To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
wtorek, 18 lutego 2014
Czekoladkowy zawrót głowy

Nasz domowy Św. Walenty zaskoczył w tym roku żeńską część rodziny wysypem niespodzianek. Dla żoneczki – bukiet róż, dla córeczek – pluszowe serduszka, dla wszystkich – bomboniera prosto od Lindta. Przepyszna – i już prawie wykończona :( Cóż się dziwić - Tutek nie odmówił sobie „krzyworyjowego” udziału…
- A Ruth też dostała z okazji Walentynek czekoladki! – poinformowała nas wieczorem, po przyjściu z piątkowego klubu, Zuzanna. - Marki Tesco ‘everyday value’! Nie była zachwycona!
- No ja myślę! – odparłam, a Zuzka dodała:
- Chyba nasz tata bardzo nas kocha…

 Oj, coś mi mówi, że tak!

*  *  *

Od czasu do czasu namawiam dzieciaki do odcięcia się od postaci z Disney Chanel i poznania bohaterów MOJEGO dzieciństwa – książkowych, filmowych albo obu na raz. Załatwiam filmy, zdobywam książki i odkrywamy je wspólnie na nowo. Dzięki temu nieletnie towarzystwo wie kim byli E.T., kot Rademenes, dzieci z Bullerbyn, Pinio, słoń Dominik, Marek Piegus czy Ferdynand Wspaniały. Umieją zanucić melodię z „Bliskich spotkań trzeciego stopnia”, pląsają „I feel pretty” jak Natalie Wood i znają zapętloną historię „Dnia Świstaka”.
Uznawszy, że NADESZŁA PORA, sięgnęliśmy ostatnio po nieco bardziej zakurzony repertuar i zaczerpnęliśmy nieco z talentu komediowego niejakiego Charlesa Chaplina. Razem z dziewczynkami obejrzałyśmy sobie „Dzisiejsze czasy”. Obśmiałyśmy się jak norki, bo okazało się, że „dobry Chaplin nie jest zły” - jest natomiast ponadczasowy, a Zuzka z miejsca orzekła, że kocha tego faceta! I nawet nie przeszkadzało jej, że aktorzy niewiele mówią, robią za to sugestywne miny, do tego na czarno-białym ekranie!
Zachęcona pierwszym sukcesem Chaplina, już obmyślam projekcję którejś z jego kolejnych perełek filmowych. Pierwszy Mąż sugeruje „Brzdąca” – też kocham ten film, ale póki co pozostaniemy chyba jednak w bardziej komediowym reperaturze. Może „Dyktator”?...

*  *  *

Oliwka wybierała się do kolegi, a Zuzka postanowił pójść razem z nią. Oliwka była wniebowzięta, Julka mniej – mimo próśb i płaczów, nie zaproszono jej do wspólnego wyjścia. Aby poprawić jej humor, wyciągnęliśmy asa z rodzicielskiego rękawa.
- Nie martw się Juleńko. Dziewczyny sobie pójdą do Filipa, a my w tym czasie napompujemy kupiony niedawno materac. I go wypróbujemy!
- Materac? – zapytała Zuzka, zatrzymała się w pół kroku i po dłuższej chwili powiedziała: - Eeee, ja chyba jednak wolę zostać w domu!
Oliwka przyjęła siostrzaną zdradę w miarę spokojnie, choć nie odmówiła sobie gorzkiego komentarza. 
- Po prostu nie mogę uwierzyć, że Zuzka zostawiła mnie dla DMUCHANEGO ŁÓŻKA!!! – powiedziała i samotnie udała się do kolegi.

*  *  *

Najnowszy Julkowy słowotwór w dziedzinie sponglisza, powstał podczas raportowania wydarzeń zaobserwowanych przed domem. Czytelników mających odbiorniki czarno-białe informuję, że rzecz dotyczy dziury wykopanej w jezdni, hałasu oraz ojcowskich kłopotów:
- Mamo, wiesz co się stało?! Przyjechali panowie, wykopali taką HOLE w ROAD, a tata nie mógł SLEEP z powodu NOISE!

 Powiadam wam, warto uczyć się języków naszych dzieci!

