To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
poniedziałek, 25 lutego 2013
Zwierzęta stadne

Ostatnie wydarzenia rodzinne niezbicie dowodzą, że jesteśmy klinicznym przykładem zwierząt stadnych. Wystarczyło bowiem dzieciuchom kilka dni bez ojcowskiego nadzoru, żeby porządnie się stęsknić i niecierpliwie  odliczać godziny do „Powrotu Taty”. Wystarczyło ojcu kilka dni spędzonych z dala od wesołej dziecięcej gromadki (na matczynym łonie, notabene), ażeby zatęsknić do brzęczenia nad uchem i nieustającego uciszania nieletnich. Że o małżeńskich tęsknotach sensu stricte nie wspomnę :) Na szczęście dla wszystkich jesteśmy znowu razem - wyściskani, dopieszczeni (!), obdarowani suwenirami i obżarci babcinymi pudruskami. Gotowi na nowe wyzwania, a te już za dni parę!

*  *  *

W ramach prywatnej „pamper night” próbowałam ostatnio uruchomić maszynkę do pedicure. Niestety, bez sukcesu. Złorzecząc pod nosem, rzuciłam się ku ostatniej desce ratunku i otworzyłam pojemnik na baterie, chcąc wymienić je na nowe.

- Mamo, pamiętaj! Plus do plusa! – podpowiedziała usłużnie Julka.
- A skąd ty wiesz takie rzeczy? – nieco się zdziwiłam mądrością nieletniej.
- A bo kiedyś Agentowi Oso nie działała latarka! I Centrala mu powiedziała, że musi włożyć baterie! Koniecznie plus do plusa!

Oto siła mądrych kreskówek! Jednakowoż – w przeciwieństwie do szczęściarza Oso - wymiana baterii w moim sprzęcie też na nic się zdała! Zdechł był definitywnie.

*  *  *

Dziewczynki, w liczbie trzech, okupowały łazienkę, dokonując wieczornych ablucji. A że buzie im się nie zamykają bez względu na sytuację, Zuzka z Olą postanowiły zagrać w przyrodniczy quiz. Pytania padały gęsto, a i odpowiedzi natychmiast wracały rykoszetem. Julka przysłuchiwała się dyskusji sióstr milcząco, bo niestety na swoim obecnym poziomie wiedzy przyrodniczej nie bardzo mogła się doń przyłączyć. Aliści po pewnym czasie pokazała się szansa…

- Czy gąbki pod wodą ŻYJĄ? – spytała Oliwę Zuzka.
- Zaraz sprawdzę!!! – odparła szybko Julka i niezwłocznie zanurzyła w wannie swoją różową kąpielową gąbeczkę. I już po chwili mogła triumfalnie wykrzyczeć:

- NIE ŻYJĄ!!!

13:38, oszin13
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 lutego 2013
Szkarlatyna w natarciu!

Ledwieśmy się wykaraskali z jednej choroby, zaraz wpadliśmy w szponiaste szpony kolejnej. Julka, której upiekły się rodzinne grypowe atrakcje, postanowiła uderzyć z grubej rury i zafundowała sobie chorobę literacką, czyli szkarlatynę. Ze wszystkimi związanymi z nią atrakcjami – gorączką, swędzącą wysypką, palącym gardłem, brakiem apetytu, bolącym brzuszkiem i marudzeniem. Specjalnie dla mamy, mającej aktualnie na głowie cały dom i nie mającej pod ręką pomocnej ojcowskiej dłoni. Całe szczęście, że w XXI wieku szkarlatyna jest do opanowania i nie zbiera już śmiertelnego żniwa, jak w czasach Ani z Zielonego Wzgórza. I tylko penicylina w lodówce się chłodzi…

*  *  *

W ramach przywoływania miłych wspomnień w tych ciężkich czasach, cofnijmy się myślami do 14-go lutego. Tegoroczne walentynki mieliśmy raczej chorobowe, ale nasz ojciec rodziny stanął na wysokości zadania i skutecznie je nam osłodził. Po czekoladkach i lizakach nie zostało nawet kulinarne wspomnienie, wielka karta dla ukochanej żoneczki pyszni się na honorowym miejscu w salonie, a pudełko po niej Julka od razu przerobiła na „laptopa” – z pewnością <made in China> bo do środka wcisnęła poduszkę w chińskie wzorki :))
Kolega Zuzki bardzo się natrudził i dostarczył jej walentynkowy prezent wprost do naszych drzwi. Z drugiej strony wielkie pluszowe serce z pewnością nie zmieściłoby się w szkolnym plecaku, więc musiało zostać przytachane po lekcjach. Speszony do granic możliwości kolega nie dał się namówić na żaden poczęstunek i umknął szybko spod naszych drzwi (ech, ci małoletni wielbiciele…) Zuzka była nieco zażenowana sytuacją (jak na 11-latkę przystało), ale i niewątpliwie szczęśliwa. Wieczorem wyskrobała dla kolegi specjalną „dziękczynną” laurkę. Za to Oliwka spłakała się jak norka, bo JEJ wielbiciel nie pamiętał o walentynkowej kartce.
- Mamo, czy możesz zrobić walentynkę specjalnie dla mnie? – wychlipała przed snem do mojego ucha.
Cóż było robić? Zamiast iść spać, wyciągnęłam stare albumy i naprędce spreparowałam trzy walentynki (Tutikowi łaskawie odpuściłam ujawnienie małoletnich zdjęć – i tak dwa z nich ujrzały ostatnio światło dzienne przy okazji jego urodzin...)
Oto efekty nocnej matczynej pracy:


