To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Cisza po burzy

Kolejne urodzinowe przyjęcie zostało zaliczone! Przeżyliśmy doroczny styczniowy najazd prawie-nastolatek, które wszelkimi dostępnymi sobie siłami starały się zrównać z ziemią nasz biedny dom. I znów przetrwaliśmy, choć z trudem… Moja ulubiona Zuzkowa koleżanka, którą miałam kiedyś przyjemność wyciągać z naszej pralki (!), tym razem ukryła się w łazience, skąd wysłała dramatycznego smsa informującego, że utknęła i wzywa pomocy. Po ekspresowym otwarciu przez mnie łazienkowych drzwi okazało się, że alarm był fałszywy, a sama zainteresowana skręca się ze śmiechu :) Kolejnym jej wyczynem była próba wyjścia przez okno podczas zabawy w chowanego – na szczęście z poziomu parteru… Ale w końcu kobitka wychowuje się w trzema braćmi – musi mieć fantazję!

Po sukcesach w kraju i za granicą Tutek szczęśliwie wrócił na rodziny łono z weekendowej wyprawy do Dublina. Pełen wrażeń, z obowiązkowo pustą kieszenią ;) Do atrakcji wypadu należała wizyta w Trinity College (niestety, nie wyniósł Book of Kells na pamiątkę) oraz nocleg w trzygwiazdkowym hotelu (niestety, nie wyniósł też mydełek :), ze szczególnym uwzględnieniem hotelowej restauracji… Niektórym osobnikom podróże wyrabiają smak… kulinarny!

Dzięki urokowi osobistemu udało nam się z Matim wydębić od ojca rodziny „wychodne”, a nawet „wyjazdowe” do kina! I w ten sposób tydzień temu skonsumowaliśmy „Nędzników”, na których czaiłam się od pewnego czasu (a dokładnie od czasu obejrzenia zachęcającego trailera :) 
Muszę powiedzieć, że film mi się podobał – świetni aktorzy, zapierająca dech w piersiach scenografia, wspaniała muzyka – ale nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Może dlatego, że byłam przygotowana na poruszający obraz, na którym spłaczę się jak norka. Tymczasem dostałam ponad dwie i pół godziny wytężania słuchu i umysłu, żeby zrozumieć co śpiewają aktorzy! Bo film okazał się w 100% śpiewany i przez to naprawdę trudny w odbiorze! Czy dystrybutor nie mógł okazać odrobiny zrozumienia dla obcokrajowców (i nie tylko) i zaopatrzyć widowiska w angielskie napisy?! Z kina wyszłam raczej zniechęcona niż zachwycona.
Ale nie poddałam się tak łatwo! I kiedy dzięki magii internetu udało mi się obejrzeć film z napisami (i to polskimi), z miejsca mnie zaczarował! Siedziałam wbita w fotel do późnych godzin nocnych! Dziś z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że „Les Miserables” to naprawdę świetny film (o ile ktoś lubi musicale), a Sacha Baron Cohen do spółki z Heleną Bohnam Carter prawie „kradną” widowisko swoim kolegom z obsady.

*  *  *

Wędrowaliśmy sobie z Julką z przedszkola i co chwila dawał się słyszeć niemiły odgłos szurania rękawa nowej Julkowej kurteczki o powierzchnię mijanych płotów.

- Juleńko, nie wycieraj płotu, bo będziesz miała brudną kurtkę – ostrzegłam wreszcie.
- Mamo, to nie ja! – zaoponowała skrzywdzona niewinność - To ten płot się do mnie przybliża!

*  *  *

Z serii „Dialogi siostrzane”.
Oliwka do Zuzki: Twoje wygląda prawie jak moje!
Zuzka do Oliwki: Coś ty! Moje wygląda O WIELE inaczej!!!

