To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2012
Do Siego Roku 2013!

Happy New Year 2013

14:18, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 grudnia 2012
I po świętach…

Mimo hucznych zapowiedzi Majów, koniec świata nie nadszedł! Ani 21- grudnia, ani po nim. Nadeszła za to światowa epidemia grypy, która zbiera żniwo również w naszej rodzinie, a jakże! W końcu jesteśmy światowcami! Ledwo wykurowała się jako tako Julka, choróbsko dopadło Oliwkę i zahaczyło o Zuzkę. I tak w koło Macieju! Na wszelki wypadek nie chowam podręcznego zestawu syropów zbyt głęboko. A i termometr mam w pogotowiu na każdym piętrze (znaczy dwa) ;) Trza być czujnym, cholibka, bo jeszcze nie wyznaczono następnego terminu Apokalipsy…


Pomimo nadwerężonej rodzinnej kondycji, jakimś przedziwnym trafem udało nam się usiąść bez szlafroków do kolacji wigilijnej - i zjeść ją między jednym a drugim atakiem gorączki. Na stole pyszniło się (co najmniej) 12 potraw, ale i tak Paracetamol pozostawał daniem głównym – szczególnie w Oliwkowym menu. Mała kuracjuszka dzielnie stanęła jednak na wysokości zadania i zgodnie z rodzinną tradycją przeczytała wybrany przez starszą siostrę fragment Biblii. A potem był opłatek, życzenia, kolacja, kolędy na flecie i nawet tańce irlandzkie (bez muzyki, ale zawsze). Ale to wszystko i tak stanowiło jedynie przygrywkę do PREZENTÓW!!!!
Sądząc po zawartości pod-choinkowej przestrzeni, byliśmy w mijającym roku BARDZO grzeczni ;) Hojny był nasz tegoroczny Mikołaj, oj, hojny dla nas wszystkich, nie wyłączając Psa Paszczaka, który znalazł pod drzewkiem piszczącą paczuszkę. I z miejsca się przestraszył ;) Jednak tegoroczna nagroda w kategorii „największy prezentowy zachwyt” należy się bezapelacyjnie Zuzce. Nasza mała kobietka od tygodni pożądała Księgi Rekordów Guinnessa 2013 (mimo uszczypliwych komentarzy jednej ze szkolnych koleżanek, zapewne nieczytającej). I kiedy spod zwojów szeleszczącego papieru prezentowego błysnęła znajoma zielona okładka, Zuzka wydała z siebie dziki okrzyk zachwytu.
- JEST! JEST! – powtarzała, wyciągając cudo z opakowania i tuląc do piersi.
Bo z czego najbardziej cieszą się dzieci bibliotekarzy? – z książek, oczywiście! A Zuzka dostała ich w tym roku aż trzy!
Ten Mikołaj to musiał być nieźle doinformowany, bo udało mu się w tym roku spełnić wiele dziecięcych marzeń. Że o marzeniach dorosłych nie wspomnę ;)))

*  *  *

Grzebiąc przed świętami w Oliwkowym plecaku, przypadkowo natrafiłam na mocno wymiętoszony i wielokrotnie złożony list do Mikołaja. A właściwie LISTĘ dla Mikołaja, spreparowaną w szkole. Skromna ta korespondencja brzmiała następująco (z uprzejmości przetłumaczę na język polski):
„Moja Mikołajowa lista:
- laptop
- Magno Z [??? – przyp. red.]
- Nokia Lumia 5000
- telewizor do mojego pokoju
- iPad
- komiks ze Spongebobem
- pieniądze
- gumiaki.”

Signum temporis! Ubawiłam się setnie żądaniami Oliwki, tyleż skromnymi co niejednokrotnie absurdalnymi. Pokazałam liścik Matiemu, który też nieźle się uśmiał, ale i wpadł na pewien pomysł.

- Zobacz, mamo, jeśli złoży się tę karteczkę na pół, to z całej Oliwkowej listy zostaną jedynie trzy ostatnie pozycje! Ja już kupiłem jej książkę ze Spongebobem pod choinkę, ty kup gumiaki, a o pieniądzach niech zapomni!

I niech nam ktoś powie, że nie spełniamy dziecięcych marzeń!

