To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
wtorek, 28 stycznia 2014
Palcem po mapie

Dojrzeliśmy – do decyzji o zaplanowaniu wakacji! W związku z tym, że jest JUŻ styczeń (!), a do wakacji zostało TYLKO kilka miesięcy, ojciec nasz zakupił sobie wygodne spodnie do długiej podróży i ogłosił rodzinny konkurs na trasę letnich wojaży. Zamorskich, najlepiej, jednak w europejskich granicach. Dziewczynki, pochwyciwszy w przelocie atlas świata, z miejsca udały się na naradę wojenną do pokoju Mateusza, korzystając z chwilowej nieobecności właściciela. I rozpoczęły burzę mózgów!

Jak donosi gumowe (matczyne) ucho, pomysły padały „od Sasa do lasa”, ale ostatecznie osiągnięto wstępny consensus – vive la France! Ojciec przyjął werdykt bohatersko, choć z chłodną rezerwą, a mnie od razu zapachniały croissanty chrupane pod wieżą Eiffla. Hmmm…..
A to dopiero wstępny szkic pierwszego pomysłu - jeszcze reszta Europy czeka na odkrycie! Licho wie, gdzie nas ostatecznie poniesie?!

Gdziekolwiek by nas miało nie ponieść, w związku z planami wyjazdowymi, zachęciliśmy dzieciarnię do zapełniania skarbonek, z przeznaczeniem na wakacyjne wydatki. 
Tutek – właściciel nieźle prosperującego konta bankowego – uśmiechnął się tylko pod wąsem.
Zuzka, która podreperowała ostatnio osobisty budżet urodzinowymi prezentami, też się zbytnio nie przejęła perspektywą odkładania grosiwa. 
Oliwka zbadała zawartość portfela – bilans wypadła wprawdzie blado, ale Ola nie traci rezonu. Już w najbliższy piątek będzie miała okazję zasilić konto, stanowiąc ¼ składu drużyny reprezentującej szkołę w Quizie Credit Union (widać taka już nasza rodzinna tradycja). Zgodnie z regulaminem, każdy uczestnik konkursu dostaje 5 funtów, a jeśli drużynie uda się zająć miejsce na podium, nawet większą kaskę. Oliwka dzieli więc już skórę na „kredytowym” niedźwiedziu :)
Najmniejszy problem z określeniem własnych zasobów miała Julka – w jej skarbonce grzechotało jeno kilka miedziaków, a osobisty portfelik najbeszczelniej w świecie zaginął (nie ma co po nim płakać – pewnikiem też był pusty). Zdaje się, że nasza Malutka musi zaczynać od zera, ale nieznajomość wartości pieniądza czyni jej ewentualne zbieranie lekkim, łatwym i przyjemnym :)

*  *  *

Czytając „Z powrotem”…
„- Nie ma rady – westchnął Królik – idziemy go szukać.
[…] Pierwszym napotkanym był ślimak Kamil Ś. - Czy nie widziałeś przypadkiem Pingwina? – zagadnął go Królik”.

- Ślimak! – wtrąciła nagle Oliwka.
- No tak – zgodziłam się, przerywając głośne czytanie. – Ślimak Kamil Ś.
- Nie!!! – gorąco zaprotestowała Oliwka. – „Kamil Ś.” czytane od końca to „ślimak”!

Kurczę blade! Czytałam tę książkę pewnie ze cztery razy w życiu! Widziałam nazwisko ślimaka wielokrotnie, ale nie zwróciłam uwagi na ten szczegół (zakładam, że zamierzony przez autora!)
Brawo dla Pani w pidżamie z Little Mix!

*  *  *

Naszła mnie ostatnio ochota na obejrzenie młodego Brata Pitta i kolegów w „Wywiadzie z wampirem”. Skołowałam film i zaprosiłam pierwszego męża na weekendowy domowy seansik.
- Nie będę oglądał „Wywiadu z wampirem”! – zaparł się nieoczekiwanie małżonek.
- Dlaczego?
- Już raz wybrałem się na ten film! Nawet się specjalnie przebrałem za wampira! I co?! Nie puścili filmu! Pamiętasz?!
Pewnie, że pamiętam! Przejechaliśmy ucharakteryzowani na wampiry pół Warszawy tramwajem, ścigani ukradkowymi spojrzeniami przechodniów, a kiedy dotarliśmy do kina, zamiast „Wywiadu…” puścili „Buffy…” Może i byliśmy NIECO rozczarowani, tyle tylko że… to było 20 lat temu!!!

