To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
piątek, 25 lutego 2011
Akademickie wspomnienia

Na fali „pójścia na uniwersytet” Mati nakłonił mnie ostatnio do wspomnień – nie byle jakich, bo akademickich. Żądny wiedzy na temat mieszkania w akademiku wypytywał o ważne dla niego szczegóły:
- Jakie były pokoje?
- Dwu-trzy osobowe.
- A co z telewizją?
- Była JEDNA sala telewizyjna.
- Aha. A komputery?
- Jak kończyłam studia to zaczęły wchodzić pierwsze pecety.
- Tak, wiem, takie co zajmowały cały pokój? – powiedział Mati ze zrozumieniem.
- Aż TAK dawno studiów nie kończyłam! Pierwszy komputer kupiliśmy jak się urodziłeś.
- Aha. A współlokatorzy?
- Cóż, bywało różnie… - rozmarzyłam się i puściłam z falą wspomnień – o Małej, Dżastinie, Mikosie, Pieniu, Gośce W., Freusie i wielu, wielu innych, których nie wymienię, ale pamiętam i pozdrawiam serdecznie. Oczywiście obowiązkowo zahaczyłam o osobę pierwszego męża, któren był na wyposażeniu pokoju z powodów bardziej uczuciowych niż akademickich. Na koniec rzuciłam garść wspomnień (tylko cenzuralnych!) na temat samego studenckiego życia, ze szczególnym uwzględnieniem ekscytujących momentów uzupełniania wyposażenia wnętrz o zagubione lub zniszczone sprzęty, w momencie „zdawania” pokoju.
Mati słuchał jak urzeczony i co zapamiętał? Ano rychło się dowiedziałam – dziś wieczorem, wychodząc do czekających na dworze kolegów, rzucił mimochodem:
- Opowiem im o tym jak studiowałaś.
- Tak? A o czym opowiesz? – zainteresowałam się.
- No, jak kradliście krzesła i jak tata nielegalnie mieszkał!
Ech, studenckaja żyzn.

*  *  *

Sceny z życia smoków.

Mateusz poszturchiwał Zuzię. Zuzka nie była mu dłużna. Wreszcie po chwili zareagowałam.
- Hej, uspokójcie się!
W odzewie Julka podbiegła do Mateusza i rzuciła krótko:
- Hej, Tutik! Ty bij Zuzię, a ja będę biła Oliwkę!
Na szczęście do rozróby nie doszło, bo gremialnie ryknęliśmy śmiechem. To dopiero mały zakapior nam rośnie!

*  *  *

Ola: Czemu te drzwi tak skrzypią? Nie można ich NAOLEIĆ?
Mati: A potem ROZMROZIĆ?
Złośliwiec jeden…

22:35, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 lutego 2011
Ważne sprawy małych dziewczynek

