To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
wtorek, 27 listopada 2012
Victoria znaczy zwycięstwo!

Udało się, udało!!! Po dwóch tygodniach walki z Oliwkowymi napadowymi bólami brzucha, udało nam się nareszcie zlokalizować problem! Przeprowadziliśmy badania ambulatoryjne, konsultacje lekarskie, wywiady psychologiczne, obserwacje nauczycielskie i długie, długie rozmowy z delikwentką. Nie było łatwo, bo Oliwka (w przeciwieństwie do Zuzki, której krzywda oznajmiana jest całemu światu!) jest niezwykle skrytym i niechętnym do wywnętrzeń typem. Chowa swoje sprawy głęboko pod czaszką, odwołuje wcześniejsze zeznania, uparcie twierdzi że wszystko w jej życiu gra etc. Ale udało nam się w końcu przebić przez jej pancerz i już wiemy na czym stoimy! And the winners are… dwie rzeczy - zapowiedziany na 21 grudnia Koniec Świata (sic!) oraz pasja skrzypcowa (a raczej jej brak)! Zdaje się, że naszej Oliwie nijak było powiedzieć pani od muzyki, że te skrzypce jej jednak nie kręcą, więc gryzła się w sobie, a brzuch bolał – czysta psychosomatyka.

I o ile nie mamy większego wpływu na wieszcze zapędy Majów, o tyle z lekcji skrzypiec mogliśmy Oliwkę wypisać. Co też uczyniliśmy! ;) I ból brzucha minął! Dziś rano Ola wstała z łóżka wesolutka jak szczygiełek i dziarsko powędrowała do szkoły. Mamy nadzieję, że jej tak zostanie!

*  *  *

W niedzielę wieczorem nasze dziewczynki przechodziły swoją skautowską inwestyturę, czyli ceremonię wciągnięcia w harcerskie szeregi! Wystrojone w mundurki („Co to są za mundurki! – marudził pod nosem ojciec rodziny – MY to mieliśmy PRAWDZIWE mundurki!”) złożyły na flagę uroczystą przysięgę i otrzymały harcerskie chusty z pierścieniami („To mają być pierścienie?! – dał się słyszeć szept ojca. – Nie plecione jak nasze?!”). Zuzka została oficjalnie Cubsem, a Oliwka Beaversem. Na pocieszenie ojca okazało się, że za rok Zuzka przejdzie w szeregi skautów właściwych i wtedy dostanie też „właściwy” - pleciony - pierścień.

Ech, a tak niedawno to było… „Przyrzekam całym sercem służyć Tobie, Ojczyzno…” – a zaraz potem „być wiernym sprawie Socjalizmu…” ;)))

*  *  *

Zbieraliśmy się właśnie do wyjazdu na dziewczyńskie harcerskie uroczystości, kiedy Julka zapytała:
- A tata też z nami jedzie?
- Tak. Tata jest przecież kierowcą. Musi jechać. – odpowiedziałam.
- Aaaa, no tak. Bo ty nie umiesz prowadzić… – odparło moje dziecko z wyrzutem.
- A skąd wiesz, że nie umiem? – droczyłam się, bo cała rodzina zna mój strach przed kierownicą (mimo prawa jazdy w portfelu ;)
- Bo siedzisz w niewłaściwym fotelu! – odparła rezolutnie Julka.

Że też nie wpadłam na to wcześniej! Przecież wystarczy usiąść we WŁAŚCIWYM fotelu i jazda!

*  *  *

Julka przypomniała sobie ostatnio Oliwkową Komunię. I to, że mieliśmy na niej gości z Polski – ciocię Agnieszkę i małego kuzyna Jędrusia. A że nie bardzo umiała sobie uzmysłowić rodzinnych koligacji, zastrzeliła nas szaradą.
- Na Komunii Oliwki był ten nasz kolega, który ma psa, który ucieka!