Wiedziałam, że mój mąż potrafi być uparty i pamiętliwy, ale kto by pomyślał że do tego stopnia! :)

*  *  *

Z sypialni dziewczynek dały się słyszeć odgłosy awantury.

- Nie, nie, nie! Nie pomagaj mi! – rozkazywała Oliwka, wypychając Julkę ze wspólnego pokoju. – Zrobię to sama!
Z ciekawością zajrzałam do pokoju - Oliwka uwijała się jak w ukropie, sprzątając samotnie OGROMNY bałagan (niewątpliwie pokłosie dobrej zabawy trójki sióstr).
-Ooo, mój Kopciuszek! – zagadnęłam - Sprzątasz sama?
- Mamo! – Oliwka czuła się w obowiązku opowiedzieć mi całą historię - Jak szłam się kąpać, poprosiłam Julkę, żeby posprzątała w pokoju. I wiesz co zastałam po powrocie z łazienki? Jeszcze większy bałagan! Więc się obraziłam i SAMA sprzątam!

 Cóż, foch dobra rzecz, tylko czasem napracować się trzeba. Stanęłam więc ramię w ramię z moją honorową córeczką i dokończyłyśmy sprzątanie razem. Na złość pozostałym siostrom! :)

00:08, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 stycznia 2014
Wysyp michałków

Aktualnie mamy na tapecie wieczornego czytania „Z powrotem” Zbigniewa Batki - książkę tyleż ciekawą, co niezwykłą, godną polecenia wielbicielom nietuzinkowego poczucia humoru. Niełatwo czyta się ją głośno, ale gra warta jest świeczki. A dziewczynki – Zuzka szczególnie – co chwila wybuchają śmiechem, doceniając słowne hiperbole autora, ale też zadając niewygodne pytania (jak zawsze).
Któregoś wieczora doszliśmy do momentu, kiedy to przyjaciele – poszukujący swojej przeszłości Królik oraz zielony Koń - wchodzą w posiadanie zegara z jedną tylko wskazówką… 

„Rzeczywiście brakowało małej wskazówki, ale Królik upierał się, że to nieistotne. - A jak poznasz, która godzina? - Po słońcu. Albo po pianiu koguta, po duchach, po sygnale czasu i hejnale z wieży Mariackiej”…

- Co to jest hejnał z wieży Mariackiej?! – padło natychmiast pytanie z okolic łóżka.
- To taka melodia, którą grają z wieży kościoła w Krakowie co godzinę. Pamiętacie, byliśmy w Krakowie w tym właśnie kościele. A o dwunastej w południe można hejnał usłyszeć w radiu. – wyjaśniłam uprzejmie.
- A znasz tę melodię?
- Oczywiście! – odparłam i pewnym głosem zanuciłam krótki fragment melodii z dzieciństwa.
- Oooo! – zainteresowała się Oliwka - To brzmi zupełnie jak Star Wars!

Taaaa…. Czyli albo mnie nie starczyło talentu interpretacyjnego, albo ‘dawno, dawno temu w odległej galaktyce’ ktoś słyszał o krakowskim trębaczu :)

*  *   *

Z rozmowy podczas emisji filmu dla dzieci i młodzieży.
- Co robili ci chłopcy, jak uciekali ze szkoły? – dopytywała się Zuzka, której obce jest pojęcie „wagarów” (na szczęście!)
- Czy ja wiem? Pewnie wałęsali się po okolicy… – odpowiedziałam.
- Aaa, to wiem! – ucieszyła się Zuzka. – Też się wałęsałyśmy raz z Niamh po mieście!
- Tak?! I co?
- Nic! To straaaaaasznie nudne!!!

Pewnie! Takie wałęsanie się bez celu jest okropnie przereklamowane! Szczególnie w czasie godzin szkolnych! I tego się trzymajmy!

