To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
sobota, 31 grudnia 2011
Mikroskopijne problemy

Zgodnie z sugestią wyrażoną w liście do Mikołaja, Zuzka dostała pod choinkę mikroskop (z możliwością przerobienia na teleskop, dzięki cudom optyki!) Sprzęt sam w sobie jest fajny, tylko preparatów trochę mało. Musimy sprowadzić z Polski resztki Mateuszowego zestawu mikroskopowego (z tego co pamiętam było tam sporo rzeczy do oglądania) - do tego czasu Zuza musi postarać się o własne obiekty obserwacji. Jeśli jednak pogada dobrze z najmłodszą siostrą, nie będzie tak źle. Julka odkryła bowiem w sobie jakiś czas temu pasję do pakowania lunchboxów. Wynajduje w domu podchadziaszcze torebki, wkłada doń picie, serek, Actimelek, trochę słodkości i – obowiązkowo – świeży owoc. Paraduje później z tak przygotowanym zestawem po domu, otwiera, zamyka, czasem uszczupla zawartość, a potem porzuca w jakimś kąciku by następnego dnia przygotować następny zestaw – w innej torebce.
Porzucony lunchbox leży sobie lub wisi czas jakiś w zapomnieniu, a kiedy zostanie wreszcie przypadkowo odnaleziony, jego zawartość stanowi zwykle cenne źródło wiedzy na temat faz rozwoju pleśni. Soczyste niegdyś mandarynki zmieniają się w międzyczasie w puchate zielone kulki, a żółty początkowo banan przypomina brązowy bumerang. I wtedy właśnie może wkroczyć Zuza – celem pobrania próbek laboratoryjnych. Jak to dobrze mieć młodszą siostrę z odpowiednio ukierunkowaną  fantazją…

*  *  *

Przy komputerze rozgorzała ostatnio dyskusja. Nie mogąc dojść do porozumienia, dziewczynki zwróciły się o pomoc.
- Mamo, który z książąt jest starszy: William czy Harry?
- William. W tym roku nawet wziął ślub! – odpowiedziałam. I dodałam po chwili - Ale Harry jest ciągle do wzięcia, gdybyście się zdecydowały.
- Eeee tam – odpowiedziała Zuza i wróciła do gry.
- Dobra! – odpowiedziała po krótkim namyśle Oliwka – Mogę się z nim ożenić!

 Co też nam przyniesie ten Nowy Rok?

Happy New Year 2012

14:17, oszin13
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 grudnia 2011
Spodobało mi się…

…więc cytuję w całości felieton pani Joanny Szczepkowskiej „Święta i jeszcze coś”, z <>