Chwilę nam zajęło zorientowanie się, że faktycznie, kiedy odwiedzaliśmy Jędrusia w Polsce w ubiegłym roku, jego pies był uprzejmy uciec w siną dal. I tę właśnie sytuację zakodowała sobie Julka. Zdaje się, że już do końca życia Jędrek będzie przez Julkę kojarzony z Gapą-wędrowniczką.

*  *  *

Podczas sobotniego „Mam talent”, który oglądaliśmy rodzinnie, puszczono blok reklamowy, a w nim zapowiedź programu „Zwykły bohater” z Szymonem Hołownią.
– Oooo! Znam tego gościa! – krzyknęła Oliwka. - To ten…, no….. To Szymon!
– To znaczy, że Marcin teraz jest sam! – zauważyła Julka.


I miała rację! Bo skoro „Mam talent” leci na żywo, to Szymon Hołownia i Marcin Prokop stoją na scenie. A skoro Szymon wyszedł do reklamy „Zwykłego bohatera”, to Marcin teraz jest sam. Proste?! Proste – i błyskotliwe!

*  *  *

Zuzka i Oliwka, jako świeżo upieczone harcerki, powędrują w sobotnią noc na skautowski sleep-over. Oczywiście już się cieszą – Oliwka bardzo, Zuzka mniej, bo siostra idzie! Na pocieszenie Zuza ma prawo zabrać ze sobą przyjaciółkę. Tylko kogo by tu?…

- A nie chcesz zabrać koleżanki… – nie musiałam kończyć, Zuzka wiedziała o kogo chodzi.
- Oooooo nie! – odparła z uśmiechem acz zdecydowanie.
- Dlaczego?
- Bo ONA myśli – pośpieszyła z wyjaśnieniem Oliwka, która również wiedziała o kim mowa - że wszystko wokół niej się kręci. A przecież wiadomo, że wszystko kręci się wokół Słońca!

Widocznie wspomnianej koleżance obce są nauki niejakiego Kopernika… W przeciwieństwie do astronomicznolubnej Oliwki! ;)

scauts 

20:19, oszin13
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 listopada 2012
No shave November!

Nasz Tutek postanowił przyłączyć się do międzynarodowej męskiej akcji „No shave November” i rozpoczął systematyczne zarastanie. Przez całe trzy tygodnie bohatersko bronił się przed zakusami wrogich golarzy i syrenim śpiewem maszynki do golenia. Nie straszny był mu ewentualny gniew dyrektora szkoły i rodzicielskie nakazy. Walecznie trwał na posterunku! Ale w końcu przyszła kryska na naszego Matyska! Zadziałał… nauczycielski autorytet! Po trzech tygodniach unikania na szkolnych korytarzach pana od geografii (który już wprawdzie Matiego nie uczy, ale pozostają w głębokiej przyjaźni), drogi pana McAlariego i jego zarośniętego pupilka się skrzyżowały! Wystarczyło jedno nauczycielskie spojrzenie w oczy…
- Mamo! Dziś się golę! – oświadczył Matt po powrocie ze szkoły.
- A co z tradycją? Akcją? „No shave November”? – kłułam bezlitośnie.
- Ech, pan McAlary powiedział, że jak się nie pozbędę zarostu, to on OSOBIŚCIE mnie ogoli!


Oto co znaczy mieć autorytet u nastolatka! Patrzmy i uczmy się!

*  *  *

- Mamo, boli mnie brzuch! – poskarżyła się Oliwka w poniedziałkowy poranek (a jakże!).
- Ja też jestem chora! – oznajmiła Julka wyskakując raźnie z łóżeczka.
- Nie wierz jej! – burknęła Oliwka - Julka jest zbyt ENTUZJASTYCZNA, żeby być chora.

*  *  *

W poprzedni piątek wieczorem, napoczynając kanapkę z wędliną i serem, Mati nagle się zreflektował:
- Ojej! Dzisiaj jest piątek! Powinienem pościć!
- Jeszcze możesz zrezygnować z kanapki – zaproponowałam uprzejmie.
- Ee, nie! I tak jadłem już mięso na obiad w szkole! – uspokoił własne sumienie Mati i wrócił do konsumpcji kochanej szyneczki.