Do dziś nie wiem o co chodziło… :)

*  *  *

- Dziś w szkole tylko ja z całej klasy umiałam wytłumaczyć co to jest tsunami! – pochwaliła się Ola.
- Tak? To fajnie. – odparłam nie bez dumy.
- Tak! A kiedy pani spytała skąd wiem, powiedziałam, że oglądam BBC News przy śniadaniu!

Nie ma jak szpan!!! To wiadomo nie od dziś!

*  *  *

Zuzka po raz nie wiadomo który obiecała sobie, że skontaktuje się ze szkolną koleżanką, która wróciła kilka miesięcy temu do Polski.
- Teraz już na pewno do niej napiszę! – oświadczyła głośno. – Albo wyślę maila.
- Nie żartujmy! – przerwała jej z poważną miną Oliwka - Jesteśmy w nowoczesnym świecie! A w nowoczesnym świecie jest wiele sposobów, żeby się komunikować!

Taaaak. Sposoby to są, tylko chęci nie zawsze…

*  *  *

- Mamo, gdzie jest mój szlafrok? – dał się słyszeć głos Oliwki, siedzącej przy komputerze.
- Sprawdź w łazience! – odkrzyknęłam zza ściany.
- Nie ma!!!
- Jak jest ci zimno, to załóż szlafrok Zuzi lub mój!
- Nie, nie jest mi zimno! – odparła Ola. - Tylko nie mogę zalogować się do Roblox!
- Jak to?! To musisz logować się w szlafroku?!!
- Tak, bo w kieszeni szlafroka mam kartkę z hasłem…

Nie ma to jak solidne zabezpieczenia…

*  *  *

Stojąc w obliczu egzaminu GCSE z francuskiego, Mati stwierdził ze zdziwieniem, że język obcy należy powtarzać częściej niż pozostałe przedmioty, które jakoś szczęśliwie same mu wchodzą do głowy. Dlatego tuż przed wyjściem na wtorkowy klub, nasz pierworodny syn zwrócił się do mnie z nietypową prośbą.

- Mamo, muszę koniecznie powtórzyć dziś porządnie francuski na jutrzejszy egzamin. Czy jak wrócę wieczorem z klubu możesz KAZAĆ mi się uczyć francuskiego?


Noooo, jak proszą – to proszę!

*  *  *

Oliwka biegła ze szkoły jak oszalała, goniona naturalną potrzebą skorzystania z łazienki.
- Mamo, chodź szybciej! – popędzała mnie. – I nie rozmawiajmy o niczym związanym z wodą, bo zaraz się zsikam.
- OK. – zgodziłam się i posłusznie przyśpieszyłam kroku.
- Aha! – przypomniała sobie nagle Ola. – I nie pytaj mnie jak było w szkole, bo dziś uczyliśmy się o pustyniach, a tam jak wiadomo nie ma wody!!!

01:22, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 stycznia 2013
„Nudzicie się?

Kupcie sobie szopa pracza!” W związku z zaistniałą ostatnio w naszym domu palącą potrzebą zakupu nowej pralki, przypomniał mi się mój ulubiony fragment Hrabala ze zbioru „Lekcje tańca dla starszych i zaawansowanych”. Więc pozwalam sobie zacytować:

