To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Nasze rendez-vous

Udało się! Dotarliśmy na nasz wyczekiwany koncert Celtic Woman (czytaj: Keltik, w odróżnieniu od drużyny piłkarskiej)! Dróg do Dublina szczęśliwie nie zasypało, klopsiki i inne zjawiska pogodowe nie nadciągnęły. Jedynie Zuzanna nam się nieco rozchorowała, ale w ciągu kilku dni postawiliśmy ją na nogi na tyle, by mogła zostać spokojnie w domu pod opieką starszego brata. Całość piekielnego rodzeństwa przekupiliśmy dodatkowo pizzą z Domino’s (to zawsze działa :) oraz możliwością spania w salonie. I pojechaliśmy.

Koncert był genialny! Feeria barw na scenie, fantastyczny zespół muzyczny zaczarowywany przez energetyczną skrzypaczkę Máiréad, do tego irlandzcy tancerze i prawdziwy szkocki dudziarz. Dziewczyny, w świetnej formie wokalnej, zaśpiewały wachlarz swoich największych przebojów. Od „You raise me up” i „Amazing grace”, przez „Caledonię” aż do irlandzkich piosenek śpiewanych w języku gaelic. Moje serce skradła wykonana akustycznie z towarzyszeniem gitary „Noella fantasia” – od razu zapragnęłam obejrzeć jeszcze raz ‘Misję’! Niezapomniane przeżycie – warto było czekać i polować na bilety!
A nasze rendez-vous? Właściwie, zupełnie jak w piosence KOMBI – „tylko w wyobraźni”. Ale jak już nadmieniłam, KONCERT BYŁ GENIALNY!

*  *  *

A propos kulturalnych wyjść, w ubiegłym tygodniu zaliczyliśmy urodzinowe Zuzkowe panto. Świetne, jak się zresztą spodziewaliśmy. Nasz znajomy listonosz Eddie – lokalna gwiazda amatorskiego teatru - wcielił się w tym roku w postać (kobiecą oczywiście) jednej z brzydkich sióstr Kopciuszka. I był w tej roli naprawdę paskudny ;) Całość spektaklu zrobiła wrażenie nawet na Tutiku, który jako się wcześniej rzekło, nie był zbyt szczęśliwy z okolicznościowego wyjścia do teatru. Po zakończeniu przedstawienia jednak nie szczędził mu ciepłych słów.
A ponieważ były to urodziny Zuzanny, po powrocie do domu rodzinnie pożarliśmy tort, pieczołowicie ozdabiany przez dziewczynki poprzedniego dnia. Zuzka był szczęśliwa, a jej nastrój jeszcze się poprawił kiedy otworzyła rodzicielski prezent. Był zestaw do kaligrafii z pięcioma rodzajami stalówek, buteleczką z atramentem, pieczęcią i prawdziwym lakiem. Oczy jej się zaświeciły, zażądała wydania papieru i niezwłocznie rozpoczęła przygodę z piórem (redis). Następne dwa dni nasza nastolatka spędziła ślęcząc nad księgami i kopiując z cierpliwością godną benedyktyńskiego mnicha minuskuły, tekstury i antykwy z załączonej do zestawu książeczki. Z niezłym skutkiem i prawie kompletnie bezkleksowo! Czyli prezent nam się udał (gwoli prawdy, głównie ojcu), co czyni nas tym bardziej dumnymi z faktu, że nie był to żaden elektroniczny gadżet. Zresztą, jak wynika z poświątecznej giełdy prezentów, Zuzka była jedyną z klasy która pod choinkę nie dostała nic z elektroniki. I była z tego dumna, jak i my jesteśmy!
Swoją drogą, ciekawe czy nasza latorośl równie chętnie zatopiłaby się w kaligraficznych meandrach, gdyby ją do tego PRZYMUSZANO – jako i nas do pisma technicznego na zpt? :)

*  *  *

Nikt z rodziny nie był tak szczęśliwy z zakończenia ferii świątecznych jak nasza mała Julka. Jej miłość do szkoły jest wielka - powinna nosić na piersi plakietkę z napisem „Uczeń Wzorcowy”. Ostatnio podczas zajęć klubowych, na pytanie „Za co chciałabyś podziękować Bogu?” Julka bez wahania odpowiedziała : „ZA SZKOŁĘ!”, czym wzbudziła ogólny entuzjazm wśród liderów i niezrozumienie wśród dzieci ;)
Poszukując źródeł Julkowej fascynacji szkołą, zapytaliśmy ją pewnego dnia:
- A dlaczego właściwie aż tak bardzo kochasz szkołę, Juleńko?
- Bo noszę rajstopy! – odparła indagowana.
- Jak to?! – drążyliśmy temat, bo nie bardzo widzieliśmy związek.
- No tak! Bo jak wracam ze szkoły, zdejmuję swoje szkolne rajstopy i mogę przez nie skakać jak przez skakankę! – wyjaśniła Julka.