To się zdarzyło w zeszłym roku, dokładnie o tej porze. Niby nic, ale spisuję to Wam w formie świątecznego prezentu.
- Nie chodzi nawet o to, że Święty Mikołaj to przebrzmiały mit. Chodzi o to, ze Święty Mikołaj to kicz. Jest po prostu brzydki w swojej formie, jego obowiązujące gesty są wzięte żywcem ze starego kukiełkowego teatru. My chcemy wykształcić w córce wrażliwość na piękno współczesne, zresztą głównie przez muzykę - mówiąc to, moja nowa sąsiadka spojrzała na czteroletnią dziewczynkę.
Dziecko siedziało na tle choinki przybranej w proste formy w czerwono-brązowej kolorystyce. To mieszkanie wydawało się duże, może dlatego że wyburzono ściany i zrobiono dużą przestrzeń otwartą na kuchnię. Poprzednio inna trzyosobowa rodzina gnieździła się w maleńkich pomieszczeniach, a mały, grubawy chłopiec zwykle przesiadywał w kuchni. Znałam tę rodzinę dobrze i teraz, kiedy wprowadziła się tu nowa, postanowiłam podtrzymać tradycję i wpadłam na chwilę podzielić się opłatkiem. Zwykle stało tu drzewo z całą masą przypadkowych ozdób, a świąteczna krzątanina odbywała się na tle kolęd śpiewanych przez polskich piosenkarzy. Teraz słychać było dyskretny dźwięk fletu i wariacje na temat 'Cichej nocy'.
- Tak więc Świętego Mikołaja nie ma, prawda? - mężczyzna zwrócił się do córki, która pokiwała głową.
 - Mamy oczywiście kłopot w przedszkolu, bo dzieci są różnie wychowywane i Martynka juz miała problemy. Umówiliśmy się jednak, że kiedy dzieci będą opowiadały, jak Święty Mikołaj do nich przyszedł w Wigilię, to ona nie będzie nic mówić. Pierwsza lekcja kompromisu i dyplomacji. Bo okazało się, że poza nią wszystkie dzieci wierzą w Mikołaja. Taka grupa się nam trafiła, tak? Dziewczynka znowu pokiwała głową. Może zresztą powiedziałaby coś, gdyby nie dzwonek do drzwi. - Pewnie znowu jakaś sąsiadka - powiedział mężczyzna, a ja zaczęłam zbierać się do wyjścia. Ale nie zdążyłam nawet wziąć torebki, kiedy w pokoju lekko zapachniało alkoholem i zimową wilgocią. Tuż za mną stal Święty Mikołaj.
- Czy są tu jakieś grzeczne dzieci? - podniósł rękę do czoła i zaczął się rozglądać po pokoju. Młoda kobieta wstała z krzesła, a mąż zastąpił drogę starszemu panu.
- Przepraszam, ale nie zamawialiśmy.
- No pewnie, że nie! Sam przyszedłem! - Mikołaj potrzasnął workiem i wielkimi krokami zaczął okrążać choinkę.
- Ojojoj, jaki jestem zmęczony! Jechałem tu z samej Laponii, sanie mi się popsuły. Zimno, zimno. Ojojoj - westchnął i usiadł na krześle.
- Grzeczna byłaś? - zapytał Martynkę, która poczerwieniała z emocji wpatrzona w jego niewielką białą bródkę. Broda zresztą była autentyczna, co mogłam stwierdzić, siedząc bardzo blisko tego starszego człowieka. Zaraz zresztą huknął mi w ucho: 'Przybieżeli do Betlejem pasterze', i chyba wszyscy musieli przyznać w duchu, że ma wyjątkowo piękny glos.
- Zaśpiewasz mi coś? - zapytał dziewczynkę, a ona najpierw cichutko, a potem coraz śmielej zanuciła: 'Cicha noc'. Po chwili on włączył się drugim głosem i zaczęli razem śpiewać kolędę w doskonalej harmonii. Zakończyli długim, idealnie brzmiącym dźwiękiem, a potem pokój wypełnił się ciszą jak po dobrym koncercie. Oni oboje patrzyli na siebie jeszcze przez chwilę, aż Święty Mikołaj wstał i pokłoniwszy się do ziemi, wyszedł z mieszkania. Ja też postanowiłam wyjść, ale tego już nie zauważyła dziewczynka, która drżącymi rękami rozpakowywała paczkę schowaną za choinką przez Mikołaja. Wychodząc, widziałam jeszcze, jak przejęta tuli do siebie niewielkiego misia.

Krótki list przyszedł do sąsiadów zaraz po świętach: 'Serdecznie przepraszamy, ale w zleceniu »Święty Mikołaj « nastąpiła pomyłka w adresie naszego stałego klienta. Pobraną paczkę bądź sumę podaną na blankiecie rachunku prosimy odesłać na niżej podany adres'...
Z tego, co wiem, sąsiedzi przysłali pieniądze.
Dobrych świąt.

Źródło:http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53666,10855830,Swieta_i_jeszcze_cos.html

12:41, oszin13
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 grudnia 2011
„Smuteczek, czyli ostatni naiwni”

Przegapiłam „Smuteczek”! A tak się na nań zasadzałam! „Smuteczek, czyli ostatni naiwni”, w reżyserii Maćka Stuhra, piosenki i skecze z Kabaretu Starszych Panów w nowych aranżacjach i wykonaniach, spektakl emitowany (był) w drugi dzień Świąt w TVP1! Przegapiłam, buuuu….
Ale dość już smuteczków – na szczęście są jeszcze na świecie ludzie życzliwi (bibliotekarze, a jakże!) co to bezinteresownie, sami z siebie, napiszą, przypomną, ba, nawet podadzą namiar na stronę w sieci, gdzie jeszcze można przegapioną rzecz sobie obejrzeć! I obejrzałam!! – Małgorzato, dzięki raz jeszcze! „Pozostań w pokoju, a ruchy miej roztropne, aby uderzając się w łokieć nie natrafić na to miejsce, które czyni prąd”, powtarzając za chińskimi mądrościami pewnego kabaretu. Czego i tobie życzę!

