To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
niedziela, 24 listopada 2013
Moje najnowsze odkrycie :)

23:59, oszin13
Link Dodaj komentarz »
Jak zostać bohaterem.

Wzorem Pana Grzegorza z reklamy Leroy Merlin, zostałam bohaterem w swoim domu! A może raczej bohaterką w swojej kuchni! Otóż – przygotowałam dzieciom kakao! Nie jakąś tam rozpuszczalną czekoladę, którą w kubku zalewa się mlekiem i (ewentualnie) podgrzewa w mikrofalówce. Prawdziwe kakao, ugotowane w prawdziwym garnku na prawdziwej kuchence! Jak u mamy, nomen omen! A że robiłam w międzyczasie jeszcze inne pasjonujące zajęcia i spuściłam garnek w mlekiem na chwilę z oka, mleko zafundowało nam jeszcze widowiskowe „wykipienie”. Dziewczynki piały z zachwytu – zarówno nad archaicznym sposobem przyrządzania przysmaku, jak i jego „kakaowym” smakiem, oczywiście. 

Ech, ileż to wspomnień z dzieciństwa ma smak i zapach takiego domowego kakao…

*  *  *

Oliwka jest wielkim smakoszem zapiekanych kanapek z serem, zwanych przez nas zgrzewkami. Robi się je w specjalnym kanapkowym tosterze. Któregoś razu, uzbrojona w widelec, zasadziłam się na wydobycie gorącej zgrzewki z tostera, kiedy Oliwka wrzasnęła:
- Niiieee!!! Tylko nie wyciągaj kanapki widelcem!!!
Ujęta dziecięcą troską o moje zdrowie, a także wiedzą z zakresu prądu elektrycznego w kontekście BHP, odparłam:
- Spokojnie! Wyłączyłam urządzenie z prądu, więc mogę spokojnie użyć widelca.
- Nic, nic… – zamruczała pod nosem niezadowolona Oliwka. – Tylko nie lubię mieć dziurek w mojej zgrzewce…

Ideał sięgnął bruku…

*  *  *

- O, zobacz mamo! – krzyknęła Oliwka, kiedy wracałyśmy sobie ze szkoły. – Z tego komina leci biały dym!
- Habemus Papam. – skojarzyłam bezbłędnie. - Pamiętasz?
Oliwka zamyśliła się na chwilę i niepewnie spytała:
- To z Asteriksa?!

Taaa, na pewno! Nie z Asteriksa, nie z Obeliksa, tylko w Rzymu – a konkretnie Watykanu!

*  *  *

Stojąc ze mną pod szkołą, Julka wypatrzyła kogoś znajomego w tłumie czekających rodziców.

- Mamo, widzisz tą panią w SZLAFROKU?
Zaintrygowana obrzuciłam wzrokiem wskazaną grupkę, jednakowoż nie zauważyłam nikogo ubranego ekstrawagancko w szlafrok! Nie dziwota zresztą, dzień był raczej mroźny.
- Nie widzę!
- No tam stoi! – upierała się Julka. – Zobacz! Taka pani w szlafroku na szyi!
Bardziej zdziwiona niż zaintrygowana rzuciłam okiem ponownie.
- Na szyi?! Może w SZALIKU?!
- Nooo! – ucieszyła się Julka i dodała spokojnie. – To mama mojej koleżanki!

Szlafrok od biedy mógłby być szalikiem, ale żeby odwrotnie?...

*  *  *

Skacząc po kanałach telewizyjnych, trafiłam na program „Ewa Gotuje”, który odruchowo zmieniłam.
- Mamo! Zostaw to! – rozległ się tuż obok głos Julki.
- Co mam zostawić?! – spytałam.
- To, co ta pani robiła!
- Kotlety mielone?!
- NOOOO!!! – odpowiedziała mała pasjonatka kuchni w zachwycie.
Cóż było robić, przełączyłam. :)

Rośnie mi w kuchni konkurencja, która zresztą ma za sobą już pierwsze sukcesy. Samodzielnie przygotowuje kotlety schabowe – od tłuczenia do panierki. Ja już tylko smażę…
Chyba czeka mnie spokojna starość... 

*  *  *

- Mamo, czy pamiętasz KRZYŻOWANIE JEŻA? – spytała pewnego dnia, ni z gruszki ni z pietruszki, Julka.
- Aha. – udałam, że wiem o co kaman i czekałam na dalszy rozwój sytuacji.
- To on by żywy!
- Aha. – brnęłam dalej.
- I potem zniknął.
- Aha.
- I właśnie to mi przypomniało takiego anioła. – skończyła Julka z uśmiechem, machając mi przed nosem puszką na ciasteczka, zdobną w urocze aniołki.

Bo to o Wniebowstąpienie Jezusa chodziło! :) Ktoś załapał?!