*  *  *

Szykując się do szkoły, Julka spytała tatę:
- Jaki dziś dzień?
- Poniedziałek.
- Kocham poniedziałki!!! – oświadczyła.
- O! – zdziwiłam się na boku. – A dlaczego?
- Bo po sobocie i niedzieli NARESZCIE można iść do szkoły!!!!

Hmmm, gorliwość godna uznania, nie powiem, tyle że starczyło jej jedynie na poniedziałek.

Już we wtorek rano, zaspany głos dochodzący z Julkowego łóżka oświadczył…
- Mamo, może JUTRO pójdę do szkoły?… Dziś mi się nie chce…

Czyli wszystko wróciło do normy!

*  *  *

Z niedawnej okazji Dnia Babci, dzieci obowiązkowo zadzwoniły do obu babć.

- Juleńko! Złóż babci życzenia z okazji Dnia Babci! – podpowiedziałam, podając Julce słuchawkę.
- Ale ja nie wiem jak?! – zreflektowała się Malutka, ale szybciutko podsunęła rozwiązanie – Czy mogę jej życzyć wesołych świąt?!
- Możesz – zachichotałam.
- Cześć, babciu! – krzyknęła Julka do słuchawki – WESOŁYCH ŚWIĄT!!!!

Życzenia zostały złożone!

*  *  *

- Nie lubię takiej gry! – orzekła ni stąd ni zowąd Julka, wędrując do domu ze szkoły i przestępując nerwowo z nogi na nogę.
- Jakiej gry? – zainteresowałam się.
- Z siusiu! – oznajmiła.
- To znaczy?!
- Bo jak jestem w szkole, to nie chce mi się siusiu, a jak wracam do domu, to zaraz mi się chce. NIE LUBIĘ TAKIEJ GRY!!!!!

Wierzę jej, że nie lubi, ale niestety, grywa w nią codziennie!

*  *  *

- Julka, kim będziesz jak dorośniesz? – zapytałam ostatnio dość podstępnie.
- Mamą! – odpowiedziała pewna swego wyboru Julka.
- No tak, ale mamą zostaniesz, jak będziesz miała dzieci, a musisz jakoś zarabiać pieniążki! – drążyłam temat.
- No dobra. – przyjęła wyzwanie Julka i po głębszym namyśle orzekła:- Będę mamą, jak będę siedzieć w domu, a jak z niego wyjdę to będę… kelnerką!

Mama (ciężko) pracująca nam się kroi…

*  *  *

Dostaliśmy z Zuzkowej szkoły standardowy list z informacją o dorocznej wywiadówce. Nie mogliśmy przepuścić okazji, żeby wpuścić Zuzkę w maliny! Kiedy tylko wróciła ze szkoły, posadziliśmy ją naprzeciwko siebie i poważnie oznajmiliśmy:
- Zuzieńko. Przysłano nam list ze szkoły w twojej sprawie. Żądają naszego przyjazdu. Czy wiesz może o co chodzi?
- Wiem – odpowiedziała Zuzka głucho.
- Co narozrabiałaś?! – drążyliśmy temat, ciesząc się w duchu że rybka złapała przynętę.
- Nie odrobiłam pracy domowej z geografii i dostałam uwagę – wyznała nasza ofiara.
- Aha! – zatriumfowaliśmy – Właściwie to chodziło nam tylko o ‘parent-teaching meeting’, ale dzięki za dodatkową informację! Przynajmniej wiemy czego się spodziewać od nauczyciela geografii!
- Od początku wiedziałam o co wam chodzi – mitygowała się Zuzka. – Ale nie wiedziałam jak powiedzieć o uwadze!