 

Porannej radości nie było końca!

*  *  *

- Synu, czy odrobiłeś lekcje? – spytałam podstępnie Tutika ostatniego dnia szkolnej przerwy.
- Lekcje, lekcje… - zamruczał rozleniwiony Tutek. - Na co komu lekcje?
- Jak już zostaniesz ministrem edukacji, to zlikwidujesz prace domowe! – poradziłam nieco złośliwie.
- No tak!  - Mati zapalił się do pomysłu. - Bo zrobiliby lepiej testy, zobaczyli kto umie, a kto nie. Tych co nie umieją trzeba by nauczyć, a tym co już umieją dać spokój!
- Ale ci co umieją też muszą utrwalać wiedzę! Właśnie dzięki lekcjom!
- Dobra, dobra… Już idę do tych lekcji… – zamruczał Tutek zrezygnowanym tonem, żebym NA PEWNO wiedziała, że idzie niechętnie.

*  *  *

Julka wyjrzała na zamglony świat, otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia i spytała:

- Mamo! Dlaczego jest tak GĘSTO?!!

01:13, oszin13
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 18 lutego 2013
Adam Słodowy byłby dumny...

20:28, oszin13
Link Komentarze (1) »
niedziela, 17 lutego 2013
ME-MO, czyli memento mori

Jak ten czas nieubłaganie leci… Minął Tłusty Czwartek, przeszedł Zapustowy Wtorek i tancerki w Rio musiały zmyć wystrzałowe makijaże by powrócić do zwykłej, szarej egzystencji. Karnawał dobiegł końca, nadszedł czas memento mori i smutna Środa Popielcowa! Jak co roku na ulicach naszego miasteczka pojawili się w tym dniu ludzie z czarnymi krzyżami, namalowanymi popiołem na czołach. Nieodmiennie wzrusza mnie ta otwarta manifestacja wiary, mimo że widzę ją co roku i to w miejscu na ziemi, gdzie publiczne przyznanie się do katolicyzmu stawia człowieka po konkretnej stronie barykady. I nieodmiennie napada mnie refleksja, jak niewielu Polaków zdobyłoby się na podobny gest na ulicach prawie całkowicie rzymsko-katolickiej Polski…

W kwestii memento mori – raczej trudno zapomnieć o śmierci w świetle ostatnich wydarzeń rodzinnych :(…

*  *  *

Jak to nigdy nie wiadomo co z kogo wyrośnie! I którego byłego ucznia dyrekcja szkoły podstawowej będzie w przyszłości stawiać za wzór przyszłym pokoleniom. Zdjęcia świeżo upieczonych absolwentów wyższych uczelni nietrudno znaleźć w lokalnej prasie, szkolnym gałganom tez udaje się czasem być komuś sterem w życiu. Jednak najbardziej cenne są historie tych, którzy na swój sukces musieli baaaardzo ciężko zapracować…
W ostatni piątek szkoła dziewczynek gościła jedną z absolwentek, 17-letnią Rosalind Connolly, która sześć lat temu opuściła szkolne mury. Rosalind, dziewczyna z zespołem Downa, właśnie wróciła z Korei Południowej, gdzie reprezentowała Irlandię na zimowej Olimpiadzie Specjalnej w Pyeongchang. I zdobyła tam złoty medal! Co ciekawsze, w narciarstwie alpejskim! A z pewnością nie jest łatwo trenować tę dyscyplinę w niezbyt śnieżnej Irlandii (od razu przypomina mi się jamajska drużyna bobsleistów…:) A Rosalind udało się sięgnąć po złoto! Dzieciaki ze szkoły patrzyły jak w obrazek w jej uśmiechniętą i szczerą twarz, a Zuzka pękała z dumy, że mogła zagrać przed olimpijką na flecie „I dreamed a dream”.
Serce rośnie!

