To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
niedziela, 29 listopada 2015
Johnnie Walker

Nasz ojciec rodziny rozszalał się ostatnio podróżniczo ponad miarę. Dopiero co wrócił z kilkudniowej wizyty w Polsce, przesiedział w domu dosłownie dwa dni, a potem chwycił sprzęt do kendo i wyruszył do... Anglii, walczyć o Pierwsze Kyu na zawodach Northern Open w Newcastle. Z pewnością w tym zabieganiu nie może narzekać na marazm i brak zajęcia. Narzeka natomiast na notoryczny niedobór wolnego czasu i zarzeka się, że w NASTĘPNY weekend żadna moc nie ruszy go z kanapy. My też mamy taką nadzieję, bo chcielibyśmy mieć go więcej dla siebie.
Ano, pożyjemy, zobaczymy! :)

*  *  *

Mnie także zdarzyło się ostatnio podróżować conieco, choć na zdecydowanie bliższe dystanse. Jako doświadczona Matka-Polka (z naciskiem na narodowość) zostałam zaproszona w charakterze Gościa Specjalnego na nauczycielskie seminarium do Belfastu. Oprócz opowiadania scenek z życia emigranckiej rodzicielki, organizatorzy imprezy poprosili mnie o zabawienie się nieco kosztem zgromadzonych na sali pedagogów i przeprowadzenie na nich eksperymentu edukacyjnego. Podjęłam wyzwanie. Z pewną taką nieśmiałością stanęłam więc przed niespodziewającym się niczego zacnym gronem nauczycielskim i zaczęłam wykład o kolorach... w naszym pięknym ojczystym języku. Towarzystwo zdębiało, ponieważ oprócz obecnych na sali dwóch czy trzech Polaków, ni w ząb nie mogło zrozumieć o co mi chodzi! A ja - czułam się jak Wojciech Młynarski występujący w Piwnicy Pod Baranami przed WĘGIERSKĄ publicznością :)
Kiedy wreszcie dobrnęłam do końca wykładu i (już po angielsku) podziękowałam ‘królikom doświadczalnym’ za kooperację i cierpliwość, westchnienie ulgi wydobyło się z kilkudziesięciu gardeł. Kilku z pedagogów zeznało później, że słysząc niezrozumiały dla siebie język, po prostu się wyłączyło, kilku innych przyznało się, że drżeli na myśl, że zadam im jakieś pytanie, a oni przecież NIC NIE ROZUMIEJĄ!. Efekt totalnej konfuzji, z jakim z pewnością boryka się nie-anglojęzyczne dziecko w przeciętnej szkole, został osiągnięty!

A potem to już była normalna dyskusja... :)

*  *  *

Wędrując zalanymi deszczem ulicami Belfastu, zajrzałam do jednego ze sklepów charity. Oglądałam sobie jakieś szmatki na wieszakach, kiedy zauważyłam, że jeden z pracowników sklepu uważnie mnie obserwuje. ‘Czyżby wziął mnie za złodziejkę?’, pomyślałam i przeszłam w głąb sklepu. Jednak pracownik nie spuszczał ze mnie wzroku, co więcej zaczął iść w moją stronę! Nie miałam powodu uciekać – w końcu byłam niewinna! Bohatersko zaczekałam na pana przy stoisku ze świątecznymi ozdobami, a kiedy wreszcie dorarł do mnie usłyszałam:
- ALE PANI MA FAJNY PARASOL!!! Wygląda zupełnie jak samurajski miecz!

Haha! Pewnie, że fajny, choć nie mój – syn mi pożyczył! ;)

*  *  *

W telewizji leciała reklama Assassin Creed, a w jej tle brzmiała znajoma piosenka, jedna z moich ulubionych.
- O! Wiem co to jest! Wiem co to jest! – krzyknęła Zuzka, której zdarza się grywać w Assassina.
- Tak? – zainteresowałam się nieco zjadliwie – I jaka to melodia?
- To jest ‘Personal Jesus’!
- Oooooo! – doceniłam wiedzę córki. – A kto śpiewa?
- Nie mam pojęcia!
 - przyznała się bez bicia Zuzanna. - Ale piosenkę znam!
- Znasz, znasz! - przyznałam - I zapamiętaj sobie raz na zawsze – DEPECHE MODE!

