To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
niedziela, 26 lutego 2012
Podróże małe i duże

Wszystko nam się w ten piątek udało!!! Pogoda ogólnie dopisała, „upiorny” list nie doszedł był, mój pierwszy mąż stanął na wysokości zadania i przejął domowe obowiązki. Mogłam spokojnie realizować zagraniczne plany wyjazdowe. Należało tylko wstać bladym świtem, zrobić się na bóstwo, wyszykować dzieci do szkół, zostawić dyspozycje, a potem - Tuptusiu, w drogę do Dublina (czyli za rzeczoną granicę!!!)

Trzynastoosobowa babska ekskursja zebrała się na lokalnej stacji kolejowej, do irlandzkiej stolicy udawałyśmy się bowiem pociągiem. Uhm, uwielbiam jeździć pociągami, zwłaszcza że tutejsze kompletnie nie przystają standardem do naszego PKP. Oczywiście w pozytywnym znaczeniu. Wagony są czyste, siedzenia wygodne, obsługa miła. A w pierwszej klasie (ponad dwa razy droższej od ekonomicznej) podają do stolika małą butelkę wina i lunch. Wiem z opowieści. Aż chce się podróżować (szkoda że tak rzadko - i póki co drugą klasą :)
W niezgorszych nastrojach wylądowałyśmy na słynnej dublińskiej stacji kolejowej Connolly, jednej z atrakcji miasta, usytuowanej strategicznie w jego sercu. Stamtąd już wszędzie jest blisko. Powędrowałyśmy więc wesołą kolumną w kierunku głównej ulicy Dublina - O’Connell Street - wprost do podstawy iglicy „Spire of Dublin”. Ta 120-metrowa rzeźba (?) wzniesiona została zupełnie niedawno bo w 2002 roku, dla uczczenia nowego Millenium (z jedynie dwuletnim opóźnieniem :)) Widać ją z daleka, stanowi więc doskonały punkt zborny dla wycieczkowiczów. Tu też na dobre rozpoczęła się nasza eskapada, czyli Dublin Bus Tour.
Na początek wsiadłyśmy do wycieczkowego piętrusa z odkrytym dachem (oczywiście Polki bohatersko wdrapały się na piętro, co tam zimny wiatr we włosach!) i ruszyłyśmy szlakiem dublińskich atrakcji. Trasa miała 23 przystanki, trwała około 1,5 godziny i pomyślano ją na zasadzie „Hop On - Hop Off”. Raz skasowany bilet upoważniał do wysiadania na dowolnym przystanku, zwiedzania wybranego miejsca, wskakiwania do kolejnego wycieczkowego autobusu i kontynuowania podróży - w ciągu dwóch kolejnych dni od uruchomienia biletu. Bardzo mi się ten pomysł spodobał!
My jednakowoż nie wysiadałyśmy po trasie. Skupiłyśmy się za to na podziwianiu uroku wąskich dublińskich uliczek z wysokości górnego pokładu autobusu, pilnym śledzeniu mapy miasta i wsłuchiwaniu się w dowcipne komentarze sympatycznego kierowcy, który nie dość że zajmująco opowiadał o historii Dublina, to dodatkowo sypał anegdotami jak z rękawa i podśpiewywał lokalne piosenki (z „Molly Malone” na czele!) Byłyśmy pod takim urokiem naszego przewodnika, że nawet solidne przeciągi nie były nam straszne.
Po objechaniu całej trasy (zakończonej pod iglicą, a jakże!) przyszła pora na lunch, wybrałyśmy się więc do Flanagan’s Restaurant. Jedzenie było niezłe, kawa może nieco mniej, ale największą atrakcją lokalu - przynajmniej dla niektórych z nas - okazał się… przystojny Mołdawski kelner. Nasza litewska koleżanka Vaida tak się weń zapatrzyła, że aż spiekła potem solidnego raka :) A na pożegnanie uśmiechnięty kelner powiedział nam „Do widzenia!” (widać Polak-Mołdawianin dwa bratanki!)
Najedzone i szczęśliwe, byłyśmy gotowe na podbój dublińskich sklepów. Musiałyśmy działać sprawnie, bo została nam tylko godzina do odjazdu pociągu. Nie zwlekając rozsypałyśmy się więc po okolicznych sklepikach - w moim przypadku były to głównie stoiska z pamiątkami. Miałam świadomość, że w domu czeka na mnie pięć stęsknionych osób, z których co najmniej cztery nie pogardzą prezentami. Na szczęście udało mi się wybrać coś odpowiedniego dla każdego i nie zrujnować przy tym wycieczkowego budżetu. Dla siebie zakupiłam pamiątkowy dubliński magnesik - do lodówkowej kolekcji. Na koniec, w ramach samorozpieszczania, odwiedziłam jeszcze słynną dublińską cukiernię Bulters Chocolate, skąd czekoladki można dostarczyć w każdy niemal zakątek świata - nawet na Madagaskar (za odpowiednią opłatą!) Skusiłam się na dużą latte - tanio nie było, ale kawa smakowała rzeczywiście wyśmienicie, a jako słodki dodatek do niej dostałam rozpływającą się w ustach orzechową pralinkę (mniam…)
Nasza wyprawa dobiegała końca. We wspaniałych humorach, obładowane bagażami wspomnień i pamiątek, ruszyłyśmy w drogę powrotną (znów pociąg, patataj, patataj...)
W progach domu stanęłam późnym popołudniem i właściwie mogę powiedzieć, że w niemal w drzwiach minęłam się z Matim, który wyjeżdżał na swoją weekendową wycieczkę (zapobiegawczo spakowałam go dzień wcześniej). Zdążyłam mu jeszcze wręczyć dublińską pamiątkę, synowsko-matczyńsko pożegnać i już go nie było. Teraz mogłam rozdać resztę suwenirów i na gorąco opowiedzieć wrażenia z eskapady.
Faaajnie było!