16:29, oszin13
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 lutego 2014
Czytelnik Naczelny

Nasz rodzinny blog zrodził się z nicości prawie 9 lat temu (Boże, jak ten czas leci!). Kiedy Pierwszy Mąż wyemigrował był w świat daleki, pomyślałam że opisywanie w Internecie przygód pozostawionej w kraju progenitury oraz Pierwszej Żony, świetnie uzupełni kontakty telefoniczne i listy. Ruszyłam ‘z tym koksem’, odkrywając w sobie przy okazji niejakie talenta literackie i zyskując grono oddanych czytelników (z Pierwszym Mężem na czele :)) I tak ciągnę ten wózek (pełen koksu) do dziś – pod górę, po wybojach, ku nieznanemu… :)

Mimo upływu lat i zdecydowanie zmienionych okoliczności geograficznych, Pierwszy Mąż nadal jest wytrwałym wielbicielem moich literackich zmagań i regularnie zagląda na rodzinną stronę. Solidaryzuje się z jej treścią do tego stopnia, że nagabnięty znienacka o to „co słychać?”, niejednokrotnie odpowiada: „zajrzyj na bloga”! Bywa od czasu do czasu także jego współautorem…
- Nie wiesz co napisać? -  pyta mnie i z miejsca podpowiada - Napisz tak: mój mąż jest bardzo tochany, jedyny i tak dalej. I że nie zamieniłabyś go na innego – NA PEWNO!

Więc posłusznie (i spontanicznie) piszę! Niech cały świat wie, jak bardzo „tocham” swojego Pierwszego Męża! Tym bardziej, że z pewnymi śmiałymi planami wyjazdowymi, powinnam się aktualnie szczególnie doń pucować!

 *  *  *

Okazuje się, że pisanie bloga ma wiele wspólnego z… szykowaniem obiadu! Narobi się człowiek, naobiera, napichci, a szarańcza głodomorów zmiata wszystko w pięć minut! I po herbacie, a nawet po musztardzie! :)
- Co robisz? – pyta „tochany” małżonek, zerkając przez moje ramię na ekran komputera.
- Piszę coś na bloga.
- Pisz szybciej! – zachęca mnie Pierwszy Mąż i zaciera ręce. - Zaraz sobie przeczytam!
Niezwłocznie odpala alternatywne źródło Internetu, wpada z wizytą na bloga, konsumuje najnowszy wpis (nie bez przyjemności, jak tuszę) i… żali się:
- Eeee tam. Siedzisz, piszesz pół dnia, a ja to czytam w pięć minut!

Taki już fatalistyczny los mistrza krótkich form :)

*  *  *

Jako amatorzy igrzysk wszelakich – a olimpijskich w szczególności – z przyjemnością obejrzeliśmy ceremonię otwarcia Zimowej Olimpiady w Soczi. Widowisko było kolorowe i interesujące, choć nie bez wpadek (niepokoimy się o osobę odpowiedzialną za olimpijskie kółka – może „ujechała dalieko, oj, dalieko”…) Trzeba jednak przyznać organizatorom, że podołali zadaniu i nawet z nieco monotonnej części, jaką jest parada sportowców z różnych stron świata, potrafili uczynić zaskakujące widowisko. Wszystko za sprawą rosyjskiego alfabetu, według którego uszeregowano wchodzące na płytę stadionu kraje. Nasza domowa specjalistka od Rosji (vide – prezentacja!) – Oliwka – usiadła sobie na tę okoliczność najbliżej telewizora i, zaopatrzona w wydruk z rosyjskimi bukwami, starała się śledzić litery. Kiedy już wydawało się jej, że jest w miarę na bieżąco z egzotycznie brzmiącymi nazwami krajów, na płytę stadionu wkroczyła… Kitajskaja Narodnaja Respublika.
- Co to jest?! – spytała zdumiona Oliwka.
- Jak to co?! Po prostu Chiny! – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się do siebie. 
Co tam Kitajskaja Respublika! Dla mnie największym zdziwieniem wieczoru było odkrycie, że… Walentyna Tiereszkowa ciągle żyje!!!


Z pozdrowieniami dla prof. Kokoszki, nauczycielki rosyjskiego w I Liceum Ogólnokształcącym… :))

*  *  *

Zuzka wpadła ostatnio ze szkoły z roziskrzonymi oczami.

