Kwintesencja Galla, po prostu! Żeby nie powiedzieć GALL ANONIM!
- Tylko szkoda, że napoju magicznego nie ma. – odparł smutno Matt. – Mógłbym później wychodzić rano na autobus, a i tak bym zdążył.

 Ach ten Matt, jak zwykle praktyczny!

15:19, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2