"A więc ten kum Metody na Jeziorach stał się jakiś dziwny i nagle wyczytał w gazecie: „Nudzicie się? Kupcie sobie szopa pracza!”. A że kum Metody nie miał dzieci, napisał do gazety, w której ukazało się to ogłoszenie, i za tydzień dostarczono mu szopa pracza w skrzyneczce. No i było z nim sto pociech! Jak dziecko, z każdym się przyjaźnił, ale miał jedną słabość, co zobaczył, to zaraz wszystko prał. I tak kumowi wyprał budzik i trzy zegarki, że nikt już ich nie naprawi. Kiedy indziej znów wyprał wszystkie przyprawy. Innym razem, kiedy kum Metody rozebrał rower, ten szop pracz chodził mu prać części do potoka, zjawiali się sąsiedzi i pytali: „Kumie Metodku, nie potrzebujecie przypadkiem czegoś takiego? Znaleźliśmy to w potoku!”. A kiedy mu tak przynieśli już kilka części, poszedł Metody zobaczyć co się tam dzieje: a to szop pracz porozciągał mu niemal cały rower. (…) A ten szop pracz chodził się załatwiać tylko za szafę, tak że cały dom śmierdział szczynami, w końcu musieli wszystko przed tym szopem praczem zamykać, a nawet rozmawiać ze sobą szeptem. (…) Ale szop pracz przyuważył, gdzie kładą klucz, i otwierał sobie wszystko, co przed nim zamykali. Ale najgorsze, że ten szop pracz nie spuszczał z nich wieczorem wzroku i jak kum Metody kumę pocałował, to szop pracz pchał się i chciał także, no i musiał kum Metody chodzić z kumą Różą na randkę do lasu jak za kawalerskich czasów, i jeszcze ciągle się oglądali, czy szop pracz nie stoi za nimi. Tak więc się nie nudzili; pewnego razu wyjechali na dwa dni, a szop pracz tak się podczas tych Zielonych Świątek nudził, że rozebrał cały wielki piec kaflowy w pokoju i tak zaświnił meble i pościel, i bieliznę w szafie, że kum Metody usiadł i napisał do „Morawskiej Orlicy” ogłoszenie: „Nudzicie się? Kupcie sobie szopa pracza!” I od tej pory nie cierpi już na melancholię."

Ja też nie cierpię już na melancholię z powodu rosnącej góry prania, bo jutro przyjeżdża nowa pralka i będę miała zajęcie ;) Jak ten szop pracz, nie przymierzając. Takie małe, a cieszy…  

*  *  *

Milowymi krokami zbliżamy się do czasu podjęcia decyzji o wyborze Zuzkowej szkoły. Niby wszystko mamy obmyślone i poukładane w głowie, ale jeszcze żadnych pisemnych deklaracji nie złożyliśmy. Póki co badamy teren, poznajemy placówki gimnazjalne i jeździmy na Dni Otwarte. To znaczy byliśmy póki co na jednym, a pod koniec miesiąca wybieramy się na kolejny. Na decyzję ostateczną mamy czas do 8 lutego.

*  *  *

Czasami zdarza nam się stosować wobec naszych dzieci niekonwencjonalne metody wychowawcze. Na przykład kiedy zamiast siąść do zeszytów tkwią przed telewizorem, ZABRANIAMY im odrabiać lekcje. Oczywiście natychmiast podsuwając pod nos perspektywę konieczności późniejszego wyjaśnienia nauczycielowi powodów lenistwa. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki dzieciaki gnają do pracy domowej :)
Ostatnio natomiast ZABRONIŁAM Oliwce myć zęby, po tym jak zaczęła wymyślać tysiąc powodów, żeby nie wziąć do ręki szczoteczki – a to jest zmęczona, a to umyje rano, a to nie dostała kieszonkowego (!)
- OK. – powiedziałam. – Nie chcesz myć zębów? Nie myj! Zabraniam ci myć zęby!
- Ale dlaczego? – zdziwiła się Ola.
- Bo przecież tego chcesz! Twój dentysta też będzie zadowolony, bo będzie miał co robić podczas wizyty. A jak będzie miałam szczęście to może i jakiś ząb cię rozboli do następnego spotkania z dentystą!
- Ale ja już chcę umyć zęby! – zaprotestowała Oliwka.
- Nie, nie! – byłam bezlitosna. – Przecież nie możesz.
Oliwka posłusznie poszła spać.
Następnego wieczora przypomniałam dziewczynkom:
- Umyjcie zęby! Oczywiście wszyscy oprócz Oliwki!
- Mamo, nie lubię tej kary – wyznała Ola.
- Przecież to nie jest kara! Ja po prostu spełniam twoje życzenie!
Oliwka ciężko usiadła na schodach i westchnęła:
- TO OKRUTNE!!!
Wobec tak głębokiej rozpaczy musiałam ustąpić i POZWOLIŁAM Oliwce umyć zęby. Radości nie było końca ;) Zresztą obustronnej.

