To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
wtorek, 29 listopada 2011
Paluszek i główka…

Zuzka została dziś w domu – łamało ją już wczoraj wieczorem, a rano obudziła się osłabiona i z bolącą głową. Nie poszła więc do szkoły, co wywołało ostry sprzeciw jej osobistego brata.
- Jak to?!!! – awanturował się przy śniadaniu  – Ona może nie iść do szkoły, a ja muszę?!!!
- Źle się czuje! – broniłam Zuzy.
- A ja mam katar, oooo! Zużyłem już 3 chusteczki!– Tutek zamachał mi przed nosem brudnymi chusteczkami.
- Paluszek i główka… - skwitowałam i dyskusja umarła śmiercią naturalną.

Zresztą, Tutek nie ma prawa narzekać – już jutro role się odwrócą i to ON zostanie w domu. I wcale nie za sprawą galopującego kataru, a Ogólnokrajowego Strajku Pracowników Sektora Publicznego, m.in. nauczycieli. Dostaliśmy oficjalne pismo z Tutkowej szkoły w tej sprawie.
W szkole dziewczynek strajkuje natomiast tylko część nauczycieli. Dlatego odwołane zajęcia ma Oliwka, ale Zuza (jeśli da radę) i Julka powędrują jutro na zajęcia. Ku rozpaczy Zuzy (i złośliwej uciesze Matiego!) W obliczu tak jawnej niesprawiedliwości, Zuzka czuła paląca potrzebę poważnego porozmawiania ze swoją Panią na temat jej haniebnej decyzji o nie przystąpieniu do strajku – musiałam niemal siłą odwodzić ją od tego szalonego pomysłu, dając jednocześnie nadzieję, że może następnym razem…

*  *  *

Dziś wieczorem Oliwka wybiegła znienacka z pokoju z rozwianym włosem i niespodziewanie oznajmiła:.
- Idę odrobić pracę domową!!!
- Jutro nie idziesz do szkoły – przypomniałam usłużnie, zakładając że po prostu zapomniała o tej szczęśliwej okoliczności.
- Ale pani zadała dziś pracę domową! – upierała się Oliwka.
- Ale jutro nie idziesz do szkoły!!! – powtórzyłam głośniej i wolniej.
- Co z tego? CHCĘ JĄ ODROBIĆ!!!

Co mogłam począć? Na takie dictum po prostu zabrakło mi argumentów – musiałam ustąpić!

22:27, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 listopada 2011
Nieidealna

Chyba jestem matką nie do końca stereotypową. Mój „malutki”, blisko 15-letni synalek doniósł mi dziś, że narozrabiał w klasie, bo rzucał gumką w kolegę, a ja się tym kompletnie nie przejęłam! Przeciwnie – całą sprawę skomentowałam: „To dobrze”.
- JAK TO??? – mocno zdziwił się Mati – Ja ci mówię, że zostałem ukarany (oczywiście niesłusznie, bo po prostu chciałem podać koledze gumkę, a przypadkiem trafiłem w innego kolegę, i nauczycielka to zobaczyła i zinterpretowała jako rzucanie!), a ty mówisz, że to dobrze?!!!
- Oczywiście, synku – odparłam spokojnie – Musisz mieć o czym opowiadać dzieciom, kiedy będziesz już je miał. Przecież nie powiesz im, że w kółko się uczyłeś! A żebyś przypadkiem nie zapomniał o swojej chlubnej przeszłości, zrobię ci przysługę i opiszę ją w rodzinnej kronice!

I z uśmiechem na ustach podpisałam mu wykonanie zadanej przez nauczycielkę kary – a było nią przepisanie z dziennika ucznia wszystkich 21 rozbudowanych punktów regulaminu zachowania się w klasie. Natychmiast przypomniałam sobie też własne liceum – za moich czasów delikwent złapany bez tarczy na rękawie, był zobowiązany napisać rozprawkę na temat : „O potrzebie noszenia tarczy szkolnej”. Albowiem Pani Dyrektor Domicela była polonistką…

*  *  *

Tutek zapodał mi dziś mimochodem jakiś angielski tekst, którego kompletnie nie zrozumiałam. Poprosiłam o „repeat” – powtórzył więc powoli, z podziałem na poszczególne słowa i dopiero wtedy załapałam. Oczywiście, musiałam później wysłuchać jego komentarzy - pełnych politowania.
- I co – dodał na końcu – pewnie SWOICH pomyłek nie opiszesz na blogu?!
- Pewnie że nie, taki już przywilej administratora! – odparłam.
- Taaak, znam to! W szkole też nam mówili, że historię wojen opisują tylko zwycięzcy.
- To prawda, a powiem ci jeszcze, że kronikarze też nie są obiektywni i piszą same dobre rzeczy na temat tego, kto im płaci!

Mój syn nie jest wprawdzie moim sponsorem – raczej odwrotnie – ale po namyśle przychylam się do jego prośby i niniejszym zamieszczam sprostowanie na temat niedoszłej projekcji „Krzyżaków”: Tutek wcale „nie grał na zwłokę” (jak to opisałam) pytając ojca o tytuł filmu – po prostu był ciekawy co to za film!
Bardzo mu zależy, żeby historia w TEN właśnie sposób zapamiętała jego udział w całej tej sprawie. Myślę, że tyle mogę dla niego zrobić!