I kto tu kogo wpuścił w maliny?…

*  *  *

W związku z niedawnymi urodzinami, Zuzka dostała elektroniczne życzenia od koleżanki z Polski. Koleżanka bardzo chciała życzyć Zuzce wszystkiego najlepszego, miała jednak najprawdopodobniej dylemat Ślimaka – użyć „ż” czy „rz”. Wybrała to drugie, a że jeszcze dodatkowo zjadła jedną literę, życzenia zaczynały się następująco: “RYCZĘ Zuzi wszystkiego naj…”

W imieniu jubilatki, uroczyście ODRYCZAŁAM podziękowania. :)

*  *  *

W ramach kurowania pierwszego męża, szykowałam grzane piwo z jajkiem, a Julka z Oliwką z zainteresowaniem obserwowały jak ubijam w kubku kogel-mogel. Nie omieszkały oczywiście spróbować tajemniczego przysmaku – spodziewając się takiego obrotu sprawy, na wszelki wypadek wbiłam od razu dwa jajka.
- Mamo! Jakie to dobre!!!! – rozpływały się dziewczynki jedna przez drugą, domagając się repety. – Czy ty kiedyś tego próbowałaś?!
- Czy próbowałam?! – oburzyłam się. - Ja się na tym wychowałam!
- Oooooo…. – rozległ się jęk zazdrości. – A po co właściwie to kręcisz?
- Robię tacie piwo z jajkiem, na bolące gardło.
- Aha! – Oliwka ze zrozumieniem pokiwała głową i przejąwszy ode mnie brzemię kręcenia kogla-mogla, spytała. – A to takie KULTURALNE?
- W jakim sensie? – spytałam, bo dziwne wydało mi się rozprawianie z dziesięciolatką o kulturze picia piwa.
- W sensie kultury i tradycji!
- A tak! W sensie KULTURY i medycyny ludowej, picie piwa z jajkiem jest jak najbardziej KULTURALNE!

*  *  *

Julka wpadła do kuchni i już na pierwszy rzut oka widać było, że dręczy ją jakiś problem.
- Mamo, widziałaś Zuzię? – spytała.
- Nie – odparłam – Ale może jest na górze?
- Bo ona mi powiedziała, że się schowa – wyłuszczyła problem Julka – a ja miałam liczyć do trzydziestu. Ale ja NIE UMIEM LICZYĆ DO 30-TU!!!!!
- Więc policz do tylu, do ilu umiesz! – poradziłam.
- No tak, ale Zuzia się schowała! Nie wiem gdzie! I nie wiem czy mam JUŻ szukać czy JESZCZE nie?!!!

„Panie Janeczku! Bo ja już nie wiem - czy ja mam grać?” „Grać, Panie Czesiu, grać!”

00:44, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 stycznia 2014
Najpiękniejszy dzień w życiu

- Mamo! To był najpiękniejszy dzień w moim życiu! – powtarzała Zuzka, wieszając nam się na rodzicielskich szyjach i dziękując za tegoroczny prezent urodzinowy. 
Znaczy, prezent nam się chyba udał! A był, zaiste, niezwykły. Uznaliśmy, że nasza dwunastolatka jest już za duża na domowe party, a jako świeżo upieczona gimnazjalistka nie miałaby nawet kogo na taką domówkę zaprosić – ze starej gwardii ostała jej się jeno jedna koleżanka. Postanowiliśmy więc potraktować jubilatkę bardziej poważnie i zarezerwowaliśmy specjalnie dla niej stolik w modnej azjatyckiej restauracji w Belfaście. Reszta rodziny wystąpiła jako osoby towarzyszące, rzecz jasna. W sobotnie popołudnie wystroiliśmy się więc specjalnie dla Zuzanny i stawiliśmy w restauracji, aby posmakować specjałów kuchni chińskiej, tajskiej, indyjskiej oraz włoskiej – niektórych (jak np. sushi, krewetki królewskie czy małże) próbowaliśmy po raz pierwszy w życiu!
Jednak największym kulinarnym wyzwaniem okazały się… pałeczki! Magiczna sztuka używania chińskich patyczków nadal pozostaje dla nas czarną magia w białą kratkę, ale dzielnie walczyliśmy, próbując chwycić nimi sushi czy złapać nitkę ryżowego makaronu. Poczyniliśmy w tej mierze pewne postępy, ba, zabraliśmy nawet pałeczki do domu i obiecaliśmy sobie, że będziemy ćwiczyć częściej!
Świetnie się bawiliśmy, przynosząc do stolika coraz to nowe przysmaki i porównując zawartość talerzy. Tylko nasza mała Juleńka nie bardzo mogła znaleźć dla siebie czegoś smacznego w menu – nawet na niezbyt egzotyczną pizzę kręciła nosem. Na szczęście kuchnia oferowała odpowiedni wybór owoców, lodów i deserów – i na nich skupiła się nasza wybredna Julka.
Wyszliśmy z restauracji bogatsi o nowe doświadczenia i nieziemsko objedzeni, przedzierając się przez tłum głodomorów, czekających u wejścia na wolny stolik. A Zuzka była wniebowzięta – zwłaszcza, że w domu czekał na nią jeszcze ogromny tort i butelka szampana!