Kilka dni temu Zuza przyniosła wieści – organizują nowy klub po szkole i Zuzka, uczestniczka klubów wszelakich, oczywiście była żywotnie zainteresowana. Klub ma dotyczyć babrania się w glinie, ogólnie mówiąc. Poszukując uczestników Pani prowadząca zastosowała chwyt marketingowy w postaci wylepionej, wypalonej i bajecznie kolorowej glinianej figurki, więc cala klasa piąta z miejsca wyraziła chęć uczestnictwa. Miejsc było jednakowoż tylko sześć… Ustalono, że o uczestnictwie zadecyduje kolejność zgłoszeń. No i się zaczęło. Na początek Zuza zasugerowała nam, że może zrezygnuje ze spania, żeby następnego dnia się nie spóźnić – ostatecznie wynegocjowałam, że po prostu wstanie nieco wcześniej. Wieczorem zapakowała do plecaka podpisaną rodzicielską zgodę + 3 funty na pokrycie kosztów materiału, wskoczyła pod kołdrę, aby wyskoczyć spod niej wczesnym rankiem i natychmiast obudzić młodszą siostrę. Śniadanie zjadła w kosmicznym tempie (poganiając siostrę), ubrała się jeszcze szybciej i gotowa była wyrwać ojca z łóżka ponad pół godziny wcześniej niż zwykle (co mogło się skończyć jej zgonem, nawet biorąc poprawkę na Niespotykanie Spokojnego Ojca). Na szczęście zapewnienia, że szkoła jest najzwyczajniej w świecie jeszcze zamknięta i nie otworzą jej wcześniej jak o 8.45 wystarczyły i ojciec mógł spokojnie dopełnić porannych rytuałów w postaci kawy i Facebooka. Summa summarum wyjechali do szkoły oczywiście wcześniej niż zwykle – w rezultacie Zuzka stawiła się pod szkolną bramą jako trzecia (z ogólnej liczby uczniów uczęszczających do szkoly). I dostała się do składu wygniataczy gliny.
Chęć podzielenia się szczęśliwą informacją rozdzierała jej wnętrzności, więc wracając ze szkoły kręciła się w samochodzie ciesząc się na chwilę, kiedy opowie mi o swoim triumfie. Oliwka zaś powoli zieleniała z zazdrości, chcąc uszczknąć choćby kawałek z tego tortu radości. Po dłuższej dyspucie ustalono, że Oliwka wejdzie do domu jako pierwsza i zaanonsuje Zuzę, po czym ta ostatnia wkroczy w blasku jupiterów i przekaże właściwą  wiadomość. Dziewczyny się dogadały, ojciec był spokojny, a konflikt zażegnany. Pozornie, albowiem tuż po zaparkowaniu samochodu Zuzka, niepomna siostrzanych obietnic, wystrzeliła w kierunku domu i jak bomba wpadła do kuchni. Nieświadoma nadciągającej burzy zapytałam:
- Jak tam twój klub ?
- Dostałam się ! – wykrzyknęła radośnie Zuzka.
Sielankowy obrazek zakłócił jednak powrót reszty wycieczki. Oliwka zalewała się łzami, a ojciec kipiał z gniewu. Zuzka została zbesztana na okoliczność niedotrzymywania danego słowa, a w ramach straszliwej kary dostała polecenie zrezygnowania z wymarzonego klubu. Teraz dwie kobiety zalewały się łzami w dwóch rożnych pokojach. Ojciec powoli stygł, a ja – przyznam – byłam nieco „nie w temacie”. Trzeba było jednak działać. Po zapoznaniu się z ogólnym zarysem sytuacji i krótkich negocjacjach z mężem (pod nieobecność łkających stron, co by nie podważać rodzicielskich autorytetów) ustaliliśmy złagodzenie kary – Zuzka przeprosi Oliwkę, a ta zadecyduje czy siostra zasługuje na klub czy nie. Po wyjściu ojca do pracy wygłosiłam więc dwie pogadanki na temat lojalności, w wyniku których Zuza otarła łzy i przeprosiła Oliwkę czekając na wyrok, a Oliwka powiedziała, że… się zastanowi. I zastanawiała się przez dwa kolejne dni, trzymając Zuzę w niepewności. Wreszcie wczoraj rano wstała z łóżka i wygłosiła oświadczenie:
- Podjęłam decyzję. Zuzia może iść na klub.
Ogólnej radości nie było końca.

*  *  *

Julka bardzo lubi muzykę – czasem do niej tańczy, czasem śpiewa, a czasem po prostu słucha i ogląda. Dlatego jej ulubioną stroną internetową jest Youtube. Siada sobie na ojcowskich (albo moich) kolanach i razem przechodzą przez kanon muzyki polskiej i światowej. Repertuar jest bardzo rozległy – od punkrocka z lat 80-tych, przez „Mam talent” i „X Factor”, aż po klasykę kinematografii. Julka ma oczywiście faworytów – do niedawna byli to Marcin Matrix Majewski, Susan Boyle i Alexandra Burke. Ostatnio zdecydowanie John Travolta & Oliwia Newton John w „Grease” oraz Renifer Gray z Patrickiem Swayze w finałowej scenie z „Dirty Dancing”. Te piosenkę wyłuskuje bezbłędnie spośród wielu innych na Youtube. Byliśmy ciekawi które z dwojga tańczących aktorów wzbudza jej większe zaciekawienie, więc zapytaliśmy:
- Juleńko, kogo bardziej lubisz, tę panią czy tego pana?
- Hmmm, ma kuncke – powiedziała z rozmarzeniem Julka.
Czyli wszystko jasne – jednak Baby.