Tonem refleksji - spektakl udał się twórcom… zupełnie, zupełnie. Nie mieli aktorzy i piosenkarze łatwego zadania, oj, nie mieli. Zmierzenie się z repertuarem Starszych Panów, w dodatku w obliczu siedzących na widowni kilkorga oryginalnych wykonawców, było wyzwaniem nie lada. Ale – podołali! Podobali mi się już sami prowadzący „Starsi Panowie” (Stuhr i Małecki) - byli bardzo wiarygodni, dokładnie jak wyjęci ze scenografii dawnego Kabaretu Wasowki i Przybora. No i duet Zamachowski – Kołaczkowska (ech, Kabaret „Potem”…) w „Przeklnij mnie”, mmmmm, miodzio. A jeszcze Ewa Konstancja Bułhak jako Hrabina Tyłbaczewska. I Karolak, i Kot, i Kluźniak, i Adamczyk.  Trochę zbyt mało soczysty, jak dla mnie, był „Portugalczyk Osculati” w wykonaniu Agi Zaryan, i Ania Dąbrowska nieco zbyt pretensjonalna. Ale poza tym – miód, malina. Starsi Panowie byliby dumni.

Udostępniam namiar na spektakl w sieci, jeśli ktoś – jak ja – przegapił, a chciałby sobie obejrzeć i ocenić: http://www.tvp.pl/rozrywka/wydarzenia/swieta-i-sylwester-w-tvp/smuteczek/smuteczek-czyli-ostatni-naiwni/5996535

*  *  *

Dziewczynki połknęły kolejnego czytelniczego bakcyla. Przeżyliśmy w naszej domowej czytelni erę fascynacji Harrym Potterem, potem był Tomek Sawyer, aktualnie zaś nastał miłościwie nam panujący Eragon. Po obejrzeniu w święta filmowej adaptacji przygód Smoczego Jeźdźca, dziewczyny – a Zuzka w szczególności – złapały smoczą gorączkę i zażądały dostępu do literatury tematu! Na szczęście w naszym domu funkcjonuje instytucja starszego brata, brat ów posiada wypasioną bibliotekę, a w niej 3-tomowy komplet książek pana Paolini. No, prawie komplet, bo od kilku tygodni jest już dostępne polskie wydanie pierwszej części 4. tomu – zamówimy u naszego polskiego łącznika w styczniu, może zdobędzie już nawet obie części. A do tego czasu Mati pewnie łyknie czwarty tom w wersji angielskiej (już sprawdziłam – jest w bibliotece!).
Za braterskim pozwoleniem przekroczyliśmy więc wraz z Eragonem progi Kośćca, znaleźliśmy smocze jajo i rozpoczęliśmy przygodę. Trochę będzie tego czytania…

Natomiast jeśli już o Matim mowa, to czyta on zdecydowanie za szybko! Zgłasza się do mnie z propozycją książki, wysyłam online zamówienie do biblioteki, czekam z tydzień, dopóki nie ściągną dzieła z innego miasta, odbieram, rzucam na żer Matiemu – a zaraz następnego dnia oddaję książkę z powrotem, bo ten połyka ją w całości! Oka nie zmruży dopóki nie dojdzie do tylnej okładki! Bez względu na grubość! Nie dziwię się, że panie w bibliotece patrzą na mnie podejrzliwie – pewnie myślą, że zamawiam książki dla sportu i oddaję nieprzeczytane. I jeszcze za to płacę!

*  *  *

Dzieciaki uwielbiają mamine pierogi – szczególnie te z mięsem lub serem, choć po tegorocznej Wigilii Mati spojrzał łaskawym okiem także na farsz kapuściano-grzybowy. Tak często jak się da wychodzę naprzeciw zapotrzebowaniom dziecięcych żołądków i lepię pierogi. Niejednokrotnie przy udziale młodszych kucharek, które ugniatają ciasto, wykrawają krążki, układają gotowe pierogi na stolnicy w finezyjne wzory, a nawet próbują swoich sił w sztuce lepienia.
Wczoraj też mieliśmy pierogowy dzień. Wyciągnęłam stolnicę, mąkę, jajka i inne sekretne składniki maminych pierogów, i przygotowałam warsztat produkcyjny.
- Co będzie na obiad? – zapytała w przelocie Oliwka.
- Pierogi.
- Yeeaahh! – krzyknęła z radością. - Pierogi rządzą!!!

A cukier krzepi – podobno!

13:11, oszin13
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 grudnia 2011
Koniec obżarstwa!