*  *  *

Oliwka wyszła pewnego dnia ze szkoły z nosem zwieszonym na kwintę.
- Co się stało? – spytałam.
- Spójrz! Zgubiłam spódniczkę! – wychlipała Ola – Przebierałam się na wuef, zdjęłam ją, a potem już nie znalazłam!
Rzuciłam okiem - faktycznie, Ola stała przede mną z sportowych spodniach (całe szczęście nie szortach), prezentując rażący brak spódniczki. A że spódniczka była nowa i ulubiona, to i żal słuszny. Przejęłam więc od Oliwy jej plecak i worek na wuef, a ona sama pogalopowała z powrotem do szkoły na poszukiwania zagubionej części garderoby. Aliści po kilku minutach wróciła z niczym. Za to ze łzami w oczach.
- Na pewno znajdzie się jutro – pocieszałam. – Przecież pani sprzątaczka odłoży ją do rzeczy znalezionych.
- Mam nadzieję… - wychlipała Oliwka.
Po powrocie do domu Ola wyżaliła się jeszcze tacie i każdemu kto chciał i nie chciał słuchać tej Najsmutniejszej Historii Na Świecie. Opowieść okraszana była sugestywnym zsuwaniem spodni od wuefu, celem ukazania znajdujących się pod spodem samotnych szarych rajstop – niegdyś występujących w komplecie ze spódniczką. Wraz z wyczerpaniem się nieoświeconych słuchaczy, sprawa przycichła, chociaż nie na długo…
Wieczorem Ola przebierała się w piżamę. Ściągnęła bluzkę, spodnie od wuefu, szare rajstopy, a potem… cudownie odnalezioną czarną spódniczkę! Okazało się, że Ola miała ją cały czas na sobie - stłamszoną niemiłosiernie i owiniętą wokół pasa!
- Hmmm, dziwne… – zadumała się Oliwka. – Przez cały czas miałam wrażenie, że coś tam jest na moim pasie, ale myślałam, że to tylko rajstopy!

Taaak… Ta historia mogła się przydarzyć TYLKO Oliwce. Jesteśmy pewni, że nasza średnia córka jeszcze nie raz nas jeszcze zadziwi. Ale nawet nie staramy się zgadnąć w jakiej dziedzinie – i tak jesteśmy bez szans! :)

*  *  *

Julka – przebrana zresztą za krakowiankę udającą wikinga ;) – stawiła się przede mną z hula-hoop.
- Mamo, zobacz jak kręcę! – oznajmiła, wskoczyła w kółeczko, zakręciła nim na biodrach, zaszeleściła krakowską spódniczką i zaśpiewała: „Yaaaaaa! Everybody dance now!”

11:52, oszin13
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 07 stycznia 2013
Wszystko wraca do normy

Za oknami szaruga – jesienna?, wiosenna?, zimowa?... Mało karnawałowo zaczyna nam się karnawał! Powoli opadają świąteczno-noworoczne emocje, zapowiadany hucznie koniec świata póki co nie nadszedł – nadszedł za to nowy, 2013, rok. Lepszy, gorszy, na pewno inny! Od kilku dni jesteśmy starsi :(((, a o za tym idzie, mądrzejsi :))) Czas by wrócić do rzeczywistości i zacząć na nowo wypełniać kalendarz informacjami o zobowiązaniach, klubach, zbiórkach, wyjazdach. Dziewczynki powędrowały karnie do szkół i przedszkoli – nawet zupełnie szczęśliwe i stęsknione - tylko Tutek gnije w domu jeszcze jeden dzień (dzięki uprzejmości Ojca Dyrektora). Cisza w domu, aż w uszach dźwięczy ;) I tylko deszcz plumka…