*  *  *

Moje dziewczynki, szczególnie młodsze, odznaczają się jakim szczególnym masochistycznym upodobaniem do słuchania Zuzkowego rzępolenia na skrzypcach. Ja MUSZĘ tego słuchać, Zuzka MUSI tego słuchać, ale młodsze CHCĄ tego słuchać. Jak tylko Zuzka sięga po stojak na nuty, a ja przynoszę futerał ze skrzypcami, obie zjawiają się  w pokoju ćwiczeń, rozsiadają wokoło i chłoną to coś, czego muzyką nazwać zdecydowanie nie można. Nawet kiedy wymykamy się w Zuzą na górę bez większego ogłoszenie na temat rozpoczęcia ćwiczeń, pierwsze dźwięki skrzypiec zwabiają maluchy z najdalszych zakątków domu.

Tyle o osiągnięciach dziewczynek. Osiągnięcia Matiego wymagają natomiast osobnego rozdziału.

*  *  *

ROZDZIAŁ DRUGI – OSOBNY - OSIĄGNIĘCIA MATEUSZA.

Matiemu udało się ostatnio zdobyć detention, czyli karę odsiedzenia po lekcjach dodatkowej godziny w dwa kolejne czwartki, przepisując nudne teksty ze szkolnego regulaminu w towarzystwie kilku kolegów z klasy. Mniejsza o przyczynę kary -  w końcu nie chcemy dodatkowo konfudować synka. Dostaliśmy ze szkoły oficjalne pismo na okoliczność owych dodatkowych zajęć wraz ze szczegółowym opisem wybryku – na wypadek gdybyśmy nie byli poinformowani o „osiągnięciach” synka przez niego samego. Na szczęście byliśmy w temacie, a pismo powiesiliśmy Matiemu nad biurkiem, na pamiątkę.
W Polsce mówi się, że uczeń bez dwoi jest jak żołnierz bez karabinu – w tutejszej wersji dotyczy to „detention”.

*  *  *

Z cyklu „Julka powiedziała”:
- O, dziękuję Juleńko – powiedziała Zuzka, biorąc od niej ciastka.
- Ma co – odparła Julka od niechcenia, a chodziło oczywiście o „nie ma za co”.

13:15, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 lutego 2011
Tiffany

Muszę przyznać, że lubię chodzić na wywiadówki. Mam to szczęście, że moje dzieci garną się do nauki, starając się dać z siebie wszystko na każdym polu, nawet tym nie do końca lubianym. A nauczyciele doceniają wylany pot, niekiedy bardziej niż osiągnięte wyniki. Z tego na przykład powodu Mati, który nie jest przecież typem sportowca, osiąga z wuefu najwyższe noty, a nauczyciel jest nim zachwycony, co powtarza mi od trzech lat przy okazji corocznych spotkań z cyklu „Parent-Teacher Meeting”. Wywiadówki, jako się rzekło, stanowią dla mnie źródło relaksu, a rozmowy z nauczycielami to raczej swobodne towarzyskie pogawędki, podczas których oni rozpływają się nad zaletami moich dzieci, a ja chłonę pochwały i układam je sobie w głowie, co by podzielić się nimi później z dumnym ojcem, a i samymi zainteresowanymi.

*  *  *

Powoli przyzwyczajam się do myśli, że Reghan – sympatyczny grubasek z sąsiedztwa – zostanie moim zięciem. Oliwka otwarcie wyznaje, że go kocha. I vice versa. U Zuzki nie przebiega to tak gładko – ona jest bardziej wojowniczą naturą i chłopaki mogą liczyć co najwyżej na kuksańca. Oliwka natomiast pieczołowicie przygotowuje walentynkową kartkę i przechowuje w lodówce kawałek ciasta „specjalnie dla Reghana”. Osobliwa z nich para – ona raczej drobniutka, ona raczej okrąglutki.