Mając w głowie tę właśnie scenę i chcąc uszanować postne zapędy mojego syna, w kolejny piątek przygotowałam mu bezmięsne śniadanie.
- Zrobiłam ci na śniadanie kanapkę w żółtym serem! – poinformowałam zaspanego jeszcze Mateusza.
- Bez szyneczki?! – zdziwił się Matt.
- No tak! Przecież dziś piątek! Zdaje się, że pościsz!
- Aaaa, piątek… - burknął Mati bez entuzjazmu.
- Jak chcesz, to dołożę ci szynkę na ten ser – zaproponowałam, bo nieszczęśliwa mina Tutika mogłaby poruszyć kamień.
- Nie trzeba… – odparł Matt. – Wezmę sobie kabanosa!

Ech, ideały to piękna rzecz, tylko z wiernością im dużo trudniej…

 *  *  *

- Ja to jestem totalnym rodzinnym odmieńcem – powiedziała refleksyjnie (jak zawsze) Oliwka.
- Dlaczego? – spytaliśmy chórem.
- Bo jako jedyna z rodziny urodziłam się na wiosnę!

Prawdę powiedziawszy moglibyśmy podać kilka innych przykładów, mogących potwierdzić tezę o Oliwkowej odmienności, ale jesteśmy kulturalni i przez grzeczność przemilczymy ;) A poza tym, przecież kochamy ją taką jaka jest - i za to jaka jest!

*  *  *

- Mamo! Wiktoria dziś po południu do nas nie przyjdzie! Ma karę! – oznajmiła Zuzka od samego progu.
- Tak? A za co? – spytałam.
- Za kłamstwo! Powiedziała mamie, że posprzątała pokój, a nie posprzątała. I mama dała jej karę! – wyjaśniła Zuzka i zaraz dodała – A jakbyś pytała o Magdę, to też nie przyjdzie. Też ma karę!
- Tak?! A za co? – spytałam ponownie.
- Też za kłamstwo! – odparła Zuza. – Powiedziała mamie, że nie może czytać, bo nie wzięła książki ze szkoły, a mama sprawdziła jej plecak i książka tam była. I dlatego ma karę!
- Hej! A może i ja wymyślę dla ciebie jakąś karę?! – zaproponowałam. – Jakoś nie jesteś trendy! Mogę coś dla ciebie zrobić w tej kwestii! Będziesz mogła wymienić się z koleżankami wrażeniami!
- Nie trzeba… - odpowiedziała Zuzka z uśmiechem, a ja mocno ją przytuliłam do rodzicielskiego serca. Jak to dobrze, że nie mam za co jej karać… I oby tak nam zostało!

19:24, oszin13
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 listopada 2012
Każdy ma takie przyjemności…

…na jakie sobie zasłużył. A ja, zaiste, muszę mieć nie lada zasługi (szkoda, że nie bardzo wiem gdzie), bo co poniedziałek dostaję od losu zestaw chorobowy do matczynej obsługi. Na dobry początek tygodnia ;) Tegotygodniowy repertuar to bóle brzucha, galopujące katary, drapiące gardła, bolące uszy i ogólne rozbicie. W wykonaniu Oliwki i Matiego. I pupeczka z matczynych planów, jakiekolwiek były… Zamiast tego trzeba było rozłożyć chore ciała po pokojach i zaaplikować leki z domowej apteki. A w tak zwanym międzyczasie zrobić zakupy, wyjść z psem, ugotować obiad, odebrać pozostałe gamonie ze szkoły etc. Hmmm, matki potrafią! A ojcowie? Okazuje się, że nie zawsze. Czytałam ostatnio w naszej lokalnej prasie dramatyczny apel kobiety poszukującej zaginionego męża, który jak gdyby nigdy nic pojechał rano po kawę na stację benzynową i tyle go widzieli. Ostał się po nim ino samochód, z kluczykami stacyjce. Oczywiście zaraz policja, ogłoszenia, w głowie żony wszystko co najgorsze, ale i nadzieja, że małżonek żyje – zwłaszcza że pan ów był 10 lat temu uprzejmy zniknąć z życia rodziny na 2 miesiące, ale się szczęśliwie (?) odnalazł. Żona zdruzgotana tym bardziej, że znienacka została sama z dwoma synami, jednym przykutym do łóżka z powodu ME, bardzo związanym psychicznie z ojcem.
I co powiecie? Szanowny tatuś, owszem, zadzwonił na policję (zapewne żeby USPOKOIĆ żonę), poinformował że żyje, mieszka w Anglii, dobrze się ma i już nie wróci do domu! I tyle w temacie. A żona? – na pewno da sobie radę! Przecież będzie musiała!