Nareszcie nadszedł - wyczekiwany KONIEC ŚWIĄT!!! I bardzo dobrze! Ileż można ucztować, podjadać, smakować, degustować?! Strach teraz wejść na łazienkową wagę i spojrzeć pod nogi - choć podobno lepiej grzeszyć i żałować, niż żałować, że się nie zgrzeszyło! Pamiętam ze studiów, choć wtedy to było chyba w nieco innym kontekście…

Święta mieliśmy bardzo kameralne. Jest nas tyle, że mamy z kim łamać się opłatkiem w rodzinnym gronie! Dziewczynki jak najbardziej aktywnie uczestniczyły w świątecznych przygotowaniach – kroiły sałatkę, piekły ciasteczka, przygotowywały stół. Patrzyłam na te starania wnikliwym matczynym okiem, starając się ze wszystkich sił nadzorować rozsądnie i zbytnio nie ingerować, co by nie zgasić ich zapału. Szczęśliwie nikt nie doznał obrażeń, choć okazji nie brakowało.

Było głośne czytanie Biblii podczas kolacji Wigilijnej (na dwa głosy, jak się spodziewaliśmy), solo na skrzypcach, wykład astronomiczny na temat prawdziwej natury Gwiazdy Betlejemskiej (Tutek nam się popisał), wspólne śpiewanie kolęd. A po kolacji okazało się, że tajemniczy Aniołek zostawił w sianie pod talerzykami dzieci monety. Ależ było zdziwienie! Niestety, pod-talerze rodziców były puste, choć nie omieszkaliśmy skrupulatnie sprawdzić. Naszym zdaniem to jawna niesprawiedliwość! Przecież my też nie pogardzilibyśmy monetami, o banknotach nie wspominając…

Były podchoinkowe prezenty – Mikołaj wykazał się intuicją, spełniając większość przedświątecznych życzeń, chociaż zadanie miał niełatwe, bo na przykład taka Oliwka postanowiła napisać list do Mikołaja na 2 godziny przed Wigilią! A i tak go w końcu nie napisała…
Prezentów było co niemiara, wkrótce zniszczone opakowania zaścieliły podłogę salonu. Na koniec przytargałam z naszej sypialni jeszcze jeden prezent, który z powodu rozmiarów nie mieścił się pod choinką. I właśnie on wzbudził najwięcej emocji, a był to… tekturowy domek, do samodzielnego złożenia i pomalowania, który kupiliśmy jako prezent ogólny dla wszystkich dzieci (może poza Matim, bo on się tam po prostu nie zmieści, choćby i chciał…) Po raz kolejny okazało się, że znamy się trochę na dziecięcych charakterach. Domek został niezwłocznie rozpakowany i zbudowany w kuchni, nasze trzy Gracje wlazły do środka i były szczęśliwe. Chciały natychmiast rozpocząć malowanie ścian, ale po pertraktacjach zgodziły się zaczekać. Za to następnego dnia rano wyciągnęły pudło kredek i rozpoczęły prace twórcze. Nie od dziś wiadomo, że tektura jakoś dziwnie przyciąga dzieci - kartonowe emocje opadły dopiero po południu i wtedy do łask wróciły pozostałe prezenty. Nie tylko własne zresztą, bo kobietki nie byłyby kobietkami, gdyby nie pomyszkowały w maminym nowiutkim zestawie kosmetycznym, czego efektem były egzotyczne makijaże.

Były wizyty zapowiedzianych i niezapowiedzianych gości, tańce, hulanki, swawole, a nawet… stawianie baniek – nie dla sportu, oczywiście, a z solidnej potrzeby ulżenia Julkowym oskrzelom. Czego nie było? – ŚNIEGU, oczywiście. Może za rok…

Święta się skończyły, czas wrócić do codzienności, co w praktyce oznacza konieczność opanowania czterech nieletnich żywiołów aż do 9 stycznia. Wtedy dopiero kończy się przerwa świąteczna. Szczęściem kartonowy domek jeszcze nie jest ukończony, powiększyło nam się grono gier planszowych (stary dobry „Chińczyk” – ech, rozegrało się swego czasu niejedną partyjkę w kafejce u Socjologów…), no i zawsze możemy urządzić salon piękności, korzystając z dobrodziejstw zestawu kosmetycznego… A jeszcze Sylwester po drodze! Damy radę! Mamy inne wyjście?

13:56, oszin13
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 grudnia 2011
Bah, humbug!