23:14, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 listopada 2011
Qchnia artystyczna

Kuchnia to pojęcie niesłychanie pojemne – przynajmniej w naszym domu! Stanowi centrum życia rodzinnego i czasami mamy poczucie, że zupełnie niepotrzebnie utrzymujemy pozostałe domowe pomieszczenia! Najczęściej jest oczywiście miejscem przygotowywania i zjadania posiłków, ale bywa też od czasu do czasu konfesjonałem, kawiarnią, ambulatoriom, czytelnią, klasą czy pracownią plastyczną. W zależności od potrzeby chwili.
W sobotę nasza kuchnia użytku publicznego przekształciła się w „qchnię artystyczną”. Zaraz po śniadaniu na stół wypadło stado skarpetek w stanie bezżennym (skrupulatnie zbieranych po każdym praniu). Przy współpracy dzieci i przy użyciu nożyczek, kleju, włóczek, wykałaczek i paczki ryżu (!) powstały dwa śmieszne skarpetkowe bałwanki – początek tegorocznej kolekcji gwiazdkowych ozdóbek.
Ledwo zdążyłam uprzątnąć skarpetkowy bałagan ze stołu, w ruch poszły farby, więc musiałam przygotować kuchenną podłogę. Zaścieliłam ją starymi gazetami, by dwie artystki – Julka i Oliwka – mogły oddać się plakatowo-stempelkowym szaleństwom. Oprócz ociekających farbą bohomazów, babeczki umalowały także siebie i fragment podłogi. W ruch poszło mydło – duuużo mydła – a potem miałam jeszcze do wyszorowania łazienkowy zlew. Szczęście, że pies nie miał ochoty przyłączyć się do „stemplowania” i tylko oglądał szaleństwo z poziomu swego legowiska.
Tuż po obiedzie zostałam zmuszona do otwarcia swojego pilnie i zazdrośnie strzeżonego przed dziećmi plastycznego sezamu. Zuzka wychodziła wieczorem na imprezę i potrzebowała spersonalizować kartkę urodzinową dla koleżanki. W ruch poszły brokaty, tusze, żelowe stempelki, pisaki do druku wypukłego, a na koniec jeszcze opalarka. Jak zwykle w takich wypadkach – zarówno kuchnia, jak i artyści błyszczeli jak psu… sierść na wiosnę, ale kartka zyskała na wyglądzie i niepowtarzalności. Zuzka powędrowała do koleżanki – razem z kartką i na całą noc! – a ja mogłam spokojnie oddać się usuwaniu z kuchni śladów plastycznych zbrodni. Kuchnia musiała odzyskać swój kuchenny charakter jeszcze przed kolacją!

*  *  *

Uszczęśliwianie na siłę to zjawisko tak powszechne, że można by wciągnąć je na listę dyscyplin olimpijskich. Celują w nim rodzice, dzień za dniem zapisując kolejne (zwykle niechlubne) karty w tej dziedzinie. Również nasz ojciec rodziny postanowił wpisać się w historię wychowania i uszczęśliwić na siłę swojego pierworodnego syna.
Mati siedział sobie spokojnie przy komputerze, starając się maksymalnie wykorzystać ostatnie 15 minut z dwóch godzin jego codziennego komputerowego limitu. Ojciec władał w tym czasie pilotem telewizyjnym i po raz kolejny przekonywał się, że NIE MA CO OGLĄDAĆ!!! Nagle jednak ożywił się - wyraźnie coś znalazł i wpadł przy tym na jakiś genialny pomysł.
- Mateusz, chodź! Jest film dla ciebie! – rzucił w kierunku syna (przebywającego nie dość, że w wirtualnej rzeczywistości, to jeszcze za ścianą).
- Film? – upewniał się Mati, wyciągnięty znienacka z odmętów Matrixa.
Nie tryskał wcale radością, mając w perspektywie stratę jakże cennego komputerowego kwadransa.
- Ale jaki film? – synek wyraźnie grał na zwłokę, ale czy można mu się dziwić?
- Nie pytaj jaki, tylko chodź! Komputer odrobisz sobie później!
Ton ojca nie pozostawiał wątpliwości – należało się stawić BEZ DYSKUSJI i w miarę NIEZWŁOCZNIE. Tutek niechętnie pozamykał wszystkie otwarte aplikacje, wylogował się z kilku internetowych kont, zasejwował ustawienia, odłożył słuchawki i ciężko usiadł na kanapie w salonie.
Ojciec tryskał radością - z gatunku tych zarezerwowanych jedynie dla odpowiedzialnych ojców w obliczu dobrze spełnionego rodzicielskiego uczynku.
Zaczynał się seans… Na ekranie telewizora ukazał się przyprawiający od wieków o drżenie polskie serca napis: KRZYŻACY, a tuż pod nim nieco drobniejszym drukiem dopisek: CZĘŚĆ DRUGA!
Ojcu odebrało mowę. Tutek jeszcze nie załapał komizmu sytuacji. Ale ja załapałam w lot! I grzechem było tego nie skomentować.
- Siadaj, synku – powiedziałam – a tata w KILKU SŁOWACH opowie ci za chwilę, co zdarzyło się w części pierwszej tego interesującego filmu!
Ojciec jednakowoż nie podjął rzuconej w swoim kierunku rękawicy. Tutek został zwolniony z obowiązku oglądania arcydzieła polskiej kinematografii (a właściwie jego połowy), a ojciec po raz kolejny zmienił kanał.