*  *  *

Przeżyliśmy ostatnio prawdziwy rodzicielski koszmar, z pluszowym psem w roli głównej. Pies, imieniem Tiffany, jest ukochaną przytulanką Zuzki. Posiada wymoszczone pudełko, certyfikat urodzenia, własny paszport i strój chearleaderki. Poza tym – stanowi obiekt jawnych Julkowych westchnień. Zuza broni psa jak może, ale czasami udaje nam się skłonić ją do ustępstw i wtedy Julka też kosztuje szczęścia, obnosząc psa pod pachą po całym mieszkaniu. Wszystko odbywa się w domowych warunkach, pod czujną kontrolą właścicielki.
W ubiegły czwartek, kiedy Zuza była w szkole, a Tiffany spała na górnym łóżku (z dala od łapek bobasów), wybierałam się z Julką na nasze cotygodniowe zajęcia z cyklu Parent & Toddler.
- Mamo, ce Tiffany! – załkała Julka, a ja, matka o miękkim sercu, pomyślałam „Czemu nie, przecież będę miała ją na oku. Co się może stać?” I – nieszczęsna – zgodziłam się zabrać psa na wspólny spacer. Julka przytuliła go do siebie w wózku i poszłyśmy.
Muszę powiedzieć, że Julka opiekowała się pluszakiem gorliwie przez całe zajęcia, pokazywała go wszystkim dzieciom, była naprawdę dumna. Po zajęciach umościłam zabawkę razem z Julką w wózku i ruszyłyśmy w kierunku domu, robiąc po drodze zakupy. Julka zajadała słodką bułkę, krusząc obficie dookoła. Gdzieś w okolicy domu zorientowałam się, że coś jest nie tak i od razu wiedziałam co – puchaty łebek Tiffany już nie wyglądał z wózka.
- Gdzie jest Tiffany? – zapytałam natychmiast moją pociechę.
- Nie wiem. Wyzuciłam na chulicę! – padła uczciwa odpowiedź.
O, matko! Natychmiast zrobiłam zwrot o 180 stopni i ruszyłam tropem okruszków, mniej lub bardziej dyskretnie patrolując ulice. Zrobiło się gorąco, wózek ważył chyba z tonę, a pluszaka nadal nie było. Po przebyciu całej trasy i ponownym odwiedzeniu sklepów, poddałam się - pies przepadł. Zrezygnowana wróciłam do domu i rzuciłam się do Internetu, co by przejrzeć stronę sklepu, w którym zakupiliśmy Tiffany. Niestety – „psy wyszli!” Ebay też nie pomógł. Byliśmy zgubieni, trzeba było się z tym pogodzić i przygotować na Zuzkowe łzy. Postanowiliśmy odwlec sprawę najbardziej jak się da i przez cały wieczór skutecznie odwracaliśmy uwagę Zuzy od jej ukochanej psiny. Jakoś udało nam się przetrwać i zyskać nieco na czasie.
W piątek, przy okazji wędrówki do siłowni, jeszcze raz przepatrolowałam „chulice” – oczywiście bez skutku. Sytuacja była kryzysowa. Aż tu nagle po południu, kiedy bez większych nadziei grzebałam w Googlach, ZNALAZŁAM - jeden jedyny, ostatni egzemplarz poszukiwanej zabawki, poprzedniego dnia niedostępny, był do dostania naszym mieście! Uff! Natychmiast zarezerwowałam psa, do odbioru następnego dnia – a następnego dnia rano mój mąż powędrował do sklepu i owego psa zakupił. Korzystając z chwilowej nieobecności Zuzki, wyjęliśmy nową Tiffany z opakowania (które natychmiast zniszczyliśmy) i podłożyliśmy na górne łóżko. Siedziała tam sobie cichutko jak gdyby nigdy nic, a wieczorem Zuzka przytuliła ją i spokojnie zasnęła. A my odetchnęliśmy. I tylko Julka wygląda na nieco zdezorientowaną – nie było psa, a teraz jest.
Dziś rano, kiedy usłyszeliśmy z góry jęczący głos „Mamo, ja ce Tiffany!”, oboje z mężem zgodnym chórem krzyknęliśmy „NIE!!!”
Never more!