I niech mi ktoś nie powie, że muzyka nie łączy pokoleń!

*  *  *

- Jak to dobrze, że jest jesień! – podzieliła się ze mną myślą filozoficzną Zuzanna.
- Tak? Dlaczegóż? – byłam ciekawa argumentacji tak ciekawej tezy.
- Nie trzeba chodzić w bluzkach bez rękawów!
- I co TO znaczy?
- To znaczy... że NIE TRZEBA GOLIĆ PACH!! Hurra!!

‘Niech żyje wolność, wolność i swoboda!...’ po prostu.

*  *  *

Oliwka dostała nagrodę – ta to ma szczęście! Za wybitne zdolności matematyczne, wykazane podczas jednego ze szkolnych quizów, Ola otrzymała od swojej pani specjalny voucher, uprawniajacy do... kupienia obiadu w szkolnej stołówce BEZ KOLEJKI! A kolejki podobno są tam niemałe! Szkopuł w tym, że Oliwka nie jada szkolnych obiadów, preferując drugie śniadanka, szykowane przeze mnie co rano.
Aby jednak pomóc Oliwce wykorzystać drogocenny voucher, pewnego dnia nie przygotowałam dla jej lunchu. Umówiłyśmy się, że tego dnia zje obiad w szkole – bez kolejki, oczywiście.
Pełna napięcia oczekiwałam powrotu Oliwy ze szkoły, aby móc spytać o wrażenia z dziewiczej wyprawy.
- I jak tam? Jak smakowało? Co sobie kupiłaś? – od progu zasypałam ją pytaniami.
- Ciastko i babeczkę! – odpowiedziała rozpromieniona Ola.
- Jak to?! – zadrżało moje rodzicielskie serce. – Z całego stołówkowego menu wybrałaś TYLKO ciastko i babeczkę?! I był to twój jedyny posiłek przez cały dzień?!
- Tak! – przyznała Ola, najwidoczniej zadowolona z siebie.

I już sama nie wiem czy cieszyć się ze zdolności mojej córki, czy nie...

*  *  *

Ukochany miś Julki, imieniem Molly, zaginął był w podejrzanych okolicznościach. Widocznie gdzieś sie zawieruszył, diabeł nakrył go ogonem, dość że przepadł bez wieści.
- I gdzie jest teraz moja Molly? – zastanawiała się głośno Julka.
- Nie wiadomo – odparłam, nie siląc się zbytnio na pocieszenia.
- Na pewno pojechała do Cork – odparła z całą stanowczością w głosie Julka.
- Dlaczego akurat do Cork?! – zdziwiłam się.
- Bo to najdalsze miejsce, gdzie mogła pojechać bez paszportu, a jej misiowy paszport jest ciągle w moim pokoju!

Hmmm, sama bym na to nie wpadła!

*  *  *

Podczas ostatniej wizyty u fryzjera, postanowiłam zaszaleć i poddać transformacji również moje brwi. Zafundowałam sobie i depilowanie i kolor – niezbyt intensywny, ale jednak zauważalny.
Jako ‘Nowa Ja’ wkroczyłam do domu.
- Mamo! Pomalowałaś sobie brwi! Pięknie wyglądasz! – zauważyła od razu Julka, wielka entuzjastka makijaży i zabiegów kosmetycznych.
- Oooo... – zachęcona okrzykami siostry Zuzanna wystawiła głowę z kuchni. - Pomalowałaś brwi! Nie obraź się, mamo, ale mnie się nie podoba.
- Pomalowałaś brwi?! – otworzył szerzej oczy ze zdumienia małżonek - Nie zauważyłem...

I komu tu wierzyć?!