Festiwal Zuzkowych urodzinowych niespodzianek rozpoczął się już we czwartek, kiedy to udało mi się z dnia na dzień załatwić bilety na premierowe przedstawienie „Sindbada Żeglarza”, noworocznej pantomimy w wykonaniu naszej małomiasteczkowej trupy teatralnej. Od razu pomyślałam o szanownej jubilatce, tudzież jej siostrach i najbliższej koleżance. W sumie wyszło nam z tego babskie rendez vous ze sztuką, zakończone zresztą późnym wieczorem.
Przyznam, że idąc na pantomimę spodziewałam się przedstawienia bez słów, za to z dużą ilością gestów. Tymczasem okazało się, że w kulturze brytyjskiej słowo ‘pantomima’ oznacza również bajkę muzyczną (zwykle bożonarodzeniową) z udziałem publiczności - i właśnie taki charakter miało przedstawienie! Początkowe zaskoczenie szybko ustąpiło jednak miejsca dobrej zabawie! Aktorzy byli BARDZO profesjonalni, fantastycznie śpiewali i wkładali w swoje role całą duszę - aż trudno uwierzyć, że są amatorami, na co dzień wykonującymi najróżniejsze zawody. Szczególną sympatię widzów wzbudziła bujnokształtna Pani Semolina Sindbad – matka głównego bohatera - mocno wymalowana i przykuwająca oko kolorowymi falbaniastymi kreacjami. Aplauz publiczności na każde pojawienie się Semoliny był tym większy, że na co dzień jest ona… Eddiem, popularnym miejskim listonoszem! :)

To był magiczny wieczór – nasz pierwsza, ale NA PEWNO nie ostatnia pantomima!

13:39, oszin13
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 stycznia 2014
Jak zacząć ten Nowy Rok?!

Ano tak:

„Wziąć dwanaście miesięcy,
obmyć je dobrze do czysta
z goryczy, chciwości, pedanterii i lęku
i podzielić każdy miesiąc na 30 albo 31 części,
tak żeby zapasu starczyło akuratnie na rok.
Każdy dzionek przyrządza się oddzielnie,
biorąc po jednej części pracy
i dwie części wesołości i humoru.
Dodać do tego trzy kopiaste łyżki optymizmu,
łyżeczkę tolerancji,
ziarnko ironii
i szczyptę taktu.
Następnie masę tę polewa się obficie miłością.
Gotowe danie ozdobić bukiecikami małych uprzejmości
i podawać codziennie z pogodą ducha
i porządną filiżanką ożywczej herbaty.”

Proste? Proste! – przynajmniej według Katarzyny Elżbiety Goethe, prywatnie matki TEGO Goethego. A skoro mamy już przepis – wystarczy wykonać!

*  *  *

Jakoś tak się złożyło, że od jakiegoś czasu Sylwestra spędzamy w domu (podejrzewam, że ma to niejaki związek z posiadaniem dzieci). Szykujemy sobie wyżerkę, włączamy muzykę i w sosie własnym czekamy północy. Tylko ojciec zwykle odpada nam wcześniej, ale mając na uwadze jego rozkalibrowany zegar biologiczny, wybaczamy! I litościwie nie wyrywamy z łóżka o północy.
W tym roku miało być inaczej. Na Sylwestrową zabawę umówiliśmy się bowiem ze znajomymi, gotowymi podjąć imprezowo całą naszą szóstkę :) Dogrywając szczegóły (czyli ustalając kto dostarcza alkohol, kto zimne zakąski) powoli szykowaliśmy się do całonocnej balangi. W scenariuszu uwzględniliśmy nawet konieczność zamówienia taksówki the day before i możliwość zapadnięcia na „chorobę filipińską” the day after. Nasze misterne plany spaliły jednak na panewce – przy udziale nie mniej egzotycznej „ospy bostońskiej”, na którą to chorobę zapadła była pod koniec roku córka znajomych, a po niej szanowna mamusia. Czyli generalnie pupka – w dodatku bez strusich piór! Sylwestra spędziliśmy zatem w ciepłym domowym zaciszu, ale przynajmniej ojciec nam nie zasnął i tym razem bohatersko wytrzymał do północy. W nagrodę pozwoliliśmy mu otworzyć szampana – BEZALKOHOLOWEGO! ;)