13:43, oszin13
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 lutego 2011
Sobotni poranek

Sobotni poranek – zwykle leniwy i zaspany – obudził mnie dziwnymi dźwiękami dochodzącymi z kuchni. Zgarniając resztki snu z powrotem (dygresja: „ Z powrotem” – zupełnie niezła książka; polecam!) pod powieki usiłowałam wyodrębnić dźwięki. Słyszałam tupot dziecięcych stóp po schodach, jakieś trzaskanie na parterze. Przez chwilę zdawało mi się, że szumi czajnik, ale to przecież było niemożliwe… „Wszystko pod kontrolą” – pomyślałam i otuliłam się skrzydłami Morfeusza. A potem – piekielna trójka, z Zuzką na czele, stanęła na progu sypialni i ryknęła:
- Wstawajcie, zapraszamy na śniadanie!
Zdecydowanie zaspana zwlokłam się z łóżka i posłusznie powędrowałam do kuchni, coby skonfrontować sen z rzeczywistością. Na stole parowały kubki z kawą, stojąc w towarzystwie zgrabnych grzanek z pasztetem. Czyli czajnik rzeczywiście pracował… Odganiając od siebie obrazy hipotetycznie poparzonych wrzątkiem dzieci, powlokłam się z powrotem do sypialni – żeby obudzić ojca i sprzedać mu dobrą nowinę o poranku! Muszę przyznać, że sprostał zadaniu i bez większego ociągania pożegnał się z ciepłym łóżeczkiem. Jak się ma kreatywne dzieci, trzeba również być kreatywnym. Tylko grzanki trzeba było ekspresowo zamienić na zwykłe kanapki, albowiem ojciec grzanek nie jada.
A Pingwin leciał…, a Mati spał…

*  *  *

Headhunterzy wykonali kawał dobrej roboty – mój syn postanowił, że „idzie na uniwersytet!” Oczywiście najlepiej na Queen’s University do Belfastu, bo właśnie stamtąd przyjechała do ich szkoły delegacja, zasiewając ziarno pod przyszły zbiór studentów. Po przestudiowaniu broszury informacyjnej Mati nieco się zdziwił, że będzie zmuszony wybrać jeden kierunek studiów, bo i jak tu się zdecydować, kiedy i Drama, i Film Studies, i Computer Games Development kuszą, nie licząc innych, mniej nietuzinkowych kierunków. Ale idea została zasiana i – co najważniejsze – mój „student-to-be” uwiadomił sobie, że droga w kierunku studenckiego życia zaczyna się już w gimnazjum i wprost proporcjonalnie zależy od dobrze zdanych egzaminów GCSE. Zatem trzeba się uczyć!

*  *  *

W głowie mojego męża natomiast zakwitła myśl o zabraniu rodziny na wakacje do jakichś egzotycznych zakątków. Oczywiście, najlepiej latem i za jak najmniejsza pieniądze. Niestety, już wstępna analiza ofert wykazała, że nie będzie to aż takie tanie. Właśnie po raz kolejny przekopywał Internet, kiedy zawisła mu na plecach Zuza, z pytaniem:
- Szukasz dla nas wakacji?
- Tak, ale jest was za dużo. Kogoś musimy zostawić w domu – zażartował mój mąż.
- Najlepiej zostawmy Mateusza – wtrąciłam swe trzy grosze, podnosząc głowę znad prasowania – pewnie umarłby grając na kompie przez cały czas.
Kilka chwil później dziewczyny dopadły Matiego, dzieląc się z nim sensacyjnymi informacjami:
- Wyjeżdżamy na wakacje! A ciebie zostawiamy! – krzyczała Zuzka.
- I umzes! – dodała z powagą Oliwka.

21:54, oszin13
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 lutego 2011
Bodycombat

Bodycombat to jest to! Moje mięśnie zostały dziś znienacka zmuszone do pracy w trakcie dość morderczego treningu. Nieświadome czekających nas „atrakcji” stawiłyśmy się w kilka dziewczyn w siłowni na pierwsze zajęcia w ramach wiosennego zrzucania wagi. Tymczasem, notabene sympatyczny, trener narzucił zabójcze tempo, nie zważając na to, że ma do czynienia z nowicjuszami. Przetrwanie godziny zajęć gimnastycznych rodem z kickboxingu było nielada wyczynem. Ale wytrwałam – inspiracją dla mnie był dziadek (na oko 60-latek) o takiej kondycji, że mucha nie siada. „Jeśli on może to i ja”, pomyślałam sobie i dalejże kopać niewidzialnego przeciwnika! Boli mnie tu i tam, ale oprócz wykrycia mięśni, o istnieniu których nawet nie wiedziałam, poznałam kilka praktycznych ruchów zdatnych do wykorzystania podczas wojen gangów. Jeszcze kilka takich treningów i zacznę ćwiczyć przed lustrem tekst „Are you talking to me?!” A następny trening już za tydzień.