*  *  *

Moje dziewczynki ogladają namiętnie w CBBC kanadyjski serial ‘The Next Step’. W aktualnym sezonie serialowi tancerze pojechali na międzynarodowe zawody, gdzie stanęli w szranki z drużynami z całego świata, z tym Polski.
- Mamo, mamo! Ten tancerz ma imię Bartek i mówi po polsku! – ekscytowały się dziewczynki na dźwięk polskiego języka i tego, że  rozumieją!
Sprawdziwszy serialową listę płac, wyguglowałam rzeczonego Bartka i odkryłam, że dodatkowo nazywa się Woszczyński i pochodzi z Siedlec. Natychmiast sprzedałam tę informację dziewczynom.
- ŁAŁ!!! – ekscytacja babeczek sięgnęła zenitu. – Jest Polakiem! I pochodzi z naszego miasta! Nie-sa-mo-wi-te!

Zupełnie jakbyśmy go znały osobiście!

*  *  *

Tutek miał niedawno w szkole spotkanie w sprawie swojej aplikacji na studia. Musiał wbić się w garnitur, stawić przed Bardzo Ważną Personą i pokazać z jak najlepszej strony.
Kiedy spotkaliśmy sie po południu, natychmiast spytałam go o wrażenia, bo denerwowałam się tym intreview bardziej niż sam Tutek.
- I jak ci poszło?!
- Hmmm, mam mieszane uczucia. – odparł dość niefrasobliwie Mati.
‘ Matko kochana, co mogło pójść nie tak?!’, zastanawiałam się w myślach.
- Dlaczego?
- Well, po pierwsze, od dwóch tygodni wiedziałem, że spotkanie jest po południu, tymczasem kilka dni temu zmienili godzinę na wcześniejszą. Dobrze, że chociaż mnie powiadomili. Po drugie, jeden chłopak prosił żebym go przepuścił w kolejce, bo mu się śpieszyło. Po trzecie, akurat miałem wchodzić kiedy pan zrobił sobie przerwę na lunch. 40 minut! A potem okazało się, że nie mam błędów w mojej aplikacji i mogę spokojnie ją opłacić!
- Aha, rozumiem – udawałam. – Ale SAMO interview jak ci poszło?
- Bardzo dobrze! Tylko organizacja była fatalna!

Żeby tak mnie nastraszyć!

*  *  *

- O co powinnam poprosić na święta? – spytała Zuzkę koleżanka. – O tablet czy telefon?
- O książkę! – zaproponowała Zuzka.
- No coś ty?! – zdziwiła się koleżanka – Już mam w domu CZTERY książki! Trzy do nauki i jedną o jednorożcach!

Hmmm, w sumie to i tak więcej niż w Bibliotece Aleksandryjskiej!

00:08, oszin13
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 listopada 2015
Buuuusy week!

Udało nam się! Udało! Dotarliśmy do końca tego piekielnego tygodnia, zaliczając każdą z pieczołowicie zaplanowanych atrakcji, a nawet dorzucając nowe! Planowanie, timing, kooperacja to tylko kilka z naszych drugich imion.
Po
prostu - Ave MY! :)

To by było na tyle w kwestii samouwielbienia, a teraz szczegóły:

*** Nocne halloweenowe manewry w miejskim parku, na które cudem zdobyliśmy bilety, okazały się prawdziwie SPOOKTAKULARNE. Nawiedzony przewodnik, mówiący z pięknym prrrrawdziwie rrrrumuńskim akcentem (jak na Hrabiego Drakulę przystało), poprowadził naszą grupę w najciemniejsze zakątki parku, gdzie czaiły się monstra wszelakie i czarne charaktery. Byli tam i Szalony Kapelusznik, i Czerwona Królowa, i Topielec... Było dużo dobrej zabawy i troszkę strachu, a na koniec pokaz magicznych, mrożących krew w żyłach sztuczek w wykonaniu profesjonalnej trupy cyrkowej. Zostaliśmy zaczarowani - i oczarowani :)