*  *  *

- Mamo, w piątek nie wrócę od razu po szkole do domu. Zostanę dłużej w Armagh – poinformował mnie Mati.
- Tak? A Dlaczego?
- Idę do domu kolegi. – wyjaśnił Tutek. - Jego rodzice chcą mnie poznać!

Czy JUŻ powinniśmy się martwić? Czy poczekać, aż zechcą poznać NAS?...

*  *  *

Oliwka grała na kompie, Zuzka wisiała jej nad głową, a gdzieś między nimi gnieździła się wszędobylska Julka.
- Wiesz, że PSY dostał nagrodę MTV za „Gangnam Style”? A Rihanna była nominowana w siedmiu kategoriach i nie dostała żadnej nagrody! – poinformowała Oliwkę Zuzka.
- Noooo – odpowiedziała Oliwka, nie odrywając się od gry.
- Noooo – powtórzyła Julka z miną znawcy tematu.
- Ona nawet nie wie o co nam chodzi – szepnęła w kierunku Zuzki Oliwka, z namacalną wprost złośliwością.
- Wiem! – odkrzyknęła Julka. – Chodzi wam o psy!

*  *  *

Wieczorem czytałam dziewczynkom „Narnię”.

- „…Centaury, jednorożce, jelenie i ptaki (była to oczywiście owa grupa pościgowa, wysłana przez Aslana za wilkiem przy końcu poprzedniego rozdziału)…”
- Zaraz, zaraz! – przerwała mi Oliwka, która lubi wszystko dokładnie zrozumieć, dlatego często przerywa i pyta. - Czy to znaczy, że na KOŃCU tego, mówili o TYM, o czym mówią TERAZ?
- Dokładnie tak! – odpowiedziałam, bo przecież sama bym tego lepiej nie ujęła…

*  *  *

Dziewczyny przyniosły ze szkoły sensacyjną wiadomość na temat afery kubłowej! Okazuje się, że jakiś niezidentyfikowany osobnik narobił do kubła od mycia podłóg. A że kubeł stał w damskiej toalecie, stropiony Dyrektor zebrał wszystkie dziewczynki z klas 3-7 w celu przeprowadzenia dochodzenia „co kto wie”.
- Ha! Więc każda dziewczynka jest podejrzana! – skonkludowałam i dodałam z uśmiechem - A może to twoja sprawka, Oliwka?
- Nie! Mamo, coś ty! – gorliwie zaprzeczyła moja córka. - Ja tylko w domu jestem szalona! W szkole robię się grzeczna!
- Czy to znaczy, że powinnam uważać na wiadro do zmywania podłóg?!!

W końcu i u nas zestaw podłogowy stoi w toalecie…

11:27, oszin13
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 listopada 2012
„Stoi na stacji lokomotywa…”

Uwielbiam spełniać marzenia! Zwłaszcza gdy niewiele mnie to kosztuje, a w podzięce mam dziecięce zachwyty. I właśnie wczoraj był taki dzień spełnionych marzeń dla moich dziewczynek, które od dawna bardzo chciały przejechać się pociągiem. Latały w swoim życiu samolotami, pływały promami, jeździły autobusami, ale pojazdy szynowe pozostawały im wciąż „do zaliczenia”. I nagabywały nas o taką podróż za każdym razem, kiedy mijaliśmy schody wiodące na stację kolejową. A nam ciągle było nie po drodze z koleją, bo przecież wiadomo, że samochodem zwykle szybciej, taniej, wygodniej… Ale wczoraj, w związku z wolnym dniem w szkole i pogodą za oknem (przynajmniej według prognoz BBC Weather), postanowiłam przedstawić dzieciom magiczny świat kolei, który zresztą sama uwielbiam.