*  *  *

Ech, pamiętna dziś data! Nasz pierworodny syneczek skończył 14 lat! Oczywiście był tort -  Julka pomagała dmuchać - i prezenty (głównie specjalne wydanie specjalnej książki). Doceniając wyjątkowość daty Tutek udzielił siostrom dyspensy na całowanie go w policzek, z czego skrupulatnie skorzystały (z wyjątkiem Czupurka, który nie potrafiła jeszcze wykorzystać tej wyjątkowej sytuacji). Dodatkowym prezentem dla Matiego był fakt, że wygrał dziś konkurs matematyczny w swojej klasie, a w nagrodę dostał voucher do wydania w sklepie płytowym. Same dobre rzeczy go dziś spotkały, takie urodziny mogłyby być codziennie :)

*  *  *

Święty Mikołaj przyjechał! Dokładniej wylądował i przyjechał.  Jeszcze dokładniej – nasz ojciec powrócił niedawno na rodziny łono. I przywiózł podarki. Dziewczyny (zwłaszcza starsze) rzuciły się na słodkości, wydrapując dziurę w opakowaniu z pudruskami od babci i podkradając kilka garści, po czym urządziły pokaz mody z udziałem świeżo otrzymanej konfekcji. Mati pokraśniał z radości na widok zamówionych książek, a Julka na widok nowej „kuncki”. Generalnie prezenty sprawiły rodzinie moc radości. Wszystkim darczyńcom niniejszym składam podziękowania w imieniu obdarowanych.

*  *  *

Weszłam ostatnio w posiadanie nieco dziwacznych butów, które po bliższym przyjrzeniu okazały się być produktem designerskiej firmy Irregular Choice. Na szczęście obuwie nie jest AŻ tak odleciane, jak mogłoby być, patrząc na inne pomysły pana Donniego Sullivana (polecam przeszukanie Internetu – jest na co popatrzeć), więc kobieta czterdziestoletnia i matka dzieciom może w nich spokojnie wyjść – jeśli trafi jej się DUŻE WYJŚCIE i  towarzystwo, które doceni oryginalność marki :) A wtedy - ahoj, Przygodo!

*  *  *

Julka, jako dziecię młode, niedoświadczone, co by nie powiedzieć naiwne, przyznawała się do niedawna do wszystkiego. Bez względu na rodzaj przewinienia oraz winowajcę, ona zawsze powtarzała „To moja wina!” Co więcej, od czasu do czasu domagała się kary – zapewne dlatego, że kara to dla niej pojęcie całkowicie abstrakcyjne. Czasami sami ją podpuszczaliśmy, pytając „I czyja to wina?” – Julka zawsze zapewniała „Moja!” Oczywiście częstotliwość wykorzystywania jej przypadłości przez szanowne siostrunie graniczyła z nadużyciem, ale cóż było nam, rodzicom, robić kiedy świadków zdarzenia zwykle nie było, a „winowajca” sam przyznawał się do winy.
Zdaje nam się jednak, że sprawy nie będą już toczyć się tak gładko jak dotychczas. Albowiem kilka dni temu, po usłyszeniu dźwięku ponad wszelką wątpliwość wydobywającego się z Julkowej pieluszki, raczej machinalnie zapytałam „I kto to zrobił?” Julka zawahała się nieco, po czym pełnym niewinności głosem stwierdziła „To taty wina!”
Ech…, to se ne vrati.

I jeszcze jeden Julkowy kwiatek. Fakt, że Zuzka gra na skrzypcach jest przez Julkę kwitowany stwierdzeniem „Zuzia gla na pipcach!”

23:46, oszin13
Link Dodaj komentarz »