02:13, oszin13
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 listopada 2013
Garpia miłość

Uwielbiam „Świat według Garpa” – i książkę (stary dobry Irving), i film (stary dobry Williams). Obie wersje do schrupania w całości :) Ze szczególnym rozrzewnieniem wspominam jednak scenę, kiedy rzeczony T.S. Garp wraz żoną wybierają się do kina. Stroją się, załatwiają babysittera, wychodzą, wsiadają do samochodu i… zostają pod domem żeby z ukrycia napawać się widokiem własnych dzieci. „Chodźmy popatrzeć na dzieci – czuję że dobrze nam zrobi, jak się im przyjrzymy” – mówi Garp zaglądając do dziecięcego pokoju.

Czasem myślę sobie, że ja też kocham swoje dzieci taka „garpią” miłością. Pasjami uwielbiam jednym uchem „podsłuchowywać” ich Bardzo Ważne Rozmowy, obserwować bratersko-siostrzane relacje, czerpać z ich dziecięcych mądrości – i podstępnie spisywać je potem na blogu :) I duuużo przytulać. Bo, jak Garpowi, „dobrze mi to robi”.
Pewnie urodziłam się, żeby być mamą :)

*  *  *

Strach pomyśleć, ale komercyjnie rzecz ujmując zaczął się już okres przedświąteczny! Właściciele sklepów jednym ruchem sprzątnęli z półek wspomnienie Halloween i zastąpili je dekoracjami bożonarodzeniowymi! W centrum handlowym, dokąd zbłądziliśmy kilka dni temu, główną atrakcję stanowił domek świętego Mikołaja, pod którym stała dłuuuuga kolejka rodziców z dziećmi, chętnych do zdjęcia z ww. brodaczem! Hello! Jest początek listopada, na miły Bóg! Może od razu ustawmy obok chatkę zająca Wielkanocnego i załatwmy oba święta za jednym zamachem!
Na szczęście w naszym domu nie trwa jeszcze bożonarodzeniowa gorączka. Póki co oddaliśmy się gorączce „pudełkowej”, odpowiadając czynnie na „shoe box appeal”. Klasa Zuzki została bowiem wytypowana do przygotowania paczek dla dzieci z biedniejszych rejonów świata – paczek wielkości pudełek po butach. Zuzka przytargała ze szkoły listę rzeczy, które mogłyby zapełnić takie pudełko – od przyborów toaletowych po słodkości, zabawki, ubrania etc. A że z podobnym apelem wyszła też szkoła Oliwki i Julki, zorganizowałyśmy wyprawę po dobra wszelakie, tudzież samo pudełko po butach (którego zdobycie okazało się pewnym wyzwaniem!) Z zadania wyszłyśmy obronną ręką, tylko z malutką Julką musiałam nieco pertraktować.
- Juleńko, ten piesek będzie dla biednych dzieci! – oznajmiłam wkładając pluszaka do koszyka.
- Ale on mi się tak podoba! Kocham go! – odpowiedziała Julka, tuląc do siebie małego białego „dupelka”.
- No, dobrze. Więc zachowaj tego pieska, a dla dzieci kupimy tego drugiego!
- Super! – uradowała się Julka.
Jednak już domu…
- Mamo! Ten drugi piesek jest taki piękny! I zobacz, ma zupełnie inne futerko niż ten pierwszy! Mogę go czesać i przyczepiać mu spinki! Zostawmy go!!!!
- Hmmmmm….. – westchnęłam ciężko. Widząc jednak prawdziwe zaangażowanie domorosłej psiej fryzjerki, ugięłam się.
– No, dobra! Jutro wracając z pracy wstąpię do sklepu i kupię jakąś małą laleczkę dla biednych dzieci,
- Super! Kocham cię, mamo! – krzyknęła Julka i przytuliła do piersi swoje dwa pluszaki.
Następnego dnia zakupiłam malutką laleczkę „Polly Pocket” – na widok której Julce natychmiast zaśmiały się oczy.
- Mamo… - zaczęła.
- Nie! Ta laleczka definitywnie idzie do szkoły! – stwierdziłam.
- OK. – westchnęła Julka i zapakowała lalkę do szkolnego plecaka.

Sprawdzę po południu czy aby NA PEWNO oddała ją na zbożny cel!

*  *  *

- Mamo, zrobimy kiedyś „bejk ta laska”? – zagadnęła Oliwka.
- A co to takiego? – spytałam, bo zabrzmiało mi to jakoś tak „sponglisz”. – „Bake ta laska - upiecz tą dziewczynę”?
- Mamo, coś ty! To taki deser! ”Baked Alaska”!

Taaa, po prostu blondynka w kuchni! I mówię o sobie!

*  *  *

Na szczególne życzenie Julki czytamy teraz przed snem klasykę bajki.
- „Tomcio Paluch sądził, że bez trudu znajdzie drogę powrotną dzięki kawałeczkom chleba, które rozrzucał, idąc do lasu”.
- Co on, niemądry?! – oburzyła się ni stąd ni zowąd Zuzanna - Nie czytał przygód Jasia i Małgosi?! Przecież wiadomo, że ptaki zaraz się zlecą i zjedzą okruszki!

Cóż, źródła historyczne milczą na temat zainteresowań literackich Tomcia Palucha, skupiając się jedynie na jego haniebnym wzroście :) A szkoda…

*  *  *

Podczas powrotu ze szkoły, Julka coś mi usilnie tłumaczyła.