*  *  *

Razem z Nowym Rokiem, Zuzce wypadł mleczak (pewnie jeden z ostatnich). Wartość sentymentalna – bezcenny, wartość rynkowa – 1 funt. Zuzka ulokowała ukochanego zęba w „bezpiecznym” miejscu, by mógł spokojnie doczekać nocy i zostać wymieniony przez Wróżkę na grajcaraka. Niestety, ząb przepadł jak kamień w wodę i mimo zaangażowania w poszukiwania całej rodziny, nie udało nam się trafić na jego trop.
Wobec nieobecności „corpus delicti” transakcja z Zębową Wróżką wisiała na włosku! Zuzka początkowo wpadła w czarną rozpacz, ale kiedy osuszyła łzy wystosowała do Wróżki liścik o treści „Droga Wróżko Zębuszko, przepraszam że nie ma zęba. Zgubił się i nikt go nie może znaleźć. Czy mogłabyś i tak przyjść?” i podłożyła pod poduszkę zamiast zęba.
I wiecie co? Wróżka okazała się nie być trzodą chlewną, ale prawdziwą damą -  podmieniła Zuzkowy liścik na brzęczącą monetę!

Te Wróżki to muszą być elastyczne… Ale w końcu taka praca!

*  *  *

- Misiu, leć na górę i przynieś mi z kieszeni spodni czapkę… - poprosił mój mąż, będąc już obutym i gotowym do wyjścia.
- Po co mam lecieć? Weź którąś z czapek „rodzinnych”! – zaproponowałam przytomnie, pomna tego że pomysłowy Mikołaj podarował nam w tym roku pod choinkę rodzinny zestaw identycznych czapek, w liczbie sześciu.
- Nie, nie! – upierał się mój mąż – Bo ja tam w kieszeni spodni mam czapkę… drobnych!

Ha, ha, ha! „Czapka… drobnych”! Od razu przypomniał mi się klasyczny „Las… krzyży”!

*  *  *

- Mamo, czy możesz jutro ugotować aspetki? – zwróciła się do mnie Julka.
- Dlaczego mam gotować skarpetki?! – zdziwiłam się nieco. – Skarpetki się pierze, a nie gotuje!
- Nie, ma-mo! – odparła Julka ze zniecierpliwieniem i zaczęła odstawiać sugestywną pantomimę przed moim nosem – Chodzi mi o takie ASPETKI, z SOSEM, GOTOWANE!!!
-Aaaa. SPEGHETTI! No, może zrobię!

*  *  *

Julka wypatrzyła u Oliwki BARDZO INTERESUJĄCĄ różową (a jakże!) portmonetkę. Natychmiast rozpoczęła więc zmiękczanie siostry, celem zdobycia obiektu westchnień we władanie. Po kilku minutach jęków, wspartych rodzicielską prośbą, Oliwka zgodziła się pożyczyć Julce portmonetkę na jeden dzień.
- Ale jutro mi ją oddasz? – upewniła się Ola.
- Oczywiście! – gorliwie zapewniła Julka. Natychmiast też napełniła portmonetkę miedziakami i odeszła uśmiechnięta.
Jednak, jak się później okazało, wypożyczenie portmonetki nie usatysfakcjonowało do końca małej elegantki. Po kilku minutach rozmyślań, przyszła bowiem do nas z propozycją.
- Momooooo… - zaczęła niewinnie - A może weźmiecie z tatą Oliwkę na zakupy! Kupicie jej taką samą różową portmonetkę i wtedy Oliwka będzie szczęśliwa!!!

Myślałby kto, że to o uszczęśliwienie Oliwki jej chodziło…

*  *  *

Rozmawiała Zuzka z Olą…

- Dzieci, zanim dorosną i wybiorą sobie zawód, mogą udawać kim chcą zostać. I mogą być wszystkim, nie? – spytała Zuza.
- Tak – zgodziła się Oliwka.
- No dobra, to się pobawmy. Ty powiedz kim mam być, a ja będę udawać.
Oliwka zamyśliła się, ale tylko na moment.
- Car Insurance Team! – wypaliła i dodała litościwie: - Na przykład Proama!