Plan był taki – jedziemy jedną stację, wędrujemy do pięknego parku w Lurgan (największego w Irlandii Północnej), gdzie karmimy liczne parkowe ptactwo i korzystamy z uciech wypasionego placu zabaw, potem robimy szybkie zakupy i wracamy do domu szykować strawę dla rodziny. Wszystko nam się pięknie udało – może poza pogodą. Według meteorologów poniedziałek miał być BAAAARDZO słoneczny, chociaż umiarkowane ciepły, a był BAAAARDZO zimny i umiarkowanie słoneczny, za to gęsto przeplatany ulewami. I te ulewy objawiły nam się akurat w samym środku wycieczki… Miałyśmy dzięki nim dodatkową atrakcję w postaci chronienia się pod zadaszonymi kolumnami, wystawania pod rozłożystymi drzewami i ukrywania się pod zabudowanymi elementami placu zabaw ;) Ale co tam! Najważniejszy w całej wyprawie był przecież POCIĄG i kolejowy rytuał – zakup biletu, posiedzenie w poczekalni, przestudiowanie rozkładu jazdy, przejście na peron (nad torami), wejście do pociągu, kłótnia o miejsce przy oknie, wizyta pana konduktora, a potem… „odjeżdżająca” stacja kolejowa i migające za oknem drzewa. I chociaż nasza podróż trwała tylko kilka minut, pozostawiła niezatarte wrażenia, zwłaszcza na Oliwce, która była nieco przestraszona nową dla siebie sytuacją i siedząc w pociągu w kółko powtarzała, że czuje się niepewnie. Ale kiedy już ruszyliśmy i nabraliśmy rozpędu, humor jej się poprawił, a w drodze powrotnej to już się czuła jak stary kolejowy wyjadacz.

Skoro pierwsze koty zostały wrzucone za płoty, planujemy kolejną, dłuższą kolejową podróż – może do kina, a może nad morze, na wiosnę, w jakiś SŁONECZNY dzień…

*  *  *

Tuż przy wejściu do parku w Lurgan wypatrzyłam tablicę upamiętniającą otwarcie obiektu – z nazwiskami fundatorów i datą „1909”.
- Zobaczcie! Ten park założono w 1909 roku, to ponad 100 lat temu. – przekazałam młodzieży ciekawostkę historyczną.
Oliwka rozejrzała się na parkowych alejkach i z przekonaniem orzekła:
- Stary, ale jary!

To ci dopiero komplement dla parku ;)

*  *  *

Po wysłuchaniu wrażeń z naszej kolejowej wyprawy, Mati stwierdził:
- Aaaa, ja też jechałem pociągiem jak byliśmy na wycieczce w Belgii. Tylko tamten pociąg przypominał Ekspres do Hogwartu!
- Naprawdę?! – spytałam, szczerze zazdroszcząc Matiemu podróży ekscentrycznym pociągiem prosto ze świata Harrego Pottera. – A jak wyglądał?
- Miał przedziały!

Ha! Pociągiem z przedziałami nikt mi nie zaimponuje – też takimi jeździłam! Swego czasu regularnie ;)

*  *  *

Sobotni występ uczestnika „Mam talent”, niejakiego Patryka Rybarskiego, w tańcu na rurze ogromnie się nam, dziewczynom, spodobał i nawet skłonił naszą Zuzannę do głębszych przemyśleń.

- Strach się bać co by było gdyby ten facet był hydraulikiem i pojechał naprawiać latarnię!!! Co on by z niĄ zrobiŁ?!