*  *  *

- Mamo, a jak właściwie ten Mikołaj wygląda? – dopytywała się przed świętami Julka.
- Tego nikt nie wie, bo nikt go nie widział – odpowiedziałam (prawie) zgodnie z prawdą.
Julka zamyśliła się i po chwili rozpromieniła, albowiem wpadła na pewien pomysł.
- Wiem co zrobimy! – krzyknęła – Weźmiemy pilota od telewizora, wciśniemy pauzę, zatrzymamy Mikołaja i go sobie obejrzymy…

Trzeba przyznać, cwana bestia!

00:17, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 grudnia 2012
Wesołych Świąt!

Merry Christmas

10:59, oszin13
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 grudnia 2012
„Mało casu…

…kruca bomba, mało casu!” Święta za pasem, a czasu na przygotowania coraz mniej! Za to rodzinny kalendarz pęka w szwach od imprez typu „must go” – występy artystyczne, koncerty, świąteczne obiady, spotkania z Mikołajem, imprezy charytatywne, warsztaty, wycieczki itepe itede. Ciężko znaleźć wolną chwilę choćby na obmyślenie świątecznego menu, a co dopiero spreparowanie wpisu na rodzinnego bloga. Na domiar złego Julka nam się pochorowała, cały weekend walczy z gorączką i wisi u maminej ręki niemal 24 godziny na dobę, a w jej żyłach formalnie płynie już Paracetamol! Nie ma rady, jutro idziemy do lekarza. Jak się jej nie polepszy, to czarno widzę ostatni przedświąteczny tydzień. Trza będzie dobrze kombinować… 

Dobrze, ze w przelocie z jednej imprezy na drugą udało nam się nabyć większość prezentów gwiazdkowych (a niektóre nawet zostały już wręczone ;) Przynajmniej to mamy z głowy - resztę jakoś się powoli ogarnie!

*  *  *

Chór szkolny dziewczynek dał w tym roku cztery kolędowe koncerty – trzy w centrach handlowych i jeden w Domu Opieki.
- Wiesz mamo, jak śpiewaliśmy w tym domu starców to dwóch staruszków spało – opowiadała Oliwka.
- Znaczy uśpiliście staruszków! – zauważyłam kąśliwie.
- Nie! Oni spali już jak tam przyszliśmy!
- A może umarli?... – zażartowałam ponuro.
- Eee, nie! – odparła Ola. – Zauważyłam, że oddychali!
- To całe szczęście!  A gdyby im się jednak coś stało to mieli szczęście, bo przeszliście szkolenie z First Aid – skwitowałam.
- Tak! – ucieszyła się Oliwka, a po chwili dodała: - Ale uczyliśmy się tylko „Przytomny”, „Nieprzytomny” i „Zachłyśnięcie”! Nie mieliśmy nic o ataku serca!!!

Na całe szczęście żadnemu z pensjonariuszy nie przyszło do głowy mieć nagły atak serca w obecności nie do końca wyszkolonych kolędników…

*  *  *

Mati z wielkim przejęciem przygotowywał się do klubowej wycieczko do Dublina – szczególnie intrygowała go wymiana waluty ;) Wyjazd jednak niemal w ostatniej chwili odwołano (przed rzeczona wymianą) z powodu niewystarczającej liczby chętnych. Na otarcie łęz klubowe „gamonie” pojechały do Belfastu.
- A dlaczego Tutik nie pojechał na wycieczkę do Dublina? – dopytywała się Julka.
- Nie pojechali na wycieczkę, bo mieli za mało chętnych – odparłam.
- Nie pojechali, bo ZABRALI  MĘTY?! – zdziwiła się malutka.

Właśnie nie zabrali…

*  *  *

I jeszcze zagadka. Na dowód, że człowiek uczy się całe życie! Rozwiązywałyśmy z dziewczynkami ostatnio gwiazdkowy quiz. Pełno w nim było skrótów tytułów kolęd i imion postaci biblijnych. Przy pomocy przyrodzonej samowiedzy oraz Wujka Googla przebrnęłyśmy przez większość zagadek. Pozostał nam tylko skrót „3 o’C – TQS”. Głowiłam się nad paskudztwem czas jakiś, aż wreszcie (nie bez satysfakcji!) znalazłam rozwiązanie: ”3 o’Clock – The Queens Speech”. Bo w każde Boże Narodzenie Królowa wygłasza orędzie do narodu – właśnie o 3-ciej po południu. Oto moja nowa wiedza. Spróbuję w tym roku z niej skorzystać i posłuchać, co też JKM powie ;)