*  *  *

A propos szkoły, po raz kolejny stanęliśmy przed konstrukcyjnym wyzwaniem – musimy zrobić replikę Titanica! To znaczy oficjalnie Oliwka musi, ale przecież nie bez naszej pomocy! Prawie rok temu głowiliśmy się nad Zuzkowym modelem statku Wikingów i wyszła nam całkiem niezła jednostka pływająca (rzeczona łajba do dziś dumnie zbiera kurz na lodówce). Tym razem awansowaliśmy na budowniczych translantantyków – zde-cy-do-wa-nie większy format!!! Już samo zgromadzenie materiałów nastręcza trudności, a co dopiero złożenie makulatury do kupy i nadanie jej rozpoznawalnej na całym świecie Titanicowej sylwetki! Zwłaszcza, że i Oliwkowe wymagania są całkiem konkretne: trzy kotwice, szalupy ratunkowe, turbiny, światła bulajów, dym z kominów itepe. Wszystko jak najbardziej zgodne z prawdą historyczną, pieczołowicie sprawdzoną w Internecie! Jasne, że najprościej byłoby kupić na Ebayu model do samodzielnego sklejenia (podobno ktoś z klasy już taki zamówił)! Ale przecież my nie z tych!!! Walczymy więc dzielnie, a jak skończymy, nie omieszkamy się pochwalić – PRZED wodowaniem!

*  *  *

Powoli i nieuchronnie zbliża się Zuzkowe bierzmowanie, choć z tą „nieuchronnością” może być różnie w świetle ostatnich doniesień ze Stolicy Apostolskiej! W związku z rezygnacją Benedykta XVI, „nasz” kardynał będzie zmuszon wkrótce gnać do Rzymu! Mamy jednak nadzieję, że wybierze się w drogę PO drugim marca i zdąży nam jeszcze wybierzmować Zuzannę.
W ramach przygotowań do Wielkiego Dnia, młodzież bierze udział w różnego rodzaju mszach, próbach i celebracjach. Ostatnio, na ten przykład, musiałam na duch zdobyć świecę na Ceremonię Światła, bo Zuzkowa świeca chrzcielna leży sobie spokojnie w szafie w Polsce. Zlazłszy miasto wzdłuż i wszerz, znalazłam w końcu jedną jedyną „okolicznościową” świecę, w pudle przytaszczonym przez uprzejmego pana ze strychu sklepu z rzeczami „na wszelkie okazje”.
- Aaaaaa, bo nas zaskoczyli w tym roku! – narzekała właścicielka sklepu. – Zazwyczaj bierzmowanie jest po pierwszej komunii, a w tym roku jakoś wyjątkowo wcześnie! I nie zamówiliśmy jeszcze towaru!
Co tam! Grunt, że jedna świeca się ostała z zeszłego sezonu! I ja ją kupiłam :))

*  *  *

Podczas mszy świętej powędrowałyśmy z Julką pod ołtarz – ja po komunię, Julka po błogosławieństwo. Zuzia objaśniła jej szeptem jak ma skrzyżować ręce na piersi, żeby dać księdzu do zrozumienia, że oto ma przed sobą grzeczną dziewczynkę, wartą błogosławieństwa. Na nic się jednak zdały siostrzane zabiegi – Julka podeszła do księdza i zdecydowanym gestem wyciągnęła rękę po opłatek. Ksiądz uśmiechnął się pod nosem.
- Nie, nie! – powiedział. – Jesteś jeszcze za malutka, kochanie.
Zawiedziona Julka wróciła ze mną do ławki. Przez chwilę siedziała cicho, ale w końcu nie wytrzymała i szeptem zagadnęła:
- Czy już połknęłaś tego cukierka, którego dał ci ksiądz?

Ech, to łakomstwo…

*  *  *

Po powrocie ze szkoły Zuzia opowiadała o dylematach swojej klasowej koleżanki, wiecznie z czegoś niezadowolonej. Oliwka przysłuchiwała się opowieści w skupieniu i tytułem refleksji rzuciła znienacka:
- Phi! Ciekawe jak poradziła by sobie w trzeciej klasie!
- Jak to w trzeciej klasie? – zainteresowałam się. - Przecież ona chodzi do siódmej! To znaczy, że jakoś przeżyła trzecią klasę!
- A nie! Ja mówię o trzeciej klasie na Titanicu! – odparła Oliwka.

Mimo początkowego zaskoczenia, nie mogłam jej odmówić trafności porównania…

*  *  *

Sprawdzałam Zuzkową pracę domową.
- Zuziu! Masz błąd w zadaniu z matematyki. Powinno ci wyjść 2450.
- A ile ja mam?
- 3500.
- Aaaa, to byłam blisko!

Taaak, z zegarmistrzowską wprost dokładnością…


*  *  *

- Mamoooo! – krzyczy Zuzka.
- Co? – odkrzykuję jak zawsze.
- Nic! Chciałam tylko zobaczyć, czy mnie słuchasz!!!

„Raz, raz, raz… próba mikrofonu…”

11:56, oszin13
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 lutego 2013
For my Funny Valentine



15:56, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2