*  *  *

Oddając się poświątecznemu spleenowi, skacząc po kanałach telewizyjnych, trafiliśmy na „Niekończącą się opowieść” (ech, Limahl…). Atreju właśnie zbliżył się do Bramy z piorunującymi posągami. Napięcie urosło do granic ludzkich i nadludzkich możliwości. Wszystko było w rękach dzielnego Atreju – czy da radę? Czy przekroczy Bramę? Czy Fantazja zostanie uratowana?!
Ciężką od napięcia atmosferę przerwał głos Julki:
- Skacz, GOŚCIU, skaaacz!

Nie wiemy czy usłyszał, ale skoczył :) Prawdziwy z niego Gość!

*  *  *

- Mamo! To nie Mikołaj przyniósł prezenty pod choinkę! To Ty!!! – sprzedała mi rewelację Julka.
- Dlaczego myślisz, że to ja?
- Bo w twoim pokoju znalazłam takie same naklejki, jakie są na prezentach! – ujawniła asy z rękawa Malutka.
Hmm, dowody były mocne, ale postanowiłam walczyć.
- Eeee tam! Po prostu są to naklejki uniwersalne i oprócz mnie używa ich także święty Mikołaj!
Julka wpadła z zadumę, przetrawiła moją linię obrony i wreszcie wydała wyrok:
- No dobra! Wierzę Ci!

Ile to się człowiek musi nakłamać, żeby mit utrzymać przy życiu…

*  *  *

- Kiedy rozbierzemy choinkę? – dopytywała się Julka, zerkając łakomie na czekoladowe bombki z wizerunkiem Barbie.
- Może w weekend? – zaproponowałam. – Tata zdejmie nam pudełko na choinkę ze strychu i wszystko spakujemy. Albo nie! Mam lepszy pomysł! Wciągniemy całą, ubraną choinkę na strych! A za rok zdejmiemy już gotową! – zaproponowałam, wpadając z racjonalizatorski samozachwyt.
- A co z pudełkiem? – spytała Julka i zdusiła mój zachwyt w zarodku.

No tak, pudełko byłoby jakieś takie puste w środku… A i czekoladowych bombek żal...

*  *  *

W ramach wieczornego czytania odkurzyłam ostatnio książkowego przyjaciela z dzieciństwa - „Babcię Katarzynę” Andjelki Martić. Świetna rzecz, niezmiennie aktualna - mimo upływu lat. Tylko czytając, co chwila musiałam przybliżać cybernetycznemu pokoleniu słownictwo („co to znaczy ‘po czemu indycze jaja?’”) i zwyczaje niegdysiejszych band podwórkowych.

- „…nagle przede mną pojawił się Boris i chciał mi odebrać książkę, więc go trzasnęłam teczką po głowie. […] Co potem? Osioł jeden wyjął z kieszeni rzepy i przyczepił mi je do włosów.”
- Co przyczepił? – spytała Oliwka.
- Rzepy – wyjaśniłam. – Takie roślinki, które rzuca się komuś na głowę i one wczepiają się we włosy.
- WYCIĄGAJĄ RZEPĘ Z ZIEMI I KŁADĄ SOBIE NA GŁOWIE?!!! – wykrzyknęła zdumiona do granic możliwości Oliwka, a my wybuchliśmy niepohamowanym śmiechem.

Bo spróbujcie sobie wyobrazić gościa z rzepą na głowie – świeżo wyrwaną :)

00:40, oszin13
Link Dodaj komentarz »