*  *  *

Zuzka wykorzystywała swój czas na kompie. Oliwka siedziała obok, podpowiadając kolejne posunięcia w internetowej rozgrywce.
- Mogę ci pomóc – zaoferowała – To dla mnie pestka!
A po chwili dodała, jakby od niechcenia:
- To metafora!
- Hej, skąd znasz takie słowa? – zainteresowałam się.
- Nie wiem skąd – odpowiedziała szczerze Oliwka – ale wiem co to metafora!
Uznałam, że taka odpowiedź zadowala moja rodzicielską duszę i dałam mądrali spokój. Dosłownie – nie metaforycznie.

 Nasze skarpetkowe bałwanki

19:03, oszin13
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 listopada 2011
Dyrdymałki

Julka miała problem – sądząc po gestykulacji niemały, choć z jej tłumaczeń nie zrozumiałam ani słowa. Poszłam więc za nią do salonu i już wiedziałam – chciała przesunąć ławę, na której siedziała (w charakterze obciążnika) Oliwka.
- Oleńko, zejdź z ławy, Julka chce ją przesunąć – zwróciłam uwagę obciążnikowi.
- Przecież wystarczyło poprosić! – mruknęła w stronę Julki Oliwka i przeniosła się z ławy na kanapę.
Zabrałyśmy się z Julką za ustawianie ławy – niestety, na naszej drodze stała kanapa, a na niej leżała (w charakterze obciążnika) Oliwka!
- Oleńko, zejdź – poprosiłam.
- ALE MAMO! – rzuciła gderliwie Oliwa – JA TU LEŻĘ!!!

Cóż, widać nie zawsze wystarczy poprosić…

*  *  *

- Misiu, zjesz placki? – zwróciłam się do mężusia w porze obiadowej.
- Tak, zjem – odpowiedziała mi... Julka.
- Czy ty jesteś „Misiu”? – zapytałam.
- Nie! – odpowiedziała Julka, niezupełnie pojmując dlaczego w ogóle pytam i wskazując paluszkiem na ojca – Misiu to ON!!!

22:46, oszin13
Link Komentarze (1) »
Makaronowe aniołki

W kalendarzu jeszcze listopad, za oknami rzęsisty november rain, za to na mieście - Boże Narodzenie! W zeszłym tygodniu uroczyście odpalono miejską choinkę, w centrach handlowych królują „Jingle bells” i „White Christmas”, a w ofercie polskiego sklepu pojawiły się „zapisy na karpia”. Mam wrażenie, że co rok to wcześniej zaczyna się świąteczne szaleństwo. Niektóre sąsiedzkie domy, głównie portugalskie, też już świecą ozdobami bożonarodzeniowymi (dosłownie: świecą!) Co kraj to obyczaj, ale w każdym szaleństwie musi być metoda, ot co! Dlatego nasz zestaw choinkowy śpi jeszcze słodko na stryszku i nie zamierzamy go stamtąd wydobywać w najbliższych dniach. Jesteśmy twardziele!
Mimo, że jako się rzekło nieśpieszno nam jeszcze do ubierania domowego drzewka, rozpoczęliśmy przygotowania do uruchomienia dorocznej, sezonowej wytwórni makaronowych aniołków! Aniołkowy pomysł przytargałam lata temu z mojej rodzimej biblioteki (pozdrowienia dla Działu Zbiorów Specjalnych BG UPH) – w końcu nie od dziś wiadomo, że bibliotekarze to utalentowane bestie :) Ideę zaszczepiłam później osobistemu mężusiowi, skompletowaliśmy narzędzia, materiały i odtąd co roku wspólnie produkujemy makaronowe ozdóbki, które później rozdajemy przyjaciołom, znajomym i zaprzyjaźnionym nauczycielom, w charakterze upominków gwiazdkowych. A ile mamy frajdy przy klejeniu i malowaniu! Dlatego uznaliśmy, że już czas! Przejrzeliśmy zasoby kuchenne, ustaliliśmy zestaw brakujących materiałów i uwzględniliśmy je w cotygodniowej liście zakupów. Część niezbędnych makaronowych kształtów już kupiliśmy, za resztą trzeba się będzie rozejrzeć. Jeszcze tylko odzyskamy nasz klejowy pistolet (drżyj, Benedykcie, nadchodzimy!) i w weekend możemy wypuścić pierwszą partię zastępów niebieskich. Już się cieszę na tę manufakturę!

12:52, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3