*  *  *

W sobotni ranek postanowiliśmy docenić uroki bardziej lokalnych atrakcji i wybraliśmy się z wizytą do zwierzaków na farmę Tannaghmore Gardens. Mimo nieobecności pierworodnego syna, ogólny stan liczebny rodziny nam się zgadzał, bowiem dużego Matiego godnie zastępował malutki Mikołaj (któremu my z kolei zastępowaliśmy naonczas rodziców). Ale najważniejsze w całej wyprawie były oczywiście zwierzaki, a tych na farmie nie brakowało. Dziewczynki z miejsca rzuciły się do dokarmiania ptactwa domowego, pawi, kóz, koników, osiołków, tudzież przedstawicieli bydła i trzody chlewnej. Chwała Bogu byliśmy zapobiegliwi i przyjechaliśmy odpowiednio oprowiantowani, więc chleb i marchewki sprawnie wędrowały z siatki wprost do zwierzęcych paszczy, a mama błogosławiła po raz kolejny wiejskie wychowanie, snując gawędy rodem ze „Zwierzyńca”. Po wyczerpaniu zapasów jedzenia i solidnym umyciu rąk, poszliśmy spacerkiem na pobliski plac zabaw. Było jednak zbyt chłodno na długie igraszki. Zapakowaliśmy więc wesołą gromadkę na pokład samochodu i wróciliśmy do domu na ciepłą strawę. Poczekamy na cieplejsze dni i na pewno znowu odwiedzimy zwierzaki. Kto wie, może nawet skusimy się na wycieczkę rowerową…

*  *  *

Siedziałyśmy sobie ostatnio razem z Zuzką, oglądając telewizję. Nagle, ni stąd ni zowąd, Zuza zwróciła się do mnie z zaskakującym stwierdzeniem.
- Mamo, wiesz że w miarę wieku komórki się zmniejszają?
Zastrzygłam uszami, nie bardzo rozumiejąc o co kaman.
- Jak to wieku? Chodzi o lata?
- No tak, w miarę upływu lat komórki się zmniejszają!
Zadrżałam. Nic mi nie było wiadomo o tym, jakoby moje komórki zmniejszały się w miarę upływu lat, ale kto ich tam wie? Zuzka namiętnie ogląda jakieś poplularno-naukowe programy, może czegoś sensacyjnego się dowiedziała? W końcu człowiek uczy się całe życie!
Byłam jednak ciekawa jak właściwie takie zmniejszanie się komórek wpływa na życie staruszków?! I co mnie czeka w przyszłości?!
- A o które komórki dokładnie chodzi? - dopytywałam się z niepokojem.
- No przecież telefoniczne! Kiedyś komórki były duże, a teraz są małe czyli w miarę wieku się zmniejszają!
I tu się z nią zgadzam!!! W kwestii wielkości telefonów komórkowych Zuzka ma niewątpliwie rację - zmniejszają się!!!