A wystarczyło cieszyć się faktem… I po kiego grzyba pytaliśmy?

*  *  *

- Och, Oleńko! – zreflektowałam się któregoś ranka, odprowadzając dziewczynki do szkoły. – Zapomniałam ci włożyć jabłko na drugie śniadanie!
- Nie szkodzi! – uspokoiła mnie Oliwka. – Ludzie w Irlandii przeżyli Wielki Głód 150 lat temu, to i ja przeżyję bez porannej przegryzki!

Co racja to racja, ale skala porównania mnie powaliła…

*  *  *

Zuzka przygotowywała folder reklamujący zdrowe żywienie, jako pracę domową na angielski.
- Mamo, rzuć mi kilka rad dotyczących zdrowego żywienia dzieci! – poprosiła.
- Poczekaj! – odparłam, poszperałam w szafce kuchennej i wyciągnęłam z jej czeluści broszurkę na temat zdrowych wyborów żywieniowych.
- Masz! – powiedziałam, podając ją zaskoczonej Zuzce.
- I dlaczego mnie nie dziwi, że mama to ma? – szepnęła sama do siebie Zuzanna, zagłębiając się w lekturze.

Dlaczego mama to ma? Ponieważ, jak głosi chińskie przysłowie „śmieciarzy”, wszystko się może kiedyś przydać! ;)

*  *  *

Nasza Oliwka ma – jak reszta rodzeństwa - bujną wyobraźnię i talent pisarski (z pewnością wyssany z mlekiem matki). Jednak jej wyobraźnia chadza czasami bardzo krętymi ścieżkami. Ostatnio Ola przyniosła do domu swój szkolny zeszyt do angielskiego, więc zerknęłam doń z ciekawością. Pod poleceniem „Wymyśl dwa dowolne zdania złożone”, nasza Oliwka uprzejma była napisać:

1. „Paul spoliczkował nauczyciela, ponieważ się nudził”.
2. „Nathan kopnął Williama i udawał, że nic się nie stało”.

Praca opatrzona była wypisanym na czerwono komentarzem nauczycielki: „Bardzo dobrze, tylko następnym razem mniej przemocy, proszę!”

Właściwie jasnym dla nas jest, że któregoś dnia u naszych drzwi staną Służby Socjalne, z zestawem kłopotliwych pytań na temat naszych metod wychowawczych…

*  *  *

Zuzka, jako się rzekło, niedomagała nam ostatnio. Do walki z choróbskiem zaprzęgliśmy różne medykamenty i smarowidła, z tym Amol, kładziony obficie na przód i tył Zuzkowej fizjonomii.
Przy niedzieli po kąpieli zasadziłam się z flaszeczką Amolu w pokoju dziewczynek, czekając na powrót Zuzki z łazienki. Julka, bardzo zaaferowana całą amolową procedurą, nie spuszczała ze mnie oka.
- Mamo! – spytała. – A właściwie co będziesz smarować Zuzce? Plecy cy co?
- Plecy! – odparłam.
– I cyco! – dodałam po chwili zastanowienia.

A potem obie wybuchłyśmy takim śmiechem, że za Chiny Ludowe nie mogłyśmy się opanować, więc zarówno „plecy” jak i „cyco” Zuzkowe musiały poczekać. ;)

17:11, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 stycznia 2015
Back to reality

Pierwsze noworoczne koty poszły za płoty, a pierwszy poświąteczny tydzień został zaliczony! Nie było łatwo, ale też nie spodziewaliśmy się, że będzie. Nawet pies płakał rano na schodach, próbując w ten sposób wymóc na mnie powrót do ciepłego łóżeczka. Ale nie było pomiłuj! Obowiązki matczyne wzywały!
Na szczęście dla mnie, nie wszystkie dzieciuchy zaczynały szkołę tego samego dnia, mogłam więc dawkować sobie codzienne poranne „przyjemności”. Na pierwszy ogień poszła Zuzka – BARDZO niezadowolona i jeszcze bardziej niewyspana. Dwa dni po niej w mundurki na powrót wskoczyły młodsze dziewczynki. Mati, jako nestor rodzeństwa, zwlókł się był do szkoły dopiero w czwartek. W ten sposób, „powoli, jak żółw ociężale”, ruszyliśmy na powrót rodzinną machinę! Przed nami kolejne zabiegane tygodnie, a nawet i miesiące, bowiem następne „wolne” dopiero… 17 marca na St. Patrick Day! Już nie możemy się doczekać! :)