*** Przy okazji wyjazdu na występy Dana i Phila, czyli Zuzkowych ukochanych vlogerów, mogłam się poczuć jak tata z reklamy Mastercard – być przez chwilę częścią świata mojej córki, za resztę płacąc kartą :) A że rodzicielskie poświęcenie nie zna granic, dzielnie znosiłam piski dwóch tysięcy rozhisteryzowanych dziewcząt, spijających słowa z ust rzeczonych ‘artystów’, a nawet pozwoliłam narysować sobie na twarzy kocie wąsy – ich znak rozpoznawczy. ‘Bo ja mam fajną mamę!’, doceniła moje poświęcenie Zuzanna i już nie mogłam odmówić... :)
Reasumując, panowie okazali się nawet interesujący. Przez półtorej godziny konwersowali ze sobą, kokietując publiczność i żartując na zupełnie przyzwoitym
poziomie, a na koniec zaśpiewali i zatańczyli w musicalowym stylu, wzbudzając zachwyt wpatrzonych w nich dziewczęcych oczu. Dwie rzeczy, które mnie szczególnie miło zaskoczyły podczas ich występu - ze sceny nie padło ani jedno wulgarne słowo (rodzicielskie serce rośnie!), a z widowni nie zrobiono ani jednego zdjęcia (nie-praw-do-po-do-bne!).



W czasie, kiedy razem z Zuzką oddawałyśmy się zbiorowej Danowo-Philowej histerii, Ojciec Rodziny udał się był z resztą małolatów do kina. Wprawdzie chciał z całej duszy wyrwać się na samotny seansik z najnowszym Bondem w roli głównej, ale ostatecznie schował prywatę do kieszeni i grzecznie podreptał na ‘Hotel Transylwania 2’. Zeznał potem, że nawet mu się podobało, ale w sumie co miał powiedzieć?... ;)

*** Halloween przeżyliśmy, jak co roku, intensywnie. Już to rozdając słodkości garściami pukającym do drzwi przebierańcom, już to wysyłając na zbiórkę drużynę własnych monstrów. I nieustająco udaje nam się więcej zgromadzić niż rozdać, tym bardziej lubimy bawić się w Halloween! A dentyści się cieszą...

*** Szalony tydzień zakończyliśmy w niedzielne przedpołudnie rodzinną
wycieczką do Belfastu. To znaczy rodzinnie tylko wyruszyliśmy z domu, bo już na miejscu rozdzieliliśmy siły. Starsze rodzeństwo popędziło na Comic Con, łapać telewizyjne gwiazdy i podziwiać przebrania fanów, a my – młodzi rodzice z małym dzieckiem – skorzystaliśmy z pięknej jesiennej aury i udaliśmy się do zoo. Dla każdego coś dobrego – i wszyscy świetnie się bawili.
Po pierwsze i najważniejsze, Zuzka spotkała się ze swoim wyczekanym idolem,
Colinem Bakerem, czyli Doktorem Who Number Six. Za dodatkową opłatą uzyskała od
niego bezcenne relikwie w postaci wspólnego zdjęcia oraz autografu. Korzystając z komiksowej okazji, Oliwka obłowiła się w pokemonowe gadżety, a i Matt wydał conieco z uciułanego na okoliczność imprezy kieszonowego. Dość powiedzieć, że towarzystwo wróciło do domu bez grosza, tuląc do piersi bezcenne pamiątki.
A my w zoo, spokojnie i beztrosko, podziwialiśmy surykatki i inne stworzenia. I
ryczał lew...

*** Nasz intensywny tydzień zakończył się spektakularnym pędem do sklepu w
poniedziałkowy wieczór, celem wypełnienia dwóch pudelek po butach rzeczami dla potrzebujących, w odpowiedzi na szkolny ‘Shoe Box Appeal’. Oczywiście w ramach akcji ‘last minute’, jakże ulubionej przez moje dzieci. A kiedy już uporałyśmy się z piekielnymi pudełkami, odwiedziłyśmy lokalny cmentarz (po zmroku, huhuhu), by zgodnie z naszą tradycją, zapalić świeczki na znajomych i nieznajomych grobach.
W końcu był to Dzień Zaduszny…

*  *  *

Pochwalę się ogółowi, że kupiłam sobie ostatnio zimowe botki – burgundowe, piękne!
I NIECO drogie. A że nie jestem typem kobiety luksusowej, długo tłumaczyłam się
sama przed sobą, usprawiedliwiając ‘szastanie pieniędzmi’ – a to, że botki są
solidne, że starczą na kilka sezonów, że kosztują wprawdzie sporo, ale nie ‘Bóg
wie ile’ itp. Kac moralny rozmywał się powoli, ale nie było łatwo…