To już nic prostszego nie było?…

*  *  *

- Mamo, co to jest metabolizm? – pyta Zuzka z nosem zanurzonym w książce.
- To, oględnie rzecz mówiąc, przemiana materii – odpowiadam wysilając umysł. A nuż Zuzka ma definicję przed nosem i pyta podstępnie?
- Materii czasu?! – dopytuje się Oliwka.
- Skąd?! Materii czyli tego co jemy. To wędruje sobie po organizmie, dociera do różnych ważnych miejsc, a niepotrzebne rzeczy są usuwane i tak dalej.
- Aha – odpowiada Zuzka w zadumie. – A o jakie słowo pytałam?!
Zerkam na okładkę jej książki - „Podstawy rysunku”. Taaaak… A metabolizm to tak się jej przypadkiem przypomniał…

10:46, oszin13
Link Komentarze (2) »
środa, 02 stycznia 2013
Co za początek roku!

Matko kochana! Dawno tak ponuro nie witaliśmy nowego roku! Po prostu wysyp „pozytywnych” zdarzeń.
Tuż przed północą nadeszła informacja o śmierci w rodzinie – kompletnie niespodziewanej i tym tragiczniejszej, że drugiej w ciągu kilku miesięcy. Niedawno odeszła matka, teraz córka, która trafiła do szpitala z zapaleniem płuc, a okazało się, że to terminalna faza raka. A w tym samym szpitalu jej synowa też niestety powoli przegrywa toczoną od półtora roku walkę w rakiem. Trzy kobiety z jednej rodziny – i więcej nie ma… Są za to dzieci do wychowania i dom do ogarnięcia. I coraz mniej nadziei.
1 stycznia napłynęła następna ponura nowina – zmarł nasz znajomy Irlandczyk. Kolejna ofiara raka – odszedł na dzień przed planowaną operacją. A jeszcze przed świętami wypisywałam mu kartkę i odwiedzili go w domu koledzy z pracy. Jakoś się jeszcze trzymał. Dziś jego pogrzeb.
Tymczasem 6-letnia córka sąsiadki wylądowała w szpitalu z infekcją nerek. 

Same „pozytywne” informacje z nowym rokiem. Nie ma co! I po raz kolejny dociera do człowieka kruchość życia i małość dóbr tego świata. Bo kto wie co przyniesie jutro? O ile będzie…

*  *  *

- Mamo! Mamo! Zobacz ! Tu! Tu! – woła Julka i wskazuje na okolice swojego bioderka.
Zaintrygowana i nieco przestraszona – w końcu tyle chorób wokół ostatnio – zsuwam jej spodenki co by dokładnie obejrzeć wskazane miejsce. Aliści nic niepokojącego nie znajduję.
- Co, malutka? – pytam – Boli cię tutaj?
- Nie! Tylko w tym miejscu mam miejsce w brzuszku na jeszcze jeden serek!

Uff! ;))

*  *  *

- Zuzia! Pats i uc się! – mówi Julka machając Zuzce przed oczami szminką w sylwestrowy wieczór. Po czym wprawnym ruchem malutka modnisia nakłada sobie różowe mazidło na usta. Bez lusterka ;)

*  *  *

- A jak będą strzelać petardy? – pyta przestraszona Julka starszego brata. Jest Sylwester, więc petardy na pewno będą huczeć na ulicach.
- Nie przejmuj się – uspokaja brat. – Jak będą strzelać w pokoju, to szybko przybiegniesz do kuchni.
- Sama?
- Nie! Razem z Zuzią, Oliwką i mamą.
- Nie, nie – przecząco kręci głową Julka – mama nie może! Mama jest za gruba i się przewróci!

Ot, i doczekałam się szczerej opinii na swój temat! A jeszcze parę godzin wcześniej wmawiała mi, że ślicznie wyglądam w sylwestrowej kreacji. Kreaturka!

13:02, oszin13
Link Dodaj komentarz »