*  *  *

Nabiegałam się, nazałatwiałam, nakorespondowałam, by zdobyć bilety na przyszłotygodniowe panto. Specjalnie dla Zuzkowych urodzinowych gości. A tymczasem… moja prawie-trzynastolatka rozmyśliła się i orzekła, że nie chce żadnej imprezy! Bo nie! Woli kameralną uroczystość w rodzinnym gronie! Zostałam więc z plikiem biletów w kieszeni. Ale od czego fakt posiadania dużej rodziny?! Sześć z dziesięciu biletów obskoczymy familijnie (biedny Tutek został siłą rozpędu zmuszony do kulturalnego wyjścia), jeden przeznaczymy dla najbliższej koleżanki jubilatki, a na pozostałe trzy też już mamy chętnych. I więcej tortu będzie dla nas! ;)

*  *  *

- Mamo, zrób mi kanapkę! – poprosiła Julka.
- Okey, z czym? – spytałam.
- Z miodem!  - zdecydowała natychmiast - Albo z nutellą! Albo jednak z miodem!
- A może zrobić ci kanapkę pół na pół? – zażartowałam.
- TAAAK! – uradowała się Julka i ochoczo sięgnęła po dwa słoiczki ze słodkościami.

W ten sposób stałam się ofiarą własnych pomysłów. I po co mi było błyskać intelektualnym dowcipem?...

*  *  *

- Widziałyśmy ostatnio śmieszny film w Internecie – poinformowała mnie Zuzia.
- Jaki? – zagaiłam.
- O dwóch psach! Kręciły się koło samochodu, a jeden z nich strącił talerz!
- Ze stołu? – spytałam przytomnie, starając się wyobrazić sobie samochód i stół w bezpośrednim sąsiedztwie.
- Nie! – zaoponowała Zuzia. – To był taki talerz rejestracyjny! Z samochodu!
- Chyba tablica rejestracyjna! – zaproponowałam niepewnie.
- No, tak! Registration plate!

I wszystko jasne!

*  *  *

- Idę odrabiać lekcje! – oznajmiła nam Zuzia, sfruwając ze swojego pokoju i rozkładając książki na kuchennym stole.
- W kuchni?! Przecie masz własne biurko! – zaoponowaliśmy zgodnie z Pierwszym Mężem.
- Tak – przyznała nam rację Zuzanna - Ale na nim nie ma miejsca, bo taki jest bałagan!

Jej rozbrajająca szczerość nie znalazła jednak zrozumienia w rodzicielskich umysłach. Chwilę później nasza leniwa latorośl powędrowała wraz z książkami z powrotem na górę, celem posprzątania biurka. Odwieczny konflikt pokoleń dał o sobie znać :)

*  *  *

- Mamo! Mamo! A Julka jadła kabanosa i powiedziała, że już nie chce! – doniosła nam uprzejmie Oliwka.
- Tak… - zagaiłam w oczekiwaniu na rozwinięcie tematu.
- Więc powiedziałam, że MUSI zjeść!  - kontynuowała Oliwka. - I wiesz co? Wsadziła sobie kabanosa do buzi, a potem go wyjęła i chce dać psu!
- Rozumiem. – powiedziałam, choć tak do końca nie rozumiałam. – Ale właściwie o KOGO ci chodzi? O Julkę, kabanosa czy o psa?
- No przecież taki kabanos wyjęty z buzi MOŻE ZASZKODZIĆ PSU!!! – wyklarowała sytuację nasza bojowniczka o prawa zwierząt.

Hmmmm... Summa summarum, Julka i tak nakarmiła psa (i była szczęśliwa), a Ola dostała podziękowania za dobre chęci i wykład na temat priorytetów.

A pies? Pies z lubością pożarł datek. I nie padł (jak mozna było się zresztą spodziewać)!

16:52, oszin13
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 stycznia 2015
„Jak wam się podoba?”