- Mamo, wiesz?! Moja koleżanka chwaliła się, że jej babcia wysłała list do Obamy. I on jej odpisał!!!
- Phi! – odparłam spokojnie. – Co tam Obama?! Twój własny brat napisał kiedyś list do J.K.Rowling! I też mu odpisała!
- NAPRAWDĘ?!!! – Zuzkowa szczęka z hukiem opadła i potoczyła się po podłodze. - Kiedy?!
- Oj, pewnie z dziesięć lat temu. Zresztą, sama go spytaj.
Zuzka natychmiast pogalopowała na górę i zażądała wyjaśnień od zdumionego nagłą napaścią brata. Tutek uruchomił zwoje mózgowe, przypomniał sobie gdzie utknął rzeczoną korespondencję i po dłuższym grzebaniu odnalazł ją, mocno zmitrężoną i nadgryzioną zębem czasu. Widać dla niego list od J.K.Rowling nie miał już AŻ TAKIEGO znaczenia.
Zuzka pochwyciła pismo, przebadała (wraz z kopertą), potwierdziła autentyczność i zwróciła właścicielowi. A już następnego dnia zaniosła do szkoły sensacyjne wieści, którymi (jak przewidywałam) przebiła babcię koleżanki :)

Zawsze twierdziłam, że starszy brat to Skarb Narodów!


22:40, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 lutego 2014
Mądre głowy.

Miło nam donieść, że Oliwce udało się godnie zastąpić starszą siostrę w tegorocznych zmaganiach podczas Credit Union Quiz! A nawet, co tu kryć, wypadła lepiej! Szkolna drużyna, w której skład wchodziła, zajęła bowiem trzecie miejsce – na dziesięć startujących! Oprócz niewątpliwego prestiżu, cztery mądre głowy zainkasowały nagrodę pieniężną - po 10 funtow na łebka! Wszystko dzięki przyrodzonej samowiedzy oraz… oglądaniu programów telewizyjnych – przynajmniej trzy quizowe pytania dotyczyły X Factora oraz innych popularnych r eality shows. Pytano także o bohaterów sagi „Zmierzch”, co wywołało niemałą konsternację wśród uczestników, z racji wieku zainteresowanych raczej serią o Harrym Potterze… 
Ostatnie z serii sześćdziesięciu pytań wywołało szczególny uśmiech na mojej twarzy – pytano o „irlandzką grupę muzyczną, działającą na rynku muzycznym od ponad 30-tu lat, której manager, Paul McGuiness, zrezygnował w ubiegłym roku ze swej funkcji”. JA znałam odpowiedź – w końcu żyję na tym świecie ponad 30 lat – ale nieletni uczestnicy konkursu zrobili wielkie oczy! Gdyby zapytano ich o to, który ZNANY (:)) wokalista został ostatni zatrzymany za jazdę po alkoholu i pod wpływem narkotyków, to wiadomo byłoby że chodzi o Biebera, ale jakieś U2?… Who, the hell, is Bono?!

*  *  *

Klasa Oliwki poznaje ostatnio zasady tworzenia „mind maps” na przykładzie europejskich krajów, a samej Oli przypadło w udziale przygotowanie prezentacji o Rosji. Wróciła więc któregoś dnia do domu obładowana tematycznymi książkami ze szkolnej biblioteki i niezwłocznie zasiadła do komputera. Na pierwszy ogień poszedł rosyjski alfabet, w którym Oliwka z miejsca się zakochała i zaczęła kopiować na luźną kartkę. Potem przyszła pora na równie egzotyczny język.
- Maaamooo! – przywołała mnie z kuchni i zażądała: - Naucz mnie rosyjskiego!
Westchnęłam, uśmiechając się ukradkiem. Jak to nigdy nie wiadomo, kiedy i w jakich okolicznościach przyda się znienawidzony język obcy, którego zasady wbijano nam kiedyś do głów z uporem wartym lepszej sprawy...
Cóż było robić – poprosiłyśmy o pomoc Wujka Googla i znalazłyśmy interesującą stronkę z rosyjskim dla dzieci. Oliwka rozpoczęła przygodę, by wkrótce odkryć, że mamy w domu „sabakę”, nie mamy „koszki”, za oknem śpiewają „pticy”, a w akwarium pływają „riby”. Nie omieszkała też pochwalić się wracającej ze szkoły starszej siostrze, że właśnie uczy się nowego języka.
- Jak to?! – nieoczekiwanie oburzyła się Zuzka i rzuciła na mnie oskarżycielskie spojrzenie. – A pamiętasz jak cię kiedyś prosiłam, żebyś nauczyła mnie rosyjskiego?! Pamiętasz?! A ty co?! Nie nauczyłaś mnie, a teraz pomagasz Oliwce! Ja byłam pierwsza!!!!