Natomiast w piątkowy poranek otrzymałam nieoczekiwany telefon ze sklepu obuwniczego. Doniesiono mi uprzejmie, że w ramach bonusa wygrałam do botków jeszcze TOREBKĘ! I wtedy przypomniałam sobie, że faktycznie kupując buty, wrzuciłam jakiś kupon do skrzyneczki na ladzie! I wygrałam!!! Yuppi, yuppi i jeszcze raz yuppi, bo o ile cena samych butów była niemała, to cena zestawu z torebką GRATIS da się gładko przełknąć! ;)

*  *  *

Myślę, że mogę zaryzykować stwierdzenie, że „Nędznicy” nie są mi obcy. Oczywiście czytałam dzieło Wiktora Hugo – nie w oryginale wprawdzie, a po polsku (może to i lepiej, bo z wydania francuskiego raczej niewiele bym zrozumiała), ale czytałam. Widziałam też, nawet kilka razy, ostatnią ekranizację książki z Hugh Jackmanem i Ann Hathaway, a ‘One day more to revolution’ słyszę prawie codziennie z ust moich córek.

Ostatnio natomiast wpadli w moje ręce ‘Nędznicy’ z formie... mangi (na szczęście TYLKO po angielsku, a nie na ten przykład japońsku!) Początkowo byłam nieco nieufna wobec tej formy wydawniczej, namówiona jednak przez Pierworodnego Syna, postanowiłam stawić jej czoła. Na początek musiałam się przyzwyczaić do czytania książki ‘od końca’ i w odpowiedniej kolejności obrazków, później zaakceptować emocje w postaci ‘dymków’. No i oswoić się z charakterystycznie japońską fizjonomią francuskich bohaterów (ach, te grzywki...) Po kilku falstartach, przyswoiłam wreszcie Ogólne Zasady Obsługi Mangi i dalsze czytanie (sic!) poszło mi gładko.

W sumie, muszę powiedzieć, że mi się nawet podobało – szkoda tylko, że tak
szybko się skończyło. Ale ostatecznie takie są cechy mangi - tekstu do CZYTANIA
jest tam raczej niewiele....

 * *  *

Zuzka wyrosła nam na długonogą gazelę, dla której trudno znaleźć szkolne rajstopy – w kolorze butelkowym. Dlatego każda zdobyta w odpowiednim rozmiarze para jest na wagę złota! Niestety, jak powszechnie wiadomo, nie ma nich wiecznego – szczególnie w delikatnym rajstopowym świecie…

- Mamo! Mamo! Miałam dziś dobry dzień! – krzyknęła Zuzka po powrocie ze szkoły.
- Świetnie! – ucieszyłam się jej szczęściem – Ale co się stało?
- Udało mi się NIE ZROBIĆ dziury w rajstopach!

Faktycznie, szczęśliwy traf – kto by pomyślał, że potrafi aż tak ucieszyć... ;)

 *  *  *

W naszej literackiej podróży po świecie Małgorzaty Musierowicz, dotarłyśmy do ‘Kłamczuchy’. Poznajemy zakręcone losy Anieli Kowalik, nieprzytomnie zakochanej w przystojnym Pawełku, który jednak ma dziewczynę imieniem Danuśka, a czasami odwiedza go szkolna koleżanka, zielonooka Cesia...
- Zaraz, zaraz! Chwileczkę! – odezwała się Zuzka, kiedy Cesine imię pojawiło się w ‘Kłamczusze’ po raz pierwszy – Czy TA Cesia to przypadkiem nie Celestyna z poprzedniej książki?!
- Faktycznie. – potwierdziłam uprzejmie. – Ta sama!
- A TEN Pawełek i TA Danuśka?
- Też.
- ŁAŁ!!! – krzyknęła zafascynowana Zuzka, od miesięcy kompletująca w głowie schemat swojej własnej książki. – ALE POMYSŁ! Żeby przerzucić głównych bohaterów pierwszej części jako drugoplanowych do drugiej!...

Szacun, Musierowicz, szacun!

12:57, oszin13
Link Dodaj komentarz »