- I wtedy trzeba wziąć ten nóż…
- Tak?
- Tak! I odłożyć na kamień!
- Tak?! I co jeszcze? – próbowałam złapać wątek i sens opowieści.
- Aha! A jak się już nie wie co robić, to trzeba zadzwonić!
- Gdzie zadzwonić?
- Na numer 1-1-2! Powiedzieć jak się nazywasz i poprosić o pomoc! – wykrzyknęła triumfalnie pierwszoklasistka.

Krwawa jatka z udziałem noża okazała się szkoleniem z pierwszej pomocy. W interpretacji pięciolatki!

12:52, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 listopada 2013
"Psalm dla Ciebie"

Nieodmiennie mnie wzrusza ta piosenka. Powzruszajmy się więc...

22:54, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 listopada 2013
Uczta kinomana

Byłam ostatnio na wyprzedaży zasobów upadłego Xtravision. Przerzuciwszy tony miernych filmideł,  trafiłam na prawdziwe kinematograficzne perełki! „Cabaret”, „Carrie”. „Yentl”, cztery płyty „Latającego Cyrku Monty Pythona”! Oczywiście wszystkie te tytuły z miejsca nabyłam drogą kupna, plus kilka innych, też interesujących – „zazdrośćcie mi wiewiórki i żuczki!” :) Prawdziwą wisienką na torcie okazało się niepozorne kolorowe pudełko, kryjące w sobie pięć płyt z klasykami lat 80-tych: „Wpływ księżyca”, „Kiedy Harry spotkał Sally”, „Pracująca dziewczyna”, „Wall Street” i „Desperacko szukając Susan”! W sam raz na samotne wieczory słomianej wdowy w średnim wieku :) Mniam, mniam!!!

Ucztę kinomana zaczęłam od „Wpływu księżyca” - skonsumowałam go niemal z marszu (ech, la bella Luna, la bella Cher). Zasadziłam się też na „Carrie” w halloweenowy wieczór (a jakże!), ale nie dotrwałam. Padłam byłam jak betka po niezliczonych nawiedzeniach czeredy monstrów walących do drzwi. Ale jeszcze się odkuję, płyta czeka – można w każdej chwili wywołać niespokojnego ducha Carrie White!

*  *  *

W ramach dalszego ciągu filmowych szaleństw, zorganizowałam dziewczynkom wyprawę do kina - wedle wyboru nieletnich na „Klopsiki i inne… 2” w 3D. Plus dodatkowe atrakcje, z których największą był chyba przejazd pociągiem :) I okulary do trójwymiaru – AŻ różowe dla Julki i TYLKO czarne dla reszty! I obowiązkowy McDonald. I popcorn w kinie. I sam film, oczywiście, zupełnie niezły („There’s a leek in my boat!”)! Towarzystwo wróciło z wyprawy zmęczone, ale szczęśliwe. Pewnie zaśnie dziś z miejsca, zwłaszcza że wracając do domu zawędrowałyśmy do sklepu i zakupiłyśmy upatrzone wcześniej w katalogu komplety pościelowe na cztery dziecięce łóżka. Zgodnie z rzucikami na kołdrach, Zuzka powinna mieć dziś nowojorskie sny, Julka słoniowe, a Oliwka w stylu „Keep calm and sleep tidy”. Właściciel pościeli z planem londyńskiego metra przebywa tymczasowo poza granicami kraju…

*  *  *

Zapobiegając dziecięcej nudzie podczas godzinnej podróży pociągiem, zabrałam ze sobą stare ale jare „Zagadki smoka Obiboka”. I miałyśmy z tej gierki niemałą zabawę.

- Juleńko! Co to jest? „Służą do walki i ozdoby głowy, mają je sarny, jelenie i krowy”.
- Nie wiem! – odparła Julka, bardziej zajęta układaniem kartoników z zagadkami niż samym odgadywaniem.
- To rogi! – wykrzyknęła triumfalnie Zuzka.
- Aaaaaa. – załapała Julka. – To jest to, co ma dziadek!!!

Dyskretnie dodajmy, że NA ŚCIANIE… ;)

*  *  *

- „Jaki to ptak, zgodnie z obyczajem starym, zdobi polskie monety i polskie sztandary?”
- BOCIAN! – odparła bez namysłu Oliwka.

Niewątpliwie ciekawa propozycja, może kiedyś się przyjmie zamiast orła?...

*  *  *

- Mamo, dlaczego nie kupiłaś sobie popcornu? – tuż przed seansem dopytywała się Julka, trzymając na kolanach „zestaw małego kinomana”, czyli popcorn, żelki i colę.
- Bo nie przepadam za jedzeniem w kinie. – odparłam. – Kiedy ja byłam dzieckiem, nie sprzedawano popcornu przed filmem.
- To znaczy, że mieliście TYLKO żelki i picie?! – zdziwiła się niepomiernie Julka.

Ba! Żebyżtam! ANI popcornu, ANI żelków, ANI nawet coli nie mieliśmy! ;) Mieliśmy za to skrzypiące krzesła i marne nagłośnienie. I mimo to kino miało swój urok!

00:27, oszin13
Link Dodaj komentarz »