Nie ma co wierzyć Ebenezerowi Scrooge’owi! Święta tuż-tuż! Menu zostało zatwierdzone, bigos ugotowany, wigilijny farsz czeka na zagniecenie uszek, pierwsza z licznych sałatek też już się robi. Poszliśmy bohatersko na żywioł i dzięki naszej odwadze załatwiliśmy wczoraj największe zakupy, sprytnie lawirując wśród tłumu innych (równie odważnych) kupujących. Dziś nasza kuchnia będzie wrzała – dosłownie i w przenośni! I jeszcze prezenty czekają na zapakowanie... (najlepiej pod osłoną nocy i cichutko, jak na prawdziwych pomagierów Świętego Mikołaja przystało). A sprzątanie?... Uff, mamy dużo do zrobienia, ale i sporo rąk do pracy. Damy radę – zawsze dajemy! Taka już u nas rodzinna tradycja!

*  *  *

Tymczasem onegdaj, w ciepły (!) grudniowy wieczór, miast lepić pierogi lub piec ciasta, jak na odpowiedzialną gospodynię domową przystało, przemykałam przez ciemne ulice miasta, z wypchaną torbą pod pachą. Czułam się jak żona wędrująca na widzenie do mężowskiego więzienia lub mamusia odwiedzająca niedożywionego syneczka w szpitalu… Wszystko z powodu opatulonego szczelnie i tulonego w ramionach słoika z gorącym bigosem! Z drugiej strony miasta inna żona i matka także podążała ulicami, wyposażona w produkty wędliniarsko-nabiałowe, tudzież słodkości. Miałyśmy w planach spotkanie – w jednym miejscu i czasie, w dodatku z tym samym mężczyzną! On przyniósł wino…
Brzmi to jak wstęp do opowieści Bogusława Wołoszańskiego, nieprawdaż? Tymczasem zaiste, był to wstęp, ale - do przedświątecznego spotkania z naszym angielskim native-speakerem, Paulem! Jeszcze w listopadzie zaplanowaliśmy grupową degustację świątecznych przysmaków z różnych stron świata. Jednak z powodu dość niefortunnie wybranego terminu, większość grupy odmówiła udziału w konwersatorium-degustatorium, spotkanie odbyło się więc w bardzo kameralnym, trzyosobowym gronie. Dwie Polki kontra starszy pan. A że staropolska gościnność do czegoś zobowiązuje, wraz z koleżanką napasłyśmy naszego nauczyciela świątecznymi delicjami, od bigosu i opłatka, poprzez pierogi i kiełbaski, aż po sernik i paluszki. Ucztowaliśmy przy winku, objadając się nieprzyzwoicie i dyskutując - a jakże – po angielsku. Co zjedliśmy to zjedliśmy, a resztę smakołyków zapakowałyśmy Paulowi jako gościniec. Staropolskim obyczajem, rzecz jasna!

*  *  *

„Nie tak łatwo radzić sobie z liczną dziatwą”, ostrzegał Brzechwa już lata temu (nie wiadomo czy na podstawie własnych doświadczeń…) Dość rzec, że wiemy o tym i my! Z powodu kanikuły zmuszeni jesteśmy bowiem zabierać owoce naszych lędźwi na bliższe lub dalsze wyprawy samochodowe. A nieletni – oczajdusze! – czasami dają nam popalić, zupełnie jakby jakiś diabeł w nich wstąpił!
Wczorajsze popołudnie zdecydowanie należało do Oliwki – „brzęczała” z Zuzką bez przerwy, przeszkadzając nam w rozmowie i nic sobie nie robiąc z upomnień i próśb. Wprost namacalnie można było odnotować, jak rodzicielskie słowa płyną w kierunku jej głowy i zgrabnie ją omijają. Ech, charakterek…
W akcie desperacji sięgnęłam po argument najbardziej na czasie.
- Oliwka, jak się nie uspokoisz to możesz zapomnieć o prezentach od Mikołaja! – zagroziłam, w imieniu Świętego, rzecz jasna!
- To niemożliwe – odparła spokojnie Ola.
- Taaak? Taka jesteś pewna? – wątpiłam.
- Oczywiście – usłyszałam w odpowiedzi – bo myśmy sobie z Zuzią zrobiły taki Mikołajowy test „Naughty or Nice” w Internecie. Nie było naszych imion na liście „naughty”, czyli jesteśmy grzeczne! Więc dlaczego Mikołaj nie miałby nam dać prezentów?!
No właśnie, dlaczego?!

Kiedyś mówiło się, że tylko to co zapisane drukiem, jest ważne. Dziś wyrocznią jest Internet.
A jak nie aktualizujesz Facebooka to znajomi myślą, że umarłeś?! Bah, humbug!

01:30, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4