01:15, oszin13
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 lutego 2012
Pancake Tuesday!

I znowu się obżeraliśmy - tym razem naleśnikami! Ech, czego to człowiek nie zrobi, żeby godnie pożegnać karnawał. Do Rio daleko, kostiumy z pawimi piórami byłyby pewnie za ciasne, trzeba więc sobie radzić kulinarnie. I radziliśmy sobie dziś po południu na Afterschool Clubie, dzielnie stawiając czoła kolejnym porcjom, a naleśniki były wypasione - z lodami, nutellą i czterema smakami słodkich polew. Mniam…

*  *  *

Przez kilka ostatnich dni mocno trzymaliśmy z Mateuszem kciuki za nasze tego-piątkowe plany. Pełni obaw wyglądaliśmy listonosza, obawiając się listu ze szpitala, z datą wizyty u chirurga ortodonty, wyznaczoną złośliwym zrządzeniem losu AKURAT na piątek 24-go. Postman Pat stanął jednak na wysokości zadania i póki co nie dostarczył felernej korespondencji, co oznacza że wizyta nas wprawdzie nie minie (głównie Matiego, he, he), ale odbędzie się w późniejszym terminie. I bardzo dobrze się składa, bo TEN piątek mamy już szczegółowo zaplanowany! Matt wyjeżdża na szalony weekend ze swoim klubem do miejsca zwanego Todd’s Leap. W programie same survivalowe atrakcje - przejażdżki jeepami po bezdrożach, zjazdy na linach, taplanie się w błocie, walki w kulach (body zorbing) etc. Może być wesoło (a brudno z całą pewnością :) Ja z kolei turystycznie wypadam do Dublina, w międzynarodowym babskim towarzystwie. Na szczęście mój pierwszy mąż obiecał przejąć natenczas kontrolę nad stadem nieletnich, mogę więc w spokojności ducha oddać się zwiedzaniu irlandzkiej stolicy :0) Na pewno będzie ciekawie - oby tylko kapryśna pogoda dopisała. Muszę sporządzić solidne notatki z podróży, żebyśmy mogli kiedyś wybrać się rodzinnie w co bardziej interesujące miejsca.

*  *  *

Nasz weekendowy dziecięcy misz-masz zakończył się pełnym sukcesem i bez strat w ludziach. Koleżanka Zuzki powędrowała do domu wczesnym sobotnim popołudniem, Oliwka zaś wróciła na rodziny łono dopiero wieczorem (wprost w ramiona autentycznie stęsknionej starszej siostry!) I znów zgadza nam się liczba dziecków w domu. Jeszcze przez 3 dni…

21:55, oszin13
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 lutego 2012
Komu pączki, komu?!

Kolejny Tłusty Czwartek za nami! Tradycji stało się zadość! W tym roku dla odmiany obżeraliśmy się  polskimi pączkami z budyniem (zamawialiśmy wprawdzie z konfiturą, ale gapowata ekspedientka się chyba pomyliła). Czując pewien niedosyt kaloryczny (ha, ha), na szybko dosmażyłam jeszcze stos faworków i rzuciłam na pożarcie rodzinie.
Oj, będzie nam się w tym roku szczęściło, aż miło pomyśleć.

*  *  *

Postanowiłam pójść na wojnę z własnym psem i odzyskać zawłaszczony przezeń ogródek kwiatowy! Bo co jest w końcu, kurczę blade! Żebym nie mogła cieszyć oka widokiem kwiatków tylko dlatego, że posiadam psa kopiącego?! Podjęłam więc wyzwanie, zakupiłam płotki, ziemię, nasiona. Teraz czekam na przyjaźniejszą pogodę i ruszam na bój. Nie będzie łatwo, bo psisko już zwąchało sprawę (sic!) i próbuje rozkopać worek z ziemią! Nie zniechęcam się jednak - albo ja go, albo on mnie!