Pewnie, że strach się bać – szczególnie, że jako hydraulik nie miałby przy naprawie latarni wiele do roboty…

*  *  *

Z cyklu „Rozmowy łazienkowe”.

- Mamo, gdzie mieszkają koniki? – spytała Julka z poziomu wanny.
- W stajni. – odpowiedziała uprzejmie mama, przekrzykując szum prysznica.
- A krówki?
- W oborze.
- A świnki?
- W chlewie.
- W CHLEBIE? Czy to znaczy, że można je zjeść z chlebem?

 Nooo, w sensie wędliniarskim tak to działa…

15:35, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 listopada 2012
„Panu Bogu świeczkę…”

Po Nocy Duchów zostało tylko wspomnienie – i pewnie ze trzy kilo słodyczy wszelakiej maści, przyniesionych przez dzieciska! Jak widać na dokumentacji fotograficznej poniżej makijaże się udały, stroje spełniły oczekiwania i kobiece towarzystwo wymaszerowało z domu w doskonałych nastrojach tuż po zapadnięciu zmroku. Wróciły w jeszcze lepszych, wprawdzie zmarznięte, ale zaopatrzone w słodkie zdobycze. Kostiumy poszły w kąt, dziewczyny wskoczyły pod ciepły kocyk i do końca wieczora słychać było tylko chrupanie cukierków, trzask chipsów i szelest papierków. 
I ciągłe stukanie do drzwi, ale to już ja obsługiwałam…
Tyle było naszego „diabelskiego ogarka”.

W kwestii „Panu Bogu świeczki” pomaszerowaliśmy sobie 1 listopada na cmentarz, obowiązkowo zaopatrzeni w zapałki i lampiony. Zapaliliśmy je na „znajomym” polskim grobie i dwóch nieznanych, opuszczonych i zaniedbanych grobach w najstarszej części cmentarza.
I wspomnieliśmy najbliższych, którzy odeszli.

Mam nadzieję, że udało nam się w ten sposób pogodzić obie listopadowe tradycje i tak już zostanie ;)

*  *  *

Postanowiłam ostatnio „sprzedać” dzieciom trochę własnego dzieciństwa i ściągnęłam z sieci serial „7 Życzeń” – oczywiście pod pozorem nadzoru rodzicielskiego i konieczności niejakiego komentarza, sama z przyjemnością obejrzałam go jeszcze raz ;) Dziewczyny pochłonęły wszystkie odcinki z otwartymi buziami, z miejsca zakochały się w Rademenesie i zażądały wypalenia płytki z serialem do ponownego użycia. Zaraz też przewertowały mitologię egipską w poszukiwaniu jakiegoś psiego boga. I wyszło im, że nasza Molly to z pewnością kolejne wcielenie Anubisa! Oczywiście nie mogło być inaczej! ;)
A jeśli już mowa o historycznych programach telewizyjnych to ostatnio szaloną popularnością cieszą się w naszym domu „Bajki dla potłuczonych” Kabaretu POTEM, które też kiedyś skądś ściągnęłam w ramach sentymentu. Dziewczyny w kółko je oglądają i znają już niemal na pamięć, sypią więc jak z rękawa gotowymi tekstami, wyjętymi wprost w ust Potemów. A ja im dzielnie wtóruję, ponieważ na Potemach się wychowałam.
„ – Babciu! Dlaczego masz takie wielkie zęby? DLACZEGO W OGÓLE MASZ ZĘBY?!
- Bo ja jestem Babcia do Orzechów!”
Itepe, itede…

Hi, hi. Kawał – historii!

*  *  *

- Mamo! Gdzie są moje czarne rajstopy?! – spytała Oliwka, próbując skompletować swój strój na Halloween.
- Są w waszym pokoju. - odparłam spokojnie.
- Ale gdzie dokładnie?!
- Nie pamiętam! Leżą gdzieś na wierzchu.
- Na wierzchu czego?! – drążyła temat Oliwka. - Jest dużo wierzchów w naszym pokoju!

Filozofka, psia jucha!

01:19, oszin13
Link Dodaj komentarz »