23:29, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 grudnia 2012
Czas prezentów, czas zabawy

Spadły nam ostatnio, jak manna z nieba, ręcznie lepione ruskie pierogi – w ilości hurtowej. Ktoś zamówił za dużo, trzeba było nadmiar upłynnić, wykonano kilka telefonów – w tym do nas - i w ten sposób znienacka znaleźliśmy się w gronie pierogowych beneficjentów. Pierogi na ogół robię sama, zwykle z mięsem lub na słodko, ale darowanemu ruskiemu nie zagląda się w zęby… Produkt przejęłam, podzieliłam na porcje i jeszcze obdzieliłam znajome rodziny. W końcu idą święta! Niech jedzą na zdrowie!

Ten „pierogowy” alert przypomniał mi pewną anegdotę z bibliotekarskiej przeszłości. W okolicach Bożego Narodzenia zbierało się wśród bibliotecznego personelu zamówienia na świeże karpie - prosto z hodowli, z dowozem do pracy (bibliotekarz wbrew pozorom też człowiek –jeść musi;) I znajomy hodowca dostarczał rzeczone ryby prosto do hallu uczelnianej biblioteki, ku uciesze bibliotekarzy i zdziwieniu studentów. A pani portierka, korzystając z magicznego głośnika (chyba przeciwpożarowego), ogłaszała na cały budynek, włącznie z czytelniami i toaletami, co następuje: „Uwaga! Uwaga! Przyjechały karpie!!! Są do odebrania na portierni!!!”. Ech, łza się w oku kręci na samo wspomnienie ;) Chociaż za karpiami nie przepadam…

Natomiast pozostając w temacie tegorocznych prezentów, to jeden z banków prowadzących nasze rodzinne konta, był uprzejmy zafundować swoim klientom roczną licencję na markowego antywirusa! Prezent bardzo na czasie, bo właśnie kilka dni temu porównywałam oferty i kombinowałam co by tu kupić, żeby zyskać jak najwięcej i zapłacić jak najmniej. A tu taka niespodzianka! Oczywiście skorzystaliśmy z propozycji, zainstalowaliśmy antywira i zachowaliśmy ponad 40 funtów w kieszeni! ;) Lubimy takie prezenty! Dziękujemy Ci, Essie Johnsson!

*  *  *

Ubiegły tydzień upłynął pod znakiem przygód wszelakich!
Od wtorku na nowo ruszyły zumbowe treningi – święta tuż-tuż i czas najwyższy zacząć pracę nad kondycją! Pocimy się więc ochoczo grupowo w rytmie salsy.
W środę, w ramach akcji „Dziewczyny Na Wolności”, dokonałyśmy kobiecego abordażu na pokład Titanica! Nie, nie rodzinnie – a nawet wręcz przeciwnie! Dzieci zostały w domu pod opieką mężów lub innych odpowiedzialnych person, a cała banda kobiet z Womens World pojechała na rekreacyjną wycieczkę do Belfastu. Na początek odwiedziłyśmy mój prywatny obiekt westchnień, czyli Titanic Quarter, a w nim najnowsze interaktywne muzeum Titanica – od pierwszego szkicu do ostatniej fali, a nawet poza nią ;) Baaaardzo fajnie to wszystko zostało zaaranżowane i robi niemałe wrażenie.  Można naprawdę poczuć się jak pasażer feralnego kolosa, a na pewno zmierzyć się z jego ogromem! Mnie najbardziej podobała się wirtualna podróż przez wszystkie pokłady i porównanie wyposażenia kajut trzech klas pasażerskich. I jeszcze „latająca” kolejka! Koniecznie muszę wybrać się do muzeum ponownie – tym razem rodzinnie. Dziewczynki z pewnością będą zachwycone, zwłaszcza że i fotosy z Leo Di Caprio można na wystawie zobaczyć!