*  *  *

Przed nami leniwy weekend, ale zanim nastąpi musimy stawić czoła busy Friday afternoon. Jego plan wygląda z grubsza następująco:
15.30: Mateusz wraca ze spotkania z kolegami na swoim Film and Graffiti Project.
16.30: Zuzka wybywa do koleżanki z klasy - na szczęście nie trzeba jej odwozić, bo przyjedzie po nią zaprzyjaźniona mama.
17.00: Oliwka jedzie do koleżanki z klasy, żeby spędzić w niej noc (tym razem odwozimy - musimy jeszcze zlokalizować adres na mapie miasta). To jej pierwszy sleepover, więc z przejęciem pakuje się już od środy, angażując w to całą rodzinę.
17.30: Julka, jak co dzień, wychodzi do koleżanki za ścianę.
19.00: Zuzka wraca od koleżanki - razem z koleżanką, żeby to ONA spędziła u nas noc (w zamian za Oliwkę, liczba dzieci w  domu musi się zgadzać:-).
20.30: Julka wraca do domu.
po 20.30: spokojny (?) wieczór rodzicielski.

Skomplikowane? Nieco - i tylko ja się w tym jeszcze łapię, no, ale ja muszę…

11:08, oszin13
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 lutego 2012
Kolor walentynek

Tegoroczne Walentynki mają kolor pąsowych róż, którymi obsypał wszystkie domowe kobietki nasz prywatny Walenty, po powrocie z pracy. Pokraśniałyśmy z radości grupowo, mąż i ojciec został przez nas obcałowany i również obdarowany osobistym prezentem od pamiętającej żony. Co tam opinie, że to komercyjne święto - grunt, że się kochamy, a przypominamy sobie o tym codziennie, nie tylko od święta. :)

*  *  *

A propos święta, w sobotę świętowaliśmy Zuzkowe urodziny. Z powodu rodzinnych perturbacji zdrowotnych, celebra nam się przesunęła była o kilka tygodni, ale co tam! Impreza jest impreza, nieważne że nie o czasie!
Przeczuwając najgorsze, pies strategicznie wybył na dłuuuugi spacer, a Mati zmył się do kolegi. Dom został natomiast opanowany przez stado niesfornych młodocianych imprezowiczek. A w środku tegoż stada - ja, zostawiona przez moich mężczyzn na pożarcie! Pomna ubiegłorocznych doświadczeń, od progu oznajmiłam sforze gości, że pralkę mamy wciąż tę samą i NADAL nie zmieści się do niej najmniejsza nawet 10-latka, więc nie chciałabym nikogo wyciągać z pralkowego wnętrza („Niamh, mówię do ciebie!”). Na szczęście mój apel trafił na podatny grunt i impreza przebiegła w miarę spokojnie (jeśli nie liczyć totalnie zaśmieconych serpentynami wykładzin, jednego strąconego obrazu i diabelsko zmalowanych dziecięcych twarzy). Dom ocalał, natomiast dieta poszła w las, bo tort był przepyszny, hamburgery smakowite, a napoje kolorowe lały się strumieniami. Ale co tam, jakoś to kiedyś spalimy (mówię za siebie, bo 10-latki nie mają tego problemu :).

*  *  *

Piątkowy wieczór spędziliśmy z dziewczynkami na łowach. Miejsce połowu: centrum handlowe, cel: sukienka komunijna dla Oliwki. Wynik: ZDOBYTA! Po obejrzeniu kilkunastu fasonów, przemierzeniu kilku egzemplarzy, zaakceptowaniu przez resztę rodziny (a starszą siostrę w szczególności), ta jedna jedyna kreacja została wybrana. W miarę prosty krój, nietypowe wykończenie, całość w Oliwkowym stylu. Jeszcze kilka dodatków i voila! Panna młoda jak marzenie!
Uczyniliśmy niniejszym milowy krok w kierunku majowej uroczystości. Za chwilę wysyłamy wydrukowane już zaproszenia. Zainteresowani niech sprawdzają skrzynki pocztowe :)

*  *  *

- Wiesz, mamo - wyznała ostatnio Oliwka - ja to bym chciała dostać na Komunię trzy rzeczy!
Tu padły nazwy przedmiotów pożądania, głównie elektronicznych.
- Hola, hola - upomniałam ją - aż trzy rzeczy?! Na Komunię?! A co z Panem Jezusem?
- Aa, tak - odparła Oliwka - Pan Jezus! To w takim razie chciałabym dostać cztery rzeczy, Pana Jezusa też!!!