Przyszło mi do głowy, że warto coś zmienić w życiu u progu Nowego Roku. Pomysłów mam wiele, a oto pierwszy z nich – lekka rewitalizacja bloga. Tylko formy, bo co do treści nie mam zastrzeżeń ;)

*  *  *

Tegorocznego Sylwestra spędziliśmy, jak zwykle, w okrojonym składzie - tradycji musiało stać się zadość i nasz ojciec poszedł spać wcześnie, by móc wstać około 3.30 do pracy. Taki life…
Reszta rodziny bawiła się na tradycyjnej domówce w prywatnych kapciach (Tutek nieco bardziej wirtualnie, przy udziale kolegów z całego świata). Nieco czasu zabawiliśmy na koncercie w Gdyni, nieco w Krakowie, Nowy Rok przywitaliśmy zaś razem z Beatą Kozidrak na Rynku we Wrocławiu. Się działo! Godzinę później, przeskoczywszy magicznie do naszej strefy czasowej, udaliśmy się na koncert zespołu Queen i Adama Lamberta do londyńskiego Big Bena. Tuż po północy obejrzeliśmy imponujący pokaz sztucznych ogni, wystrzeliwanych prosto z London Eye, a na koniec zaśpiewaliśmy razem z tłumem „Auld Lang Syne. Korzystając z uroków ciepłej nocy, dziewczynki wyległy przed dom by podziwiać fajerwerki i chińskie latarnie, Mati skupił się raczej na odpalaniu zimnych ogni w kuchni (z marnym skutkiem ;)). I tylko nasza biedna psina drżała z przerażenia w swoim legowisku…
Nadszedł Nowy, 2015, Rok! :)
I jesteśmy o rok starsi! :(

*  *  *

Z okazji nadejścia nowego roku, postanowiłam przekopać rodzinne archiwa i wygrzebałam noworoczne facecje zapisane na rodzinnej stronie 1 stycznia 2006 roku.

„- Mamo, co masz na szyi? - pyta [czteroletnia] Zuzanna.
- Szal - odpowiadam.
- A po co?! - nie daje za wygraną księżniczka.
- Żeby było bardziej sylwestrowo.
- Mamo - wykrzykuje Zuza ze zdziwieniem - wyglądasz jak KOBIETA!!!

Bo są dwa szczególne dni w roku - w Wigilię zwierzęta mówią ludzkim głosem, a w sylwestrową noc nawet mama może okazać się kobietą.

 W niedzielę za to zostałam zaskoczona przez Mateusza, który rozpoczął swoją wypowiedź mniej więcej w tym tonie:
- Mamo... eeeee.... mamo.... mam taką.... eeeee.... prośbę.... czy byś mi pozwoliła.... eeee...
"Matko święta" - pomyślałam z lękiem - "Czegóż on może chcieć takiego strasznego, skoro się tak czai i nie powie wprost o co chodzi?". Czekałam jednak cierpliwie do końca wywodu i wreszcie usłyszałam:
- Bo ja chciałbym.... eeee.... żebyś mi pozwoliła... eeeee.... KRÓCEJ grać w Tibię, bo myślę, że za dużo czasu spędzam przed komputerem.

Cóż było robić, przecież nie mogłam odmówić tak poważnej prośbie. Łaskawie się zgodziłam, niech zna moją dobrą wolę!”

Szkoda, że dziś Mati nie przychodzi do mnie z takimi prośbami – NA PEWNO bym się zgodziła…

*  *  *

Zuzka postanowiła samotnie spać w salonie, by w spokoju obejrzeć swojego nowego bzika – „The Avengers”. W ramach przekupstwa, siostra Oliwka dostała od niej pozwolenie spania na górnym łóżku. Oliwka została udobruchana. Jakoż niebawem pojawiła się na dole ze skargą:

- Jak leżę w łóżku Zuzki to mam taką sensację, że coś mi wchodzi po gardle w górę! – załkała.
- Ale na zewnątrz czy wewnątrz gardła? – zainteresowała się niespodziewanie Zuzka, wychylając głowę z salonu.
- Wewnątrz!
- Aaaa, to nie mogę ci pomóc! – odparła Zuzka i wróciła do przerwanego filmu.
- W takim razie śpij na własnym łóżku! – poradziłam i Oliwka spokojnie powędrowała do sypialni.

Swoją drogą, ciekawa jestem jakąż to radą służyłaby siostrze Zuzka, gdyby okazało się, że zagrożenie dla jej gardła pochodzi z zewnątrz? Może na jej górnym łóżku grasuje coś, o czym mamy nie mają pojęcia?...

*  *  *

- Czy wy w ogóle się bawiliście wczoraj? – powątpiewał noworocznym rankiem ojciec.
- No tak! – potwierdziłam ochoczo. – Do drugiej nad ranem!
- A jakoś tak czysto jest wokół… - dziwił się nadal Pierwszy Mąż.
- Bo służby porządkowe posprzątały grubszy bałagan, zanim poszły spać! – uspokoiłam go.

 Takie służby to mają dyżur 24/7… I nazywają się "mama"!

14:36, oszin13
Link Dodaj komentarz »