My też byłyśmy zachwycone, szczególnie że tuż po wyjściu z wystawy o Titanicu, trafiłyśmy na… Boże Narodzenie w bajkowym Wiktoriańskim stylu. W specjalnie udekorowanej muzealnej sali uraczono nas świeżutkimi mince pies i najprawdziwszym bożonarodzeniowym ponczem. Wokół kręciły się panie w szeleszczących sukniach, w tle leciały chóralne kolędy, pan w trójrożnym kapeluszu i szykownym czerwonym kubraczku dzwonił co chwila potężnym dzwonkiem. Z góry sypał na nasze głowy magiczny śnieg, a w budynku opisanym jako „The Old Curiosity Shop” (skojarzenia z Dickensem jak najbardziej nieprzypadkowe) czekał na nas… Święty Mikołaj. Oczywiście obowiązkowo zrobiłyśmy sobie zdjęcie – on jeden i nas osiemnaście! Chyba jednak żadna z nas nie zdecydowała się usiąść starszemu panu na kolanach ;)) Ale zdjęcie wyszło cudnie! Aż żal nam było opuszczać magiczną wiktoriańską ulicę, ale czas gonił!

Obładowane titanicowymi suwenirami, pojechałyśmy na spotkanie z innym starszym panem – tym razem przewodnikiem po Belfast City Hall, siedzibie władz miejskich Belfastu. Pan opowiadał bardzo ciekawie o historii miasta, oprowadzając nas po budynku i pokazując cenne dokumenty, dzieła sztuki, pamiątki i miejsca niekiedy niedostępne dla zwykłych zwiedzających (miałam ochotę podstępnie zapukać do drzwi burmistrza, ale ostatecznie zrezygnowałam – mam za to szpiegowskie zdjęcie kuchni!)
Po uczcie duchowej przyszła pora na uciechy cielesne ;), zjadłyśmy więc lunch w „ratuszowej” restauracji, a potem hajda na zakupy! Świąteczny Jarmark był tuż za progiem i kusił atrakcjami (nawet polskim bigosem)!
W drodze powrotnej do domu padłam ze zmęczenia jak betka. Chwila wytchnienia była tym bardziej cenna, że w drzwiach domostwa przywitała mnie hałastra głodnych gąb do wykarmienia! Matka marnotrawna powróciła!

Ledwie zakończyła się emocjonująca środa, a już w czwartkowy poranek czekała nas nowa przygoda – wypad z grupą „Mothers and Todlers” na szaleństwo do Funky Monkeys. Specjalnie nie wysłałam Julki do przedszkola tego dnia! I jeśli miałam nadzieję na spokojną godzinkę z kawką w dłoniach, podczas kiedy moja latorośl będzie wspinać się po linach i samodzielnie bawić pośród gąbkowych zabawek, to grubo się pomyliłam :( Julka postawiła sprawę jasno – albo włażę na liny razem z nią, albo ona nie włazi wcale. Co było robić?! Oczywiście polazłam – ćwiczenia lepsze niż trening zumby! A kawę piłam z doskoku. Zimną! Czego się jednak nie robi dla uszczęśliwienia potomstwa.

*  *  *

W sobotni wieczór dom nam się wyludnił. Nasze świeżo zaprzysiężone harcerki w liczbie sztuk dwie, przeszły bowiem chrzest bojowy w postaci spania poza domem - w zatłoczonym namiocie, w śpiworach i na gołej karimacie, w towarzystwie innych harcerzy. A na dworze minus pięć stopni… Na szczęście był to biwak typu „indoor” - namioty stały na twardym gruncie ciepłej harcówki, nikomu więc pupsko się nie odmroziło. Nasze dziewczyny wróciły do domu całe, szczęśliwe, pełne wrażeń i zapachów (głównie namiotowej stęchlizny ;)
Przy okazji biwaku Czupurkowi też dane było zasmakować przygody – korzystając z nieobecności Zuzki spała na górnym piętrze łóżka, w królestwie starszej siostry! Jej szczęściu nie było końca! A rano zagoniła starszego brata do pomocy przy ścieleniu Zuzkowego posłania. Żeby nie było, że zostawiła po sobie bałagan ;)

*  *  *

Wskakując pod własną ciepłą kołderkę Zuzka westchnęła.

- Fajnie było na biwaku, ale cieszę się, że dzisiaj będę spała we własnym łóżku. Bez nikogo chrapiącego nad głową.
- No chyba, że będzie chrapał ci POD głową – odparłam wskazując na nieco zdezorientowaną Oliwkę. Która wcale nie chrapie, dodam gwoli ścisłości. Ale co? - pożartować nie można?...

00:48, oszin13
Link Dodaj komentarz »