Dyplomacja jest zawsze w cenie.

12:48, oszin13
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 lutego 2012
M.O.T.

Zrobiłam sobie kobiece M.O.T. Czas leci, człowiek nie młodnieje, a tyle by się jeszcze chciało w życiu zrobić... Trzeba więc trzymać rękę na pulsie i kontrolować co się da. Więc kontroluję. Jakiś czas temu zrobiłam przegląd „podwozia”, dziś na warsztat poszło „nadwozie”. W ramach przeglądu: mammografia, masa ciała, metabolizm, stan masy mięśniowej, poziom tkanki tłuszczowej, ciśnienie, cholesterol i stan skóry twarzy. Wszystko hurtem podczas wizyty w busie Action Cancer. Szybko, miło i darmowo (choć po kilku tygodniach czekania na termin).
Ze wstępnych wyników wychodzi, że nie jest źle, choć tu i tam można by cośkolwiek ulepszyć. Główne zalecenia: jeść zdrowiej (ha!), pić więcej (wody!!), palić tyle co dotychczas (czyli zero!) i pozbyć się jednego kamienia, czyli nieco schudnąć (ba, żeby to było takie łatwe :) Wyniki ksero biustu przyjdą dopiero za kilka tygodni. Mam nadzieję, że będą OK, a co do reszty - się zobaczy, co da się zrobić…

*  *  *

Wyciąganie informacji z Mateusza urasta czasem do miana sztuki. Tutek precyzyjnie dozuje wiadomości - szczególnie szkolne - a nam, maluczkim, pozostaje jedynie czekać na jego łaskawość lub nagły błysk pamięci. We wtorek mieliśmy kolejny tego przykład.

Godz. 16.15. Tutek wrócił do domu.
Ojciec: Co tam w szkole?
Mati: Nic, nudy.

Godz. 18.00. Wróciłam z dziewczynkami z Afterschool Clubu.
Ja: Cześć, synku. Jak w szkole? Jakiś nowiny?
Mati: Nieeee, nic nowego.

Godz. 21.30. Mati wraca ze swojego klubu i zasiada do kolacji.
Mati (między jednym a drugim kęsem): Aha, przypomniałem sobie. Dziś było w szkole zebranie polskich uczniów i zaproponowali nam dodatkowy egzamin GCSE, z polskiego. Będę go zdawał!

Hrrrr!!! Ale przecież pytaliśmy, prawda? I to niejednokrotnie! Ale po co nam, rodzicom, tak nieistotna informacja?! Widocznie jeden egzamin maturalny w te lub wewte nie stanowi dla Matiego żadnej różnicy. Całe szczęście, że z przyrodzonej samowiedzy orientujemy się nieco w tutejszym systemie edukacyjnym, bo licząc na wyjaśnienia Tutka, błądzilibyśmy z ojcem jak dzieci we mgle.

*  *  *

Julka jest aktualnie na etapie zadawania tysiąca pytań na minutę i własnego objaśniania świata. Jako odpowiedzialni i doświadczeni rodzice cierpliwie tłumaczymy, wyjaśniamy, informujemy, bez względu na czas i miejsce. Julka słucha uważnie, przetrawia nasze słowa, a czasami dzieli się z nami swoimi mądrościami.
- Mamo, dlaczego ten pan powiedział ci „cześć”?
- Bo to znajomy taty.
- Aha. A ten drugi pan co z nim szedł, to kto?
- Pewnie kolega tego pana.
- Aha - mówi Julka i zadumuje się.
A po chwili dodaje z triumfem w głosie:
- Rozumiem! Ten pan tu KUMPL tamtego pana, a tamten pan to KOLEŚ naszego taty!

17:02, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2