W ten sposób wybuchła w naszym domu Pierwsza Wojna Polsko-Ruska. I naprawdę sporo czasu zajęło mi przekonanie obu stron, że mogą uczyć się rosyjskiego razem i w porozumieniu!

*  *  *

Ile emocji może dostarczyć jedna pocztowa przesyłka, przekonał się (w rezultacie gorzko, niestety) bohater sienkiewiczowskiego „Latarnika”. A że literatura często splata się z życiem, i nam było ostatnio dane doświadczyć przesyłkowych radości! W piątkowe popołudnie dostarczono dawno oczekiwaną paczkę z księgarni, a w niej „Trylogię”! Sześć tomów sagi „o rycerstwie spod kresowych stanic”, w kieszonkowym wydaniu ze złoconym brzegami. I po polsku! A na deserek – „W pustyni i w puszczy”! Uczta dla ducha! :)
Natomiast już następnego dnia z rana, ten sam zresztą kurier, zjawił się ponownie z przesyłką – tym razem dla Pierwszego Męża. Nareszcie przyszły - długo wybierane, wielokrotnie konsultowane, wyłuskane z internetowych zasobów, wymarzone… relingi dachowe! Niezbędne do umieszczenia bagażnika (zwanego pieszczotliwie „trumną”) na dachu auta przed wakacyjnymi wojażami.

Radości było co niemiara, z obu przesyłek! Albowiem – dla każdego coś dobrego ;)

*  *  *

Moje pokolenie dobrze wie, co znaczy komitet kolejkowy, pamięta bowiem czasy kiedy kieszenie pełne były pieniędzy, a sklepy wręcz przeciwnie – przeraźliwie puste. I żeby cośkolwiek kupić, trzeba było się solidnie naczekać. Dziś, kiedy jest akurat raczej odwrotnie, wspominamy kolejkowe obrazki z łezką nostalgii w oku. Mnie jednak dane było kilka dni temu przeżyć swoiste deja vu w dziedzinie komitetów kolejkowych.

Wędrując po pracy ulicami naszego małego północno-irlandzkiego miasteczka, natknęłam się na niecodzienny widok. Długi rządek ludzi, opatulonych w co się da i pod parasolkami (bo padało, co akurat nie dziwi) siedziało na składanych krzesełkach w wesołej kolejce, wyraźnie na coś czekając. Ktoś rozłożył sobie malutki namiot, ktoś inny grał na gitarze ku uciesze tłumu, większość rozgrzewała się gorącymi napojami. Najbardziej rozbawił mnie fakt, że początek kolejki wyraźnie ginął w drzwiach… lokalnej galerii sztuki! Czyżby nagły zapał do sztuk pięknych wybuchł w narodzie?! Nie wiedząc o co kaman, powędrowałam swoją drogą, zwłaszcza że i deszcz się wzmógł…
W domu zasięgnęłam internetowego języka i już wiem wszystko! Ludzie, których widziałam, to najwierniejsi z wiernych fani amerykańskiego wykonawcy muzyki country, Gartha Brooksa, który w lipcu tego roku da trzy koncerty w Dublinie! Kasy sieci Ticketmaster (jedna z nich z siedzibą w lokalnej galerii) miały zacząć sprzedaż biletów o 9-tej rano - następnego dnia! Ludzie więc koczowali pod kasami, w najróżniejszych miejscach kraju. Jak donosi prasa, najwytrwalsi kolejkowicze czekali nawet 60 godzin! I nie wszyscy dostali bilety – 200.000 wejściówek zniknęło w ciągu dwóch godzin z kas w całej Irlandii. Niektóre z nich pojawiły się wkrótce w sieci – w prawie TRZYNASTOKROTNYM przebiciu cenowym :) Gra warta była świeczki… 

Oto relacja filmowa (dla zainteresowanych):
http://www.portadowntimes.co.uk/news/local-news/fans-camp-out-for-garth-brooks-tickets-1-5842944

15:21, oszin13
Link Dodaj komentarz »